0
startowiec55 14 maja 2019 15:20
Sieeemanko podróżnicy ! :D

Po mojej pierwszej relacji, z wyjazdu do Tajlandii ( https://www.fly4free.pl/forum/saladii-tajlandia-na-wlasna-reke,216,130192 ) dostałem od Was baaardzo dużo wiadomości, zarówno pochwalnych, jak i tych z pytaniami. Bardzo dziękuję za miłe słowa i mam nadzieję, że trochę mogłem pomóc ! ?

Po powrocie z pięknej Tajlandii, a nawet jeszcze w trakcie powrotu zaczęliśmy już się zastanawiać jaki będzie nasz kolejny kierunek. Z jednej strony Tajlandia jest tak duża i tak nam się podobała, że chcielibyśmy wrócić i zwiedzić inne rejony, ale z drugiej – chęć poznania innego zakątku świata i „odhaczenia” nowego miejsca na podróżniczej mapie.

Dlaczego wybraliśmy Filipiny?
Dla nas najważniejsze były 3 kryteria:
1. Ekonomia – czyli krótko mówiąc ceeeena :P Lot to wiadomo, wszędzie podobnie, te około 2 tysie trzeba liczyć. Ale na miejscu musi być porównywalnie tanio do Tajlandii.
2. Plaże – przyznam szczerze, w Tajlandii nieco się zawiedliśmy plażami. Może nie aż tak bardzo, że byliśmy rozczarowani, ale na pewno brakowało nam tej egzotyki, dużej ilości palm.
3. COŚ INNEGO – w Tajlandii było przepyszne jedzenie, były małpy, słonie ( w poprzedniej relacji wspominałem chyba, że jesteśmy animalsami). Ale np. taki wodospad widzieliśmy praktycznie tylko jeden i to mizerny.

Szybki research -> blogi, fora, fotki, filmiki i wiedzieliśmy, że nasze warunki spełnia na pewno… Azja Południowo – Wschodnia. :D Zdecydowanie ze względu na ceny na miejscu, ale i też widoki.
Pod uwagę wzięliśmy zatem Filipiny, Sri Lankę oraz Bali (mocno naciągane).
Bali przeraziło nas czynnikiem turystycznym i komercją, Sri Lanka spoko (mega zwierzęta i zieleń!), ale z kolei plaże średnie, za to Filipiny miały wszystko, czego pragnęliśmy.

Decyzja podjęta, ekipa poinformowana i pełna zgoda – lecimy na Filipiny ! :O
Kiedy? Najlepiej okolice lutego i marca 2019.
Start, szukamy biletów.

ZAKUP BILETU – CZYLI NAJWAŻNIEJSZY ETAP WYJAZDU

Nie chce już przynudzać, ale z biletami mieliśmy ciekawą sytuację, więc opowiem, może dla kogoś będzie przestrogą, ciekawostką.

Co prawda bilety na Filipiny nie są najtańsze i w mojej opinii nie tak popularne co loty do Bangkoku, więc i promocji mniej. Normalne ceny z Warszawy to były kwoty 2500-3500 zł
- jeeeest promka, mega cena, ale jest jedno ALE… - dzwonię do swojej kobiety;
- jakie ALE? – pyta Monika;
- lot jest z Berlina. Ale do Berlina pociągiem dojedziemy, sprawnie i wygodnie.
- no dobra, spoko, a jaka cena?
- 1700 zł :O
- bierzemy !!

Po chwili schładzamy głowy i na spokojnie na wszystko patrzymy.
Linie Scoot – średnio nam znane. Opinie też mają średnie, ale w większości to opinie nt jedzenia na pokładzie, małej ilości miejsca – co nas zupełnie nie interesuje. Widzimy, że flotę mają całkiem nowoczesną, więc to nam plusuje. Szybka decyzja, bierzemy !
I tak oto za 1700 zł/os staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów na termin 03-17.03.2019 !
Krótka kalkulacja kosztów pociągu Warszawa – Berlin plus ewentualnego noclegu w stolicy Niemiec daje nam równiutkie 2000 zł.
Na minus trzeba wziąć dodatkowy czas na w/w transfer, ale i tak jesteśmy bardzo zadowoleni ?

Reasumując: bilety kupione w czerwcu, trasa TXL – SIN – CEB – KLO – SIN – TXL, czyli rozwijając skróty: Z Berlina do Cebu z przesiadką w Singapurze, a powrót z Cebu do Berlina z dwiema przesiadkami: w Kalibo (Boracay) oraz Singapurze.

Wszystko pięknie, więc czas zacząć logistycznie układać plan, poszukać noclegów, transportów, itp.

„Nic nie może przecież wiecznie trwać…” śpiewała Anna Jantar, więc zgodnie z tym taki stan rzeczy u nas trwał miesiąc. I zaczęły się pierwsze schody.
Mail od Scoota, że muszą nam zmienić datę wylotu. Możemy wybrać sobie dogodną dla nas. Rzut oka na rozkład lotów i spoko. Możemy wydłużyć albo skrócić. Wybieramy zatem wylot dwa dni wcześniej, więc tym samym wydłużamy sobie pobyt. Jest OK, choć strach pomyśleć co by było, gdybyśmy zarezerwowali już loty wewnętrzne, noclegi (?)
Na szczęście nic nie klepnęliśmy, więc obawy zażegnane, ale jakoś tak ze strachem podchodziliśmy teraz z bookowaniem czegokolwiek. No i strach nie okazał się bezpodstawny...

Po kolejnym tygodniu dostajemy maila, z tą różnicą, że skracają nam pobyt o… tydzień ! Zamiast 15 dni, mamy 8. Zadają nam tym samym jakże świetne pytanie: „akceptujecie czy mamy wam zwrócić kasę?” :lol: :roll:
Decyzja mogła być tylko jedna. Przyszedł zwrot, de facto około 200 zł za dużo, ze względu na przewalutowanie i zmieniające się kursy. Spoko, ale zabawę musimy zacząć od nowa.

Jest już końcówka sierpnia a my nie mamy nic. Najtańsze loty w obecnej chwili to około 2800-3000 zł. Kombinujemy zatem z wylotem z Rzymu, Amsterdamu, Pragi czy Mediolanu.
Stwierdzamy jednak, że doliczając loty z Polski i dodatkowy czas, to gra nie warta świeczki.
Decydujemy się zatem na kupno biletu AirChina, poprzez pośrednika (choć zarzekałem się, że nigdy nie kupię u pośredników :D ). Cena u pośrednika (gotogate) z Warszawy do Manili to 2200 zł, a bezpośrednio u przewoźnika 2500 zł.

Reasumując: dorzucamy po 2 stówki od osoby, względem 2000zł, w których chcieliśmy zamknąć się za loty. Z drugiej jednak strony, zyskujemy na czasie, bo nie trzeba nigdzie dojeżdżać, no i mamy fajne, bo 17-godzinne stopovery w Pekinie.

Ostatecznie nasza trasa wygląda tak:
WAW – PEK – MNL
MNL – PEK – WAW

Ruszamy z Warszawy 22 lutego, następnie 17 godzin przesiadki w Pekinie.
Na powrocie tak samo długi stopover w Chinach, w Warszawie lądujemy 11 marca.



Jak ktoś przebrnął przez tak długi wstęp i dalej ma ochotę czytać relację, to obiecuję, że będzie już tylko lepiej :DPLAN PODRÓŻY I ORGANIZACJA

Skro bilety już „leżakują” na mailu, to możemy zabierać się za rozglądanie za noclegami, lotami wewnętrznymi, etc.

