0
maciek89 29 marca 2019 05:38
Tak, wiem, kierunek może niezbyt interesujący na relację Live, ale jako że to moja pierwsza relacja (z góry przepraszam za techniczne niedociągnięcia i literówki) i w dodatku w miarę możliwości chcę ją prowadzić live (co na Kubie może być ograniczone), to postanowiłem się sprawdzić :)

Kierunki naszej wyprawy podane w tytule. Zaczynamy od 4 pełnych dni w Nowym Jorku, potem tydzień na Kubie (przy okazji wyjaśni się sprawa "różowych" kart turysty poruszona w innym wątku), jednodniówka w Filadelfii i 1,5 dnia Waszyngtonie.

Podróż rozpoczęliśmy w Gdańsku. Lecieliśmy Norwegianem, z przesiadką w Oslo. Oba loty bez zakłóceń, większość czasu tradycyjnie przez nas przespana (choć w Dreamlinerze rozrywka pokładowa się przydała).

Kolejka na immigration dość duża, ale przesuwała się sprawnie. W końcu podchodzimy lekko zestresowani do "okienka" i szok: pani oficer nie zadała nam żadnego pytania. Być może dlatego, że była zajęta swoimi paznokciami :) Zeskonawała paszporty, odcisnęliśmy palce i ruszyliśmy do wyjścia. Dalej to już forumowy standard: AirTrain, tygodniowy bilet na metro i przejazd na nocleg.

Plan na jutro: Staten Island Ferry i oczywiście Manhattan (przejść i zobaczyć tyle, ile się da). Od jutra też zaczną pojawiać się foty :)Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego posta, bo może się komuś przydać w przyszłości: w Oslo przy bramce każda torba/plecak była mierzona w sizerze. Sporo Amerykanów prosto spod sizera ruszało z kartą w ręku do terminala płatniczego ;-)

A teraz już relacja z dzisiaj. Ponieważ mieszkamy na Brooklynie (Airbnb), najwygodniej nam było rozpocząć "zaliczanie" Nowego Jorku od Statuy Wolności. W tym celu wybraliśmy rejs darmowym Staten Island Ferry. Trafił nam się prom w całości zabudowany oknami, ale na szczęście otworzyli tylne drzwi, więc można było podziwiać panoramę Dolnego Manhattanu i "na czysto" sfotografować Statuę. Zaskoczeni byliśmy ilością naciągaczy pod terminalem promowym na Manhattanie. Wymachiwali przed oczami jakimiś legitymacjami, że niby są oficjalnymi przewodnikami po mieście i zachęcali do płatnych rejsów w kierunku Statuy. Ciężko było się od nich odgonić, ale w końcu daliśmy radę.


1 Panorama Dolnego Manhattanu widziana z tyłu promu.jpg



2 Statua ma się dobrze.jpg


Po rejsie ruszyliśmy metrem w kierunku 9/11 Memorial, po drodze zahaczając jeszcze o Trinity Church.


3 Kościół Św Trójcy.JPG



4 One World Trade Center.jpg



5 Instalacja, która ocalała podczas zamachu z 11 września.jpg



6 Jeden z memoriałowych basenów.JPG


Pierwsze wrażenia z Nowego Jorku były jak najbardziej pozytywne. Niby betonowa dżungla, szklane wieżowce poprzeplatane starszymi kamienicami i zabytkowymi kościołami, ale ma to swój urok.

Kolejne punkty programu to: City Hall, Union Square, Flatiron i Grand Central Terminal. Częściowo poruszaliśmy się metrem, ale sporo też spacerowaliśmy.


7 City Hall.JPG



8 Pomnik Georga Waszyngtona na Union Square.jpg



9 Żelazko.jpg



10 Grand Central Terminal z zewnątrz.jpg



11 I wewnątrz.jpg


Ponieważ w planie mieliśmy też przejść się po High Line, to szkoda by było nie zobaczyć jednej z najnowszych atrakcji NY, która znajduje się tuż obok - Vessel, czyli konstrukcji składającej się z 2500 schodów. Tutaj drobna porada: bilety online (darmowe) rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Nowa pula oficjalnie powinna pojawiać się codziennie o 8 rano, ale tak naprawdę ok. 7:50 można już składać rezerwacje. O 8 stronka już się wiesza :)
Opinie o Vessel są oczywiście mieszane, ale musimy przyznać, że (szczególnie od wewnątrz) konstrukcja zrobiła na nas pozytywne wrażenie.


