+10
xladystarrrdustx 7 marca 2015 02:41
Pomysł na wyjazd do Laosu zrodził się nagle i niespodziewanie, jak chyba każda z naszych wcześniejszych podróży. Wzmianka w książce, jakieś zdjęcie gdzieś w internecie, wpis na blogu... Wiedzieliśmy, że na nasze jedyne dłuższe w tym roku wakacje wybierzemy się jak zawsze do Azji. Załatwianie urlopu, kupienie biletów linii Emirates (z dłuższym, dającym szansę zwiedzić troszkę Dubaj layoverem) do Bangkoku - no i zostało tylko zaplanować podróż. Laos nie pozwalał o sobie zapomnieć. Wkradał się do głowy w najmniej oczekiwanych momentach. Czekał...
Z danych nam 25 dni, 7 postanowiliśmy spędzić w Laosie. Teraz już wiem, że to za krótko. Wiem też, że do Laosu musimy wrócić, szybko, jak najszybciej. Po serce, które tam zostało...
Ale od początku: 18 godzin w autobusie z Chiang Rai w Tajlandii do Luang Prabang. Bezpośrednie połączenie, które w teorii nie istnieje, którego nie ma w przewodnikach, któremu zaprzeczają internetowe fora - a jest, codziennie, z położonego na uboczu nowego dworca w Chiang Rai. Wystarczy tam iść i zapytać! Dwugodzinny postój na przejściu granicznym w Huay Xai, gdzie nikt się nie spieszy.... Zaczynamy rozumieć, czemu Lao PDR (Lao People's Democratic Republic) jest powszechnie tłumaczone jako Lao - Please Don't Rush. Wjazd do Laosu z kolorowej, krzykliwej, nowoczesnej Tajlandii jest jak zgaszenie światła, wejście przez szafę do Narnii, nagły przeskok w czasie. Cisza. Natura. Chatki z liści palmowych i stadko kur. Przedwieczorne gotowanie posiłku na ognisku przy drodze. Cisza. Cisza. I jedno z najpiękniejszych pasm górskich, jakie w życiu widziałam.
Do Luang Prabang dotarliśmy przed 5 rano. Ciemno i zadziwiająco chłodno, głodni i wymęczeni bierzemy tuktuka do "centrum". Przezornie zabukowaliśmy wcześniej pokój w malutkim hotelu, a właściwie pensjonacie; docieramy tam i choć wiemy, że nasz pokój będzie czekał dopiero od 11, dzwonimy do drzwi. Mimo barbarzyńskiej pory i faktu, że właśnie obudziliśmy chłopaka z recepcji, jesteśmy przyjęci bardzo ciepło. Możemy zostawić plecaki, skorzystać z łazienki, odpocząć. Jeszcze chwilę temu marzyłam o drzemce, choćby i na krześle, ale nie, świadomość że już tu jestem, TU!, że Luang Prabang jest na wyciągnięcie ręki spędza mi z powiek jakąkolwiek chęć snu. Nie ma na co czekać, idziemy!
Miasto zaczyna budzić się na naszych oczach. A my otwieramy te oczy coraz szerzej, nie wierząc w to, co widzimy. Piękno, które wręcz dusi. Znowu ta wszechogarniająca cisza, ten spokój, i ta atmosfera, nieporównywalna do niczego, co znamy. To Luang Prabang.






Spędzamy dobre dwie godziny spacerując między świątyniami, zaglądając w zakamarki, zakochując się coraz bardziej. I kiedy już myślę, że nie da się już tego miejsca bardziej pokochać, że straciłam głowę bez reszty, że dziękuję-bardzo-tu-jest-moje-miejsce-na-ziemi, nagle docieramy nad Mekong. Nadal jeszcze otulony gęstą poranną mgłą, nadal bardziej go nie widać niż widać, ale i tak - nie możemy wykrztusić z siebie słowa. Nie ma takich słów, żeby opisać piękno, potęgę, magię tej rzeki. Będziemy do niej wracać, o różnych porach dnia, nienasyceni jej widokiem...
Tymczasem ciało bierze górę nad duchem, a burczące brzuchy przypominają, ze ostatni posiłek jedliśmy blisko dobę wcześniej. Znajdujemy małą knajpkę i rozgrzewamy żołądki gorącym, treściwym posiłkiem!



Po zupie ciało zaczęło się wreszcie bezczelnie domagać snu - nie ma rady, wracamy do naszego pensjonatu na krótką drzemkę.
Budzimy się z niecierpliwością: wracać, wracać i chłonąć! Dzień już rozgorzał na dobre, tak jak słońce - a my widzimy Luang Prabang w pełnej krasie. I chociaż jest środek dnia, ulice pełne mieszkańców i turystów - to nadal jest tu ten spokój, to zupełnie niepodobne do azjatyckich miast spowolnienie życia, ten czas, który wydaje się płynąc bez początku i końca, oblepiać niczym miód i sprawiać, że nieważne, jaki jest dzień tygodnia i która godzina - liczy się tylko to co TU i TERAZ.








