0
szajbek 3 lutego 2019 22:06
Image

Image


Później ruszamy po całej „krainie gejzerów”.


Image

Image

Image

Image


Przechadzając się po pętelkach Upper Geyer Basin natknęliśmy się na sporą grupę ludzi, która zdawała się czekać na erupcję. Grand Geyser bulgotał, coś tam próbowało buchać i chuchać. Czekaliśmy pół godziny, 40 minut, godzinę. Poszliśmy zwiedzać dalej, ale wróciliśmy się ponownie. Dalej bucha, dalej coś bulgocze, ale nic się nie dzieje. Czekaliśmy kolejne pół godziny, które umilił widok przechadzającego się przy gejzerze Marmota (nasz świstak ;-)). Znowu stwierdzamy, że chyba nic nie wybuchnie, trzeba powoli wracać bo my mamy kawał drogi przed sobą. Świstakowi się nie śpieszyło, świstak dalej biegał ochoczo po trawce za gejzerem… Obserwowałem go na bardzo dużym przybliżeniu, potrzebowałem kilku sekund, żeby zrozumieć co oznacza jego nagłe zniknięcie i zamazany obraz na wizjerze.


Image

Image

Image


Gejzer zaczął wybuchać! Na taką wysokość, że zaparło dech. To się nazywa wyjazd na pełnym farcie! Biedny świstak gdzieś uciekł, ale raczej przeżył. Cieszyliśmy się wystrzeliwaną wodą przez dobre kilka minut. Uwierzcie mi, że po wybuchu Grand Geyseru nie było co oglądać – pożarł on wszystkie gejzery i jeziorka dookoła.

Pojechaliśmy też do Yellowstone Lake, ale mieliśmy czas żeby tylko zerknąć. Na moczenie stópek w orzeźwiającej wodzie kompletnie nie było czasu. Spotkaliśmy też stado żubrów z małymi żuberkami. Nie pomyślałbym nawet jak zwinne są te zwierzęta, wszelkie górki pokonywały zaskakująco sprawnie.


Image

Image


Z lekkim wzruszeniem, powoli oglądamy ostatnie obrazy z Yellowstone:


Image

Image


Jeśli dużo samochodów zatrzymuje się bez wiadomego powodu, w miejscu w którym nie ma potrzeby się zatrzymywać – możesz być pewny, jest jakiś zwierzak. Tak trafiła się nam okazja na zobaczenie misia.

Sytuacja z pozoru idealna, po drugiej stronie rzeki, na samym brzegu, leżała padlina, którą miś przychodził jeść już dwa dni z rzędu, zawsze w okolicach godziny 19. Zebrało się więc trochę ludzi z wypasionymi aparatami, lornetkami i lunetami (?). Mieliśmy obawy co do tego, czy miś się pokaże, część osób, które zatrzymywały się po drodze, zachowywały się super głośno, czasami nawet krzycząc. Obawy uzasadnione, misiek nie przyszedł. Jak wspominałem wcześniej, w przyrodzie musi panować równowaga, zamiast misia – przyszło stado jeleni, w kontrze do głośnych turystów – super przyjemni Amerykanie, którzy z własnej woli użyczali nam swoje lunety i lornetki oraz opowiadali o Stanach.


Image


Tak, teraz już mamy bardzo dobry powód do tego, żeby tu jeszcze kiedyś wrócić.DZIEŃ 10 – 06.09.2018 (Droga do Lake Tahoe + Shoshone Falls)

Dziś wracamy na bardziej utarty szlak, mamy przed sobą około 1250 kilometrów. Po zakończeniu szlaku The Narrows mieliśmy problem z wysuszeniem skarpet i butów, męczyliśmy się chyba z dwa dni żeby to jakoś ogarnąć. Nikt z nas nie wpadł na pomysł, który był zupełnie oczywisty dla jednego z kierowców przy Yellowstone:


Image


Także ten, w pełni się zgadzam, że podróże kształcą. Można było przyczepić skarpety do tablicy rejestracyjnej? Można!

Stop przy Shoshone jest naprawdę przyjemny. Nie działa tutaj Annual Pass, za wjazd musieliśmy zapłacić 3$ od samochodu. W wielu miejscach piszą, że nie warto, bo po lecie nie ma prawie wody, ale nam się podobało. Rozprostowaliśmy nogi, parę fotek i ponownie w drogę, już bez żadnych przystanków. Gdyby ktoś reflektował, to podobno w okolicy jest muzeum ziemniaka, ale nie czuliśmy zbytniej potrzeby zapoznawać się z tą częścią historii…

PS: Na samym wjeździe są toy toiki, nie proponuję z nich korzystać, parę metrów dalej jest normalna, czysta, bezzapachowa toaleta. Z drugiej strony jednak, nie trzeba brać żadnej piguły, żeby być na haju, wystarczy się tylko tam zaciągnąć.


