+1
joanna_marta 8 marca 2019 19:34
Seszele były na mojej liście od jakiegoś czasu, wiec gdy znalazłam na F4F bilety w cenie ok 2100 zł za osobę (Swiss+Edelweiss, jedna nieprzekraczająca 4 h przesiadka w Zurychu) zdecydowałam się na wyjazd. Jechaliśmy we dwójkę, 14 noclegów na miejscu, podzielone na 3 główne wyspy – Praslin (4 noce), La Digue (6 nocy) i Mahe (4 noce), rezerwacje przez booking i agodę.
Po przeczytaniu forum oraz paru blogów postanowiliśmy przemieszczać się pomiędzy Mahe a Praslin samolotem linii Air Seychelles i odpuścić prom. Po przylocie odprawa przeszła bardzo sprawnie (nie czekaliśmy długo w kolejce, ustawiliśmy się zaraz na początku, wypełniliśmy informacje o planowanym miejscu pobytu i wwożonych towarach jeszcze w samolocie), odebraliśmy bagaż i wymieniliśmy euro na rupie (1EUR=15,3 SCR) Pytaliśmy się obsługi Air Seychelles czy jest możliwość dostania się na wcześniejszy lot, niestety przyjemność ta kosztowałaby 25 dolarów za osobę więc podziękowaliśmy i mając jeszcze 1,5 h do odlotu na Praslin usiedliśmy na piwku w lotniskowym barze.

Nocleg na Praslin celowo zarezerwowałam niedaleko lotniska, więc po opuszczeniu terminala udaliśmy się na piechotkę do naszego self-cateringu (uwaga - idąc wdłuż lotniska musieliśmy przepuścić lądujący samolot). Na Praslin poruszaliśmy się wyłącznie autobusami (3 linie jeżdżące wokół wyspy i przez jej środek, 7 rupii za przejazd) oraz stopem. Wyspa jest na tyle mała, że komunikacją miejską można dostać się w większość miejsc. Do niektórych plaż trzeba kawałek dojść, ale jest to wykonalne dla zdrowych, przeciętnie sprawnych osób.

W drugi dzień po przylocie złapaliśmy autobus zatrzymujący się przed 9 rano przy wejściu do Parku Fond Ferdinand (cena biletu wstępu do parku 250 rupii za 2 osoby). Spędziliśmy tam 1,5 godziny na wycieczce z przewodnikiem opowiadającym o bujnej roślinności i słynnych Coco de Mer. Trasa prowadzi na wzgórze (ok. 600 schodków) z przepięknym widokiem na zatokę. Polecam;) Resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie wschodniej części wyspy (Anse La Blague, Anse Petit oraz przedarcie się przez krzaczory do punktu widokowego oznaczonego na google mapsach jako Pointe La Farine. Na Mapsme widoczna jest również ścieżka prowadząca do resortu New Emerald Cove znajdującego się przy plaży La Farine, do którego goście dostają się wyłącznie motorówką, ale nie zdecydowaliśmy się na wycieczkę ze względu na zbliżającą się godzinę zachodu słońca. Jest po co wracać;) W drodze powrotnej, dzięki złapanemu stopowi, zahaczyliśmy jeszcze o Cote d’ Or i zjedliśmy w popularnym takeaway CocoRouge, który możemy z całym sercem polecić.


Podczas pobytu na wyspie odbyliśmy trekking na Anse Georgette (start szlaku z ostatniego przystanku autobusowego Mt Plasir) i tego samego dnia przeszliśmy na Anse Lazio. Miejscowi straszą, że szlaki są źle oznaczone i trudne do pokonania. W rzeczywistośći, jeżeli posiada się dobrą mapę offline (my korzystaliśmy z MapsMe) i w miarę dobre buty (u nas sandały Keen) to przejście tych dwóch tras nie powinno stanowić dla przyzwyczajonych do aktywności fizycznej i chodzenia po naszych rodzimych górkach większego problemu. Oczywiście trzeba pamiętać o zabraniu odpowiedniej ilości wody i zabezpieczeniu się przed słońcem, ale (przynajmniej gdy wcześniej nie było opadów deszczu) szlaki wbrew panującej opinii są do pokonania i nie prezentują większych trudności technicznych (trochę w górę, trochę w dół, trochę w zaroślach no i jak to na Seszelach bardzo gorąco). Oczywiście, można poprosić swojego hosta o zarezerwowanie możliwości bezpłatnego wejścia na teren Constance Lemurii i odwiedzenia Anse Georgette bez konieczności pokonywania wzniesień, ale trzeba to zrobić z kilkudniowym wyprzedzeniem bowiem ilość miejsc jest ograniczona, a przy tym pozbywamy się możliwości obejrzenia plaży z góry ze szlaku, a widoki są cudne.