Chodzimy tak zupełnie bez celu, zapomniany i w zasadzie niepotrzebny przewodnik pozostaje zakopany w torbie: tu wszystko jest warte zobaczenia, a jak co się nazywa staje się zupełnie nieistotne. Za każdym rogiem czają się nowe piękności: kolejna świątynia, lokalny bazar z kolorowymi bakłażanami wielkości dwóch palców i nadzienymi na patyk polnymi szczurami, przepiękne kolonialne domy, bambusowy most na Nam Khan... kolejna knajpka, gdzie kelner gorąco zaprasza nas do środka, a w potoku słów słyszę to magiczne "laap" - prawdziwie laotańskie danie-sałatka z mięsa lub ryby posiekanej z ziołami i przyprawami. Pewnie, że chcemy!

Czas, mimo że inaczej i niezauważalnie - jednak płynie. Za chwilę zajdzie słońce, musimy wdrapać się na Phou Si! To niewysokie, stumetrowe wzgórze w centrum miasta gromadzi tłumy chcące zobaczyć, jak słońce znika za Mekongiem. Wdrapujemy się niecierpliwie po kilkuset schodach w kierunku świątyni na szczycie i.. jest! Znowu niewyobrażalnie piękny, ozłocony, majestatyczny Mekong.



Wieczorem odwiedzamy Targ Nocny. I znowu - czy to nadal Azja? Niby targ, niby pamiątki, które w sumie pewnie można kupić wszędzie, ale znowu ten spokój, ta cisza, nikt nie namawia, nie wabi klienta, nie przymusza... Oglądamy towary na kolejnych stoiskach. Chcesz kupić? Świetnie - możesz nawet się trochę potargować. Nie chcesz? Nie musisz! Fantastyczna odmiana i oddech. Pełno lokalnego rękodzieła, ale i backpackerskich spodni do jogi, a między tym - wspaniałe, świeże koktajle z takiej mieszanki owoców, jaka ci się tylko zamarzy. Delikatne światełka nad każdym stoiskiem, szmer rozmów, okoliczne restauracje zapraszające na kolację... Jak to, to już 22? Niezauważalnie zapada noc.



Następnego dnia budzimy się podekscytowani niczym dzieci przed Gwiazdką - dziś jedziemy zobaczyć wodospać Kuang Si, oddalony od Luang Prabang o niecałe 30 km. Po szybkim śniadaniu złożonym z legendarnych laotańskich bagietek - pozostałości po czasach francuskiego kolonializmu, ale z azjatyckim pazurkiem - wsiadamy do busa i jedziemy. Znowu po drodze przepiękne góry, pola ryżowe, wioseczki... I nagle: cel naszej wyprawy - Kuang Si.



No tak, znowu przez dłuższą chwilę wydajemy z siebie tylko pomruki zachwytu, kilka zdjęć i oczywiście! trzeba wdrapać się na górę! Wybieramy ścieżkę po lewej stronie wodospadu, co okazuje się być dobrą decyzją, na górze spotykamy turystów umęczonych prawą stroną, podobno bardzo błotnistą, śliską i dość męczącą. Droga na górę wiedzie przez dżunglę, której panem jest jednak wodospad - co rusz natykamy się na większe i mniejsze strumyczki i jeziorka. Brodzimy niczym dzieci w krystalicznie czystej wodzie, śmiejąc się i piszcząc z radości. I nie jesteśmy jedyni! Każdy kto tu dociera zapomina o bożym świecie, liczy się tylko to co tu i teraz - to niezepsute piękno natury.









Schodzimy na dół wodospadu i nie możemy się powstrzymać przed wskoczeniem do tej wody koloru mleka. Spędzamy tu prawie godzinę i nie możemy się nacieszyć - te kolory, ta zimna, czysta woda...





Zanim wrócimy do Luang Prabang, czeka nas jeszcze jedna wizyta - u niedźwiedzi! U stóp wodospadu Kuang Si mieści się minirezerwat uratowanych z rąk kłusowników zwierząt. Główni bohaterowie całego zamieszania - wyjątkowo okazałe i urodziwe niedźwiedzie himalajskie wygrzewają się leniwie na słońcu albo kołyszą w swoich hamakach (!), podczas gdy my dowiadujemy się o tym, co im grozi i na jak okropny los skazują setki tych zwierząt kłusownicy. Warto tam iść i wesprzeć fundację, choćby kupując koszulkę czy inną pamiątkę.