Image

Image

Image


W trakcie podróży po Stanach, nabrałem przekonania, że choć nie wiem jak duży możesz mieć samochód, to zawsze znajdzie się ktoś kto ma większy.


Image


Chociaż nie tylko samochody są tam ogromne (44oz = 1,3 litra :shock: )


Image


Późnym wieczorem dojechaliśmy do Lake Tahoe. Po raz pierwszy widziałem kontrole trzeźwości w Stanach, chodzenie po linii, podążanie wzorkiem za palcem czy stanie na jednej nodze. Nie wiem jaki był rezultat tej kontroli, trochę głupio gapić się grupą czterech osób na kontrolę policji, ale wystarczyło tylko przejść obok gościa, aby wiedzieć, że cukierek z likierem to to nie był ;)DZIEŃ 11 – 07.09.2018 (Lake Tahoe)

Od początku wyjazdu lecimy cały czas na grubo, bez odpoczynku. Na dziś mamy zaplanowany totalny chill out, wszyscy mamy ochotę żeby rozłożyć się na plaży i odpocząć. Najpierw jednak decydujemy się na spacer po okolicy. Jak wielu już przede mną pisało, duża część miasteczka jest przeznaczona dla ludzi z kasą, mają ogrodzone domy, plaże, nie ma za bardzo możliwości, żeby się gdzieś dostać. Przy ogólnodostępnej plaży widzimy wypożyczalnie kajaków i rowerów wodnych – ej, ale przecież mieliśmy odpocząć. 20 minut na przeorganizowanie planów, schowanie cenniejszych rzeczy i już wodujemy nasze kajaki.


Image

Image

Image


Cholera, jak tu ładnie! Razem z P. mamy dość ciężko się zgrać, chyba jeszcze nigdy nie płynęliśmy razem w kajaku. Widzimy szczelinę między dwoma skałami i manewrujemy, żeby się między nimi zmieścić. Panie! To była chwila! Nie wiem jakim cudem, zamiast skręcić w lewo, obróciliśmy się o 180 stopni. Prawo jazdy na kajak oblane z kretesem. Dopiero druga próba była udana, chociaż nie brakowało adrenaliny.


Image


Ciekawe jest to, że Amerykanie chyba wszystko robią ze swoimi psiakami. Nie pomyślałbym, że można wziąć psa na deskę :D


Image


Oddajemy kajaki i uwalamy się na plaży. Lake Tahoe, piasek i sporo słońca, a w ręku mój nieodłączny element plażowania – Wiedźmin. Nie wiem, który raz już czytam te opowiadania, ale wciąż mi się nie nudzą. Nie śpieszymy się. Wracając leniwie z plaży, zahaczamy jeszcze o wyśmienitą lodziarnię. Mamy plan, wszystko ogarnięte, przecież sprawdzaliśmy wcześniej, że do kolejnego noclegu (w Yosemite), mamy jedynie godzinę drogi. Delektując się lodami, czujemy, że chyba pierwszy raz na tym wyjeździe mamy trochę swobody. Cóż w tym pięknym dniu mogłoby się nie udać?


Image


Wsiadam za kółko, wpisuję nazwę hotelu i miejscowość – Google Maps postanawia mi zrobić niespodziankę, 4,5 godziny! Dwa motele o tej samej nazwie, bez wpisania miejscowości pojawia się ten bliższy. Jest po 18, a check-in max do 22. Szybki telefon do motelu, nie robią najmniejszych problemów, umawiamy się, że klucze zostawią pod wycieraczką. Planowany przyjazd bez przystanków po 23.
Szczęśliwe rozwiązanie? Nie do końca, koleżanka ma bardzo jasną karnację i mimo że smarowała się kremem non stop, to filtr 50 był niewystarczający. Ma bardzo poparzone nogi, więc musimy ogarnąć aptekę. 9 września planowaliśmy wejść na Half Dome...DZIEŃ 12 – 08.09.2018 (Yosemite)