Ale zaraz zaraz. Filipiny mają ponad 7000 wysp, które wybrać? :shock: :?

Gdzie byśmy nie szukali, to wszędzie pytania „Palawan czy Bohol?” i 100 głosów za Palawanem, a kolejne 100 za Boholem.
Po wstępnych ustaleniach stwierdziliśmy, że Palawan ma reputację takiego Phuket w Tajlandii. Czyli niesamowicie piękne, wręcz widokówkowe Island hoppingi, laguny, a po drugiej stronie medalu, niejako powiązane – tłumy ludzi i komercja. Oj nie, tego na pewno nie chcemy !

Dość szybko decydujemy się na Bohol.
Wyspa nazywana jest „Filipinami w pigułce”, ponieważ zobaczyć tam można wszystkiego po trochu.
A najważniejsze – występują w jej obrębie rezerwaty wyraków filipińskich, z którymi spotkania chcielibyśmy doświadczyć.
Mimo, że Bohol też jest dość często odwiedzane przez turystów, to jednak staramy się wybrać takie rejony, aby uniknąć komercji i fali białych ludzi. (o tym w dalszej części)

Co by nie przeciągać, poniżej plan podróży, który udało nam się logistycznie fajnie dopiąć:
Warszawa – wylot;
Pekin – stopover 17h.;
Manila – 1 dzień;
Bohol – 3 dni;
Panglao – 4 dni;
Siquijor – 5 dni;
Manila – 1 dzień;
Pekin – stopover 17h.;
Warszawa – przylot.


Najważniejsze za nami, więc czas na przyjemności, czyli rezerwacje noclegów i przygotowanie listy atrakcji, knajp, miejsc wartych odwiedzenia (o tym w opisie poszczególnych wysp).

Co dla wielu (w tym dla nas :D ) bardzo ważne, to kosztorys, a nasz przed wylotem wygląda tak: (w przeliczeniu na osobę)

Bilet lotniczy Warszawa – Manila – 2200 zł
Nocleg Manila – 20 zł
Nocleg Bohol – 105 zł (35 zł/doba)
Nocleg Panglao – 165 zł (33 zł/doba)
Nocleg Siquijor – 250 zł (50 zł/doba)
Nocleg Manila – 25 zł
Lot Manila – Bohol – 130 zł
Lot Bohol – Manila – 130 zł
Ubezpieczenie (Gothaer) – 100 zł
Łącznie – 3 125 zł


Dodam mały, ale jakże istotny w Azji szczegół – wszystkie noclegi miały swoje, prywatne toalety i łazienki ?

Wszystko dopięte. Wymieniamy PLNy na $ i odliczamy czas do wylotu.
Pierwszy przystanek --> PEKIN ! :DGreat Wall of China !

Azja, Filipiny, kolejna podróż w egzotykę – to dla nas naprawdę wielka i ekscytująca sprawa.
A jak dotarło do nas, że zatrzymujemy się w Chinach, w Pekinie i to nie będzie zwykła przesiadka, a dość długi, bo aż 17 godzinny stopover to od razu na myśl przychodziło nie co innego, jak WIELKI MUR CHIŃSKI !

Tak, to ten mur, o którym uczyliśmy się w szkołach, który widywaliśmy w telewizji. To ta słynna budowla, mierząca 2400 kilometrów ( :!: ) i sławiąca się jako jeden z 7 cudów świata.
I my tam będziemy… :o :D

Oczywiście jeszcze z poziomu Polski rezerwujemy hotel tranzytowy w Air China i kiedy dostajemy potwierdzenie to nanosimy na mapę możliwości i koszty dojazdu do Muru.
Jako ciekawostka, bo być może ktoś nie wie (ja nie wiedziałem) – przy długich przesiadkach linie lotnicze zapewniają opcję darmowego hotelu tranzytowego + trasfery z/na lotnisko. W naszym przypadku był to tylko jeden email z prośbą o taki hotel i obyło się bez żadnych problemów. Z tego co jednak się dowiedziałem, każda linia ma inne wytyczne, więc warto się dowiedzieć u swojego przewoźnika.
W każdym razie dostaliśmy 2x świetny 4* hotel + transfery całkowicie ZA DARMO :D

Postanowiłem, że nie będę w relację wplatał zdjęć pokładu samolotu, jedzenia i lotniska.
W skrócie: jedzenie OK, miejsca wystarczająco, system rozrywki pokładowej OK, więc nie widzę sensu wrzucania 5 fotek parówki z bułką i monitorka z postępem lotu. Jeżeli jednak ktoś jest zawiedzony – przepraszam!


MADE IN CHINA!

Po niespełna 9 godzinach lotu wylądowaliśmy w stolicy Chińskiej Republiki Ludowej.
Na szybkości wydostajemy się z lotniska i przy stanowisku Air China prosimy staramy się o transfer do hotelu.
Dlaczego staramy? Ano ziściły się wskazówki innych podróżników – w Chinach po angielsku nie pogadasz! Tzn Ty możesz sobie gadać, ale ani to dla nich zrozumiałe, ani Ty nie zrozumiesz odpowiedzi. :lol: Kosmos, który doprowadza nas do mega śmiechu, a po 40 minutach „negocjacji” do wkurzenia. :roll:

W międzyczasie czekania, jako, że jestem osobą palącą wychodzę złapać haust powietrza.
Jakie pierwsze wrażenie Chin :?: MEGA czysto, mimo wielu palących osób na drodze nie leży żaden niedopałek. No i ten alfabet chiński wszędzie. Jak w jakimś anime. Rewelacja! :D
Image

Image

Image


Docieramy do hotelu tranzytowego. Schludny 4 gwiazdkowy hotel. Szybka kąpiel, kawka i lecimy --> Wielki Mur Chiński.
Podstawowe pytanie podczas wizyty w Chinach nie dotyczy tego czy warto wspiąć się na Wielki Mur Chiński (bo to jest oczywista oczywistość :D !), tylko który fragment najlepiej jest wybrać. Badaling jest powszechnie odradzany na forach ze względu na popularność tego miejsca, a co za tym idzie obecne w nim tłumy. Za kolejną wadę uważa się fakt, że odcinek muru został odrestaurowany, co pozbawiło go autentycznego charakteru. Niewątpliwą zaletą jest jednak zdecydowanie lepszy dojazd do Badaling niż do pozostałych fragmentów muru. Autobusy jadące z Pekinu kursują często, a podróż do oddalonej o 70 km od stolicy miejscowości zajmuje około godziny. Z kolei np. odcinek w Mutianyu może na pewno poszczycić się bardziej dziewiczymi widokami i spokojem. Wyraźnie mniejsza liczba odwiedzających sprawia, że są tam też lepsze warunki do fotografowania muru i otaczającej go scenerii. Niestety, dostanie się do Mutianyu wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Autobusy kursują rzadziej, a w dodatku nie ma żadnego bezpośredniego, więc trzeba się przesiadać.

