0
Pjoter1993 3 kwietnia 2019 20:16
-- 03 Kwi 2019 20:16 --

Późny lutowy wieczór – przeglądam sobie oferty wspólnych wyjazdów na jednej z grup podróżniczych na jednym z bardziej znanych (najbardziej znany?) portali społecznościowych. Myślę sobie czas znowu gdzieś wyruszyć w świat chociaż około weekendowo. Po przeglądnięciu fajnych propozycji wyjazdów na Cypr, Indonezję czy inne USA moją uwagę przykuwa Kijów + Czarnobyl. Pomyślałem sobie wtedy, tam mnie jeszcze nie było, Ukraina z tego co słyszałem jest dosyć tania, w sumie pomyślałem „Co to dla mnie?”. Piszę do ziomka, który zaproponował taki wyjazd, okazuje się, że to bardzo spoko gość, zebrał małą ekipkę i umówiliśmy się w barze na spotkanie w celu umówienia całego wyjazdu. Początkowo bardzo ładnie, pięknie, wszystko wstępnie ustalone. A tu wiadomość kolejnego dnia, niestety z powodu spraw biznesowych główny pomysłodawca wyjazdu musi zrezygnować pomimo zakupionych biletów…ale wtedy właśnie pomyślałem, nastawiłem się na wyjazd, coś już przeglądałem i tak tam pojadę. Początkowo wyjazd był zaplanowany na 1-4.03, ale termin się zbliżał, bilety lotnicze drożały, ekipa w rozsypce. Jeszcze w trakcie namawiałem jedną koleżankę na wyjazd, ale jej termin nie odpowiadał bla bla bla. Pomyślałem użyję swojego uroku osobistego siły perswazji i zmienię może termin, może akurat się uda kogoś zabrać w kolejnym tygodniu. Jedna koleżanka, która już wcześniej była chętna zgodziła się bezproblemowo, drugą jak zwykle trzeba było namawiać i naobiecywać bardzo wiele rzeczy (choć po dzień dzisiejszy nie zostałem z nich rozliczony. Może po tym tekście to się wydarzy? :D) też bezproblemowo dała się namówić. A więc mamy termin 8-11.03 – bilety lotnicze zabookowane, nocleg zabookowany, Czarnobyl zabookowany – no to nic innego Nam nie zostało tylko DAWAJ na Ukrainę. W trakcie jeszcze ułożyłem sobie w głowie i na mapce cały plan podróży, oczywiście jak zwykle robiąc niespodziankę wspomnianym towarzyszkom podróży, o czym przekonają się dopiero w trakcie.

Godzina 15.20 wylot z Katowic-Pyrzowic liniami WizzAir, przeze mnie potocznie zwanymi Wizirem. Wcześniej kontrola graniczna, dwie otwarte budki jedna dla obywateli UE, druga spoza UE. Oczywiście jak zwykle ogarnięci gdzie stoimy? Razem ze wszystkimi Ukraińcami, dopiero po pewnym czasie oświeciło Nas gdy zobaczyliśmy pustą kolejkę dla obywateli UE, że to jednak tam powinniśmy stać. Szybka kontrola, i dawaj na samajlot. Po brameczkach oczekiwała nas kolejna niespodzianka w postaci wystania około pół godziny w zatłoczonym busiku, gdzie temperatura pomimo już około 15 stopni na powietrzu rosła z minuty na minutę. I w końcu w samolocie. Samolot w 100% wypełniony, przede wszystkim obywatelami Ukrainy. Lot przebiegł spokojnie, beż żadnych ekscesów, chyba, że mamy tu na myśli jak zwykle kulturalnie zachowujących się Polaków w postaci zostawienia po sobie śmieci, picia alkoholu i kropka.

