+1
Woy 10 marca 2019 09:07
Zapraszam do relacji z podróży do rzadko odwiedzanych krajów – Nigru i Burkiny Faso. Na wstępie wytłumaczę się z tytułu – ani Niger, ani tym bardziej Burkina Faso nie są geograficznie w sercu Sahary, ale właśnie w Nigrze znajduje się jej kulturalne centrum, punkt przecięcia szlaków komunikacyjnych ze wschodu na zachód i z północy na południe - niemal legendarny Agadez. Agadez był najważniejszym punktem mojej wycieczki i opiszę go dokładniej w drugiej części relacji.

Choć zwykle podróżuję sam lub z rodziną, tym razem – z uwagi na kwestie logistyczne i obawy o bezpieczeństwo (bezpodstawne, jak się okazało) – część wyjazdu spędziłem w siedmioosobowej grupie znajomych podróżników. Wyjazd spinał Harry Mitsidis, założyciel i podróżnik numer jeden na portalu Nomad Mania (http://www.nomadmania.com), który mniej więcej raz w roku koordynuje podróże w niedostępne regiony świata, organizowane po kosztach i otwarte dla użytkowników portalu.

Na początek kwestie logistyczne – zarówno do Nigru, jak i do Burkiny Faso Polacy potrzebują wiz. W Burkinie są teoretycznie wizy on arrival, ale dwa razy droższe od normalnych. Wizę do Burkiny można zresztą bezproblemowo wyrobić w ambasadzie Francji w Warszawie – wystarczy wniosek, potwierdzenie biletu lotniczego, rezerwacja hotelu (odwoływalny booking.com wystarczy) i potwierdzenie ubezpieczenia. Płatność w PLN (257 zł na styczeń 2019) bezpośrednio w ambasadzie, a wizę dostałem od ręki.

Trudniej sprawa ma się z Nigrem – ambasady w Polsce nie ma i trzeba drałować do Berlina albo płacić pośrednikom. Tu nie trzeba prawie żadnych papierów - wystarczy zdjęcie, wniosek i potwierdzenie wniesienia opłaty 62 euro. Wyrobienie wizy trwa mniej więcej tydzień, można dostarczyć kopertę ze znaczkiem i wtedy wysyłają paszport do Polski. Nie wiem, jak to działa, bo z uwagi na krótki termin kolejnego wyjazd wolałem nie liczyć na pocztę i odebrałem paszport osobiście. Panie w konsulacie są jednak bardzo pomocne i mówią po angielsku.

Oba kraje są endemiczne dla żółtej gorączki i żółta książeczka była skrupulatnie sprawdzana na lotnisku w Niamey - w Wagadugu z kolei nikt niczego nie sprawdzał. W obu występuje też malaria, szczególnie w Nigrze ryzyko jest wysokie i profilaktyka farmakologiczna jest więcej niż zalecana. Byłem tam w – teoretycznie najbezpieczniejszej – porze suchej, ale komarów wieczorem było pełno, nawet na pustyni. W żadnym hotelu nie było moskitiery i trzeba brać swoją lub liczyć na repelenty.

Do Niamey dostałem się dość tanio dzięki koledze z forum @nelson 1974, który w swoim czasie wrzucił info o biletach z Włoch do Nigerii za 1200 zł (https://www.fly4free.pl/forum/mxp-los-1226-pln-rt,232,136543&p=1163155&hilit=lagos#p1163155). Pod wrzutką rozgorzała dyskusja (potem usunięta) na temat sensowności takich ofert i podróży w te niebezpieczne miejsca. Do Nigerii wprawdzie się nie wybrałem, ale podchwyciłem trop, bo z włoskich lotnisk Zachodnia Afryka była znacznie tańsza. Ostatecznie poleciałem Turkishem multicity MXP-NIM OUA-MXP za jakieś 1760 zł, przy ofertach z Polski za około trzy tysiące.

W Niamey Turkish ląduje w środku nocy, kantor już nie działa, ale można wymienić pieniądze i kupić kartę SIM u cinkciarzy (nie korzystałem, więc kursu i ceny karty nie znam). Polskie karty SIM działają, choć w Orange chyba nie bardzo wiedzą, jak odmienia się nazwę kraju – powitał mnie sms „Witaj w Nigerze” zamiast „Nigrze”.

Taksówka do miasta kosztuje 10 tys. franków CFA, czyli około 15 euro. Zatrzymałem się w hotelu Homeland za jakieś 120 euro za dwójkę – drogo, ale podzielone na pół robi się znośne, a hotele w Niamey kosztują sporo. Hotel jest najzupełniej w porządku, z porządnym wifi i niezłymi śniadaniami, choć basen nie nadaje się do użytku.