Jeden cały dzień spędziliśmy na wycieczce łódką wokół wyspy wraz ze snorklingiem oraz lądowaniem na Curieuse i odwiedzinach u 150 letnich żółwi Aldabra (słodziaki). Naszą wycieczkę rezerwowaliśmy za pomocą naszej gospodyni – 90 euro od osoby, całość trwała od 9 do 16 z lunchem oraz dodatkowo odbiorem i odwozem do miejsca pobytu. Niestety rafa wokół wysp jest praktycznie martwa, ze względu na pojawiające się coraz częściej El Nino i bardzo wysokie temperatury wody. Rybek trochę jest, ale skubią one wyłącznie wyblakłe pozostałości po koralowcach, więc snurkowanie bardziej dla orzeźwienia podczas upałów niż dla samego podziwiania życia podwodnego. Wszystkie wycieczki zahaczają także o pocztówkową St. Pierre, którą obfotografować można z każdej strony, również bezpośrednio z wody podczas snurków. Lunch w stylu kreolskim niczego sobie, rybka, kurczak z grilla, sałatki z niesłodkiej papai i mango. Przewidziane dokładki. Następnie spacer na drugą stronę wyspy, podziwianie mangrowców, krabów oraz lemon sharków. Bardzo miło spędzony dzień z przewodnikiem, chętnie dzielącym się ciekawostkami dotyczącymi fauny i flory na wyspach.



Następnego dnia po śniadaniu pożegnaliśmy się z naszymi hostami i złapaliśmy autobus na przystań promową, celem przepłynięcia na La Digue. Po 15 minutach wylądowaliśmy na wyspie i przeszliśmy do naszego guesthouse’a, w którym mieliśmy zarezerwowane rowery. Część ludzi decyduje się na odwiedziny wyspy na jeden dzień, co moim zdaniem jest niewystarczające aby poczuć jej prawdziwy klimat. Na początku wydaje się, że jest rozjeżdżona przez hotelowe busiki i że opanowały ją tłumy kierujące się w stronę L’Union Estate. W rzeczywistości jest tam bardzo spokojnie, a na plażach poza Source D’Argent jest naprawdę mało ludzi.

Naszą ulubioną miejscówką była trójka piaszczystych plaż położona na południowym-zachodzie wyspy – Grand Anse, Anse Petit oraz Anse Cocos. Doajzd rowerem przez pagórki, dzięki którym można codziennie wcinać zacną porcję ryżu z curry w takeawayu bez konsekwencji;) W godzinach szczytu na Anse Cocos było może 6 ludzi razem z nami;) Biały piaseczek, turkusowa woda, żyć nie umierać. Aby dojść do Anse Cocos trzeba przejść „lasem” ok 30 minut, ale z Mapsme znalezienie drogi nie stanowi problemu. Poszliśmy też dalej, do Anse Caiman, ale plażyczka okazała się na tyle mała i zarośnięta, że zawróciliśmy bez postoju. Na Ansach Grand i Petite można skorzystać z chatek z liści palmowych postawionych przez panów sprzedających wodę kokosową i owoce i schronić się przed słońcem (na La Digue cena kokosa to 100 rupii, 2 razy drożej niż na Praslin i ze 3 lub 4 razy drożej niż na Mahe).