Pobudka o 4 rano, zwołujemy naradę wojenną. Poparzenia wyglądają super nieciekawie, sączy się płyn, spacery w takim stanie to byłby hardcore. Decyzja podjęta z bólami, ale możliwie szybko, znajomi zostają w pokoju, my ruszamy do Yosemite. Half Dome w szczególności do mnie nie przemawiał, ogólnie obawiałem się kwestii związanych z ubezpieczeniem, gdyby coś nam się stało. Mieliśmy je wykupione w ING, ale objęty ubezpieczeniem był tylko trekking. Czy wejście na szczyt to trekking, czy wspinaczka? A może sport ekstremalny? Na naradzie ustaliliśmy, że spróbujemy wejść kolejnego dnia, ale trzeba ogarnąć pozwolenie w VC. 5 rano wyruszamy z motelu, punkt docelowy to Glacier Point, po drodze zatrzymując się przy Tunnel View.


Image

Image

Image


Na miejscu jesteśmy po 7, unikając w ten sposób tłumów. Widoki zapierają dech w piersiach, ogrom i surowość skały przerażają. Na miejscu są tylko fotografowie starający się ująć możliwie jak najlepiej Half Dome, ale ze względu na sporą mgłę, nie jest możliwie zrobienie super ostrych zdjęć. Ranger mówi, że niedługo będzie tutaj ślub, w sumie świetna sceneria, ciężko się dziwić. Oglądamy słynny Overhanging Rock i ok. 9 lecimy do VC.


Image

Image

Image

Image


Nie ma opcji, nie dostaniemy pozwolenia. Minimum 3 dni wcześniej (albo 2, nie pamiętam) trzeba zgłosić chęć wejścia. Żadne prośby nie przynoszą skutku. Trochę rozbici informujemy znajomych, a sami ruszamy na dalsze zwiedzanie parku.

Jeden z pracowników sklepu przy VC poleca szlak na Mirror Lake, podobno jest piękny. Jeśli dobrze kojarzę, kółko ma mniej więcej 12-14 km. Doszliśmy do Mirror Lake, ale nie uświadczyliśmy tam jeziora, całkowicie wyschło. Ruszamy tym samym szlakiem dalej, jest ładnie, chociaż bez przesady. Jeśli ktoś ma jeden dzień, to absolutnie nie polecałbym chodzenia akurat tutaj


Image

Image

Image

Image

Image


Nadganiamy, ogarniamy Lower Yosemite Falls, Valley View, Bridalveil Fall oraz Hanging Valley. Wodospady praktycznie suche, ale nadal wyglądały pięknie. Zatrzymujemy się jeszcze w wielu miejscach po drodze, tak po prostu, bo było cudnie :-)

El Capitan jest ogromny, ciężko zmieścić go w kadrze. Szczególnie ładne zdjęcia wychodzą z tej polanki naprzeciw kapitana. Ostatnio oglądałem Free Solo i wszystkie wspomnienia mi ożyły, ta polana, ta góra, te drogi. Fajnie zobaczyć w TV jeszcze raz to, co widziało się już na żywo :D


Image

Image

Image

Image

Image


Wracamy późną nocą. Nie bardzo wiemy gdzie zjeść, restauracje odstraszają ceną, fast foody narkomanami. Ostatecznie trafiamy do Happy Burger Diner i to jest strzał w dziesiątkę. Super amerykański wystrój, akceptowalne ceny i strasznie rozmowna amerykanka za ladą :D Jedzenie, choć wzięte na wynos, tylko dopełniło końcowy obraz, było po prostu wyśmienite.

W motelu, przy kolacji, trzeba było ponowić naradę wojenną. Nasza sytuacja? Nogi lekko podleczone, Yosemite ogarnięty, Half Dome nie zrobimy, wszędzie w miarę daleko. Pierwotny plan zakładał kolejny dzień na Half Dome, potem Sekwoje i nocleg tam na miejscu, a dopiero potem do San Francisco. Mamy możliwość bezpłatnego odwołania rezerwacji w sekwojach, więc z tego korzystamy i w zamian wykupujemy dodatkowy nocleg w SF. Zmiana planu spowodowała, że jutro trzeba znowu wcześnie wstać, jedziemy do Sekwoi i wracamy z powrotem do Mariposy na nocleg, skąd ruszymy do SF.