W Niamey spędziłem aż dwa pełne dni, czyli co najmniej o jeden dzień za dużo. Chciałem odwiedzić największą atrakcję turystyczną Nigru – Park Narodowy „W”, oddalony jakieś 2,5-3h od stolicy. Na miejscu wszyscy jednak odradzali wyjazd – trwała tam właśnie akcja policyjno-wojskowa czyszcząca park z bandytów i terrorystów. Odpuściłem więc „W” licząc, że kiedyś zobaczę go ze strony Beninu (część parku w Burkinie jest obecnie absolutnie no-go).

Sam Niamey jest bezpieczny i można po nim chodzić bez obaw, przynajmniej w dzień. Zacząłem od tzw. Muzeum Narodowego, które okazało się wcale nie być muzeum – jeśli nie liczyć dwóch tradycyjnych chat i maleńkiej – w dodatku zamkniętej - ekspozycji dotyczącej lokalnych instrumentów muzycznych. Niamejczykom należy się jednak plus za to, że przynajmniej próbują, czego nie można powiedzieć o ich znacznie bogatszych kolegach z obrzydliwego Dżibuti (dla przypomnienia moja relacja https://www.fly4free.pl/forum/viewtopic.php?t=129284), które nie posiada nawet takiego erzacu muzeum . Pozostała część „muzeum” to tak naprawdę malutkie zoo, w którym zwierzęta trzymane są w skandalicznie małych klatkach. Szczególnie współczułem wielkiemu lwu, którego można było praktycznie pogłaskać, choć po prawdzie inne zwierzęta miały jeszcze gorzej.


20190218_110203.jpg



20190218_110644.jpg



20190218_110951.jpg



Niger jest numerem jeden na świecie jeśli chodzi o wskaźnik dzietności – średnio na kobietę przypada tu prawie siedmioro dzieci! Dzieci są praktycznie wszędzie, a te na głównych ulicach Niamey są chyba przyzwyczajone do białych ludzi i czasem proszą o „cadeau” czyli podarek. Wystarczyło jednak zajść w boczną uliczkę kilkaset metrów dalej, aby całkowicie uwolnić się od małych żebraków i spotkać przesympatyczne maluchy, zaciekawione i uśmiechnięte, gdy pokazywałem im zrobione przed chwilą zdjęcie. Zaskoczyły mnie bardzo dobre maniery tych malców – dorosłego prawie każdy grzecznie pozdrawiał i żegnał po francusku. Widać, że przynajmniej w stolicy podstawowa edukacja działa całkiem dobrze.


20190218_121402.jpg



20190219_093813.jpg



Stolica Nigru nie jest najciekawszym miastem do zwiedzania, a w dodatku należy do tych miejsc, w których robienie zdjęć budynkom i „strategicznym” obiektom może skończyć się kłopotami. Pokryte asfaltem są tylko niektóre główne ulice, reszta dróg jest gruntowa i ubranie
szybko pokrywa się czerwonawym pyłem. Miasto jest dość zielone, w wielu miejscach kwitną kwiaty.


20190218_113547.jpg



20190218_113726.jpg



20190218_115759.jpg



Tym, co mnie w stolicy i całym Nigrze uderzyło, była pewna ospałość i powolność – Niamey nie jest jednym z tych afrykańskich miast, gdzie wszyscy są w ruchu, handlują czym i gdzie się da, przekrzykując się wzajemnie. Można swobodnie włóczyć się po ulicach nie będąc specjalnie zaczepianym, poza okazjonalnymi prośbami dzieci o podarek. Z atrakcji turystycznych można od biedy wymienić katedrę Najświętszej Marii Panny Nieustającej Pomocy, dość ascetyczną w środku i służącą jako centrum kulturalno-edukacyjne dla katolickiej społeczności Niamey. Zdjęcie katedry zrobiłem nielegalnie, nawet tego budynku nie można fotografować. O dziwo nie było problemów ze zdjęciami w znacznie okazalszym Wielkim Meczecie, którego bogate wnętrze silnie kontrastuje z biednymi budynkami w stolicy. Meczetów jest tu znacznie więcej niż kościołów, bo kraj jest w co najmniej 80 % muzułmański. Niger, tak jak większość krajów w regionie, nie jest islamską republiką, ale po prostu republiką, jednak islam jest dominujący i zdarzają się prześladowania innych religii, zwłaszcza chrześcijan.