Północno-zachodnia część wyspy – od Anse Patates do Anse Fourmis gdzie kończy się droga - leży przy plażach do których wejście do wody odbywa się przez pozostałości po rafie. Plaże są mniejsze i malownicze i polecam je fanom snurków i tym, którzy zaraz po zejściu z roweru chcą wejść do wody. Znajdują się one bezpośrednio przy drodze rowerowej, często przy małych barach z sokami owocowymi i piwem czy restauracjami. Oczywiście trzeba wspomnieć o wyjątkowo fotogenicznej palmie na Anse Fourmis, płożącej się w stronę oceanu i tylko czekającej na to aby na nią wleźć;)

Poza zwiedzaniem plaży, zdecydowaliśmy się na wejście na punkt widokowy Nid’d Agile, do którego startuje się z baru Belle Vue w centrum wyspy. Ścieżka jest dosyć stroma i prowadzi przez krzaki, ale dla doświadczonych chodziarzy nie stanowi wielkiego wyzwania (trochę ciężej się idzie przez punkt oznaczony na Mapsme jako the end of the world, trzeba raz zrobić krok między dużymi głazami). My po dojściu na szczyt, podjęliśmy wyjątkowo złą decyzję, i postanowiliśmy kontynuować wycieczkę trasą oznaczoną na Mapsme, która wiedzie przez las do przystani promowej. Nie róbcie tego i zawróćcie rozkoszując się drinkiem na Belle Vue;) W pewnym momencie szlak się urywa i zostajecie w regularnej, nietkniętej stopą człowieka dżungli. Na szczęście wyruszyliśmy dosyć wcześnie, mieliśmy ze sobą duży zapas wody i naładowane sprzęty, więc udało nam się doczołgać po głazach, zgniłych liściach i wśród kłujących palm do pierwszych zabudowań, ale absolutnie odradzam tego typu wycieczkę. Na dokładkę zostaliśmy zaatakowani przez osy, które broniły swojego gniazda ukrytego w krzakach, przez które zaczęliśmy się przedzierać. Nie polecam.



Polecam natomiast posiłki w takeawayach na wyspie. Byliśmy zadowoleni z każdego, a jedliśmy w czterech tylko na tej wyspie (Gala, Mimums, Zerofs i RayandJosh). Zwróćcie uwagę na to, że mięso dodawane do curry zazwyczaj jest z kośćmi, więc dla tych z delikatnymi ząbkami rekomenduję dania z ośmiornicą. Po jakimś czasie, gdy nie można już patrzeć na ryż, smaczną alternatywą jest pizza w Gregoire’s ale różnica w cenie jest znacząca (2 razy take away to ok. 120 rupii natomiast 2 pizze 400 rupii).
Jako że bilet na jedyną płatną plażę obejmuje cały dzień i można wielokrotnie na nią wchodzić odwiedziliśmy Source D’Argent zaraz po śniadaniu, a na wieczór zarezerwowaliśmy wycieczkę przezroczystymi kajakami. Plaża wygląda najlepiej z perspektywy wody, a wycieczka obejmuje również wizytę na niedostępnych z brzegu plażach, naukę rozbijania kokosów i podziwianie podwodnych żyjątek i zachodu słońca w kajaku (35 Euro osoba za ok 3 h rozrywki).



Mimo, że la Digue jest najmniejszą wyspą z przez nas odwiedzonych nie skróciłabym pobytu. 6 dni minęło szybko i po ostatnim śniadaniu na wyspie dojechaliśmy rowerami na przystań i złapaliśmy prom na Praslin, skąd autobusem podjechaliśmy na lotnisko aby przedostać się na Mahe.
Od naszej gospodyni dowiedzieliśmy się którym autobusem dojechać do naszego kolejnego noclegu. Był to jedyny gesthouse, w którym nie mieliśmy przewidzianych śniadań, ale nasi gospodarze byli na tyle mili, że zaproponowali nam podwiezienie do sklepu w celu zrobienia niezbędnych zakupów.
W pobliżu naszej nowej miejscówki nie było żadnego takeawaya, więc zapytaliśmy naszą gospodynię o możliwość przygotowania nam kolacji, co kosztowało 300 rupi za 2 osoby. Posiłek był pyszny, sycący, zawierał 3 różne dania z ryby. Byliśmy bardzo zadowoleni;)