17.40 czasu lokalnego bezpiecznie wylądowaliśmy na lotnisku Kijów-Żuliany. Lotnisko jak lotnisko, nie za duże, terminal podobnie, aczkolwiek był znacznie „przytulniejszy” od Pyrzowickiego. Nie wiem dlaczego, ale zawsze gdy jestem na lotnisku w Pyrzowicach dopada mnie krótki stan depresyjny – jakoś nie przepadam za tym lotniskiem. Wracając do przylotu kontrola graniczna również się odbyła bezproblemowo, tym razem stanęliśmy w odpowiednim miejscu i rozpoczął się szybki kurs nauki dziewczyn cyrylicy. Tak się złożyło, że sporo czasu wcześniej udało mi się zaznajomić z tym pięknym alfabetem, ale nauka okazała się owocna i współtowarzyszki szybko załapały alfabet. Wracając jeszcze do kontroli trwała może z minutkę, szybkie przybicie pieczątki do paszportu i jest kolejna do kolekcji.
Image
Image

Po kontroli paszportowej chwila odpoczynku i złapania WIFI. Wymiana eurasów na hrywieny i co dalej? Z początku planowałem zakup startera KyivStar, bo przecież internety zawsze się przydadzą. Było już po godzinie 18, podchodząc do okienka było ono po prostu już zamknięte. No trudno pomyśleliśmy kupimy później gdzieś na mieście. Najważniejszym punktem było zamówienie Ubera do naszego „apartamentu”, przeczytałem dużo wcześniej, że Uberki działają tutaj dosyć sprawnie, zaufałem lekturze i jak się okazało słusznie. Po zamówieniu Ubera, dosłownie po 5 minutach przyjeżdża po Nas i nasze niezbyt duże bagaże Lanos, Daewoo Lanos w białym kolorze jakby to kogoś zainteresowało. A w nim jak się później okazało przesympatyczny i ratujący Nam życie Андрeй.
Image
Za ubera zapłaciliśmy zawrotną kwotę około 180 UAH, co w przeliczeniu na jedną głowę wyszło Nas około 8 zł. Opłacało się? Jasne, przez całą podróż rozmawialiśmy sobie z Andrejem na tematy wszystkie, podobnie jak w językach – po ukraińsku, rosyjsku, polsku, angielsku, w tle wśród dziewczyn było słychać również zalążek języka niemieckiego czy włoskiego już nie pamiętam dokładnie. Andrej opowiedział Nam o wszystkim, o: cenie paliwa, życiu na Ukrainie, Polakach, jego synach, co warto zwiedzić w Kijowie, gdzie warto zjeść, czy był w Czarnobylu (wspomnę pokrótce jeszcze o tym trochę później). Świetny człowiek, który w sumie uratował Nas przed spaniem gdzieś na ulicy. Zabookowałem wcześniej apartament za bardzo niedrogą cenę, który również w tej dosyć długiej relacji, jak widzę pisząc to, otrzyma swoje 5 minut. Po wielu zawirowaniach, gdzie mamy otrzymać klucze i gdzie mamy zapłacić za mieszkanko dotarliśmy do odpowiedniej ulicy, równie zatłoczonej jak w piątek wieczorem cały Kijów. Gdyby nie pomoc Andreja, nie byłoby szans dostania się do „biura”, gdzie otrzymałem klucze, było to w jakimś dziwnym budynku na 3 lub 4 piętrze, gdzie wszędzie dookoła panowała ciemność, a w samym „biurze” było dość remontowo. Koniec końców dwóch młodych ziomków, którzy niestety nie gawarju pa angielski, zapłacone, kluczyk otrzymany i dawaj na mieszkanie teraz. Po około 10 minutach w końcu znaleźliśmy się na odpowiedniej ulicy, gdzie miał znajdować się nasz apartament…cóż okolica i sama kamienica wyglądała jak stereotypowa Ukraina, zwłaszcza około godziny 19, zresztą zobaczcie sami, tutaj jednak przed południem, więc nie aż tak tragicznie (choć jedno zdjęcie wieczorem się uchowało):
Image
Image
Image
Image

Oczywiście biednemu wiatr w oczy i tuż przed wejściem do kamienicy spotkała Nas lekko opętana kobieta z dziwną księgą, modlącą się, mówiąca w kompletnie obcym dla Nas języku. Ogólnie czułem się, że rzuca na mnie jakieś czary lub co najmniej klątwę i już nie wrócę z powrotem do domu. Na szczęście później przemówiła w języku ukraińskim, co nie zmienia faktu, że mieliśmy przyjemność spotkać tą kobietę jeszcze z co najmniej 10 razy…Na szczęście „apartament” wyglądał znacznie lepiej i co najważniejsze była i działała obiecana jednej z współtowarzyszek wanna z hydromasażem, był telewizor z hitami ukraińskimi, cienki balkonik, wifi.