Największą chyba atrakcją jest sama rzeka Niger (przypomnę – trzecia największa w Afryce po Nilu i Kongo), przepływająca przez centrum miasta. Można tu wynająć pirogę, podpłynąć poza stolicę i zobaczyć żyjące w rzece hipopotamy – nie skorzystałem z tej opcji, ale po przeczytaniu zachęcających opisów trochę żałuję.

20190219_091358.jpg



20190219_091307.jpg



20190219_102544.jpg



20190219_102307.jpg



20190219_102324.jpg



20190218_115206.jpg

W sercu Sahary


Po przystawce w postaci średnio zachęcającego Niamey przyszła pora na danie główne. Najważniejszym punktem naszej podróży miał być Agadez, miasto-legenda wewnątrz Sahary. Niewiele było i jest na właściwej Saharze prawdziwie dużych miast, stąd Agadez miał zawsze szczególne znaczenie – tu krzyżowały się szlaki handlowe z południa na północ i ze wschodu na zachód pustyni. Agadez był od wieków traktowany przez Tuaregów jako ich stolica i obok algierskiego Tamanrassetu ciągle jest ich najważniejszym miastem.

Atrakcyjność turystyczna Agadezu wzrosła w latach 80-tych ubiegłego stulecia, wraz ze wzrostem popularności Rajdu Paryż – Dakar. Jeszcze na początku XXI w. każdy szanujący się globtroter eksplorujący Zachodnią Afrykę zatrzymywał się w Agadezie, zaglądając przy okazji do Parku Narodowego Tenere i gór Air. Air France utrzymywał regularne loty rejsowe do Agadezu z francuskich miast, w mieście działały hotele i agencje turystyczne oferujące doświadczenie prawdziwej pustyni. Potem jednak przyszły do regionu znacznie gorsze czasy.

W 2007 r. wybuchła w regionie kolejna już rebelia Tuaregów, destabilizując prowincję i pociągając za sobą kilkaset ofiar śmiertelnych. Wprawdzie w 2009 r. udało się zawrzeć pokój (z niemałym udziałem Kaddafiego jako mediatora), ale wkrótce później do mieszanki doszła Al-Kajda i Boko Haram, a sytuacja w sąsiedniej Mauretanii, Libii i Czadzie uległa drastycznemu pogorszeniu. W samym Nigrze było lepiej, ale też wystarczająco niebezpiecznie, żeby nie wychylać się poza Niamey i południe kraju. Turyści opuścili Agadez na długo.

Obecnie sytuacja w Agadezie wraca powoli do normy, ale wszystkie chyba zachodnie ministerstwa ciągle oznaczają cały region jako czerwony i zalecają całkowitą rezygnację z podróży. Niemniej jednak wystarczyło poszperać głębiej i okazało się, że Niger Airlines mają regularne loty z Niamey do Agadezu. Biletów póki co nie można kupić online, ale mieliśmy sprawdzonego lokalnego fixera, który zrobił to za nas. Dla zainteresowanych podaję namiar – Junior, a właściwie Abdelaziz cisseabdelaziz32@gmail.com, tel. +22797354998 – absolutnie uczciwy i godny polecenia. Bilet na trasie Niamey – Agadez i Agadez – Zinder kosztował w sumie około 330 euro za osobę. Lecieliśmy Fokkerem 50 wyleasingowanym wraz z załogą od Palestinian Airlines.


20190220_092711.jpg



W Agadezie spodziewaliśmy się raczej spartańskich warunków. Mieliśmy zamówiony hotel Auberge d'Azel, prowadzony przez małżeństwo francusko-nigerskie. Hotel okazał się prawdziwą perełką, z doskonałą kuchnią, wielkimi pokojami i dobrze działającym wifi. Wszystko w przyzwoitych cenach – płaciłem koło 50 euro za noc.


20190220_142150 — kopia.jpg



Absolutną perełką okazał się z pewnością sam Agadez. Samo miasto, w zgodnej opinii wszystkich miejscowych, jest bardzo bezpieczne, stąd też mogliśmy swobodnie chodzić po ulicach i obserwować lokalne życie. Historyczne centrum Agadezu zostało w 2013 r. wpisane na listę UNESCO, głównie za swoją unikalną, w dużej mierze nienaruszoną od wieków zabudowę z gliny i suszonej cegły. Centrum jest faktycznie bardzo ładne, wiele budynków jest gruntownie odrestaurowanych z pomocą funduszy krajów Zachodniej Europy.