Chyba przeszedłem do dalszej części bez odpowiednich emocji. Wcześnie wstać?! Panie, od wczoraj spaliśmy coś koło trzech czy czterech godzin! Jest po 23, planowana pobudka przed 6. Kładąc się spać zastanawiam się nad tym ile to człowiek musi się namęczyć, żeby na tych wakacjach wypocząć…Dzięki! Praktycznie wszyscy nam odradzali, radząc skupić się bardziej na bliższych punktach, ale jakoś nie potrafiłbym odpuścić Yellowstone. Masz rację, niewiele osób decyduje się na odbicie ze standardowej trasy, to jeden z powodów dla których chciałem napisać tę relację. Chociaż nasza lekko niestandardowa trasa to nic, jak dla mnie prawdziwym unikatem jest odbicie na Yellowstone w zimę (gdy temperatury oscylują przy -30), którą opisuje @palomino

Mimo, że często widziałem Twój nick, jakoś nigdy mi nie przyszło do głowy, że to chodzi o tego Bubu :D Swoją drogą, w żadnym sklepie w VC nie spotkaliśmy maskotek Yogiego, nawet w miasteczku nie rzucały się w oczy. No dobra, ale trzeba faktycznie wrócić do roboty!


DZIEŃ 13 – 08.09.2018 (Sekwoje)

Koniec użalania, wstajemy pełni sił. Do Parku Sekwoi prowadzi dość kręta droga, już przy samej trasie mamy bardzo ładne widoki. Pierwszym przystankiem będzie Moro Rock. Wejście całkiem spoko, każdy powinien się tu dostać bez większych problemów. Na górze trochę wieje, a do najdalej wysuniętego punktu bardzo duży tłum, dość ciężko się przebić. Mówiąc szczerze, bardziej podobała mi się droga na szczyt niż widok z samego szczytu.


Image

Image

Image

Image


Mamy spędzić tu cały dzień, więc czasu sporo. Decydujemy się na dość długą drogę, od Moro Rock wchodzimy na pobliski szlak kierując się w stronę Tunnel Log (nie można już przejeżdżać samochodem). Próbujemy zrobić sobie tu zdjęcie przy tunelu z sekwoi, ale nasze starania skutecznie niweczy przemiła turystka z Azji. Gdy szliśmy w stronę tunelu, robiła sobie zdjęcia, gdy staliśmy tam przez dobre 20 minut, robiła sobie zdjęcia, nie odpuściła nawet gdy odchodząc, obserwowaliśmy ją z oddali. No dobra, niech będzie, udało nam się zrobić krótkie zdjęcie, gdy próbowała wleźć na sekwoje, ale i tak nas ofukała, że jej przeszkadzamy.


Image


Kontemplując prędkość zwiedzania wspomnianej Pani lecimy szlakiem Soldiers Trail. Nazwa zobowiązuje, na normalnym poligonie żołnierze mają unikać strzałów, my natomiast robimy uniki przed śmiercionośnymi szyszkami. Na serio, są nawet ostrzeżenia na drzewach. Złośliwiec by powiedział – jacy żołnierze, takie zagrożenie :D Tak całkiem serio, to chyba nie chciałbym oberwać tą szyszką, jest naprawdę wielka.


Image

Image


Formy jakie przybierają drzewa są niesamowite. Lekko nadpalone, czasem złamane, a do niektórych można nawet wejść. Wszystkie wyglądają zacnie. Mimo, że nie ma tu zachwycających przepaści czy wodospadów, to ogrom drzew nie przestaje zdumiewać nas przez całą drogę.



Dodaj Komentarz

Komentarze (15)

