0
szajbek 3 lutego 2019 22:06
Image

Image

Image

Image

Image


Po przejściu całego szlaku odwiedziliśmy każdy z ważniejszych punktów zaznaczonych na mapie, od Sunrise Point po Rainbow Point.


Image

Image

Image

Image


Strasznie podobało mi się, że Amerykanie wszędzie podróżują ze swoimi pupilami. Dla miłośników zwierząt, w szczególności psów, oglądanie ich w roli towarzyszy podróży na pickupie zawsze wywoływało u nas uśmiech na twarzy.


Image


Po powrocie do motelu kupiliśmy kartę t-mobile z nielimitowanym Internetem, rozmowami w obrębie Stanów i chyba z 20 połączeń międzynarodowych (całość ok. 60 zielonych). Choć próbowałem kawał czasu, karta nie chciała się zarejestrować. Przechodziłem oczywiście cały proces rejestracji (zgodnie z poleceniami na ekranie), ale na końcu i tak nic to nie dawało. Myśleliśmy, że w recepcji motelu ktoś mógłby nam pomóc, ale facet zaoferował, że może zadzwonić na BOK i żebyśmy sobie pogadali. Męczyłem się z tą kobitką na infolinii okrutnie, nie bardzo potrafiła mi pomóc, zaoferowała, że zarejestruje kartę jeszcze raz. Problem pojawił się przy podaniu adresu… Jedyne co mi wpadło do głowy to 90210 Beverly Hills, przeszło bez problemu :D Internet zadziałał dopiero kolejnego dnia rano i nie było z nim żadnych problemów aż do końca wyjazdu.


PS: Kupiliśmy jeszcze coś...

Image@Zjadacz Zmobilizowałeś mnie, będzie i dalsza część :D


DZIEŃ 7 – 03.09.2018 (Droga do Yellowstone + Słona Równina Bonneville)
Obiecałem parę słów o samym samochodzie. Dodge może nie jest piękny, ale za to piekielnie użyteczny, ilość schowków w całym samochodzie poraża. Drugi i trzeci rząd siedzeń „chowa się” w podłogę, dzięki czemu jeśli ktoś jedzie we dwójkę, może sobie kupić materac w Wallmarcie i oszczędzić kasę na nocleg, jest tam naprawdę sporo przestrzeni (spotkaliśmy Polaków, którzy tak nocowali). Jeśli siedzenia w drugim rzędzie są rozłożone, w miejscu gdzie chowają się fotele, tworzy się pusta przestrzeń z możliwością schowania czegoś pod podłogę. My wykorzystywaliśmy to miejsce do chowania laptopa lub innych cenniejszych rzeczy, których nie mogliśmy wziąć na szlak. Przy rozłożonych wszystkich rzędach i tak pozostaje masę miejsca na bagaż, nam spokojnie mieściły się 4x mały podręczny + 2x duży rejestrowany + ok. 100 butelek wody.

Nie warto dobierać do tego samochodu nawigacji, Google maps sprawdza się świetnie, ale i tak chyba wszystkie Caravany miały nawigację systemową, która służyła nam głównie do sprawdzania ograniczeń prędkości, jeśli nie zauważyliśmy znaku. W samochodzie jest miejsce na USB, bezproblemowo odtwarzał naszą muzykę.

Za drugim rzędem siedzeń jest miejsce na butelki, praktycznie tuż przy nawiewie. Genialne rozwiązanie na schłodzenie wody, nawiew ustawiony na butelkę i za 20-30 minut woda jest przyjemnie chłodna – darmowa alternatywa dla średnio użytecznej lodówki turystycznej.

Chociaż samochód miał silnik 3.6 albo 3.8 w benzynie to demonem prędkości nie był. Niejednokrotnie miał problemy z większymi górkami, nie było to nic niebezpiecznego, ale nie jestem przyzwyczajony do samochodu, który nie ogarnia różnić w terenie, zaznaczam, bo niektórych może to męczyć.

Automatyczne drzwi tylne są trochę irytujące. Otwierają i zamykają się elektrycznie. Przy częstym wsiadaniu i wysiadaniu denerwuje ciągłe bawienie się z tym guzikiem, tym bardziej, że czasem drzwi się zacinały. Przy czterech osobach i sporym obłożeniu bagażem spalał ok. 10l na 100km.