Schodzimy zatem do recepcji hotelu, dostajemy mapę i … pierwszy podróżniczy liść. Szybko. Zważywszy, że to praktycznie pierwsze chwile podróży. :?
Nasze przygotowane wcześniej notatki, z dokładnymi wytycznymi, jak dojechać na Mur legły w gruzach. Zmiana czasu i klimatu zrobiła swoje, więc 3 kilometry „z buta” do najbliższego przystanku autobusowego to na tę chwilę nie brzmi jak fantastyczny pomysł.
Później miało być jeszcze metro. No way ! :x
Pytamy o taxi. Cena wyjściowa to 1000 yuanów...
Ach, zapomniałem na początku relacji dodać, że z walutą chińską też mieliśmy zagwostkę. Kogo byśmy nie zapytali, to mówiono nam, żeby koniecznie zabrać ze sobą yuany (CNY), bo wymienić pieniądze w Chinach można tylko w banku, a tam kolejka jest meeega długa, a innych walut do płatności nie przyjmują. Wszem i wobec OBALAM TO !
Na lotnisku w Pekinie mijaliśmy co najmniej 2-3 kantory. Co prawda nie zatrzymaliśmy się, bo yuany mieliśmy w kieszeni (wymienione w PL), ale mniemam, iż skoro są kantory a w nich tablice z kursami walut i świecące się wielkie napisy „EXCHANGE” to wymiana tam odbywa się bezproblemowo.

:arrow: Wracając do tematu…
Po dość długich i mocnych negocjacjach z taksówkarzem przystajemy na propozycję 550 yuanów za podróż na mur a następnie powrót do hotelu.
Umawiamy się, że wróci po nas po 3 godzinach od dotarcia do celu.

Docieramy na miejsce, ale muru ani widu, ani słychu...
Image

Idziemy za tłumem do TICKET OFFICE.
Mamy do wybory 3 opcje biletowe:
- wejście na Mur – 60 CNY normalny, 30 CNY studencki
- wjazd kolejką linową – 100 CNY, albo 120 CNY w obie strony
- autobus wahadłowy – 10 CNY w jedną, 15 CNY w obie strony.

Bierzemy oczywiście studenckie :D jesteśmy przecież na budżetowym wyjeździe, ale też zachowujemy kulturę i nie próbujemy wejść na krzywego.
Kolejka linowa? Bez przesady! Młodzi jesteśmy, zdrowi – co tam schody. 8-)
Autobus wahadłowy? Nie mamy pojęcia co to, na pewno full turistic, nie dla nas. :P

Trzymając szczęśliwie bilety w ręku udajemy się zgodnie ze znakami do scenic area, czyli prościej mówiąc – wejścia głównego.
Mijamy wcześniej wspominane autobusy wahadłowe, do którego wsiadają dosłownie wszyscy. Wszyscy, oprócz nas… My idziemy twardo poboczem drogi, napawając się widokiem Chińskich przedmieść.
Image

Pierwsze metry spoko, ale… nie wiedzieliśmy, że droga z kas biletowych do głównego wejścia liczy 3 km. Mało tego! 3 km ciągle pod górę ! :shock:
Oj nie, to nie był dobry pomysł z tym spacerkiem. Łapiemy zatem stopa! :D
Pierwsze auto i co? Mamy to ! :D Biegniemy uchachani, wsiadamy a kobieta wiezie nas pod samiutkie wejście, bo okazuje się, że pracuje w jednej z restauracji w okolicach Muru. Ale traf! Pierwsza mała przygoda za nami !
Image

Uff, jesteśmy na miejscu. Teraz tylko trochę schodów i naszym oczom ukaże się piękny widok.
Patrzymy w górę i nogi na sam widok odmawiają posłuszeństwa. Przed nami milion schodów, milion kilometrów w górę – tak brzmiały nasze wstępne wyliczenia.
Dobra, dokładamy do interesu i idziemy kupić bilet na kolejkę linową.
Jakie było nasze zdziwienie w momencie, gdy dowiedzieliśmy się, że aby kupić bilet musimy… wrócić się do kas biletowych. Ha – ha, czyli te 3 km. No way ! Damy radę !
I tak oto z zaciśniętymi zębami ruszamy pod górę. Minęło 30 minut ostrej wspinaczki, patrzymy w górę, patrzymy w dół… no dobra, prawie połowa drogi.
Na około ludzie spoceni, zziajani, słaniający się na nogach.
Image

Image

Dobra, doszliśmy. Widok? WOW, szczena opada. Serio !
Zresztą, zobaczcie sami…

Image



Kilka (dzieisąt :P ) fotek, chwila relaksu i napawania się widokiem, łyk wody i trzeba wracać.
Wydawać by się mogło, że zejście będzie izzi. Tak nie było ! Uwierzcie mi, proszę. Łydki trzęsły się jak galareta, każdemu! Schodziliśmy jak schorowani, starsi ludzie, ciągle trzymając się poręczy. :lol:

Po szczęśliwym zejściu czeka nas jeszcze 3 km do miejsca, w którym zostawił nas taksówkarz. Próbujemy kupić bilety na autobus, ale oczywiście odmawiają nam, twierdząc, że bilety można kupić tylko w miejscu startu. Ręce opadają. :roll:
Na szczęście… znowu łapiemy stopa. :D Przemiły Pan jadąc pick-upem zatrzymuje się i bez wahania nas zabiera.

Do przyjazdu taxi mamy jakieś 40 minut, które pożytkujemy na szybkie jedzonko w ichniejszym Burger Kingu oraz zakup magnesów :D

Image

Później już tylko szybki transfer do hotelu, w którym padamy jak muchy do godzinnej drzemki.
Po niej już tylko chwila dla siebie i ruszamy darmowym shuttle busem na lotnisko, skąd po 5 godzinnym locie poczujemy zapach Filipińskiego powietrza…


Next step :arrow: Manila !PRZYSTANEK W DRODZE DO RAJU – MANILA.

Lecąc na Filipiny, raczej większość ma przed oczami wizję rajskich plaż i słonecznych wakacji.
Przypuszczam, że gdybyśmy zrobili uliczną sondę i zapytali się ludzi na ulicach z czym kojarzy im się np. Bangkok a z czym Manila, to niewielu miałoby pojęcie „co to jest ta Manila”.

No i właśnie. Planując wyjazd na Filipiny niejako musieliśmy zorientować się co prezentuje sobą stolica. I czego się dowiedzieliśmy ?
Internetowe opinie były w dużej większości niepochlebne. Ogromna biedota, smród, brud, slumsy i duża przestępczość – to były główne „zarzuty”. Wyczytaliśmy też, jak to biali turyści boją się wyjść to zwykłego spożywczaka, bo pod nim zbiera się gang wytatuowanych Filipińczyków, który szykuje się na porachunki.
Internet jedno, życie drugie – takie mam podejście.
Jednak takie opinie osób, które już tam były zawsze warto brać pod rozwagę i mieć z tyłu głowy.

Tak czy inaczej, mimo ogromnej ciekawości i chęci zwiedzenia tego miasta zgodnie stwierdziliśmy, że Manila będzie dla nas tylko miejscem przesiadkowym, dlatego też rezerwujemy hotel w najbliższej okolicy lotniska, a następnego dnia od razu ruszamy na wyspy.
Mało tego, na jakiś tydzień, może dwa przed wylotem naszym oczom ukazują się artykuły, mówiące o opublikowanym przez Global Finance raporcie nt. „najbezpieczniejszych krajów świata”.
Rzućcie proszę okiem na wspomniany ranking i wyobraźcie sobie nasze odczucia na chwilę przed wylotem:
Image
*Przy ocenie bezpieczeństwa poszczególnych krajów brano pod uwagę trzy czynniki: ryzyko konfliktów zbrojnych, bezpieczeństwo osobiste i prawdopodobieństwo klęsk żywiołowych.

Dobra tam, pozytywne nastawienie i lądujemy ?