monroe 4 lutego 2019 22:20 Odpowiedz
Cóż, skoro wywołałeś mnie do tablicy... (inaczej nawet nie pamietałbym, że to Ty)Nie wiem czy jest się czym chwalić - po 12h locie w ekonomicznej (alkohol też był przy okazji co pokazujesz na zdjeciach) zmianie czasu (różnica względem PL), Wy jeszcze prowadziliście 6h samochód w nocy. Owszem, można - tak jak Ci zresztą pisałem. Można też zrobić wiele innych mało bezpiecznych dla siebie i innych rzeczy ale nie wiem czy to aby na pewno powód do dumy? ;)
88309 4 lutego 2019 23:58 Odpowiedz
A skąd wiesz czy nie przespał 3/4 lotu i nie był zmęczony? My po locie do San Francisco też w ogóle nie odczuwaliśmy zmęczenia i poszliśmy na parogodzinny spacer. Każdy organizm inaczej reaguje na zmiany stref czasowych.
monroe 5 lutego 2019 02:14 Odpowiedz
Ciężko mi uwierzyć w to, że byli wypoczęci po 12h lotu startując o 17:00 z WAW i przylatujac do LAX o 5 rano warszawskiego czasu. Zwłaszcza, że lot był w ekonomicznej a nie w C. Do tego alkohol na pokładzie.Do tego się odnosiłem. Poza tym spacer po 12h lotu a jazda samochodem 6h w nocy to też nie to samo.A to że sam po takim locie nie odczuwałeś zmęczenia to stosunkowo normalne przez pierwsze godziny po wylądowaniu. Jednak nie znaczy to, że zmęczony w rzeczywistości nie byłeś. Biologii nie oszukasz nawet Ty ;)
88309 5 lutego 2019 07:58 Odpowiedz
Myślę po prostu, że każdy jest na tyle odpowiedzialny i na tyle zna swój organizm, że stwierdzili - "damy radę!". Pewnie też zadziałały emocje z powodu podróży :-)
marcinsss 8 lutego 2019 01:29 Odpowiedz
O matko, ale intensywnie. :)Ale niektóre momenty to jakbym się cofnął w czasie. Te same miejsca, wydarzenia, wrażenia... (Vegas, R66, jelenie). W dodatku byliśmy niemal w tym samym czasie.No i zdjęcia... ŚWIETNE! Oczywiście oprócz tych, robionych pralką. :lol: Ale że Wam się chciało pralkę ze sobą tachać...Zupełnie nie znam Waszego planu i nie będę teraz szukał, zatem z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. :)
88309 10 lutego 2019 18:14 Odpowiedz
Zawsze z zaciekawieniem i sentymentem czytam relacje z zachodu USA. To była moja i żony pierwsza tak daleka wyprawa i spełnieniem marzeń o road tripie :) Czekam na dalsze części :)
88309 10 lutego 2019 20:06 Odpowiedz
A cóż to za spięcie na parkingu? Szkoda, że Angels Landing było zamknięte - z jakiego powodu? Wiesz może?My też jak jechaliśmy po zmroku w stronę Bryce to też jedna sarna stała praktycznie na linii oddzielającej pobocze od pasa ruchu. Lekki stresik po tym był...A Demolition Derby to fajne przeżycie :)P.S Zgadzam się - fajnie rozpocząć samodzielne planowanie od bezproblemowo turystycznie miejsc. Zachodnie wybrzeże USA można zaliczyć do takich miejsc.
mixsa 10 lutego 2019 20:21 Odpowiedz
Angles Landing było zamknięte z powodu zniszczeń po mega burzy która nawiedziła Zion latem. Byłam w połowie września i mieli otworzyć za kilka dni, dlatego my wybraliśmy Observation Point :)Super relacja - czekam na więcej :)
rmk 10 lutego 2019 20:58 Odpowiedz
Dobrze się czyta, jeszcze lepiej ogląda. Czekam na więcej :)
olcia 10 lutego 2019 21:24 Odpowiedz
na prawdę świetnie się czyta, czekam na cd:)
zjadacz 4 maja 2019 05:08 Odpowiedz
Co z dalszą częścią relacji ? ;)
froggy89 14 maja 2019 11:41 Odpowiedz
Swietna relacja :) dziel sie wiecej wlasnymi spostrzezeniami i wrazeniami prosze :)Gdzie wypozyczales auto i jaka to klasa?
farmer 16 maja 2019 21:59 Odpowiedz
@szajbek świetna relacja i zdjęcia! dawaj dalej! Niezła lektura przed moim podbojem Zachodu USA we wrześniu :)
bubu69 30 maja 2019 14:57 Odpowiedz
Super relacja, bardzo fajnie, przystępnie napisana, a do tego PRZEPIĘKNE zdjęcia :)!Świetnie, że udało się Wam pojechać do Yellowstone, tak pozytywnie zazdroszczę :), te żubry to coś wspaniałego :), nie wspominając oczywiście o gejzerach, mgle i czającej się Samanthcie hehehe :). Ale krajobraz wygląda bajkowo, chyba jako jedni z nielicznych odbiliście do tego parku z typowego road tripa po zachodzie. Gdybym miała więcej czasu wtedy, to też byśmy nie odpuścili, zwłaszcza że jesteśmy Yogi i Bubu :), więc chyba musimy to jednak nadrobić, a Twoje zdjęcia mnie dodatkowo zmotywowały (na razie tylko w myśleniu, ale kto wie za jakiś czas ;)). Czekam na ciąg dalszy!!! Fajnie jest wrócić wspomnieniami w te okolice, więc do roboty :P
marco-manno 23 czerwca 2019 14:06 Odpowiedz
Super sie czyta! Chyba zainspiruje się ta relacja we wrzesniu :) Cos jeszcze bedzie? Wstawisz podliczenie kosztow ?