20190220_144257.jpg



20190220_144340.jpg



20190220_144755.jpg



20190220_153712.jpg



Atrakcją numer jeden jest Wielki Meczet z najwyższym na świecie minaretem zrobionym z gliny i suszonej cegły. Na minaret można wejść, ale wszyscy z BMI powyżej 30 mogą mieć poważne problemy z przeciśnięciem się przez wąskie schody. Mimo ciasnoty warto, bo z góry można podziwiać najlepszą panoramę Agadezu.


20190220_145710.jpg



20190221_095507.jpg



20190221_100000.jpg



20190221_100019.jpg



Koło meczetu można kupić legalne i niezbyt legalne pamiątki – np. zęby dinozaurów, których faktycznie sporo odnajduje się w okolicy. Nie wiem, czy były prawdziwe, nie jestem zainteresowany takimi suwenirami.

W opinii większych ode mnie znawców (a w grupie mieliśmy prawdziwych koneserów Zachodniej Afryki) Agadez prezentuje się znacznie lepiej niż większość miast w tym regionie świata, lata świetlne przed np. Timbuktu. Moje wrażenie też było bardzo dobre, tym bardziej, że otaczali nas przyjaźni i uśmiechnięci ludzie. Dla okolicznej dzieciarni byliśmy niemałą atrakcją, zresztą z wzajemnością.


20190220_143613.jpg



20190220_144142.jpg



20190220_145035.jpg



20190220_153238.jpg



20190220_153549.jpg



20190220_154320.jpg



Szczególnie zainteresował mnie ręczny wózek pchany przez dwójkę nastolatków, pokryty skórami i rogami. Chłopaki byli kimś w rodzaju szamanów-uzdrowicieli oferujących swoje usługi mieszkańcom. Islam islamem, ale lokalne wierzenia trzymają się mocno…


20190220_152251.jpg



20190220_152347.jpg



Moim marzeniem było odwiedzenie Parku Narodowego Tenere, ale żeby się tam dostać trzeba było jechać jakieś sześć godzin w jedną stronę – nierealne przy dwudniowym pobycie. Poza tym okolica ciągle nie jest zbyt bezpieczna i nawet niewielka wycieczka poza Agadez wymaga wynajęcia lokalnego policjanta. My też mieliśmy taką eskortę, bo wynajęliśmy 4x4 i wyjechaliśmy jakieś 30 kilometrów poza Agadez. Krajobraz momentalnie zrobił się pustynny i górzysty, choć w okolicy nie brakuje też oaz, w których mieszkańcy Agadezu mają swoje ogródki z warzywami.


20190221_133737.jpg



20190221_134907.jpg



20190221_165056.jpg



20190221_165101.jpg



W jednym z tych ogródków zatrzymaliśmy się na herbatę, a policjanci dumnie zaprezentowali muzykę lokalnej i międzynarodowej gwiazdy – pochodzącego z Agadezu Bombino. Mnie się podoba - próbka w linku: https://www.youtube.com/watch?v=IaqScs7vR-4Ten sam, co poprzednio rejsowy samolot dwa dni później zabrał naszą grupę z Agadezu do Zinderu, drugiego największego miasta Nigru, położonego na samym południu kraju. Z Zinderu w ciągu dwóch dni pokonaliśmy trasę do Niamey, będąc czasami tylko kilka kilometrów od granicy z Nigerią. Był z nami Luis, Portugalczyk, który zwiedził wszystkie państwa świata za wyjątkiem Nigerii właśnie i podpuszczaliśmy go, że może przekupić pograniczników i dostać się na chwilę do swojej ziemi obiecanej. Ale, jak niegdyś Mojżesz, tym razem Luis musiał obejść się tylko widokiem swojego raju. Luisowi i tak pewnie uda się skompletowanie wszystkich państw, i to jeszcze w tym roku.

Południe Nigru jest jeszcze rzadziej odwiedzane niż pustynia, co nie dziwi – dla turystów nie ma tu naprawdę nic szczególnie interesującego, przynajmniej w sferze kultury materialnej. W Zinderze zatrzymaliśmy się pod pałacem sułtana – całkiem ładnie zdobionym, ale niedostępnym do zwiedzania (koncepcja zwiedzania czegokolwiek jest tutaj raczej niezwykła). Całkiem ładny okazał się największy meczet miasta, ale konstrukcja była zupełnie współczesna. Najładniejszy pałac sułtana (Palais du Zarmakoye) widzieliśmy za to w Dosso, kilkaset kilometrów dalej, ale strażnik był autentycznie przerażony gdy próbowaliśmy tam wejść pod nieobecność gospodarza.