Po krótkim ogarnięciu się czas w końcu rozpocząć tą prawidłową podróż i krótkie piątkowe zwiedzanie Kijowa. Mapa google z zaznaczonymi miejscówkami włączona, lokalizator również, o dziwo w niektórych miejscach działało również WIFI. No i pierwsze zaskoczenie, jak tu głośno wszędzie, mnóstwo samochodów na ulicach, mnóstwo ludzi na ulicach, na pewno jesteśmy w tej stereotypowej Ukrainie? Okazało się, że tak, naszym głównym celem pierwszego dnia było jedzenie, zjeść cokolwiek i gdziekolwiek. Udaliśmy się do ścisłego centrum, bez konkretnego planu działania. Co nas przede wszystkim zaskoczyło? Mnóstwo budek z kawami, kebabami i innymi rzeczami dosłownie co 20 metrów wzdłuż całej ulicy. Coś niesamowitego, podchodzimy więc do pierwszej budki z kawą, przeczytałem wcześniej, że można tu wypić niesamowitą kawę z cynamonem, dziewczyny od razu przytaknęły. Podchodzimy, a tam obsługuje Nas przesympatyczna dziewczyna...jak się okazało mówiąca w języku polskim, mająca dziadków z Polski. Przypadek? Nie sądze, że tyle przypadków zdarza się podczas jednego wyjazdu. Po dłuższej rozmowie, wymieniliśmy się kontaktami, a i najważniejze niesamowicie pyszna kawa bounty za około 4-5 zł. Dzięki kawie było mnóstwo energii do działania. Poszliśmy dalej wzdłuż głównej ulicy, a tam czekało Nas dużo muzyki i tańczącej młodzieży. Serio, zastanawiałem się czy ja jestem w Kijowie, gdzieś na Wschodzie, czy gdzieś w jakiej stolicy zachodniego kraju. Pierwszego dnia Kijów nas bardzo zaskoczył i na sam koniec, albo prawie na sam koniec wylądowaliśmy w legendarnej Puzatej Chacie, gdzie oczywiście zamówiłem „big” barszcz i pierogi. Było bardzo smacznie i bardzo tanio – bo zapłaciłem około 12-13 PLN.
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Po jedzonku powrót do apartamentu. Postanowiliśmy, w sumie ja postanowiłem, że wszędzie będziemy poruszać się pieszo, zresztą nasze mieszkanko znajdowało się jedynie 1,5 km od ścisłego centrum, więc przyjemnie było przebyć tą drogę. Po drodze mieliśmy wskoczyć do jakiegoś marketu, bowiem kolejnym naszym postanowieniem było robienie sobie śniadania i kolacji w naszym apartamencie. Oczywiście po drodze do „apartamentu” przeoczyliśmy jakikolwiek market. Postanowiłem więc odesłać dziewczyny, jedną z nich nazwałem wredotą do apartamentu, a sam ruszyłem na poszukiwanie marketu. O dziwo znalazłem, ale tam poczułem się inwiligowany, trzy różne babeczki, jedna kroczyła krok w krok za mną, bacznie obserwując każdy mój ruch. Kolejne dwie dołączyły się przy kasie, jedna pakując moje zakupy do torby, druga zabrała mój alkohol do innego pomieszczenia, nie wklepując go do kasy fiskalnej.

Pierwszy dzień na pewno można było zaliczyć do udanych, bowiem wszystko udało się szczęśliwie zorganizować i przede wszystkim Kijów zaskoczył swoją otwartością dla turystów, uśmiechniętych ludzi, bardzo pomocnych. I słówkiem na ten dzień było: DAWAJ, zwłaszcza Swietłana i Tania, bo tak zostały przeze mnie ochrzczone moje przesympatyczne współtowarzyszki.