12 Vessel.jpg



13 Schody, dużo schodów.JPG



14 Vessel, widok z góry.JPG


Następnie wybraliśmy się w blisko 2,5-kilometrowy spacer po High Line. Akurat w tym momencie pogoda się lekko skiepściła i zaczęło kropić, ale nie przeszkadzało nam to.


15 High Line I.JPG



16 High Line II.JPG


Na zakończenie dnia ruszyliśmy jeszcze do Little Italy i Chinatown, gdzie nasze żołądki zaczęły domagać się jedzenia. Udało nam się znaleźć fajną miejscówkę, na rogu Lafayette i Walker St., gdzie za dużą pizzę zapłaciliśmy 8$ (w Little Italy ceny około dwukrotnie wyższe).

Na dziś to by było na tyle. Na koniec spotkał nas jeszcze polski akcent. Gdy czekaliśmy na metro w stronę Brooklynu, na stacji przygrywał na trąbce muzyk i w pewnym momencie zaczął grać "Barkę". Nie wiem, może w Stanach ta melodia znana jest z innych względów, ale jakoś miło nam się zrobiło :)

Podsumowując, dzień na bardzo duży plus. Cała wyprawa zajęła nam 10h, ale udało się zobaczyć więcej niż przypuszczaliśmy.

Główne założenia na jutro to Muzeum Historii Naturalnej i Central Park.

/sorry za jakość zdjęć, ale musiałem je zmniejszyć do 1mb, co na telefonie nie jest łatwe/@Asfalto Cieszę się, że komuś się podoba :D
Jutro postaram się wrzucić kolejną część usypiającej relacji :)Ok, jedziemy dalej.

Wczoraj rano udaliśmy się do Muzeum Historii Naturalnej. I nie będę ukrywał, że nie był to najlepszy pomysł na pobudkę... Niedawno byliśmy w MHN w Wiedniu i być może dlatego nasze oczekiwania były większe, bo w tym wiedeńskim naprawdę nam się podobało. Przed wyjazdem czytałem mieszane opinie o AMNH, więc teraz przychyliłbym się do tych mniej pochlebnych.

Na szczęście po wyjściu z muzeum wystarczy przejść na drugą stronę ulicy i już się jest w Central Parku. Można powiedzieć, że to największa zaleta muzeum :) Pogoda sprzyjała, słońce przygrzewało, więc tym razem nigdzie nam się nie spieszyło.


Central Park II.JPG



Central Park I.jpg


Po południu zajechaliśmy na Times Square. Generalnie nie przepadamy za tego typu miejscami, ale o dziwo całkiem nam się tam podobało. Na schodach było sporo wolnych miejsc, więc na spokojnie obserwowaliśmy tych wszystkich przebierańców kręcących się wokół. Na szczególną uwagę zasługiwał koleś w samym pampersie i z kartką, że założył się, że wytrzyma tak przez 10 godz. Wychodząc przybyliśmy piątki szturmowcom i ruszyliśmy w stronę metra.


Times Square.jpg


W drodze na nocleg z bliska poczuliśmy klimat Brooklynu. Wysiadając z metra, trafiliśmy na uliczną walkę dwóch dziewczyn żywiołowo dopingowanych przez znajomych. Od teraz sterty śmieci na chodnikach i ulicach Brooklynu nie robią już na nas wrażenia.

Niedziela upłynęła pod znakiem uczty dla ducha. Rano zwiedziliśmy katedrę św. Patryka i zostaliśmy na mszy z udziałem chóru (godz. 10:15). Po obiedzie przyszedł czas na Broadway i musical Chicago. Jeśli ktoś się waha, czy warto wybrać się na jakiś musical, to marnuje czas. Nie ma co się zastanawiać, tylko kupować bilety! Film obejrzeliśmy kilka razy, ale spektakl i tak wywarł na nas ogromne wrażenie. Bilety kupowaliśmy jeszcze w Polsce online. Dziś w kasach były sporo droższe.

Wieczorem przespacerowaliśmy się Mostem Brooklyńskim i promenadą po stronie Brooklynu. Na zakończenie dnia oczywiście Dumbo.