20190222_120338.jpg



20190222_120453.jpg



20190222_122113.jpg



20190222_122232.jpg



20190223_152850.jpg



20190223_153818.jpg



Tradycyjnie największą frajdę sprawiały nam spotkania z miejscowymi ludźmi i podziwianie krajobrazu wiejskiego. Najbardziej fotogeniczne były spichlerze na siano (i pewnie też inne rzeczy), zbudowane z gliny albo drewna i słomy. Niekiedy było ich tyle, że wyglądały jak wioski smerfów.


20190222_152700.jpg



20190222_152715.jpg



20190223_080033.jpg



20190223_080321.jpg



20190223_093430.jpg



20190223_093520.jpg



20190223_093534.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (9)

cart 10 marca 2019 09:44 Odpowiedz
No i pięknie. Afryka ma coś w sobie.
nelson-1974 10 marca 2019 10:06 Odpowiedz
@Woy No to czekamy na ciąg dalszy ;)
kamo375 12 marca 2019 18:18 Odpowiedz
Fajnie się zaczyna, czekamy na dalszą część :)
gecko 12 marca 2019 19:07 Odpowiedz
Super! Czekałem na tę relację! :D
sudoku 17 marca 2019 21:18 Odpowiedz
No to jak zwykle czekamy na praktykalia, aby samemu zaplanować lub pomarzyć o takiej wyprawie.
woy 19 marca 2019 05:08 Odpowiedz
@Sudoku trochę praktykaliow już było, jeśli czegoś brakuje, chętnie dodam. Przypomnę, że część wyjazdu była zorganizowana przez innych, więc część problemów u mnie odpadła. Natomiast da się Niger zwiedzić samemu, najwyżej prosząc o pomoc w zakupie biletów lotniczych jeśli ktoś ma potrzebę latać.
jasiub 21 marca 2019 18:25 Odpowiedz
Super relacja i zdjęcia, zazdroszczę :D Szczerze zasmuciła mnie wiadomość o problemach z bezpieczeństwem w Burkina , które planuję od dawna i zawsze uchodziło za ostoję spokoju w tym rejonie.Woy napisał:Podczas robienia zdjęć z okna samochodu nasz kolega zrobił kardynalny błąd – przypadkowo zrobił zdjęcie policjantowi. Coś takiego w Zachodniej Afryce podpada pod najcięższe paragrafy i może się naprawdę źle skończyć. I zaczęło się niepokojąco – sfotografowany policjant wsiadł na motor, dogonił nas i kazał się zatrzymać. Współczuliśmy koledze, który w drżących rękach ledwo był w stanie utrzymać telefon, kiedy go podawał policjantowi. Ten oczywiście zdjęcie usunął, po czym wykonał kilka telefonów, konsultując sprawę z przełożonymi. Po jakichś piętnastu minutach puścił nas wszystkich wolno, bez żadnych próśb o łapówkę. Za mniejszej wagi numer (zrobienie zdjęcia placówce bankowej) niektórzy uczestnicy naszej podróży spędzili w Republice Środkowoafrykańskiej kilka godzin na komisariacie, co i tak wszyscy traktowali jako szczęśliwe zakończenie sprawy. Tutaj jak widać jest zdecydowanie bardziej przyjaźnie.A tak przy okazji ... dotyczy to całej północnej Afryki. Ostatnio pstryknąłem fotkę kolejki osób stojących do bankomatu w Chartumie , okazało się, że stał tam jakiś tajniak, który tak wrzeszczał, że zbiegła się cała okoliczna policja. Szczęśliwie zdjęcie skasowałem, telefonu wyrwać sobie nie dałem, więc zostałem zaprowadzony do szefa policjantów, ten przywołał jeszcze ważniejszego szefa i ... ten też mnie po dłuższym pouczeniu i przeglądnięciu zdjęć puścił. Ale podobnie jak Wy nauczkę miałem.
pietrucha 23 kwietnia 2019 21:03 Odpowiedz
To uczucie kiedy myślisz, że wróciłeś z dobrego tripa, a wtedy Woy wjeżdża z nową relacją...Gdyby był konkurs na forumową podróż roku to w ciemno miałbyś mój głos. W poprzednim roku również ?Czy rozmawiałeś może z jakimś localsem na temat dzietności mieszkańców Nigru? Jak oni sami do tej kwestii podchodzą?
woy 25 kwietnia 2019 05:08 Odpowiedz
@Pietrucha dzięki za miłe słowa. Z lokalsami ciężko rozmawiać, bo mój francuski jest mniej niż mierny, a po angielsku tylko z kierowcą można było rozmawiać. Dzietnosc w Nigrze jest wysoka, ale w porównaniu z sąsiadami aż tak się nie wyróżnia. W długich okresach pokoju i braku głodu powinna spadać. Na razie to część stylu życia.