0
Woy 8 maja 2019 17:31
Turcja jest krajem ogromnie popularnym wśród turystów, a popularnych krajów zwykle nie mam ochoty opisywać wiedząc, że nie będę zbyt odkrywczy, a informacje, które mógłbym zawrzeć, spokojnie można znaleźć gdzie indziej. Popularność Turcji jest jednak mocno selektywna – owszem, wybrzeże Morza Egejskiego i Śródziemnego, a także po części Czarnego, jest w sezonie oblężone przez turystów, ale do tureckiego interioru na wschód od Kapadocji zapuszczają się nieliczni. Część z tego terytorium jest przez nasze MSZ zaznaczona jako czerwona, ale przekonaliśmy się po raz kolejny, że te ostrzeżenia są grubo przesadzone. To już nasza trzecia z rzędu rodzinna podróż do regionów, gdzie MSZ odradza wszelkie podróże, nigdzie nie czuliśmy najmniejszych powodów do niepokoju i tylko raz – w irańskim Beludżystanie i Sistanie - spotkaliśmy się z drobnymi niedogodnościami. Na ogół widok małych dzieci na tylnym siedzeniu zmiękcza wszystkich mundurowych służbistów.

Zapraszam więc do relacji z Turcji mniej znanej czyli z dziewięciu dni niemal bez widoku tureckich mórz.

Cz. I

Biletów szukałem w okolicach lutego i z uwagi na majówkę ceny bezpośrednich lotów z Warszawy do Stambułu były zabójcze. Znacznie taniej wychodziły loty Ukraine International Airlines z długimi przesiadkami w Kijowie, ale raz, że około 3700 zł za 4-osobową rodzinę to też nie tak mało, dwa – z 9 dni majówki na miejscu zostałoby tylko 7. Rozwiązaniem okazała się podróż z Berlina Schonefeld – nie dość, że z Pegasusem bilety kosztowały 2500 zł, to pory lotów sprawiły, że mogliśmy się cieszyć pełnymi dziewięcioma dniami przedłużonego tygodnia majowego. Oczywiście trzeba było doliczyć koszt paliwa i autostrad, ale już nie parkingu – korzystając z porad z forum fly4free zaparkowałem za darmo naprzeciwko salonu Mercedesa przy Hans-Grade-Allee i szczerze polecam to rozwiązanie – samochód stał w oświetlonym miejscu tuż przy ulicy i po dziewięciu dniach zastałem go w stanie nienaruszonym. Do lotniska mieliśmy jakieś 10-15 minut na piechotę.

Samochód rezerwowałem przez Economy Car Rentals i wybrałem droższą, ale lepiej ocenianą opcję z Avec Car Rentals. Dostaliśmy nowiutkiego Peugeota 301 z 6000 km przebiegu i pełnym ubezpieczeniem za ok. 750 zł za 9 dni. Nie prosząc dostałem diesla i był to szczęśliwy traf – olej napędowy w Turcji jest jakieś 20% tańszy. Przy okazji – w Turcji funkcjonuje chyba ze dwadzieścia sieci stacji paliw i ceny na nich potrafią różnić się drastycznie. Najmniej zapłaciłem za litr ropy 5,59 liry, a na niektórych stacjach kosztowała ponad 6,6 liry. Cena benzyny prawie zawsze wynosiła ponad 7 lir za litr.

Żeby nie mieć kłopotów z mapami zakupiłem lokalną kartę SIM – za 150 lir (koło 100 zł) kupiłem kartę Turk Telekom z 8 GB danych. Kiedyś ponoć były problemy z zakupem tureckich kart SIM, ale teraz dawno należą do przeszłości – na lotnisku można było kupić karty różnych operatorów okazując tylko paszport.

___

Pierwszym naszym przystankiem było Safranbolu, oddalone od Stambułu o jakieś 380 km i niecałe 4 godziny jazdy. Większość była po autostradzie, na której nie ma bramek tylko elektroniczne czujniki – firma wynajmująca samochody pobiera po zakończeniu najmu właściwą kwotę z karty. Jazda po autostradzie jest oczywiście bardzo komfortowa, ale autostrad jest w Turcji niewiele – na wschód od Ankary nie ma ich w ogóle. Mimo to niemal cała Turcja jest opasana siecią dwupasmowych dróg z pasem zieleni pośrodku, po których jeździ się bardzo dobrze, a od autostrad różnią się tym, że zdarzają się na nich normalne skrzyżowania i światła.