ALE! Czas wrócić do relacji.
Ruszamy z rana, mamy przed sobą jakieś 1200km do West Yellowstone, zahaczając o Wielką Równinę Solną. Droga mija spokojnie, choć czasem napotykamy na swojej drodze węże


Image


Dojeżdżamy do Równiny.


Image


Wielka Równina Solna to jedno z nielicznych miejsc na których można zobaczyć gołym okiem krzywiznę Ziemi. My nie umiemy patrzeć, albo płaskoziemcy mają rację :D Liczyliśmy, że będą tu jakieś wyścigi, ale nic takiego się nie odbywało. Widziałem jedynie, że dwa samochody wjechały na pustynię i śmigają sobie bez oporów. Podszedłem do sennego dziadka sprzedającego pamiątki i zapytałem się czy trzeba dostać jakieś pozwolenie żeby tu wjechać, ale zaprzeczył głową i poszedł spać dalej. Czas sprawdzić Dodga w ekstremalnych warunkach!


Image

Image

Image


Nie wiem czy da radę zrobić większy pieprznik w środku auta, niż to co mieliśmy my, po tej przejażdżce. Drifting vanem przy prawie pełnym obłożeniu zrobił ładne wrażenie na gapiach. Wracając, czułem się trochę nieswojo kiedy turyści machali nam i robili zdjęcia, a mustangi zjeżdżały, jakby bardziej smutne i trochę mniej sportowe.
Zatrzymuję się na parkingu, wspólnie staramy się odłupać co większe kawałki soli od samochodu. Krótka toaleta i trzeba ruszać dalej.

Wracając z łazienki tarasuje mi drogę dwóch młodych, wysportowanych chłopaków:
- Hej, Ty jesteś kierowcą tego białego vana?

Szlag, albo dziadek zrobił mnie w bambuko i tutaj jest potrzebna jakaś zgoda, albo pozwoliłem sobie zbyt mocno i z przyczajki wyszło dwóch nieumundurowanych policjantów.

- Hej, tak, to ja
- To było naprawdę niezłe! Jak tutaj wjechałeś, trzeba coś zapłacić?

Już za kilka minut widziałem, jak swoją terenówką wjeżdżali na pustynię. Cholera, chyba zapomniałem im powiedzieć, żeby nie otwierali szyb...

Pro tip:
1) Podczas jazdy nie wystawiajcie aparatu zza szyby, sól będzie w każdym możliwym miejscu aparatu i samochodu.
2) Sól będzie na całym samochodzie, w ilościach niezmierzonych. Mimo „odłupywania” soli spod lusterek, nadkoli itp., do końca podróży tym samochodem odpadały nam ogromne kawałki (bryły na 10-15 cm to nic nadzwyczajnego).
3) Patrzcie na temperaturę płynu chłodzącego!!! Zabawa prawie „na odcięciu” i temperatury rzędu 30 stopni robią swoje. Czasem samochód musi chwilę odsapnąć :D

W przyrodzie musi panować równowaga, nie może być tak, że po świetnej wizycie w Bryce, mamy równie dobrą zabawę na pustyni i jeszcze wybierzemy sobie jakąś fajną knajpę na obiad. Od tego momentu zaczyna się tragedia rozpisana w trzech aktach. Przypomnieliśmy sobie, że przecież Pizza Hut pochodzi ze Stanów, więc trzeba wpaść. Już przy pierwszym kontakcie z obsługą, zauważyliśmy, że jest tutaj trochę inaczej niż u nas. Dostaliśmy pożółkłe talerze, które dla zmniejszenia kontrastu, miały żółtą obwolutkę dookoła. Sztućcy nie podano, można sobie je wziąć przy wejściu. Jakiekolwiek byśmy nie wybrali, były po prostu brudne, chusteczki, którymi je czyściliśmy wręcz przyklejały się do nich, ale nie zraziliśmy się. Co do samej pizzy… Zamówiliśmy super supreme, ale ani z wyglądu, ani ze smaku super nie była. Jeśli miałbym jakoś recenzować tę restaurację, to powiedziałbym tylko, że cała nasza czwórka miała mniejsze lub większe problemy żołądkowe. Kolega doszedł do siebie dopiero na wieczór kolejnego dnia.

