0
Tom Stedd 11 lipca 2019 21:55
Gdy czegoś jest dużo, to mówi się, że jest tego czegoś na kilogramy. Taką przenośnię można spokojnie zastosować w przypadku ilości piwa dostępnego w Zaporożu i Berdiańsku. Przenośnia przenośnią, ale czy ktoś z was spotkał się z sytuacją, że piwo było sprzedawane na kilogramy?
Czemu wybraliśmy (przepraszam – wybrałem) akurat te dwa miasta? Jak zawsze w przypadku Ukrainy z jednego powodu – nic nie wiedziałem (przepraszam – nie wiedzieliśmy) o nich. Nazwę Zaporoże można skojarzyć z samochodem Zaporożec (dla młodszych czytających - tak, tak, taką markę kiedyś produkowano), z Kozakami i z … niczym więcej. Berdiańsk? Oooo, to już trudniejsze wyzwanie. Ja pierwszy raz tę nazwę usłyszałem kilka miesięcy temu, kiedy to na Morzu Azowskim rosyjski statek staranował ukraiński statek, co wywołało niemałe zamieszanie w tamtej części świata.
Zaczynamy więc podróż lotem Wizzair Warszawa – Kijów Żuliany. W powietrzu spokojnie, ale przed samą stolicą Ukrainy pilot dostał informację, że nie może wylądować ze względu na burzę i tym samym musieliśmy krążyć nad okolicą przez 50 minut. Niektórym pasażerom włączały się już negatywne emocje i początki lęku (prawda Aniu?). Na szczęście w końcu wylądowaliśmy i przejechaliśmy autobusem miejskim w okolice dworca kolejowego. Jako że mieliśmy kilka godzin wolnego, to poszwędaliśmy się po mieście. Mała podpowiedź – bagaże można zostawić na dworcu kolejowym w archaicznych skrytkach (cena 4,50 zł), ale trzeba pamiętać, że szyfr ustawia się od wewnątrz szafki, a nie na zewnątrz. Brak tej wiedzy kosztował nas kolejne 4,50 zł za otwarcie szafki.
Następny odcinek podróży to Boryspol – Zaporoże. Z Kijowa przejechaliśmy na lotnisko pociągiem (cena bodajże 12 zł) i spotkała nas kolejna niemiła niespodzianka – lot był opóźniony o 40 minut. Ostatecznie znaleźliśmy się w powietrzu i lot miał być krótki. Niestety, znowu warunki pogodowe wzięły górę i samolot musiał zmierzyć się z burzą i obfitym deszczem. Ze względu na krążenie w okolicach Zaporoża opóźnienie znów sięgnęło dodatkowych kilkudziesięciu minut i ostatecznie mocno po godzinie 22 wylądowaliśmy na lotnisku. Owacje dla kapitana były długie i głośne, bo warunki były naprawdę fatalne.
Wysiadamy w Zaporożu, leje deszcz, jest ciemno, a więc nie za bardzo było widać okolice lotniska. Udaliśmy się do budynku (zwanego szumnie terminalem), gdzie byliśmy praktycznie jedynymi pasażerami. Pozostali w sobie znany sposób wydostali się z lotniska, a my jak sieroty zostaliśmy. Na szczęście była w okienku informacyjnym pani, która okazała się bardzo pomocna i zamówiła nam taksówkę (żaden Uber nie chciał przyjechać - koszt przejazdu taxi za kilkanaście kilometrów to 24 zł).
Lotnisko obejrzeliśmy na spokojnie w drodze powrotnej do Boryspola i autentycznie można było się zdziwić jego wyglądem. Otóż sam budynek ma podobno prawie 90 lat, a wewnątrz wygląda jak dworzec kolejowy w niewielkim miasteczku. Można znaleźć niewygodne ławki, wagę do bagażu, antyczną maszynę do pakowania bagaży w folie.

1.jpg



2.jpg


„Wzruszający” był tygodniowy harmonogram przylotów i odlotów. Niestandardowy, prawda? Na szczęście budowany jest już nowy terminal i będzie miał on odpowiedni wygląd jak na lotnisko z XXI wieku.

3.jpg


Skoro relacja jest ze wschodu, to nie może zabraknąć tematu kibelków. Osoby o słabych nerwach niech nie korzystają z toalety w budynku lotniska, tylko niech wytrzymają do przejścia do terminali wylotów, gdzie są już normalne łazienki. Czemu? Temu. Niewielu Polaków potrafi prawidłowo używać taki wynalazek, zwany szumnie toaletą turecką.