Wracając do Safranbolu, miasteczko – założone w czasach Bizancjum – jest znane z pięknie zachowanej otomańskiej starówki, wpisanej na listę UNESCO. W sobotnie popołudnie było niezwykle popularne wśród lokalnych turystów i przechadzając się po jego urokliwych ulicach trudno się temu dziwić.


IMG_7186.JPG



IMG_7189.JPG



IMG_7191.JPG



IMG_7194.JPG



IMG_7196.JPG



IMG_7208.JPG



Nazwa miasta wzięła się do szafranu, po dziś dzień uprawianego w okolicy. Upamiętnia to pomnik rośliny w samym centrum miasteczka, w którym można kupić samą przyprawę, a także szafranowe mydełka, szafranowe lody i inne produkty z wykorzystaniem szafranu.


IMG_7181.JPG



W dalszej drodze zatrzymaliśmy się przy meczecie Mahmuta Beja, niezwykłej konstrukcji z 1366 zbudowanej wyłącznie z drewna, bez użycia cementu i gwoździ (obecnie jest jednak obudowany z zewnątrz). Do meczetu, położonego w maleńkiej wiosce, dotarliśmy po 18, kiedy formalnie wszystko było zamknięte. Zauważył nas jednak miejscowy opiekun, który bez żadnych próśb z naszej strony, z własnej woli wrócił jakieś pół kilometra i otworzył nam meczet. Pierwszy, ale nie ostatni raz spotkaliśmy się z bezinteresowną życzliwością Turków. Meczet w środku wygląda wspaniale i obejrzenie go tylko z zewnątrz byłoby dużą stratą.


IMG_7210.JPG



IMG_7215.JPG



IMG_7218.JPG



Następnego dnia wybraliśmy się do delty Kizilirmak, największej rzeki w Turcji. Kizilirmak w starożytności był traktowany jako rzeka graniczna, oddzielająca Azję Mniejszą (ze znacznymi wpływami greckimi) od Azji właściwej. Dziś delta Kizilirmak to największa w Turcji ostoja ptactwa chroniona parkiem narodowym. Żeby w pełni docenić jej walory, trzeba wybrać się na dłuższą rowerową wycieczkę (samochody na lokalnych drogach gruntowych są zabronione), ale i tak zobaczyliśmy całkiem sporo różnych ptaszorów.


IMG_7235.JPG



IMG_7237.JPG



IMG_7243.JPG



A to moja córka oglądająca wysoko przelatujące kondory ;-)


IMG_7223.JPG



Dzień zakończyliśmy zwiedzając dwa bardzo ważne stanowiska archeologiczne. Pierwsze z nich to Alaca Hoyuk, znane z bogato wyposażonych grobowców, ale przede wszystkim z bramy wejściowej z dwoma najprawdziwszymi, dobrze zachowanymi sfinksami.


IMG_7247.JPG



IMG_7248.JPG



IMG_7253.JPG



Alaca Hoyuk położone jest kilka kilometrów od Hattusy (Hattuszy), stolicy imperium Hetytów i jednego z najważniejszych starożytnych miast na całym Bliskim Wschodzie. Jak ongiś całe imperium, jego stolica jest bardzo rozległa i można ją zwiedzać samochodem, motocyklem czy rowerem – na piechotę też od biedy by się dało, ale zwiedzanie zajęłoby cały dzień.

Sporo pozostało z Hattusy, ale jest więcej niż pewne, że w niektórych miejscach Turcy pomieszali oryginały z replikami. Cóż mogli zrobić, skoro w czasach upadku imperium osmańskiego archeolodzy (głównie niemieccy) kopali i wywozili z Azji Mniejszej co chcieli i najcenniejsze rzeźby trzymają do tej pory w Muzeum Pergamońskim. Mnie takie pomieszanie jednak trochę razi.



IMG_7263.JPG



IMG_7266.JPG



IMG_7267.JPG



IMG_7275.JPG

Pierwszym punktem trzeciego dnia były rzymskie łaźnie w Sarikaya, jeden z najlepiej zachowanych rzymskich zabytków w Turcji. Po łaźniach spodziewałem się sporo, zdjęcia w Internecie były bardzo zachęcające, ale na miejscu okazało się, że kompleks jest dość mały, w dodatku położony w samym centrum miasteczka Sarikaya – ciężko było wykadrować zdjęcie, żeby nie znalazły się na nim młodsze o 2000 lat budynki. Żałowaliśmy trochę, że przyjechaliśmy tam z rana, bo łaźnie wyglądają szczególnie ładnie wieczorem, kiedy światło z iluminacji odbija się od lustra wody. Mimo wszystko nie była to kompletna strata czasu, łaźnie stanowią przyjemny dla oka widok. Podobno woda cały czas naturalnie się tam gotuje, a temperatura wody używanej na powierzchni to 45 stopni.