Od razu na lotnisku w Manili postanawiamy wymienić całość kasy na filipińskie peso.
Porównujemy kursy w bodajże 3ech kantorach, ale różnica była praktycznie niezauważalna, więc ostatecznie decydujemy się na wymianę po kursie 51,85. (1$ = 51,85 php)
Mimo dość później pory, bo na zegarku widnieje już 23:00 kupujemy też karty SIM do telefonów, co by za jednym zamachem załatwić wszystko, a rano prosto z hotelu, z wolnymi głowami jechać na lot na wyspy. Karty kupujemy po 600 PHP, operator Globe, a do wykorzystania mamy 8GB internetu, co wydaje nam się wystarczające, jak na 14 dni pobytu. Bierzemy zatem po jednej karcie na parę. (uprzedzając - internet nam wystarczył w zupełności, a zasięg był praktycznie wszędzie full)

No dobra, wszystko załatwione i możemy w końcu wyjść z lotniska i zaczerpnąć filipińskiego powietrza. Pierwsze odczucia? Trochę straszno. Policjanci z karabinami, wydziarani lokalsi patrzący się na nas średnio przyjaznym wzrokiem i wszechobecny smród.

Image

Łapiemy dość szybko taksówkę i pakujemy się. I właśnie już na wstępnie popełniliśmy błąd. :oops:
Nie ustaliliśmy z góry kwoty. :!:
Od kierowcy dostaliśmy info, że trasa powinna wynieść około 400 PHP, ale nie daje sobie ręki uciąć i zobaczymy finalnie, jak dojedzie. Już po drodze zaczął coś mówić o dużo wyższych kwotach, a proponowanych 400 php nie chciał od nas wziąć. Postanawiamy zgodnie, że chcemy wysiąść i złapać coś „normalnego”.
No i dajemy się ponownie zrobić jak małe dzieci.
Podwozi nas do innej taksówki, zapewne do jego „ziomka”. Przepakowujemy się, gość włącza taksometr i jedziemy.

Ile razy zapytaliśmy się, czy trasa nie wyniesie więcej niż 400 php, tyle samo razy dostawaliśmy odpowiedź twierdzącą. Ten taxi-meter to jakiś żart. Przez ¾ drogi pokazywał 20 php, a na sam koniec skoczył do 800 php !
Im bliżej hotelu, tym okolica wydawała się mniej bezpieczna. Mimo prawie 1 w nocy na ulicach tłumy. Wszędzie slumsy i tony śmieci. No serio średnio to wyglądało. :?

Dojeżdżamy. Pewni oszustwa i próby naciągnięcia nas dajemy mu 400 php mówiąc, że więcej nie mamy. Gość się mocno oburza, co nas w pierwszej chwili średnio rusza. Jednak z biegiem czasu atmosfera robi się naprawdę nerwowa, a wokół okolica mega nieciekawa. Finalnie odpuszczamy i czując się wyrolowani dajemy mu te 800 php. Uwierzcie, nie jesteśmy cykorami i naiwniakami, ale ze względu na nieznajomość terenu i mając w głowie, że jest to nasz praktycznie pierwszy dzień wakacji – odpuszczamy.

Co prawda różnica była niewielka, bo jakieś 20 zł, co na 4 osoby wychodzi po 5 zł więcej, ale chodzi o sam FAKT i ZASADY. Z drugiej strony, wyznaję zasadę, że jeśli „tu 5 zł więcej, tam 5 zł więcej” to finalnie taki wyjazd wyjdzie duuużo więcej. Lubię oszczędność, ale nie dziadowanie – taka dygresja ?

Szybkie zameldowanie w hostelu, kąpiel i lecimy spać.
Jak wspomniałem wcześniej, noc nas kosztowała tutaj po 20 zł od osoby. Fajerwerków nie było, ale własna, czysta toaleta, prysznic, ręczniki, czyli wszystko to, co potrzebowaliśmy było ? A spaliśmy dokładnie tutaj - ZEN Rooms RSG ResiDens Manila

O poranku widok z balkonu był taki…

Image


Ekipa bierze prysznic, pije kawkę a ja postanawiam przejść się do sklepu po jakieś śniadanie.
Mimo 8 rano dziewczyny nie puszczają mnie samego, więc Sebek decyduje się iść ze mną.
Nie wiem, może trafiliśmy do co najmniej średniej dzielnicy, ale tam była MASAKRA. :?
Po ulicy płynęło jakieś szambo, w powietrzu unosił się niesamowity smród, a wszędzie na krawężnikach spali bezdomni.
Szukamy najbliższego 7/11 (seven eleven), czyli najbardziej popularnego supermarketu w Azji, coś a`la Żabka.
Po kilometrze znajdujemy. Kupujemy tosty, jakieś jogurty i wracamy do dziewczyn.

Image

Chwila na ogarnięcie, wymeldowujemy się i za pośrednictwem pracownika hostelu zamawiami taxi.
Tym razem umawiamy się na sztywne 400 php i bezproblemowo docieramy na lotnisko.
O 11:20 ruszamy AirAsią na Bohol, a dokładniej na lotnisko TAG (Tagbilaran)

Image

ImageHaha, serio?

Z biegu czasu jednak żałuję, że nie wygospodarowaliśmy sobie więcej czasu na Manilę.

Choć na powrocie byliśmy tam praktycznie pełny dzień, ale o tym później... :)PIERWSZE CHWILE NA WYSPACH !

O ile Manila też w teorii leży na wyspie (Luzon) o tyle dla nas słowo „wyspa” jest odzwierciedleniem palm, plaż i egzotyki.

Pierwszy przystanek – Bohol !

Jeszcze przed wylotem wypisaliśmy sobie co warto i co chcemy zobaczyć.
Większość punktów była w centralno – południowej części wyspy, więc idealnym miejsce wypadowym byłoby Panglao (na które de facto się zdecydowaliśmy).

Jednak nie dawały nam spokoju 3 punkty na mapie Bohol, a mianowicie:
- Cabagnow cave pool – czyli stworzona przez naturę „wyrwa” w ziemi/ (jaskinia?) z krystalicznie czystą wodą. Jak oglądaliśmy fotki w sieci to wiedzieliśmy, że chcemy to zobaczyć!
- Can-umantad Falls – piękne, wysokie na 45 metrów wodospady;
- pola ryżowe znajdujące się w okolicy wodospadów.

… które znajdowały się na wschodzie wyspy, a do których dojazd nie należał do najkrótszych.

Postanowiliśmy jednak, że pierwsze 3 dni spędzimy w miejscowości Anda, z której to zwiedzimy wymienione wyżej punkty.

I wiecie co? Zdradzając trochę podsumowanie – to był strzał w 10 !!! (ale o tym później)


Wylądowaliśmy w Tagbilaran, skąd wsiadamy w shuttle bus i kierujemy się na Dao Bus Terminal, skąd co godzinę odjeżdżają busy w kierunku miejscowości Jagna i Anda.

Image

Podróż z lotniska do dworca autobusowego trwa jakieś 40 minut, a kosztuje nas grosze, z tego co pamiętam po 50 php (3,5 zł).
Na dworcu tłuuumy ludzi, masa straganów i nagabywaczy.
Mając już wcześniej przygotowane wskazówki dojazdu, od razu kierujemy się do małych, białych busików i kupujemy bilety do Andy po 150 php od osoby. Podróż ma zacząć się za 40 minut, więc postanawiamy wrzucić coś na ząb.
W okolicy dworca jest tylko street food, więc skuszamy się na małe porcje ryżu z mięsem i warzywami. Płacimy po 5 zł i chwilowo zaspokajamy nasze żołądki.
Na drogę jeszcze butelka wody, czipsy i ruszamy ?