4.jpg


Sam terminal do lotów krajowych nie jest królem wielkości, ale w środku oprócz nowoczesnych kibelków jest także kawiarnia z napojami i przekąsami w niewygórowanych cenach. Terminal prezentuje się tak… Mały, ale daje radę.

5.jpg


Wracając do chronologii zdarzeń. Jesteśmy na lotnisku w Zaporożu, noc, ulewa, taksi, kurs do miasta, przebiegający przez ulicę lis (tak, lis, nie pies), wysiadamy pod jakimś wieżowcem. Szok po wejściu do klatki, pojawiają się wizje typu „zaraz wyjdzie zza winkla jakiś pijak i nas zadźga nożem”. Na szczęście winda była nowa i zawiozła nas na 14 piętro (czyli polskie 13 piętro). Wychodzimy z niej i znów szok – slumsy! Ratunku!

6.jpg



7.jpg


Na szczęście mimo prawie północy czekała na nas pani, która wprowadziła nas do naszego mieszkania. Okazało się ono w sumie dosyć porządne i nie można mu było za wiele zarzucić. Cena za trzy noce to ok. 160 zł. Poranny widok na miasto nie był może imponujący, ale nie za często ma się możliwość spojrzenia na okolicę z wysokości 13-14 piętra.

8.jpg


Poranek był o wiele przyjemniejszy, bo można było wreszcie zacząć zwiedzanie miasta. Jego osią jest kilkunastokilometrowa (!) ulica Prospiekt Sobornyj, wokół którego zlokalizowane są najważniejsze budynki i instytucje miasta. Po mieście jeżdżą dziesiątki marszrutek, czyli busików. W przeciwieństwie do Kijowa i kilkudziesięcioletnich pojazdów, w Zaporożu dominują kilkunastoletnie białe Mercedesy Sprintery. Do tego dochodzą jeszcze autobusy, trolejbusy i tramwaje. Cena za przejazd to niecała złotówka.
Moim zdaniem warto przejechać się tramwajem, ale nie takim nowoczesnym (czyli dwudziestoletnim), ale takim starodawnym, na oko z 40-50-letnim. Wygląd wewnątrz niepowtarzalny, komfort (a właściwie jego brak) to niesamowite doświadczenie. Szyny są fragmentami krzywe jak nie wiem co, kołyszą tramwajem na lewo i na prawo, w górę i w dół. Pasażerowie to często ciekawe osobowości, więc każda przejażdżka będzie ciekawym doznaniem. Bilety kupuje się albo u kierowcy/maszynisty, albo u bileterki. Mandat za przejazd bez biletu – 12-18 złotych.

9.jpg


Polecam przyjrzeć się kamieniom leżącym na podłodze na lewo od drzwi. Cel ich leżakowania oczywiście jest nieznany.

10.jpg


Kojarzycie może nazwę Sicz Zaporoska? A Kozacy Zaporoscy? Jeśli niezbyt, to można udać się na zwiedzanie osady kozackiej na wyspie Chortyca (dojazd Uberem lub taksi). Stoi tam zrekonstruowana (czytaj – dość nowa) osada pokazująca, jak wyglądało życie Kozaków kilkaset lat temu. Wtedy przypomnicie sobie, że Kozacy to tacy panowie w szerokich spodniach, z długimi wąsami i głową nie za bogatą we włosy. Każdy palił fajkę, nosił groźną broń i wyglądał jeszcze groźniej. Może przesadzam w opisie, ale tak naprawdę Kozacy wyglądali dość charakterystycznie, a ich historia była przez lata spleciona z polskimi losami. W osadzie można zobaczyć dawne uzbrojenie, wyposażenie, poznać zwyczaje, kulturę kozacką i zobaczyć, jak wyglądała izba atamana. Miejsce dość fajne, ale mniej więcej tylko na godzinkę zwiedzania. W niektóre dni można dodatkowo wziąć udział w pokazach sprawności aktorów grających Kozaków – nas ta przyjemność niestety ominęła.

11.jpg



12.jpg



13.jpg



14.jpg



15.jpg



16.jpg



17.jpg


Kolejnym dość ciekawym punktem do zwiedzenia w Zaporożu jest Zaporoskie Obwodowe Muzeum Krajoznawcze (cena 2,50 zł). Jak przystało na muzeum typowo zza wschodniej granicy, znajduje się ono w dużym gmachu, jest ciemne, zimne i brakuje opisów po angielsku. Trzeba jednak przyznać, że wystawionych jest mnóstwo ciekawych eksponatów – od czasów prehistorycznych do najnowszych. Jeśli dobrze trafimy, to można porozmawiać z ciekawymi osobami pilnującymi muzeum, a których wiedza historyczna jest bardzo duża.