NIE POLECAM: Pizza Hut, 2840 Pocatello Ave, American Falls, ID 83211, Stany Zjednoczone


Image@froggy89 Dzięki! Samochód z Alamo, przez pośrednika Rentalcars, z kategorii rodzinne (wybacz, ale nie ogarniam tych literek rezerwacyjnych).


Dzień 8 – 04.09.18 (Yellowstone)

Moja P. budzi nas wszystkich przed świtem, szaleje. Od zawsze marzyła, żeby tu przyjechać, więc ciśnie nas ostro na możliwe szybkie opuszczenie pokoju. Czy to, aby na pewno nie sen? Kurde, jesteśmy parę kilometrów, a może odpowiedniej byłoby napisać mil, od Yellowstone. Park znany nam od dzieciństwa, przecież wychowaliśmy się na Misiu Yogim.

Kiedy wypożyczaliśmy samochód w słonecznej Kalifornii mieliśmy niezły ubaw, w naszym Dodgu były nie tylko podgrzewane szyby, ale także kierownica! Kto by pomyślał, że teraz zaoszczędzi to nam skrobania szyb i odmarzniętych dłoni – termometr pokazuje -4 stopnie, a przecież jeszcze tydzień temu mieliśmy ponad 40 stopni. Z rana jest tu okrutnie zimno, szczególnie gdy zdążyliśmy już przywyknąć do gorąca. Mimo wszystko byliśmy na to przygotowani, kilka warstw na siebie i ruszamy w teren.

Szczerze przyznam, że na początku można poczuć lekkie rozczarowanie – jak to nie ma bizona na każdym zakręcie? Czemu zwierzaki nie wychodzą? No chociaż mały lisek… Przecież jedziemy dość wcześnie, oprócz nas nie ma żadnych samochodów (jeszcze), co jest nie tak?
Na szczęście trwa to tylko chwilę. Po przejechaniu kilku kilometrów mamy przed sobą małą panoramę parku. Od tej pory, to uczucie nie dopadło mnie już ani razu. W oddali widać było lasy, rozległe łąki i… mgłę. Ogromną parę wodną unoszącą się kłębami nad ziemią, przykrywającą drzewa i pagórki. Czy jest coś piękniejszego niż tak rozległy teren okryty „w chmurkę”? Każdy byłby tym widokiem oczarowany.

A jak wygląda płynąca rzeka, nad którą unoszą się małe obłoki? Nieziemsko!


Image


Plan nie był nadto skomplikowany – zatrzymywać gdzie się da i oglądać co się tylko da. Widoki były nie do ogarnięcia, ciężko przewidzieć co czeka na nas za rogiem. Najpierw bajkowa kraina, z przepięknymi lasami i zielenią, a później sceny grozy, niczym z post apokaliptycznego filmu.


Image

Image


Pragnę Was uczulić, jeśli już się tu znajdziecie, żeby uważać na każdym swoim kroku. Nigdy nie wiadomo gdzie nagle „urodzi” nam się gejzer. Lepiej więc pilnować wyznaczonej ścieżki i z niej nie schodzić.


Pierwszym z naszych dłuższych przystanków było Norris Geyser Basin – bardzo przyjemna i generująca fantastyczne wrażenia pętelka :D Po drodze liczne gejzery, wspaniałe widoki (jak cały czas tutaj!). Spotkaliśmy nawet Panią, która skrupulatnie zapisywała w kajeciku godzinę i czas trwania erupcji.


Image


Zobaczyliśmy tutaj również pierwsze „kolory” przy termicznych źródłach. A to tylko przedsmak…


Image

Image

Image


W pewnych momentach, kiedy gejzer mocno „buchał” można było odnieść wrażenie jakby spacerowało się po chmurze.