IMG_7282.JPG



Po Sarikayi przyszedł czas na coś, co miało być numerem jeden całej wycieczki i, zdaniem wielu, atrakcją numerem jeden w całej Turcji. Mowa oczywiście o Kapadocji, jej skalnych formacjach, kościołach i podziemnych miastach. Kapadocja jest niezmiernie popularna, relacji stamtąd było już sporo, więc – kierowany tytułem własnej relacji - nie będę zanudzał nadmiernymi opisami i zdjęciami. Powiem tylko, że mimo niewątpliwego piękna odbiór miejsca (mowa o parku narodowym Göreme, w innych lokalizacjach było o niebo lepiej) zakłóciły nam dzikie wprost tłumy turystów, głównie miejscowych i chińskich. Obie grupy zachowują się, delikatnie mówiąc, mało odpowiednio, robiąc tysiące selfie w najmniej odpowiednich miejscach. Zauważyłem też tendencję ubierania się kobiet w pełnym makijażu niemalże w suknie balowe i szpilki (strój niezbyt wygodny
do łażenia po skałach), żeby w co ładniejszych miejscach robić zdjęcia w wystudiowanych pozach.


IMG_7284.JPG



IMG_7290.JPG



IMG_7297.JPG



IMG_7301.JPG



IMG_7305.JPG



Kapadocja z pewnością zrobiłaby na nas piorunujące wrażenie, gdybyśmy kilka miesięcy wcześniej nie zwiedzili Iranu i tamtejszej Kapadocji w miniaturze – wioski Kandovan nieopodal Tebrizu, a wcześniej Maymandu niedaleko Jazdu. Kapadocja jest znacznie większa i bardziej spektakularna, choć w wioskach irańskich było zdecydowanie mniej komercji. Należy jednak oddać Kapadocji sprawiedliwość – niektóre kościoły wyglądały wspaniale, a widziane przez nas dwa podziemne miasta – Kaymakli i Dernikuyiu – zostały przez nasze dzieci okrzyknięte atrakcją numer jeden całego wyjazdu. Syn narysował swoje wyobrażenie Kaymakli jako atrakcji dnia.


IMG_7321.JPG



IMG_7330.JPG



20190501_213502.jpg



Kolejny dzień to dalszy skok na wschód – zaczęliśmy go w Divrigi, oglądając tamtejszy XIII-wieczny meczet i szpital. Oglądanie sprowadziło się do obejścia zabytku z zewnątrz, bo przechodzi gruntowną renowację i jeszcze długo będzie zamknięty dla zwiedzających. Ale i tak było warto – widziałem już w życiu wiele meczetów, ale fasada żadnego z nich nie była tak kunsztownie rzeźbiona, jak tego w Divrigi. Ekipa budowlana zbudowała specjalne podesty, z których można z bliskiej odległości, ale nie przeszkadzając robotnikom podziwiać detale tego arcydzieła. Divrigi było jednym z trzech miejsc – obok Kapadocji i Stambułu, które jako pierwsze znalazły się na tureckiej liście UNESCO.


IMG_7338.JPG



IMG_7341.JPG



IMG_7347.JPG



IMG_7351.JPG



Z Divrigi kilkugodzinna przeprawa przez tureckie pustkowia zawiodła nas do miejsca, którego zwiedzenie było jednym z moich marzeń od dzieciństwa. Nemrut Dag, bo o nim mowa, jest położony na górze o wysokości 2134 m. n.p.m. i miałem wcześniej obawy, czy początek maja to nie za wcześnie na zwiedzanie. Uspokoiłem się, kiedy znajomy Turek wrzucił informację, że był tam dwa tygodnie wcześniej. Jechaliśmy z Malatyi, czyli główną drogą od północy, nie widząc żadnych znaków ostrzegawczych, choć coraz to większe pokłady śniegu nie nastrajały optymizmem. Zostało nam pięć kilometrów do szczytu, kiedy to jadąc w wykutym w lodzie, wysokim na kilka metrów tunelu, zauważyliśmy porzuconą w brei ciężarówkę. Dalej jechać się nie dało. Trzeba było wracać, co z dwójką wrażliwych na jazdę po serpentynach dzieci nie należało do przyjemności. Tutaj Turcy mogli się bardziej postarać i umieścić informację o zamkniętej drodze gdzieś na jej początku.