18.jpg



19.jpg



20.jpg



21.jpg


Zdjęcie dla fanów latania – kto wsiadłby do takiego samolotu transportowego? Zdjęcie wykonano równo 100 lat temu (latem 1919 roku).

22.jpg


Osobne sale zajmują wystawy poświęcone wydarzeniom na kijowskim Majdanie oraz ATO (czyli akcji antyterrorystycznej na wschodzie Ukrainy, gdzie do tej pory toczą się mniej lub bardziej intensywne walki ukraińsko-rosyjskie). Co ciekawe, w czasie walk na Majdanie w Kijowie zginęło dwóch mieszkańców Zaporoża, którzy byli po tej „złej” stronie, czyli służyli w jednostkach milicyjnych Birkutu, ale mimo to upamiętniono ich w muzeum. Te dwie sale najbardziej zapadają w pamięci.

23.jpg



24.jpg



25.jpg



26.jpg


Znów pojawi się temat kibelków, które to zagadnienie jest tematem rzeką. Tak prezentuje się wygódka w muzeum. Można domyślać się, do czego służył papier w koszu, skoro prawie zawsze w takich przybytkach jest informacja, żeby nie wrzucać niczego do środka muszli. Osoby mniej wrażliwe mogą mieć problemy z załatwieniem się w wielu miejscach właśnie ze względu na takie „atrakcje”.

27.jpg


Gdy na przykład na dworcach pytamy się, czy w toaletach są normalne muszle, czy „dyry” (czyli dziury), to często patrzą na nas jak na głupich. Załatwianie się do dziury to standard dla wielu Ukraińców i rzecz nie do przeskoczenia dla wielu Polaków. Dobra, koniec tematów kibelkowych. Wiecie już, czego można spodziewać się.
Całkiem niedaleko od wspomnianego muzeum znajduje się najnowocześniejsze muzeum w Zaporożu, czyli Muzeum Techniki Bohusłajewa. W środku można obejrzeć silniki z różnych latających wehikułów, wystawę motocykli i … samowarów. Przed budynkiem wystawiony jest sprzęt wojskowy i rolniczy z różnych epok. Nie brakuje oczywiście alei zasłużonych, notek biograficznych, przyznanych medali, odznaczeń, osiągnięć w budowaniu ZSRR itp. Wstęp do muzeum kosztuje „aż” 1,50 zł.

28.jpg



29.jpg



30.jpg



31.jpg



32.jpg



33.jpg



34.jpg



35.jpg



36.jpg



37.jpg


W Zaporożu oczywiście istnieje kilka innych muzeów, np. Muzeum Faeton (m.in. modele retro pojazdów) i Muzeum Historii Oręża. Zobaczyć można także Socmiasto, czyli przykład budownictwa socjalistycznego, kolonię menonicką (kilka budynków pozostałych po niemieckich osadnikach Menonitach), wiele parków (w jednym z nich rośnie olbrzymi 700-letni dąb), fontann, pałac sportu, kilka cerkwi i innych obiektów sakralnych. Oczywiście w Zaporożu znajdują się nowoczesne centra handlowe, sklepy znanych marek, mnóstwo banków i bankomatów. Uroku dodają niezliczone miejsca handlowe(bazary, bazarki, skwery, chodniki itp.), na których sprzedawane są różne produkty spożywcze i przemysłowe. Wydaje się, że każdy czymś handluje, ale taki jest przecież urok wielu miast na Ukrainie. Ach, jakie to jest piękne …
Samo miasto jest bardzo rozległe, zamieszkane jest podobno przez prawie milion osób, a żyje głównie z przemysłu. W opinii miejscowych powietrze często jest zanieczyszczone – gdy wieje niekorzystny wiatr, to dym z kilkunastu fabryk kładzie się na mieście. Nam na szczęście powietrze sprzyjało, nie odczuwaliśmy żadnych złych skutków. Jak wszędzie, miejscowi narzekają na władze lokalne, ich korupcję, brak inwestycji, brak pomysłu na miasto, zaniedbane chodniki, tory, ulice, bloki. Wydaje się, że to wszystko jest prawdą, bo Zaporoże nie wygląda za dobrze.
Po trzech nocach przyszła pora na zmianę klimatu. W Internecie odpowiednio wcześniej nabyłem bilety na przejazd pociągiem na trasie Zaporoże – Berdiańsk w wagonie kupiejnym trzeciej klasy bez klimatyzacji. To najtańsza opcja podróży na dalekich trasach. A co to jest wagon kupiejny? Już tłumaczę. To wagon bez przedziałów z piętrowym układem łóżek w systemie 4 + 2. Na poniższych zdjęciach widać łóżka jedno nad drugim, nie zaścielone pościelą. Każdy pasażer dostaje kołdrę, poduszkę, a dokupić może pościel na nie i np. napój, którym może być woda mineralna, kawa lub herbata podawana w klasycznych filiżankach z metalowym koszyczkiem. Obok tych czterech łóżek są kolejne dwa ustawione prostopadle. Wejście na górne łóżka wymagają niezłej kondycji i ekwilibrystyki.