Image


Pytanie – jak wyobrażaliście sobie wybuch gejzera? Bo ja zawsze żyłem w przeświadczeniu (pewnie po misiu Yogim), że to duży strumień wody strzelający w niebo. Otóż nie… Wybuch gejzera to mnóstwo kłębów pary i woda bryzgająca w każdym możliwym kierunku. Może dla jednych to oczywiste, dla mnie to było niesamowite, nowe wrażenie :D


Image


Kiedy będziecie spacerować po parku i usłyszycie dziwne „strzelanie” jakby prądem – spoko, to nic groźnego. Ot, robale.


Image


Kierowaliśmy się w kierunku Grand Canyon of Yellowstone i do trasy Uncle Tom’s Trail, która niestety okazała się zamknięta… mimo tego wcale się jednak nie nudziliśmy i było co zwiedzać ;)


Image

Image

Image


Wielki Kanion Yellowstone jest naprawdę przepiękny chociaż nie jest aż tak wielki jak Wielki Kanion oczywiście ;) Największe wrażenie robią chyba te białe skały. W połączeniu z zielenią drzew i niebieską rzeką robią odlotowe widoki!


Image

Image

Pojechaliśmy dalej zwiedzać, a wodospad i rzeka odprowadzały nas jeszcze spory kawał dalej :D A co tam dalej było? Ano właśnie… Łąki. A na łące… czyje wprawne oko dostrzeże tam bizona?


Image


Później, jeśli chodzi o bizony, było już zdecydowanie lepiej. Faktycznie chodziły sobie po drodze, co okazało się niebezpieczne, a ludzie bez wyobraźni…


Image


No bo przecież nie kto inny jak Chińczyk pomyślał, że przecież mu smutno, bo bizon idzie do niego tyłem. No to trąbnął sobie żeby zwrócić na siebie uwagę (może bizon się odwróci?), a zwierz był na wysokości naszych drzwi. Nie chce sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby się wystraszył/zdenerwował/zirytował i dał nam z dyńki…

Ostatnim punktem naszego dnia było miejsce Mommoth Hot Springs – miejsce gdzie wesoło płyną sobie gorące źródełka. Wszystko wygląda naprawdę przepięknie kiedy widzi się wodą spływającą po różnie wyrzeźbionych skałach, dostrzega się multum barw i do tego wszystko błyszczy.


Image

Image

Image

Image


Wracaliśmy do pokoju jak już się ściemniało, a potem było już kompletnie ciemno.

Tutaj należy BARDZO UWAŻAĆ na zwierzaki! Dopiero wtedy naprawdę się uaktywniają. A spotkanie na swojej drodze ogromnego bizona nie będzie należało do najprzyjemniejszych… Bizon nie musi być nawet na drodze, wystarczy, że będzie szedł blisko poboczem a Wy się wystraszycie. No i uważajcie na małe liski! Takie też wyskakują!@farmer Wielkie dzięki, walczę dalej!


DZIEŃ 9 – 05.09.2018 (Yellowstone)

Poranek nie zaskakuje już nas tak jak poprzednio, przygotowani jesteśmy na mroźny poranek i całkiem gorące popołudnie. Już po kilku kilometrach od wjazdu do Parku powitały nas piękne, majestatyczne bizony.


Image


I kilka jeleni/sarenek :D


Image


Warto wjechać do parku tylko jak zacznie świtać. Wtedy możemy oglądać jeszcze niespłoszone zwierzaki, których jest na prawdę sporo! Dziś zwiedzamy drugą część ósemki. Ponownie zaczynamy od widoków jak z horrorów, tylko patrzyłem kiedy wyjdzie do nas jaka Samantha. Ruszamy oglądać Fountain Paint Pot!


Image

Image


W powietrzu unosiło się tak dużo kłębów pary, że Słońce miało nie mały problem żeby się przebić przez gęstą mgłę. Miało to swój niesamowity urok i robiło klimat. W koło oczywiście roznosił się wszechobecny, duszący zapach siarki. Tak naprawdę zapach to jedno z najmocniej zapamiętanych przez nas „wrażeń”. Moja P. często mówi, że czuje Yellowstone, gdy zapala zapałkę :D

Na różnych parkingach czekały na nas zaskakujące widoki:


Image


Na zdjęciu na dole Excelsior Geyser Crater – ponoć wybuchł kiedyś z taką mocą, że krater rozsadziło!