Image

Po porannym locie, następnie podróży na dworzec czujemy nieco zmęczenie.
Na zewnątrz jakieś 35 stopni, a nas czeka 3 godzinna droga. :shock:
Część łapie krótką drzemkę, a część podziwia widoki za oknem.
A jest co ! Wszędzie paaaalmy i pola ryżowe.

Image

Image

Bus zatrzymuje się w trakcie z jakieś 4/5 razy i wyrzuca pasażerów.
W końcu docieramy, a naszym oczom ukazuje się mały ryneczek w centralnym punkcie miejscowości Anda! Wychodząc z busa czujemy na sobie przeszywający wzrok wszystkich lokalsów. 8-)

Przed nami 15 minutowy spacerek w stronę zarezerwowanego wcześniej noclegu.
Zabookowaliśmy go w Anda Divers-Enjoy Garden Resort, co kosztowało nas po 35 zł za dobę, a każda para miała swój własny, drewniany domek z prywatną toaletą. Mega polecam :!:


Na zegarkach już wybija 17:00, więc odbieramy klucze, rzucamy klamoty i idziemy w stronę plaży, zwiedzić najbliższą okolicę.
Na miejscu zastajemy odpływ, zachód słońca i pierwsze rozgwiazdy.

Image

Image

Image


Na powrocie zahaczamy o lokalny sklep, kupujemy zupki chińskie na kolację i pierwszy rum (7 zł za 0,7l :o ) :D
Teren hostelu mega klimatyczny, z basenem. Oprócz nas są tutaj 4 inne osoby, które podczas całego pobytu widzieliśmy może 2 razy. Stawiamy zatem na wieczorny chillout z rumem, przekąskami i snuciem planów na następny dzień ?

Image-- 17 Maj 2019 22:31 --

@smieci - przeczytaliśmy i się przygotowaliśmy.
Złapaliśmy białą. Co prawda z racji średnio ciekawej okolicy nie odeszliśmy zbyt daleko od lotniska, ale nie braliśmy "pierwszej lepszej".

@Pabloo - nie będę się sprzeczał i komentował, bo na Palawanie nie byłem. Też osobiście uważałem, patrząc na wielkość wyspy, że nie może być tak, jak większość pisze. Jednak zdecydowaliśmy się na Bohol. Nie mniej jednak, mega chciałbym odwiedzić Palawan i... Siargao.
Co do fotek - racja, poprawię :) Dzięki !

p.s. - też z niecierpliwością czekam na Twoją relację.

-- 17 Maj 2019 22:46 --

Anda (Bohol) czas START !

Godzina 7 rano, budzi nas pianie kogutów. :lol:
Leniwym, lekko sennym krokiem wychodzimy na ganek…

Image

Kawka Nescafe 3in1 smakuje tutaj co najmniej jak dobre latte na przedmieściach Rzymu. :D

Na śniadanko słodkie bułki, które na Filipinach są mega popularne!
Dostać je można wszędzie, o każdej porze. Nawet w tak małej miejscowości, jaką jest Anda, piekarni jest co najmniej 10.
Do bułeczek świeże mango i TAK MOŻNA ŻYĆ ! :D

Rzut okiem na naszą mapkę:
Image

I po chwili zastanowienia stwierdzamy, że nie będziemy w pierwszy dzień tarabanić już na skuterach, tylko zwiedzimy najbliższą okolicę pieszo.
Pierwszy cel -> Cabagnow Cave Pool !

Z naszego hostelu mamy tam jakieś 20/30 minut spokojnego spaceru.

Image

Ruszamy. Wiecie co było najlepsze?
Z każdego domostwa wybiegają dzieciaki, które przybijają nam piątki, a starsi ludzie przerywają swoje codzienne zajęcia, żeby tylko nam pomachać i z uśmiechem na ustach krzyknąć „hello!”.
Czuliśmy się co najmniej dziwnie, ale mega przyjemnie. :D
I tak było przez całą drogę. Przez cały pobyt tutaj!

W poprzednim poście zagaiłem, że Anda to był strzał w 10. I już rozwijam swoją myśl.
Przez 3 dni tutaj spotkaliśmy na drogach może 10 białych ludzi. Totalna dzikość i prawdziwa filipińska wioska. Zero komercji, zero turystyki. Ba! Tutaj nawet nie było barów i restauracji. :o
Same lokalne knajpki i street food. Ludzie przemili I życzliwi. Tacy, którzy przyjmują turystę z otwartymi rękoma, a nie widzą w nim tylko dolary.
RE WE LA CJA!
Zawsze nam się marzyło być w takim miejscu i właśnie to marzenie spełniliśmy :!:
Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że Anda to takie miejsce, które zapamiętamy chyba najdłużej ?

Image

Ale wróćmy...
Bocznymi, wiejskimi drogami docieramy do słynnych Cabagnow Cave Pool.
Ludzie oczywiście ZERO!
Gdzieś tam wśród palm wyłania się miejscowy, starszy człowiek, który wita nas szerokim uśmiechem i wskazuje drogę.
Pierwsze wrażenie? WOW !
Kolor wody plus padające na nią promienie słoneczne daje razem niesamowity widok.

Image

Fakt, może na zdjęciu nie wygląda to imponująco, ale w rzeczywistości było naprawdę pięknie.
Najgorsze jest jednak, że nie możemy wskoczyć do środka, na co się bardzo nastawiliśmy.
Od miejscowych dowiadujemy się, że drabina do wyjścia z wody uległa zniszczeniu, a wielką niewiadomą jest, kiedy ktoś zabierze się za jej naprawę.
Ech, trudno, obchodzimy się smakiem.

Dziewczyny oczywiście trochę fotek i ruszamy zobaczyć pobliskie plaże. :D

Pomimo średniego nastawienia, jesteśmy mega pozytywnie zaskoczeni.
Piasek jak mąka, woda krystalicznie czysta, wszędzie mnóstwo palm i sielanka pełną parą.
A co najlepsze?
Przez bodajże 3 godziny spotkaliśmy na dłuuuugiej plaży tylko JEDNĄ osobę i był to… Polak.
Starszy Pan podróżnik, który jest aktualnie w dwumiesięcznej podróży po Azji.

Image

Image

Image

Image

Image



Mimo z pozoru zwykłych, choć mega ładnych plaż, czas spędzony tutaj był fantastyczny.
A wszystko z powodu braku turystów.
Pełna sielanka, podczas której straciliśmy rachubę czasu, więc zbieramy się powoli do domku na kawkę.

Okazało się jednak, że idąc brzegiem plaży kawałek przeszliśmy.
Mocne słońce dało się we znaki, a pryzmat 5 kilometrów „na chatę” nie jest dla nas optymistyczny. :roll:
Dochodzimy zatem do głównej drogi i łapiemy stopa.
I znowu się udało! :D
Pierwsze auto od razu zatrzymuje się i miejscowi zapraszają „na pakę”.

Image

Spokojna kawka, kąpiel i lecimy „w miasto”.
Zasiadamy w lokalnej knajpce i sami nakładamy sobie z garów co życzymy.
Mimo sporych obaw, jedzonko było naprawdę dobre. :)
Makaron, ryż, różne rodzaje mięs, warzywa, sajgonki – było w czym wybierać.
Oczywiście zaopatrujemy się w butelkę rumu i w takich okolicznościach biesiadujemy przez najbliższe dwie godziny.