IMG_7359.JPG



Na szczęście na Nemrut Dag można dostać się kilkoma wjazdami i po przejechaniu kilkunastu kilometrów po polnych drogach znalazłem alternatywę przez wioskę Kocahisar. A propos Kocahisar, naprzeciwko tamtejszego zamku znajduje się knajpa, której właściciel usilnie nas zapraszał na kawę i obiad. Zgodziliśmy się, zjedliśmy, po czym zostaliśmy przez dziada poczęstowani rachunkiem w kwocie 200 lir, średnio dwa razy więcej niż płaciłem za obiad dla naszej czwórki. Na szczęście to był jedyny przypadek, w którym Turcy nas naciągnęli, ale ostrzegam. Jedynym plusem tej knajpy był fantastyczny widok na okoliczny zamek (niestety zamknięty dla turystów). Cała niemiła przygoda z zamkniętą drogą kosztowała nas ostatecznie tylko godzinę dłużej w samochodzie, bo wszystkie drogi południowe na Nemrut Dag były otwarte. Plusem był widok prawdziwych dzikich kozic po drodze.


20190430_135737.jpg



IMG_7362.JPG



Mogłem więc spełnić swoje marzenie żeby, jak to czasami bywa przekonać się, że wyobrażenia były nieco lepsze niż rzeczywistość. Nemrut Dag to pomnik króla Antiocha I, władającego w I w. p.n.e. niewielkim królestwem Kommageny. W książce „Cuda świata”, którą w dzieciństwie studiowałem, głowy posągów wydawały się ogromne, podczas gdy w rzeczywistości były mniejsze od człowieka. Same cokoły faktycznie są wielkie i gdyby głowy bogów, ludzi i zwierząt znalazły się na swoich miejscach, robiłyby fantastyczne wrażenie. Niestety, prawdopodobnie podczas jednego z trzęsień ziemi spadły i nie zostały już podniesione.


20190430_155415.jpg



IMG_7376.JPG



IMG_7385.JPG



IMG_7387.JPG

Cz. III - Urfa, Göbekli Tepe i Diyarbakir

Ostatnio jeżdżąc z rodziną nie rezerwuję noclegów na dłużej niż dzień przed, ale Turcja trochę mnie pod tym względem zaskoczyła. Z uwagi na zatargi Erdogana z Holandią, będąc w Turcji nie można rezerwować noclegów w tym kraju przez booking.com. Oczywiście da się to obejść, albo skorzystać z innych stron, ale na nich wybór hoteli na tureckiej prowincji jest czasami bardzo słaby. Na przykład w Sanliurfie, dwumilionowym mieście, hotels.com pokazywało nam tylko jeden wolny pokój 3-osobowy, za nieakceptowalną cenę 500 zł. Postanowiliśmy poszukać na miejscu, ale rzeczywiście w dwóch pierwszych hotelach, wliczając w to ogromny 5-gwiazdkowy hotel Nevali, nie było miejsc. Może to zasługa przedświątecznej nocy (1 maja jest w Turcji świętem). Na szczęście w trzecim odwiedzanym hotelu Akgol dostaliśmy duży pokój za 400 lir czyli ok. 270 zł, co i tak było zdecydowanie najwyższą ceną płaconą za nasze noclegi w Turcji.

Sanliurfa (do niedawna nazywana po prostu Urfą i pod tym imieniem funkcjonująca w języku potocznym) miała być w zasadzie tylko sypialnią, ale będąc na miejscu, nie mogłem sobie odmówić zwiedzenia jej największej atrakcji. Niegdyś Urfa (jeszcze wcześniej zwana Edessą – skądś kojarzymy tę nazwę, prawda?), była miastem porównywalnym niemal z Jerozolimą jeśli chodzi o znaczenie dla różnych religii. To tu według tradycji islamskiej urodził się Abraham. Przez wieki Edessa była wielkim ośrodkiem wschodniego chrześcijaństwa, z silną i bogatą diasporą ormiańską. Co się stało z Ormianami wszyscy wiemy, między innymi przez to dziś z wieloreligijności Urfy nie zostało prawie nic.

Symbolem miasta jest Balikligol lub Staw Abrahama, miejsce, gdzie według tradycji Abraham, za burzenie posągów bożków, został przez króla Nemroda wrzucony do płomieni. Bóg zainterweniował i zmienił ogień w wodę, a węgle w karpie . Dziś święte karpie pływają sobie w najlepsze w kanałach Balikligol, a w świąteczny poranek miejsce było bardzo popularne wśród miejscowych.