Image


Oglądamy Grand Prismatic Spring z kładek przy Excelsior Geyser. Warto zobaczyć jak wygląda z bliska, a obowiązkowo z dalszej perspektywy. Zostawiliśmy samochód na pobliskim parkingu, żeby pójść na taras widokowy. Wszędzie widzieliśmy ostrzeżenia o misiach, czuliśmy się więc trochę bezpieczniej, gdy mieliśmy lekko za sobą parę niosącą kijek z dzwoneczkami (my nie mieliśmy nic, te „poręczne gaśnice” służące do odstraszania niedźwiedzi jakoś nas nie przekonały i ich nie wypożyczyliśmy). Na początku szlaku była lekka nierówność, coś w rodzaju miejsca na jakiś mały strumyczek.

Kobieta nie ogarnęła tego uskoku, szła na wprost i równie prosto, na szczupaka, zanurkowała w ziemię. Miała ze sobą ciastko. Cholernie dobre ciastko. Choć leciała, ciastka nie wypuściła, nie broniła się w żaden sposób. Ale żarty na bok, kobitka rozbiła sobie dość mocno usta i nos, poszło trochę krwi. Daliśmy chusteczki i wodę, nie chcieli niczego z apteczki, poszli od razu do Rangersów.

Po jednej przygodzie zaraz mamy kolejną. Bizon postanowił wyjść na spacerek i socjalizować się z turystami przy pobliskim parkingu.


Image


Na końcu drogi wchodzimy na mały taras, to tam można podziwiać niezwykłe „oczko wodne” otoczone pięknymi kolorami ;-) Powiedzieć, że zachwyca to mało. Żadne zdjęcia nie oddadzą rzeczywistości, chyba nie zdawałem sobie sprawy, że natura może stworzy COŚ takiego!


Image


Kolejny przystanek to Biscuit Basin.


Image

Image

Image

Image


Czas na klasykę. Dotarliśmy do Old Faithfull – gejzeru, który wybucha najbardziej regularnie, więc praktycznie każdy odwiedzający może go zobaczyć. Jeśli nie macie czasu lub szczęścia żeby trafić inny wybuchający gejzer, to tutaj na pewno nie ominiecie erupcji. Obejrzeliśmy łącznie dwa jego wybuchy – jego końcówkę przy samym gejzerze oraz drugą erupcję z góry, po spacerze dość przyjemnym, leśnym szlakiem (Upper Geyser Basin). Lekka rada, oglądać z góry jest może i fajnie, ale zdjęcia bez dużego zooma nie mają zbytniego sensu.



Dodaj Komentarz

Komentarze (15)