Most Brooklyński I.JPG



Most Brooklyński II.jpg



Dumbo.jpg


Główne plany na jutro to Top of the Rock i MET.Poniedziałek był całkiem spokojnym dniem. Rano wjechaliśmy na Top of the Rock. Mimo słonecznej pogody zbyt wiele czasu na górze nie spędziliśmy, bo niesamowicie wiało. Nie mam porównania z innymi punktami widokowymi w NYC, ale ten mogę polecić, bo na górze nie ma zasłaniających widok krat. Z jednej strony mamy widok na Central Park, a z drugiej na Empire State.


TotR I.jpg



TotR II.JPG


Potem przyszedł czas na MET. Jeśli ktoś planuje wybrać się do jednego muzeum i waha się między MET a AMNH, to zdecydowanie polecamy MET. Van Gogh, Rembrandt, Picasso, Monet i Klimt w jednym miejscu. To robi wrażenie.


MET I.jpg



MET II.jpg



Tego Pana przedstawiać nie trzeba.jpg


Po południu postanowiliśmy wrócić na Chinatown. Z naszych wcześniejszych obserwacji wynikało, że wszelkiego rodzaju pamiątki tu były najtańsze, więc ostatniego dnia wróciliśmy tu na zakupy.

Jeszcze słowo o wejściówkach do muzeów i na TotR. Wszystkie bilety kupowałem wcześniej na klook.com. Pozwoliło nam to zaoszczędzić po kilkanaście $ na głowę. W muzeach i tak trzeba było ustawić się w kolejce do kasy i zamienić vouchery na bilety. W Top of the Rock dla voucherów była odrębna kolejka, więc tu zaoszczędziliśmy i pieniądze, i czas.

Siedzimy już w samolocie jetBlue z JFK do Havany. Podczas check-inu w odpowiedzi na pytania o wizy, pokazałem nasze karty turysty zakupione na olx ;) Pani była lekko zaskoczona i zawołała swojego przełożonego. Ten tylko spytał czy mamy je z Polski i zostały zaakceptowane. Zobaczymy jak będzie po przylocie na Kubę, ale wydaje się, że zaoszczędziliśmy po 50$. Stanowisko obok Amerykanin kupował kartę i te wydawane w USA mają wyraźnie różowy kolor, ale jestem dobrej myśli :) Jeszcze jedno: na Terminalu 5 jest odrębna strefa check-in na Kubę - idąc od strony AirTrain zupełnie na końcu terminala.-- 04 Kwi 2019 04:04 --

Kontrola na lotnisku w Hawanie przebiegła sprawnie. Nie pytano o nasze plany, ubezpieczenie, pierwszy nocleg czy nawet skąd przylatujemy (akurat trzy przyloty się zazębiły), więc nasze karty turysty nie wzbudziły zastrzeżeń. Niebieską kartę z deklaracją celną zabrano nam przy wyjściu, a białą z danymi osobowymi nikt się nawet nie zainteresował. Na parterze lotniska są kantory samoobsługowe, na piętrze tradycyjne. Wszędzie takie same kursy (1 EUR = 1,08 CUC), ale na dole zdecydowanie mniejsze kolejki. Obsługa "kantoromatu" nieskomplikowana: skan paszportu, wrzucamy euro, wychodzą cuc-i.

Po wyjściu przed terminal rozglądalismy się za autobusem lotniskowym jadącym w stronę T2, który podwiózłby nas w stronę przystanku P12. Czekaliśmy prawie pół godziny, pytaliśmy obsługę lotniska, ale nikt nie pomógł (albo nie chciał pomóc), a autobusu ani śladu, więc skończyło się jednak na taxi (wiemy już skąd rusza autobus z Hawany na lotnisko, więc w drodze powrotnej sprawdzimy jak to funkcjonuje).

Po zameldowaniu się ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Capitol, promenada, plaza Catedral, plaza Vieja, kolacja, drink i powrót na nocleg. Trochę męczący są ci wszyscy knajpowi naciągacze wyłapujący klientów na ulicach, ale można się do tego przyzwyczaić. No i w co drugiej knajpie grana na żywo "La cuccaracha", która może potem śnić się po nocach :)


Capitol.jpg



Havana 2.jpg



Havana 3.jpg


Wcześniej zgłosiliśmy właścicielce casy, że rano chcemy pojechać do Cienfuegos. Powiedziała, że taxi collectivo wyjdzie 30 CUC za głowę, negocjacje nic nie dawały, za to kierowca odbierze nas spod casy. Wrodzona cebula nie pozwalała nam w to uwierzyć, przecież w necie piszą, że jeszcze rok temu stawka wynosiła 20 CUC. Popytaliśmy jednak na mieście i cena minimum to 25. Jeśli dodać do tego dojazd na dworzec, skąd ruszają collectivo, to wyszłoby na to samo.