Za litr rumu ( :!: ), dwie litrowe cole i jedzenie dla 4 osób płacimy jakieś[b] 60 zł łącznie
![/b]
Co w łatwym obliczeniu daje około 15 zł za osobę. :D

Image



ANDA DZIEŃ DRUGI !


Nooo dziś to będzie się działooo. :D

Cel :arrow: Pola ryżowe i wodospad.

Pobudka chwilę po 6, szybka kawka, śniadanko i ruszamy.

Wypożyczamy motory z naszego hostelu za 500 PHP za jeden.
Piszę motory a nie skutery, bo ku naszemu zdziwieniu dysponowali oni właśnie motorami.
Pojemność 125 ccm i manualna skrzynia biegów. Bajka! :D

Do jednośladów, a tym bardziej na wakacjach podchodzimy z dużym dystansem i ostrożnością, ale te naprawdę miały moc ! Z jazdy czerpaliśmy niezwykłą radochę ?

Image

W dłoń oczywiście mapa – do celu 30 km. Luzik :D

Na wszelki wypadek odpalamy niezawodną w podróżach aplikację MAPS.ME, która jest mega zaktualizowana i bez włączania internetu prowadzi nas do celu.

Sama droga do Candijay jest przepiękna i niezwykle malownicza.
Na ulicach ruch malutki, a miejscowa ludność rozkłada do suszenia świeży ryż na plandekach.

Po jakiś 40 minutach docieramy do miejscowości Candijay, a tam udajemy się w poboczną, nieutwardzoną drogę, którą do przejechania mamy jakieś 5, może 6 kilometrów.
Droga ta, ze względu na jej ciągły wznios, kamienie i zakręty zajmuje nam kolejne 30 minut.
A może zajęłaby nam trochę mniej, gdybyśmy w skupieniu jechali, a nie podziwiali widoki, po których szczenna nam dosłownie opadała…
Image

Image

Image


Po opłaceniu niewielkich opłat za wjazd JESTEŚMY NA MIEJSCU ! :D
(opłaty za wejście, za wjazd na Filipinach są wszędzie. Trzeba mieć to na uwadze. Opłaty rzędu 1/2/3 zł, więc bardzo symboliczne ? )

Parkujemy nasze motorki, a oczom ukazują się największe i najpiękniejsze tarasy ryżowe, jakie dotychczas w życiu widzieliśmy…

Image

Napawamy się tym widokiem dość długi czas.
Fotek tysiące – rzecz jasna :lol: 8-)

Ruszamy dalej :arrow: Wodospady.

Mamy dwie opcje:
1) Skuterami objechać jakąś boczną drogą
2) Z kamasza przez „dżunglę”, 300 schodów w dól.

Zgodnie wybieramy opcję numer 2! Ku przygodzie :D
Mimo sporego upału było warto. Schody faktycznie dość męczące, ale cień drzew, szum wody i dźwięki przeróżnych zwierząt dają nam ukojenie.
Image

Szum coraz większy, powietrze coraz chłodniejsze i bardziej wilgotne.
Już blisko, zaraz będziemy – ciekawość i ekscytacja.

Dotarliśmy :D

Przed nami wielki wodospad, totalnie niekomercyjny, u którego podnóża woda ma niesamowicie błękitny kolor. :o
Awesome ! – westchnęliśmy z otwartymi buziami.

A co znowu w tym jest najlepsze? Powtórzę się: Nie ma totalnie NIKOGO !

Jesteśmy SAMI :!:
Drugi dzień a my już na maksa zakochani w tym klimacie!

Fotki, foteczki, rzecz jasna :D i pakujemy się do rześkiej wody.
Ufff, ale ukojenie, coś niesamowitego.
„Bo żyć trzeba umić, co by się nie wydarzyło…” – z tym wersem Sokoła zgadzamy się w tej chwili w 100%. :D

Image


Po beztroskich chwilach i orzeźwiającej kąpieli powolnym krokiem zbieramy się do powrotu.
W fazie szczęścia zapomnieliśmy totalnie o tych 300 schodach, które pod górę już nie były takie fantastyczne do przejścia, ale co tam, dajemy radę :D

Docierając do punktu wyjścia na chwilę przysiadamy, żeby złapać oddech.
Jest tu małe „bistro”, które prowadzą starsze filipinki.
Kupić można napoje, zupki chińskie i przekąski.
Wcinamy zatem po zupce, pijemy zimną colę i chillujemy. :)

Image

No dobra, czas się zbierać.
Skoro jesteśmy mobilni, to zbieramy się skuterami do „centrum” miasteczka po jakieś konkretniejsze jedzonko. :D

Filipiny co ciekawe, ociekają fast foodami. Na każdym rogu jest pizza, a przy niej spore kolejki.
Decydujemy się wziąć po jednej na wynos i jechać na plażę.
Pizza kosztuje nas jakieś 8/9zł.
Typowy gniot, jak na fast food na rogu przystało, ale to zjedzenia.
A już tym bardziej na plaży, popijając zimną colką – nawet rewelacja :D

Image

Po błogim lenistwie słońce powoli zaczyna zachodzić.
Czas się zbierać. Jeszcze załapaliśmy na fotce zachód słońca ?

Image

A na zakończenie dnia - ślub na plaży…

Image

Oddajemy w hostelu motorki, pakujemy się wstępnie na jutrzejsze wymeldowanie i resztę wieczoru spędzamy przy basenie, muzyce i lokalnym rumie :D

NEXT STEP :arrow: PANGLAO !Kurczaki, zapomniałem o czymś… :roll:


Pamiętacie jak byliśmy na polach ryżowych i wodospadzie :?:

Jak już na tych naszych motorkach wracaliśmy, to zatrzymaliśmy się przy jednej ze szkół podstawowych, których na Filipinach jest mnóstwo.
Wszystkie mega kolorowe i przepełnione dziećmi.

Image

Już na długo przed wylotem na Filipiny dodałem na jednej z grup facebookowych post z zapytaniem, co warto i czy w ogóle coś warto przywieźć z Polski dla biednych, filipińskich dzieci. Co by im choć trochę rozweselić dzień. :)

Niestety wywołałem tym postem burzę. :oops:
Jedni byli za słodkościami, inni z kolei bardzo przeciwni, bo niezdrowe.
Jedni mówili coś o przyborach szkolnych, inni za to, że jest to rozpieszczanie dzieci i po takich „akcjach” widzą w turyście tylko dolary.
Nie sposób było się nie zgodzić z opiniami, dlatego finalnie odpuściliśmy temat.

Żałujemy tylko bardzo, że nie kupiliśmy w Polsce książki w języku angielskim o naszym kraju, historii i tradycjach. Myślę, że byłoby to najlepsze rozwiązanie. Ale trudno, następnym razem o coś takiego się postaramy ?

:arrow: Wracając do tematu.
Zatrzymaliśmy się przy jednej z setek mijanych szkół.
Zaparkowaliśmy motory i nieśmiałym krokiem zaczęliśmy wchodzić na ich teren.
Nie chcieliśmy być nachalni i nie przeszkadzać im w codziennych zajęciach...

Od razu wszystkie dzieci rzuciły się do „okien” i machały nam radośnie. :D
Po chwili wyszła jedna z nauczycielek i nie dając nam dojść do głosu zaczęła przedstawiać szkołę.
Zaprosiła nas do środka ?
Wystarczyły tylko jej dwa słowa, a wszystkie dzieci grzecznie zajęły swoje miejsca :lol: i głośno nas przywitały.
Mega fajne uczucie !