monroe 4 lutego 2019 22:20 Odpowiedz
Cóż, skoro wywołałeś mnie do tablicy... (inaczej nawet nie pamietałbym, że to Ty)Nie wiem czy jest się czym chwalić - po 12h locie w ekonomicznej (alkohol też był przy okazji co pokazujesz na zdjeciach) zmianie czasu (różnica względem PL), Wy jeszcze prowadziliście 6h samochód w nocy. Owszem, można - tak jak Ci zresztą pisałem. Można też zrobić wiele innych mało bezpiecznych dla siebie i innych rzeczy ale nie wiem czy to aby na pewno powód do dumy? ;)
88309 4 lutego 2019 23:58 Odpowiedz
A skąd wiesz czy nie przespał 3/4 lotu i nie był zmęczony? My po locie do San Francisco też w ogóle nie odczuwaliśmy zmęczenia i poszliśmy na parogodzinny spacer. Każdy organizm inaczej reaguje na zmiany stref czasowych.
monroe 5 lutego 2019 02:14 Odpowiedz
Ciężko mi uwierzyć w to, że byli wypoczęci po 12h lotu startując o 17:00 z WAW i przylatujac do LAX o 5 rano warszawskiego czasu. Zwłaszcza, że lot był w ekonomicznej a nie w C. Do tego alkohol na pokładzie.Do tego się odnosiłem. Poza tym spacer po 12h lotu a jazda samochodem 6h w nocy to też nie to samo.A to że sam po takim locie nie odczuwałeś zmęczenia to stosunkowo normalne przez pierwsze godziny po wylądowaniu. Jednak nie znaczy to, że zmęczony w rzeczywistości nie byłeś. Biologii nie oszukasz nawet Ty ;)
88309 5 lutego 2019 07:58 Odpowiedz
Myślę po prostu, że każdy jest na tyle odpowiedzialny i na tyle zna swój organizm, że stwierdzili - "damy radę!". Pewnie też zadziałały emocje z powodu podróży :-)
marcinsss 8 lutego 2019 01:29 Odpowiedz
O matko, ale intensywnie. :)Ale niektóre momenty to jakbym się cofnął w czasie. Te same miejsca, wydarzenia, wrażenia... (Vegas, R66, jelenie). W dodatku byliśmy niemal w tym samym czasie.No i zdjęcia... ŚWIETNE! Oczywiście oprócz tych, robionych pralką. :lol: Ale że Wam się chciało pralkę ze sobą tachać...Zupełnie nie znam Waszego planu i nie będę teraz szukał, zatem z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. :)
88309 10 lutego 2019 18:14 Odpowiedz
Zawsze z zaciekawieniem i sentymentem czytam relacje z zachodu USA. To była moja i żony pierwsza tak daleka wyprawa i spełnieniem marzeń o road tripie :) Czekam na dalsze części :)
88309 10 lutego 2019 20:06 Odpowiedz
A cóż to za spięcie na parkingu? Szkoda, że Angels Landing było zamknięte - z jakiego powodu? Wiesz może?My też jak jechaliśmy po zmroku w stronę Bryce to też jedna sarna stała praktycznie na linii oddzielającej pobocze od pasa ruchu. Lekki stresik po tym był...A Demolition Derby to fajne przeżycie :)P.S Zgadzam się - fajnie rozpocząć samodzielne planowanie od bezproblemowo turystycznie miejsc. Zachodnie wybrzeże USA można zaliczyć do takich miejsc.
mixsa 10 lutego 2019 20:21 Odpowiedz
Angles Landing było zamknięte z powodu zniszczeń po mega burzy która nawiedziła Zion latem. Byłam w połowie września i mieli otworzyć za kilka dni, dlatego my wybraliśmy Observation Point :)Super relacja - czekam na więcej :)
rmk 10 lutego 2019 20:58 Odpowiedz
Dobrze się czyta, jeszcze lepiej ogląda. Czekam na więcej :)
olcia 10 lutego 2019 21:24 Odpowiedz
na prawdę świetnie się czyta, czekam na cd:)
zjadacz 4 maja 2019 05:08 Odpowiedz
Co z dalszą częścią relacji ? ;)
froggy89 14 maja 2019 11:41 Odpowiedz
Swietna relacja :) dziel sie wiecej wlasnymi spostrzezeniami i wrazeniami prosze :)Gdzie wypozyczales auto i jaka to klasa?
farmer 16 maja 2019 21:59 Odpowiedz
@szajbek świetna relacja i zdjęcia! dawaj dalej! Niezła lektura przed moim podbojem Zachodu USA we wrześniu :)
bubu69 30 maja 2019 14:57 Odpowiedz
Super relacja, bardzo fajnie, przystępnie napisana, a do tego PRZEPIĘKNE zdjęcia :)!Świetnie, że udało się Wam pojechać do Yellowstone, tak pozytywnie zazdroszczę :), te żubry to coś wspaniałego :), nie wspominając oczywiście o gejzerach, mgle i czającej się Samanthcie hehehe :). Ale krajobraz wygląda bajkowo, chyba jako jedni z nielicznych odbiliście do tego parku z typowego road tripa po zachodzie. Gdybym miała więcej czasu wtedy, to też byśmy nie odpuścili, zwłaszcza że jesteśmy Yogi i Bubu :), więc chyba musimy to jednak nadrobić, a Twoje zdjęcia mnie dodatkowo zmotywowały (na razie tylko w myśleniu, ale kto wie za jakiś czas ;)). Czekam na ciąg dalszy!!! Fajnie jest wrócić wspomnieniami w te okolice, więc do roboty :P
marco-manno 23 czerwca 2019 14:06 Odpowiedz
Super sie czyta! Chyba zainspiruje się ta relacja we wrzesniu :) Cos jeszcze bedzie? Wstawisz podliczenie kosztow ?