Drugi dzień to wyjazd do Czarnobyla. Dużo wcześniej zabookowałem wyjazd, długo się nie zastanawiając postawiłem na SoloEast Travel. Standardowa cena to 89$ za osobę, jednak gdy rezerwuje się „wycieczkę” dla trzech lub więcej osób otrzymuje się 10% rabatu, koniec końców kosztowała Nas ta podróż równe 81$ za osobę. Jednodniowa wycieczka. Drogo? Wcale nie tak tanio. A pewnie wielu z Was spyta czy warto? Myślę, że tak. Jak może wcześniej przeczytaliście zapytałem naszego kierowcę z lotniska czy był w Czarnobylu. Odpowiedział twierdząco, że nie. Po co to tam mamy jechać? I szybko uciął w sumie rozmowę. Podobnie było z dziewczyną poznaną w budce z kawą. Również pytaliśmy czy była kiedykolwiek w Czarnobylu. Odpowiedziała również przecząco, że nie i że jest to nieco nieprzyjemny temat do rozmów dla Ukrainców. W sumie po przeanalizowaniu tego stwierdzam, że mają dużo w tym racji, bo co może być fascynującego dla mieszkańców Ukrainy w „wycieczkowaniu się” po Czarnobylu? Gdzie bądź co bądź, doszło do katastrofy, która zmieniła świat dla bardzo wielu ludzi. Wracając jednak do organizacji SoloEast Travel, chciałbym bardzo zarekomendować to biuro, kontakt mailowy istniał cały czas, bez względu na porę dnia lub nocy. Dodatkowo busik przyjechał do nas specjalnie o 7.30 pod naszą kamienicę, po czym zawiózł Nas wprost na plac Majdan Niezależności.
Image
Image

Tam spotkaliśmy Naszą główną przewodniczkę – Анастасия oraz współtowarzyszy w busiku. A byli to Brytyjczycy, Czesi oraz kolejna grupa Polaków. Anastasija – świetna kobieta, bardzo miła, dowcipna, jej angielski również aż tak nie kuł w uszy, chociaż czasami, a nawet często lekko zaciągała w języku angielskim po ukraińsku. Wracając do całej podróży z samego serca Kijowa wyruszyliśmy około godziny 8.30, podróż do naszej pierwszej kontroli paszportowo-biletowej w punkcie kontrolnym Dytyatky zajęła około 2 godzin. W trakcie pokazywane były dwa filmiki pokazujące przyczyny, skutki katastrofy reaktora w Czarnobylu. Kontroli paszportowo-biletowo-osobowej bodajże mieliśmy 6-8? Jak sama Anastasia przyznała Exclusion Zone to takie małe państwo w państwie. Raczej nie da się tam dostać bez odpowiednich pozwoleń/dokumentów, a jedynie poprzez zorganizowaną wycieczkę, przynajmniej dla podróżników takich jak my. Tutaj kilka zdjęć krajobrazu z busika
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

I znaleźliśmy się w trzydziestokilometrowej Exclusion Zonie. Po drodze mijaliśmy wsie Cherevach oraz Zalissya. Oczywiście w trakcie jazdy w autobusie poinstruowano Nas, iż nie wolno nic zabierać z całej zony oraz niczego dotykać, a tym bardziej gruntu, bowiem tam znajduje się największe promieniowanie. A po powrocie z zony umyć sobie buty. Ruszyliśmmy w drogę po mieście Czarnobyl. Obecnie w mieście mieszka około 3000 ludzi oczywiście pracujących w Zonie. Pokazano nam miejsce upamiętnienia ponad 100 wsi na Ukrainie i Białorusi, które ucierpiały w wyniku katastrofy oraz Pomnik Trzeciego Anioła. I następnie zaproszono Nas na obiad (w sumie całkiem smaczny) w stołówce/kantynie czarnobylskiej.
Image
Image
Image
Image
Image