Z samego rana udaliśmy się na przystanek autobusowy w kierunku Port Launay. Naszym celem były odwiedziny w Parku Morskim Baie Ternay. W międzyczasie udało nam się złapać stopa i porozmawiać z panią która opowiedziała nam historię walki miejscowych NGO’sów z Emiratami, które kupiły tamten teren i chciały zamknąć dostęp do zatoki. Na szczęście plany zostały udaremnione i wstęp na teren parku nie jest zablokowany. Podczas naszej wizyty był dosyć niski stan wody więc nie było możliwości kąpania. Szczęśliwie nie musieliśmy pokonywać drogi powrotnej pieszo i załapaliśmy się na stopa z jedyną parą która przebywała wtedy na terenie zatoki. Wróciliśmy na plażę w pobliżu zajezdni autobusowej w Porcie Launay, leżącej przy Constance Ephelii. Sama plaża jest super, natomiast woda w porównaniu do innych miejscówek była wyjątkowo mętna – widoczność ok. 1,5 m, natomiast znajdowało się przy niej najwięcej żywej rafy jaką widzieliśmy dotychczas. Tego dnia zjedliśmy w Island Cafe w pobliżu portu Glaud (bardzo dobre fish curry, jeżeli chcecie to za trochę wyższą cenę jest opcja zamówienia dań z takawaya na talerzach).


Następnego dnia po śniadaniu załapaliśmy autobus i odwiedziliśmy stolicę wyspy, wysłaliśmy kartki i zakupiliśmy pamiątki za zawrotną kwotę 600 rupii. Tak nas zmęczyło miasto, że zamiast wycieczki na Anse Major zostaliśmy na plaży Bau Vallon, która okazała się – w seszelskich standardach oczywiście – bardzo tłoczna, bardzo głośna i w ogóle brzydka, zagloniona i śmierdząca. Po szybkiej kąpieli ewakuowaliśmy się na posiłek w autentycznej hinduskiej knajpce The cooper pot (najlepszy butter chicken po tej stronie równika) i pojechaliśmy z powrotem w okolice Portu Launay.
Początkowo nie planowaliśmy wynajmu auta. 2 dni przemieszczaliśmy się autobusami, ale było to dosyć czasochłonne. Ze względu na plany zwiedzania południa wyspy i fakt, że nasze ostatnie 2 dni przypadały na weekend, poprosiliśmy naszego hosta o pomoc w wynajmie samochodu.
Za 100 euro podstawiono nam auto w sobotę o 8 rano pod same drzwi, bez żadnych pytań o prawo jazdy. Pracownik wypożyczalni spisał wszystkie rysy i nie wymagał depozytu. Uzgodniliśmy, że samochód zostawimy w niedzielę późnym wieczorem na parkingu na lotnisku z kluczykami w schowku, z taką samą ilością paliwa z jaką startowaliśmy. 5 minut i po sprawie.

Dzięki zwiększonej mobilności mogliśmy objechać całe południe i stwierdzić, że naszą ulubioną plażą jest Anse Intendance. Pokonała nawet Anse Petit leżącą na terenie Four Seasons (mimo znajdującej się tam rozkosznej insta-ramki i huśtawki) i plażę przy Police Bay. Przy większości plaży po tej stronie wyspy stoją znaki ostrzegające przed silnymi prądami morskimi. W okresie kiedy my odwiedziliśmy wyspę (luty) woda była w miarę spokojna (fale na płyciznach przy wejściu do wody, najsilniejsze przy Police Bay) i pływanie oraz wylegiwanie się w wodzie było całkowicie bezpieczne. Woda po tej stronie wyspy była kryształowa. Wylot do domu mieliśmy o 2 nad ranem, więc na wieczór zadekowaliśmy się w Kafe Kreol znajdującej się bliżej lotniska przy plaży Anse Royale i tym chytrym sposobem pozbyliśmy się prawie wszystkich pozostałych nam rupii (wydaliśmy ok. 2000 rupii na jedzenie i drinki), rozkoszując się zachodem słońca. Potem szybki transfer na lotnisko, pozostawienie samochodu i chwila na ostatnie piwko na lotnisku.




Garść przydatnych informacji:
Do picia miejscowy rum i piwko Seybrew. Butelki po piwie są zwrotne i kaucja za nie wynosi 2 rupie. Zwracajcie uwagę sprzedawcy, że oddajecie butelki. W skali całego wyjazdu potrafi uzbierać się całkiem sporo flaszek i można parę rupii tym sposobem zaoszczędzić. Za radą jednego z gospodarzy piłam rum nie z colą a z wodą kokosową, dobry patent w zasadzie dietetyczny;P