Chwila rozmowy z nauczycielką, po czym poprosiła klasę o zaśpiewanie nam religijnej piosenki.
Wszystkie dzieciaki wstały i nieśmiało, choć z biegiem czasu coraz śmielej zaczęły śpiewać i tańczyć w ustalony rytm :D

Image

Po „spektaklu” podziękowaliśmy wszystkim i zaczęliśmy się żegnać.

Ku naszemu zaskoczeniu, Pani nauczyciel podziękowała nam ( :shock: ) za poświęcony czas i za to, że zainteresowaliśmy się szkołą i lekcjami dzieci.
Brzydko mówiąc – wpieprzyliśmy się jej na lekcje, typowi turyści, a ona nam jeszcze dziękuje...
Niesamowite! :o :)

Krótkie „przedstawienie” dzieci zobaczycie na filmiku, który dodam na końcu relacji.@cypel dlaczego tak uważasz?Kierunek na dziś :arrow: Panglao !


No dobra, mega fajne 3 dni za nami. :)
Aż ciężko opuszcza się miejsce, w którym wszystko było dla nas wyjątkowe i spełniające w 100% oczekiwania.
Ba! Mało tego, to przerosło nasze najśmielsze wyobrażenia !


Ale realizujmy plan dalej...

Dlaczego Panglao?
Tak, jak pisałem na początku – miała to być dla nas baza wypadowa na główne atrakcje na wyspie Bohol, tj. wyraki, Chocolate Hills, rzeka Loboc, itp.
Co prawda, równie dobrze moglibyśmy zatrzymać się gdzieś w „głębi” wyspy, ale liczyliśmy jednak też na wypoczynek i fajne plaże, które na Panglao ponoć występują ?


Żegnamy się zatem z obsługą hostelu w Andzie i zgodnie z informacjami, które uzyskaliśmy od miejscowych dzień wcześniej, wybieramy się na ryneczek, z którego rzekomo ma odjeżdżać bus o 9:30 do Dao Terminal na Bohol.
Jeszcze przed wyjazdem dużo słyszeliśmy, że transport na Filipinach to jest loteria.
Że busy, promy a nawet samoloty nie trzymają się swoich rozkładów.

W naszym przypadku na razie wszystko się układa. :)
Bus podjeżdża punktualnie, więc płacimy po 150 peso i zaczynamy 3 godzinną podróż do Dao Terminal.
Wiemy też, że bezpośrednio w okolice naszego hostelu nic nie jeździ, więc łapiemy Shuttle Bus w stronę lotniska na Panglao i w połowie, zgodnie z nawigacją postanawiamy wysiąść na głównej drodze, skąd bocznymi uliczkami mamy jakieś 3 km pieszo.

Ciut zmęczeni, ale pełni optymizmu ruszamy na piechotę. :D
Przeszliśmy ledwo 200 metrów i mijamy szkołę (na oko gimnazjum) a głośne okrzyki setek dzieciaków nie pozwalają nam przejść obok obojętnie.
Okazuje się, że rozgrywane są zawody szkolne w siatkówkę.

Dodaj Komentarz

Komentarze (22)