Następny stop mieliśmy przy pomniku „Tym, którzy uratowali świat”., dla upamiętnienia strażaków, którzy stracili swoje życie biorąc udział w akcji gaśniczej reaktora. Po Czarnobylu czekał nas kolejny punkt kontroli w Leliyi. I po drodze znaleźliśmy się w całkiem zniszczonej wsi Kopachi, gdzie mogliśmy zobaczyć opuszczone i zniszczone przedszkole, gdzie stale znajdują się pozostałości takie jak łóżka czy lalki. Wiadomo wiele z tych rzeczy jest tak poustawiane, bo to dobra atrakcja turystyczna, nieco mroczna i przecież przerażająca dla turystów.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Kolejnym jednym z ważniejszych przystanków były reaktory. Jeśli wielu z Was myśli, że czarnobylskie reaktory robią wrażenie, to z mojego punktu widzenia tak nie zrobiły. Na samym początku widzieliśmy niedokończone reaktory nr 5 i 6. I zatrzymaliśmy się dłużej oraz zobaczyliśmy zdjęcia jak reaktor wyglądał ponad 30 lat temu przy reaktorze 4, dokładnie 270 metrów od przykrytego sarkofagiem reaktora. Następnie zatrzymaliśmy się w oddali od pokrytego złą sławą Czerwonym Lesie, gdzie kilka kilometrów od lasu promieniowanie wynosiło już ponad 6, a w samym lesie podobno 2000 – także niezła dawka.
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Przyszła kolej, według mnie na najważniejszy punkt całej wycieczki czyli – Prypeć. Za niedługo minie 33 rocznica katastrofy w Czarnobylu. Nie miałem przyjemności „przeżyć” tej katastrofy jednak myślę, że większość osób w Polsce na słowo Czarnobyl wszystko będzie wiedziało. Prypeć zrobiła na mnie największe wrażenie, kiedyś mieszkało tutaj 50 tysięcy ludzi, czyli tyle osób ile obecnie Wejherowo, Zawiercie czy Skierniewice. Czy wyobrażacie sobie, żeby z dnia na dzień nagle 50 tysięcy osób musiało się ewakuować z miejscowości, zostawiając przy tym cały dobytek życia, dla wielu ludzi piękne historie, dzieciństwo, wiele emocji? Blokowiska, restauracja, szkoła, supermarket, lądowisko dla helikopterów na hotelu Polissya, basen, stadion, park rozrywki z diabelskim młynem, pałac kultury, szpital – dziś zostały tylko pozostałości. Obecnie nie mieszka tam nikt, chociaż zdarzają się szabrownicy, poszukujący jakiegoś złomu– w sumie trzeba być bardzo odważnym by tego uczynić. Anastasiya pokazała Nam bardzo wiele miejsc, opowiedziała bardzo wiele historii oraz pomierzyła jakie jest promieniowanie w danym miejscu – na powietrzu 0.3, przy gruncie od 6 do 6, przy diabelskim młynie około 300. Anastasiya przez cały czas trwania wycieczki posiadała przy sobie GPS, bardzo jej osobiście dziękuję, że w pewnym momencie odłożyła go, pozostawiła na trawie i wprowadziła Nas w miejsce, podobno w które nie można było się udać i mogliśmy kroczyć tylko tam gdzie ona nas wprowadzi. Oczywiście ja wraz z wredotą współtowarzyszką udaliśmy się tam gdzie włazić nie wolno, porobiliśmy parę fotek, po czym się zgubiliśmy, w sumie grupa nas zostawiła. Ale po 5 minutach szybko odnalazła Nas druga przewodniczka, oczywiście tradycyjnie winę wziąłem na siebie. Jednak podsumowując wizytę w Prypeci, to opuszczone robi wrażenie, działa na ludzkie emocje i pewnie wieczorne spacery po Prypeci muszą mieć swój wyjątkowy klimat.
Image
Image
Image
Image
Image
Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

miriam 3 kwietnia 2019 21:20 Odpowiedz
Pjoter1993 napisał:- dziękuję za przeczytanie moich wypocin Nie polemizuję ;)Liczą się dobre chęci i to że poświęciłeś czas by podzielić się swoimi wrażeniami.Doceniam i zgadzam się,że Kijów warto polecić zwłaszcza tym, którzy jeszcze nie byli.
sranda 3 kwietnia 2019 21:54 Odpowiedz
Pjoter1993 napisał:Nie wiem dlaczego, ale zawsze gdy jestem na lotnisku w Pyrzowicach dopada mnie krótki stan depresyjny – jakoś nie przepadam za tym lotniskiem. Ja mam wręcz przeciwnie, bardzo lubię to lotnisko, zwłaszcza lounge. ;) Gdy tylko mam wybór w porównywalnej cenie: lot z KRK lub KTW, zawsze wybieram to drugie, mimo, że trzeba dalej dojechać.