Przy planowaniu noclegów i zwiedzania plaży trzeba wziąć pod uwagę sezonowość i kierunek wiatrów, które nanoszą glony na plaże. Gdy jedna strona wyspy (np. północ w naszym wypadku) jest cała zagloniona, południe jest czyste i piękne i na odwrót. Na trip advisorze na forum jest przypięty wątek na ten temat.
Podczas całego pobytu czuliśmy się bardzo bezpiecznie, zostawialiśmy rzeczy bez opieki na plaży gdy szliśmy się kąpać, gdy była taka potrzeba łapaliśmy stopa. Szwendaliśmy się po wyspach od rana do wieczora, ale w zasadzie nigdy po zmroku, bo wstawaliśmy wcześnie i chodziliśmy spać wcześnie aby maksymalnie korzystać ze światła słonecznego (mniej więcej od 6 do 18).
Air Seychelles wymaga na lotach wewnętrznych drukowanych biletów, ale i tak można się checkinować online i tylko po przyjeździe na lotnisko podejść do stanowiska i otrzymać drukowany bilet. Nie trzeba być dużo wcześniej na lotnisku, generalnie bez stresu.
Spakowani byliśmy w plecaki 30 oraz 40 litrów plus torby podręczne na drobiazgi. Nie było problemów z dostaniem się do autobusów. Ze względu na spanie w selfcateringach i żywieniu się w take awayach mogłam odpuścić sobie targanie zwiewnych sukienek, których naoglądałam się wcześniej na Instagramie. Ponadto, ze względu na dużą wilgotność niektóre syntetyczne materiały dostają tak zwanego zapachu „mokrego psa”. My szybkoschnące ręczniki zastąpiliśmy Kangami - bawełnianymi szmatkami które nabyłam parę lat temu w Tanzanii i sprawdzały się świetnie w roli koców, ręczników i spódnic;)
Na Seszelach używa się 3 bolcowych kontaktów typu brytyjskiego, warto mieć swoją przejściówkę.
Nie braliśmy ze sobą jedzenia ale żałuję, że nie mieliśmy ze sobą ulubionej herbaty oraz dobrej kawy. W miejscowych sklepach jest wyłącznie rozpuszczalna kawa i wątpliwej jakości miał zamiast herbaty.
Spaliśmy w
Villa Confort na Praslin (mały basen w ogrodzie, pobyt ze śniadaniem (jedno jajko, tosty owoce), mała kuchnia do wspólnego użytku na 2 pokoje, w zasadzie nie nadająca się do przygotowania samodzielnie posiłków), czysto, niedaleko lotniska i zaraz obok sklepu oraz przystanku autobusowego;
Chloes Cottage 2 na La Digue (gustownie urządzone, bardzo duże sycące śniadania, lokalizacja w środku wyspy, 10 minut na rowerze od Anse Source’D Argent i 15 minut do Grand Anse, świetnie wyposażona kuchnia);
Yellow Petals na Mahe (apartament na wzgórzu, bez śniadania, duża wyposażona kuchnia, świetny widok z tarasu okupiony paroma metrami podejścia pod górkę)
Przy rezerwacjach pokoi trzeba zwrócić uwagę, czy w cenie jest sprzątanie. Na Praslin i La Digue było codziennie, na Mahe dostaliśmy klucze do apartamentu i nikt tam nie zaglądał przez cały nasz pobyt – czyli był to typowy self-catering.
Wszyscy spotkani przez nas lokalsi byli uczynni i mili, ale przyzwyczajona do przesadnej uprzejmości w innych częściach globu odniosłam mylne pierwsze wrażenie, że są odrobinę oschli. Nie jest to prawda. Miejscowi są bardzo pomocni i w zasadzie wszystko można załatwić przy pomocy swoich gospodarzy, pytać o informacje na ulicy i w autobusie. Nie mieliśmy żadnych problemów w porozumiewaniu się w języku angielskim.
Jeżeli chodzą za wami piękne plaże, bujna roślinność i 30 stopni w środku zimy to nie wahajcie się;) Aha, mimo że byliśmy tam teoretycznie podczas pory deszczowej, padało pół dnia raz na La Digue – co nie powstrzymało nas przed wycieczką rowerem na plażę), parę razy w nocy i pół dnia w górach na Mahe. Mimo, że prognozy pogody wskazywały na pojawienie się deszczu w ciągu dnia na parę dni w przód, to się nie sprawdzały i deszczu nie było. Woda w niektórych miejscach miała 32 stopnie;)

Dodaj Komentarz