bozenak 14 maja 2019 19:14 Odpowiedz
;) A ja tam lubię takie osobiste opowieści o przygotowaniach do podróży. ;) Śledziłam Tajlandię to będę śledzić i Filipiny. :D
startowiec55 15 maja 2019 10:11 Odpowiedz
PLAN PODRÓŻY I ORGANIZACJASkro bilety już „leżakują” na mailu, to możemy zabierać się za rozglądanie za noclegami, lotami wewnętrznymi, etc.Ale zaraz zaraz. Filipiny mają ponad 7000 wysp, które wybrać? :shock: :? Gdzie byśmy nie szukali, to wszędzie pytania „Palawan czy Bohol?” i 100 głosów za Palawanem, a kolejne 100 za Boholem.Po wstępnych ustaleniach stwierdziliśmy, że Palawan ma reputację takiego Phuket w Tajlandii. Czyli niesamowicie piękne, wręcz widokówkowe Island hoppingi, laguny, a po drugiej stronie medalu, niejako powiązane – tłumy ludzi i komercja. Oj nie, tego na pewno nie chcemy ! Dość szybko decydujemy się na Bohol. Wyspa nazywana jest „Filipinami w pigułce”, ponieważ zobaczyć tam można wszystkiego po trochu.A najważniejsze – występują w jej obrębie rezerwaty wyraków filipińskich, z którymi spotkania chcielibyśmy doświadczyć.Mimo, że Bohol też jest dość często odwiedzane przez turystów, to jednak staramy się wybrać takie rejony, aby uniknąć komercji i fali białych ludzi. (o tym w dalszej części)Co by nie przeciągać, poniżej plan podróży, który udało nam się logistycznie fajnie dopiąć:Warszawa – wylot;Pekin – stopover 17h.;Manila – 1 dzień;Bohol – 3 dni;Panglao – 4 dni;Siquijor – 5 dni;Manila – 1 dzień;Pekin – stopover 17h.;Warszawa – przylot.Najważniejsze za nami, więc czas na przyjemności, czyli rezerwacje noclegów i przygotowanie listy atrakcji, knajp, miejsc wartych odwiedzenia (o tym w opisie poszczególnych wysp).Co dla wielu (w tym dla nas :D ) bardzo ważne, to kosztorys, a nasz przed wylotem wygląda tak: (w przeliczeniu na osobę)Bilet lotniczy Warszawa – Manila – 2200 złNocleg Manila – 20 zł Nocleg Bohol – 105 zł (35 zł/doba)Nocleg Panglao – 165 zł (33 zł/doba)Nocleg Siquijor – 250 zł (50 zł/doba)Nocleg Manila – 25 zł Lot Manila – Bohol – 130 złLot Bohol – Manila – 130 złUbezpieczenie (Gothaer) – 100 złŁącznie – 3 125 zł Dodam mały, ale jakże istotny w Azji szczegół – wszystkie noclegi miały swoje, prywatne toalety i łazienki ? Wszystko dopięte. Wymieniamy PLNy na $ i odliczamy czas do wylotu.Pierwszy przystanek --> PEKIN ! :D
bakodam 16 maja 2019 11:38 Odpowiedz
Bardzo proszę o jak najszybsze kontynuowanie tej relacji :D
cypel 17 maja 2019 11:11 Odpowiedz
Welcome to Manila :lol: Jest paskudna, ale klimatyczna, piękny ryk jeepneyów, gigantyczne korki, ale wspaniali, uśmiechnięci ludziena marginesie, mieszkaliście w dobrej dzielni :mrgreen:
startowiec55 17 maja 2019 11:53 Odpowiedz
Haha, serio? Z biegu czasu jednak żałuję, że nie wygospodarowaliśmy sobie więcej czasu na Manilę.Choć na powrocie byliśmy tam praktycznie pełny dzień, ale o tym później... :)
cypel 17 maja 2019 12:18 Odpowiedz
jak najbardziej, mieszkaliście na skraju Makati i Pasay najlepsze dzielnie w Maniliale faktem jest, że nawet Makati jest momentami zadżumione
smieci 17 maja 2019 17:36 Odpowiedz
"Łapiemy dość szybko taksówkę i pakujemy się. I właśnie już na wstępnie popełniliśmy błąd. [emoji15]Nie ustaliliśmy z góry kwoty."błąd popełniliście już wcześniej że nie poczytaliście o transporcie bo tak byście poszli parę metrów dalej i skorzystali z taxi licznikowej (białej). Uczciwej i dużo tańszej.Poza tym fajnie się czyta.
pabloo 17 maja 2019 21:16 Odpowiedz
Człowiek uczy się na błędach, choć z tymi taksówkami to rzeczywiście szereg szkolnych podróżniczo kiksów 8-) Super, że piszesz relację, czekamy na resztę. Tylko wstawiasz zdjęcia o dość dużym rozmiarze i na większości monitorów nie będą wyświetlać się w całości, co utrudni ich odbiór, może warto kolejne trochę mniejsze ;) startowiec55 napisał:Ale zaraz zaraz. Filipiny mają ponad 7000 wysp, które wybrać? :shock: :? Gdzie byśmy nie szukali, to wszędzie pytania „Palawan czy Bohol?” i 100 głosów za Palawanem, a kolejne 100 za Boholem.Po wstępnych ustaleniach stwierdziliśmy, że Palawan ma reputację takiego Phuket w Tajlandii. Czyli niesamowicie piękne, wręcz widokówkowe Island hoppingi, laguny, a po drugiej stronie medalu, niejako powiązane – tłumy ludzi i komercja. Oj nie, tego na pewno nie chcemy ! Niedawno miałem podobną rozterkę, i w końcu wybrałem właśnie Palawan, odnosząc ze znalezionych opinii wrażenie, że to właśnie Bohol jest tym bardziej skomercjalizowanym i zawładniętym przez tłumy i drogie hotele miejscem. I co do samego Palawanu się to sprawdziło - przyroda i ludzie sprawiają wrażenie naprawdę naturalnych, a tłumów nie doświadczyłem. Wobec turystów nikt nie był nachalny, a enklaw z super drogimi hotelami tylko dla bardzo bogatych nie widziałem. Pełen luz i chillout 8-) Niebawem zresztą również postaram się to w krótkiej relacji opisać swój Palawan. A przy kolejnej wyprawie może uda się porównać do niego właśnie Bohol, czerpiąc informację z Twojego sprawozdania ;)
startowiec55 17 maja 2019 22:31 Odpowiedz
@smieci - przeczytaliśmy i się przygotowaliśmy.Złapaliśmy białą. Co prawda z racji średnio ciekawej okolicy nie odeszliśmy zbyt daleko od lotniska, ale nie braliśmy "pierwszej lepszej".@Pabloo - nie będę się sprzeczał i komentował, bo na Palawanie nie byłem. Też osobiście uważałem, patrząc na wielkość wyspy, że nie może być tak, jak większość pisze. Jednak zdecydowaliśmy się na Bohol. Nie mniej jednak, mega chciałbym odwiedzić Palawan i... Siargao.Co do fotek - racja, poprawię :) Dzięki ! p.s. - też z niecierpliwością czekam na Twoją relację.
cypel 18 maja 2019 17:48 Odpowiedz
Pani Wam podziękowała bo nie musiała organizować dzieciom wycieczki do ZOO bo ZOO przyszło do nich ;)
startowiec55 18 maja 2019 18:00 Odpowiedz
@cypel dlaczego tak uważasz?
kumkwat-kwiat 20 maja 2019 17:05 Odpowiedz
Lecieć na drugi koniec świata aby żywić się zupkami chińskimi i pizzą. Nie rozumiem. :?
startowiec55 20 maja 2019 20:10 Odpowiedz
@kumkwat_kwiat a byłeś na Filipinach ?
pbak 20 maja 2019 23:11 Odpowiedz
Ja bylem ale tez nie rozumiem :-)
startowiec55 21 maja 2019 07:26 Odpowiedz
Najważniejsze jednak, że to ja tam teraz byłem i ja rozumiem :)
correos 21 maja 2019 08:06 Odpowiedz
@startowiec55Świetna relacja mam nadzieje, ze rozwazania na temat jesc/nie jesc chinskiej zupki nie zniecheca Cie do dalszego pisania, czekam na ciag dalszy :)
tarman 21 maja 2019 08:14 Odpowiedz
Słusznie. Wracamy do relacji [emoji106][emoji106][emoji106]
jobi 21 maja 2019 08:22 Odpowiedz
Przyłączam się do tych co "rozumią", chociaż tej pizzy na słodkim cieście raczej bym nie przełknął :roll: Ich tłustej/kościstej garkuchni raczej unikam, na codzień zjadliwe raczej tylko kurczaki.Szukałbym rybki z grilla, ewentualnie chleb tostowy (oczywiście słodki) z Cheese Wizz albo sardynkami z puszki.Czasami mają takie białe chińskie pączki z mięsem (Siopao).Nietłusto jest w popularnym Andoks (kurczaki) i w Jolibee, można zaryzykować też Mang Inasal.Relacja bardzo fajna, tylko rumu jakoś nie widzę :lol: Ale Emperador Light jest także moim faworytem.
cypel 21 maja 2019 08:24 Odpowiedz
Na Filipinach jest tak podła kuchnia, że to był jedyny kraj gdzie stołowalismy się z małżonką w mc'donalds i ichnich fast foodach więc jedzenie zupek chińskich jak najbardziej rozumiem.Jest nawet specjalny wątek na forum poświęcony gównożarciu filipińskiemu, swoją drogą bardzo ciekawy, polecam. A relacja fajna i dobrze się czyta.
startowiec55 21 maja 2019 10:17 Odpowiedz
@cypel@jobi@tarman@correosDzięki !Nie zniechęcam się, zaraz piszę dalej :D Ale gwoli ścisłości - jadąc do Tajlandii numerem jeden było jedzenie (zresztą możecie przeczytać w relacji).Ale lecąc na Filipiny na jedzenie się nie nastawialiśmy. Tak, po części ze względu na przeczytany wcześniej temat, który przytoczył @cypel, jak i setki opinii znalezionych w sieci.Z drugiej strony nie zrażaliśmy się opiniami i oczywiście przekonaliśmy się na własnej skórze.Nie widzieliśmy jednak nic wyjątkowego z jedzenia kurczaka, ryżu, sajgonek, itp...Tajlandia - PadThai, Grecja - souvlaki, Hiszpania - paella, Włochy - pizza, Meksyk - tacos; i tak dalej i tak dalej...Lokalna kuchnia jest wspaniała :!: Ale serio, Filipiny? :roll: Nie znaleźliśmy nic takiego mega lokalnego, no, może oprócz rumu :D który jest w temacie relacji i który gościł na naszym stole każdego dnia (to nie jest tak, jak brzmi :lol: ) i może Balut - a tu bije się w pierś, nie spróbowałem :cry: Nie żałujemy niczego, czego nie zjedliśmy, bo inne mieliśmy cele i priorytety :) I nie uważam, że "jechać na drugi koniec świata i jeść pizzę" na WAKACJACH to coś złego, tym bardziej w obliczu kraju w jakim się znajdujemy.Kolejki lokalsów po pizzę na słodkim cieście były ogroooomne :shock: :D Enjoy ! 8-) :D
pbak 21 maja 2019 11:16 Odpowiedz
Wlasnie sobie skanuje w pamieci moj pobyt na Filipinach pod wzgledem jedzenia i stwierdzam, ze nic nie utkwilo mi w glowie. A to oznacza, ze nie bylo ono ani super ani fatalne, bylo po prostu normalne. Wedlug mnie normalne lokalnie gotowane jedzenie jest lepsze niz chemia z zupek chinskich ale kazdy je co lubi :)
startowiec55 21 maja 2019 11:44 Odpowiedz
Dwa, może trzy razy jedliśmy zupki chińskie.Ale nieważne. Każdy lubi co lubi - na tym zakończmy :) Każdy podróżuje na swój sposób ;)