O internecie nie będę się wiele rozpisywał, bo na forum można wiele o tym wyczytać. Potwierdzę tylko, że karty do wifi dają radę, o ile znajdzie się miejsce z dobrym zasięgiem. Śmiesznie to wygląda, jak cała dzielnica kumuluje się na jednym placu z telefonami w dłoni i zażywają internetu.

Koniec końców jesteśmy już po zwiedzaniu Cienfuegos, o czym więcej w kolejnym wpisie :)

-- 04 Kwi 2019 04:05 --

Oszukani napisał:
Dlaczego MHN wam się nie podobało ?

Chyba za bardzo się napaliliśmy na to muzeum. Tymczasem poza tytanozaurem miałem wrażenie, że już gdzieś to wszystko widziałem. W dodatku liczne wycieczki szkolne nie ułatwiały zwiedzania, ale to już nie jest wina muzeum :)Z wifi nie było jednak tak kolorowo. Często zrywało połączenie, a wieczorami sieć była tak przeciążona, że próba korzystania z niej była stratą czasu i nerwów. Dlatego teraz przelecimy przez Kubę w trochę telegraficznym skrócie.

Przez ten tydzień odwiedziliśmy Havanę, Cienfuegos, Trinidad, Santa Clarę, Matanzas, Vinales i wróciliśmy do Havany. Każde miejsce było inne i miało swój urok (no, może poza Santa Clarą, która nas jakoś nie urzekła i z której szybko pojechaliśmy do Matanzas, którego wcześniej w planach zupełnie nie mieliśmy).

W swoim osobistym rankingu najwyżej oceniłbym Trinidad - kolorowe, zadbane miasteczko z brukowanymi uliczkami. Po południu warto rowerami wybrać się na pobliskie plaże i poczekać na zachód słońca. Po drodze uważajcie tylko na wędrujące w poprzek drogi kraby... Z kolei praktycznie nie da się ich ominąć autem na trasie z Cienfuegos do Trinidadu - jest tam kilkukilometrowy odcinek tylko dla ludzi o mocnych nerwach, charakterystyczne chrupnięcie spod opon słyszeliśmy kilkanaście razy :/


trinidad1.jpg



la boca1.JPG


Bardzo miło wspominać też będziemy Vinales, nie tylko ze względu na wspaniałych gospodarzy w casie. Było tam zupełnie inaczej niż w pozostałych miastach. Trochę z dala od szumu ulic i spalin. W takich okolicznościach przyrody nawet "Mural de la prehistoria" wydaje się dziełem sztuki :) Dobra, przesadziłem, ale część miejscowych naprawdę jest z tego dumna i się nim zachwyca. Drugiego dnia wyruszyliśmy konnym powozem na objazd po okolicznych plantacjach tytoniu i kawy. Nauczyliśmy się m. in. jak samemu zwinąć cygaro, zobaczyliśmy w jaki sposób wypala się ziarna kawy i próbowaliśmy lokalnego rumu (nazywanego żartobliwie witaminą R). W weekendowe wieczory główna ulica w Vinales zamykana jest dla ruchu kołowego. Na asfalcie, na długości kilkuset metrów, pojawiają się stoliki z krzesłami, stoiska z drinkami oraz grille z szaszłykami i świniakami. Miejscowe zespoły grają kubańskie piosenki, a ludzie tańczą salsę. Impreza pełną parą.


vinales 1.jpg



vinales 2.JPG



vinales 3.JPG



vinales 4.JPG


Cienfuegos i Matanzas - miasta fajne na jeden dzień. Pospacerować uliczkami miast, obejrzeć główne place i przejść się promenadami. Z kolei Santa Clarę polecić mogę tylko jako miasto do zobaczenia po drodze, a gdyby nie plac z pomnikiem Che, to w ogóle można by je pominąć.


cienfuegos_1.jpg



cienfuegos_2.jpg



cienfuegos_3.jpg



santa clara.JPG



santa clara 2.JPG



matanzas1.JPG


Wszystkie koszty związane z przejazdami i noclegami na Kubie zamieszczę po powrocie w odrębnym wpisie.