IMG_7391.JPG



IMG_7393.JPG



IMG_7396.JPG



Różne formy czczenia bóstw w okolicach Urfy nie zaczęły się oczywiście wraz z Abrahamem. Wielu badaczy twierdzi, że religia była z ludźmi niemal od początku ich istnienia, na co dowodów dostarcza położone w okolicach Urfy stanowisko archeologiczne Göbekli Tepe. Odkryte w latach 60-tych XX w. dopiero niedawno, bo kilkanaście lat temu, zostało rozsławione przez niemieckiego archeologa Schmidta. Stanowiska archeologiczne, szczególnie te z czasów prehistorycznych, są zwykle mało ciekawe, ale moim zdaniem Gobekli Tepe jest jednym z kilku miejsc na tyle ważnych w historii świata, że trzeba je zobaczyć. To właśnie tuta znajduje się najstarsze znane miejsce kultu, datowane na około dwanaście tysięcy lat. Odkrycie Gobekli Tepe przedefiniowało wiedzę na temat neolitu, przesuwając mocno wstecz początki zorganizowanych form kultu. Gobekli Tepe zostało w 2018 r. wpisane na listę UNESCO i w ramach tego wpisu powstało na miejscu ciekawe muzeum, z interaktywną prezentacją, która przez nasze dzieci została okrzyknięta jedną z największych atrakcji wyjazdu. Mnie z kolei zaskoczyły, płaskorzeźby zwierząt, świetnie zachowane pomimo upływu kilkunastu tysięcy lat. Prace w Gobekli Tepe trwają nadal i możliwe, że odkryjemy tam jeszcze wiele zmieniających historię artefaktów.

IMG_7406.JPG



IMG_7408.JPG



IMG_7410.JPG



IMG_7411.JPG



Tego dnia poruszaliśmy się po strefie, którą nasze MSZ uznaje za czerwoną z zaleceniem – nie podróżuj. Tymczasem na miejscu nic nie świadczyło o podwyższonym ryzyku, nie było nawet wzmożonych kontroli policyjnych. Nie inaczej było w Diyarbakir, stolicy tureckiego Kurdystanu, miejscu, gdzie jeszcze parę lat temu rzeczywiście trwały walki z kurdyjskimi separatystami. Dziś na miejscu jest spokojnie, choć zastanawiać mogą spore ilości sił policyjnych – ale może przyczyną był świąteczny dzień 1 maja.

Diyarbakir jest znane ze swoich ogromnych, niemal w całości zachowanych fortyfikacji miejskich, wpisanych w 2015 r. na listę UNESCO. Wpis jest zasłużony, bo niewiele pozostało tak dużych miast, w całości opasanych monumentalnym, grubym murem – i to bardzo starym, bo w większości wybudowanym w IV w. n.e przez cesarzy bizantyjskich. I to w miejscu, które jest regularnie doświadczane niszczycielskimi trzęsieniami ziemi.

IMG_7413.JPG




Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

firley7 8 maja 2019 18:28 Odpowiedz
Zaciekawiła mnie ta mniej znana Turcja, więc czekam na ciąg dalszy :)
marttynna 8 maja 2019 18:52 Odpowiedz
Fajna relacja. Również czekam na ciąg dalszy :)
meczko 16 maja 2019 20:39 Odpowiedz
Dzięki za ciekawą relację! Byłem w Diyarbakirze w 2001, czyli jak na tamte strony całą epokę temu. Też trafiłem do kościoła, o którym piszesz.Czytałem, że na przełomie 2015-16 cały wschodni i południowo-wschodni kwartał starego miasta był przez kilka miesięcy oblężony, a potem w trakcie zdobywania przez tureckie wojsko prawie całkowicie zniszczony. Skalę zniszczeń widać na zdjęciu na Google Maps. Jak to teraz wygląda w terenie?
meczko 17 maja 2019 00:38 Odpowiedz
Trochę informacji o oblężeniu i walkach jest na anglojęzycznej Wikipedii: https://en.wikipedia.org/wiki/Siege_of_Sur_(2016)Gdzieś potem czytałem, że ślady po zniszczonych kawałkach starego miasta dość szybko pokrywa nowa zabudowa. Nie wiem, jaki tam jest teraz klimat, ale obstawiam, że mocno represyjny, więc miejscowi mogą niespecjalnie chętnie o tym opowiadać. Chociaż z 2001 pamiętam, że dość chętnie z własnej inicjatywy mówili też o drażliwych tematach. W ogóle wtedy i Kurdowie i Turcy (łącznie z mundurowymi) byli do nas bardzo przyjaźnie nastawieni, tylko trzeba było trochę uważać, co się do kogo mówi. Przez kilka lat było odprężenie, do tego stopnia, że w 2003 dało się spokojnie przejechać z Iranu do Van przez przejście Sero/Esendere i widziałem z dołu góry Cilo. Teraz pewnie byłoby znacznie trudniej.