Z powrotem w Luang Prabang, spędzamy późne popołudnie w legendarnej Utopii - barze z podestem wyścielonym materacami, zawieszonym nad rzeką Nam Khan. Wszędzie hamaki, poduchy, w tle reagge, w karcie świetne drinki... Czas mija niewytłumaczalnie. Jesteśmy tam chwilę i wieczność, czas na kolację, niemal siłą odrywamy się od zapraszających poduszek i idziemy w stronę Mekongu. Ciągle widzimy miejsca, gdzie natychmiast musimy iść, zobaczyć z bliska, przebiegamy przez chwiejny bambusowy most, wypijamy koktajl z mango i pitaji... W sumie nie wiemy, na co mamy ochotę, mijamy kilkanaście restauracji, knajpek i stoisk z jedzeniem, ale to ciągle nie to. Aż tu nagle... no tak, to musi być lokalne miejsce, nie ma tu żadnej karty po angielsku ani żadnych białych twarzy, jest za to szeroki ogródek rozciągnięty wprost nad Mekongiem, wielgachny stół zastawiony przeróżnymi warzywami, ziołami, mięsem, rybą... No i pachnie bardzo zachęcająco! Okazuje się, że knajpa serwuje tylko jedno danie - albo raczej możliwość dania. Za 60 000 kipów dostajemy konkretny aluminiowy "grill" z rynienką na rosół i garść rozżarzonych węgli na niewielkie, wtopione w stół palenisko. Zasada jest prosta: natłuść grill słoniną, rzuć na to wybrane mięso lub rybę, a do rynienki wlej rosół, w którym ugotujesz takie warzywa i makarony, jakie ci wyobraźnia podyktuje. A jak zjesz - powtórz czynności. I jeszcze raz. I jeszcze. To najprawdziwsze laotańskie "all you can eat", podlane obficie zimnym BeerLao!



Najedzeni i szczęśliwi, zasypiamy. Jeszcze kawałek jutra będziemy w Luang Prabang. Jeszcze zdążymy zjeść bagietkę z awokado, pogłaskać przyjaznego psa z naszej ulicy, pozachwycać się porannym widokiem Mekongu.
Jeszcze chwilę - w południe ruszamy do Vang Vieng!









Dodaj Komentarz

Komentarze (9)

adamek 9 marca 2015 00:25 Odpowiedz
mega! jadę tam
xladystarrrdustx 9 marca 2015 02:06 Odpowiedz
adamekmega! jadę tam
Koniecznie! Znam Twoje relacje z podróży i myślę, że zakochasz się w Laosie :)
chaleanthite 9 marca 2015 03:07 Odpowiedz
Ehhh...Mnie tez Laos przyciaga tym swoim hypnotyzujacym urokiem...Moze w przyszlym roku, bo ten juz calutki zaplanowany...Super wyprawa, czekam na wiecej! :D
popcarol 9 marca 2015 08:59 Odpowiedz
ech, w planie na za rok:)
malgosia_k 9 marca 2015 09:48 Odpowiedz
Jeśli ktoś ma dar pisania, to go ma i koniec. Ty masz. Super.
mosia 10 marca 2015 07:22 Odpowiedz
Też niedawno wróciłam z Tajlandii i Laosu. O Tajlandii mniej więcej coś tam się wie - Laos dla mnie również był mega odkryciem. Dla tych, którzy pragną się tam wybrać: naprawdę warto pojechać autobusem z Chiang Mai w Tajlandii do granicy z Laosem (tylko kilka godzin - widoki niezłe) do miasta Chiang Khong. Urocze przygraniczne miasteczko - noclegi niedrogie często z widokiem na Mekong. Granicę warto przekroczyć z samego rana (ok. 10 km od tego miasteczka - jeżdżą tam busy), a potem do Luang Prabang odbyć 2 dniowy rejs tzw. slow boat (łódź niby "wolna" , ale płynie ok. 20-30 km/h) Mekongiem. Widoki są naprawdę obłędne, rzeka zmienia się za każdym zakrętem, można obserwować prawdziwe życie Laotańczyków, które z tą rzeka jest nierozerwalnie związane. Po kilku godzinach spływu pierwszego dnia łódź zatrzymuje się w małej wiosce na nocleg - zachód słońca nad Mekongiem z hostelowego tarasu - bezcenne. Rano znowu do łodzi i po południu - Luang Prabang - cudo !!! Polecam!!!
fjolka27 23 maja 2015 18:23 Odpowiedz
Hej:) jakimi liniami lotniczymi przemieszczaliscie sie? czy byly to jakies linie typu "domestic flight", najlepiej jakbys pamietala nazwy:) I czy bilety na loty kupowaliscie na stronie linii bezposrednio czy przez wyszukiwarke typu skyscanner? Dziekuje
martwod 29 grudnia 2015 17:38 Odpowiedz
adamekmega! jadę tam
adamek - jeżeli będziesz się wybierał w przyszłym roku i szukał towarzystwa, to ja się piszę! Laos od dłuższego czasu chodzi mi po głowie... A że z prawdziwą przyjemnością czytam Twoje relacje, to myślę, że byśmy się dogadali :-)
bob122 24 listopada 2016 05:25 Odpowiedz
Na rok 2016 wszystko widocznie się pozmieniało. Mafia tuk tukowa oraz wszędzie te same ceny wypożyczenia skuterów. Ludzie w zależności na kogo się trafi. Turystów na wodospadach Kuang Si taki ogrom jak w typowych aquaparkach w Europie. Ogólnie duża ilość turystów, jak zapyta się ich dlaczego wybrali Laos napgol każdy odpowiada to samo "żeby uciec od tłumu w Tajlandii". Pozatym bardzo wysokie ceny zarówno transportu jak i wyżywienia porównywalne do polskich lub nawet wyższe. Spotkałem innych Polaków backpakersow jak i tych typowych i naogół byli niemile zaskoczeni co do Laosu.