Z miasta na lotnisko wracaliśmy autobusem P12. Wysiedliśmy na przystanku przed skrętem na lotnisko (oznaczonym na maps.me), a dalej pieszo na T3.

Powrót na JFK bezproblemowy, na kontroli tylko jedno pytanie: gdzie zatrzymujemy się na noc. Przed wyjazdem bałem się czy zdążymy na Megabusa o 21:20 do Filadelfii (przylot zaplanowany na 17:40), tymczasem chwilę po 19 byliśmy już na Manhattanie. Teraz tylko porządnie się wyspać i ruszamy zwiedzać Filadelfię :)

Ale wcześniej jeszcze krótki rzut oka na Starą Havanę:


havana 1.jpg



havana 2.jpg


PS. po Plaza Vieja kręci się koleś z mobilnym punktem sprzedaży lodów w łupinach po kokosach. Jak się okazało nieźle mówił po polsku, bo... jego ex jest Polakiem :)Spodziewaliśmy się, że po przylocie z Kuby okulary przeciwsłoneczne będziemy mogli schować głęboko w plecaku. Tymczasem w Filadelfii było słonecznie i ok. 20°, więc miasto zwiedzaliśmy w przyjemnych okolicznościach.

Wizytę rozpoczęliśmy od Independence Park. Do Independence Hall konieczna jest darmowa wejściówka - odbiera się ją w Visitor Center. Byliśmy tam o 10:30, najbliższe wolne wejście było na godz. 15. Podejrzewam, że w sezonie czeka się jeszcze dłużej (nie wiem jak z rezerwacją wstępu online). Pozostałe atrakcje (w tym Liberty Bell) nie są biletowane, wchodzi się z marszu.


Filadelfia 1 - Elfreths Alley.jpg



Filadelfia 2 - Independence Hall.jpg


Następnie udaliśmy się pod Museum of Art. Do środka nie wchodziliśmy, ale schody Rocky'ego zaliczone :) Po drodze warto jeszcze wstąpić na dziedziniec City Hall i do katedry św. Piotra i Pawła.
Wieczorem spełniło się jedno z moich marzeń z dzieciństwa - byliśmy na meczu NBA Philadelphia 76ers - Chicago Bulls. Jak się okazuje, sama rozgrywka sportowa jest tu jedynie dodatkiem do licznych przerw, w czasie których odbywały się występy muzyczne, taneczne, konkursy i prezentacje jakichś randomowych ludzi. Ale i tak było warto :)


Filadelfia 3 - Museum of Art.jpg



Filadelfia 4 - pomnik Rockyego.jpg



Filadelfia 5.jpg


W czwartek wcześnie rano pobudka, bo o 5:45 Megabus do DC. Po drodze lekki stres, bo autobus miejski w stronę dworca przyjechał prawie 15 minut spóźniony, ale zdążyliśmy.

W Waszyngtonie większość atrakcji skupiona jest w jednym miejscu. Główne punkty to oczywiście Biały Dom, Kapitol, ogromny obelisk - Pomnik Waszyngtona, mauzoleum Lincolna, a także monumenty upamiętniające żołnierzy poległych na frontach wielu wojen. Wśród muzeów wybraliśmy tylko National Air and Space Museum, które zgromadziło fragmenty pierwszych rakiet kosmicznych, skafandry oraz wyposażenie statków kosmicznych (w tym toalety dla astronautów). Nie ukrywam, że po dwutygodniowej tułaczce na więcej nie starczyło nam już sił.



Dodaj Komentarz

Komentarze (6)

d4fc4 29 marca 2019 07:13 Odpowiedz
Fajna trasa, będę śledził.
asfalto 30 marca 2019 12:52 Odpowiedz
ZiewWysłane z mojego SM-G950F przy użyciu Tapatalka
maciek89 31 marca 2019 04:07 Odpowiedz
@Asfalto Cieszę się, że komuś się podoba :DJutro postaram się wrzucić kolejną część usypiającej relacji :)
lousylucky 1 kwietnia 2019 06:41 Odpowiedz
Ja czytam z zaciekawieniem i oczekuje kolejnych części !
oszukani 2 kwietnia 2019 16:28 Odpowiedz
Dlaczego MHN wam się nie podobało ?
pjoter1993 4 kwietnia 2019 04:04 Odpowiedz
Z niecierpliwością czekam na kolejne części :)