38.jpg



39.jpg


Podobno łóżka są nawet przyjemne, ale ja wolałem złożyć swoje i zająć klasyczne siedzące miejsce (na powyższym zdjęciu delikwent śpi sobie na górnym łóżku, a dolne złożone jest w zwykłe siedzisko). Przejazd do Berdiańska trwał pięć godzin, a bilet kosztował 11 zł (bez pościeli i napoju) lub 20 zł (z pościelą i napojem). Po drodze był jeden dłuższy postój, na którym pociąg został „zaatakowany” przez kilkunastu handlarzy z bułeczkami, lodami, wodą, piwem, owocami, a nawet świeżym czosnkiem. Po co komuś główka czosnku w pociągu???
Normą jest to, że każdy wagon ma swojego prowadnika, czyli konduktora, który dba o wygodę pasażerów, daje pościel i dba o bezpłatną gorącą wodę gotowaną w swego rodzaju samowarach opalanych – uwaga – drewienkami lub węglem! Dodam, że w pociągi łazienki to … A przepraszam, już miałem o tym nie wspominać.
Pięć godzin szybko minęło i wysiedliśmy w Berdiańsku. Od razu widać mnóstwo ludzi, którzy chcieli nam wcisnąć swoje mieszkanie do wynajęcia lub podwieźć gdzieś swoim samochodem. My spokojnie minęliśmy ich i poszliśmy do wynajętego Hotelu Azov (3 noce za 250 zł). Pokój duży, blisko promenady i morza. Polecam.
Co do atrakcji turystycznych, to jesteśmy zmuszeni samemu ich poszukać, bo próżno szukać ulotek, czy informacji turystycznej, nie wspominając o łatwo dostępnym planie miasta. A co można robić oprócz plażowania się? Plażować się nie w centrum miasta, a na tzw. Berdiańskiej Kosie, czyli długim na kilka kilometrów półwyspie z plażami i pensjonatami (taki nasz prawie Półwysep Helski). Dojechać na Kosę można marszrutkami za 1,20 zł. Można trafić na plażę dziką lub z wypożyczalnią leżaków, z parasolami itp. Czego ktoś szuka, to na pewno znajdzie.
Z droższych atrakcji warto polecić bardzo duży aquapark (cennik poniżej, dla przypomnienia 15 zł to równowartość 100 hrywien). Nie korzystaliśmy, więc nie wypowiadam się o jego zaletach.

40.jpg


Jako że dziewczyna jest miłośniczką delfinków, to skazani byliśmy na wizytę w delfinarium Nemo leżącym tuż obok aquaparku. Ceny i godziny pokazów jak na zdjęciu poniżej.

41.jpg


Dodatkowo można wykupić kilka dodatkowych atrakcji, jak np. zdjęcie z delfinami, czy pływanie z nimi (najtańsza opcja, czyli jedno kółko wokół basenu, kosztuje 120 zł, najdroższe 10-minutowe pływanie to koszt ponad 500 zł). Jeśli nie jesteś ekologiem, czy przeciwnikiem tego typu atrakcji, to polecam wizytę w Nemo.

42.jpg



43.jpg

43

44.jpg



45.jpg



46.jpg



47.jpg



48.jpg



49.jpg




Dodaj Komentarz

Komentarze (3)

e-prezes 11 lipca 2019 22:29 Odpowiedz
Mówi się, że Białoruś to skansen Europy, a tu wychodzi na to, że cały wschód nim jest ;) Fajna relacja z piwem w tle.
mordek 12 lipca 2019 11:59 Odpowiedz
Super relacja! Sporo przydatnych informacji i ciekawe spostrzeżenia.Zainspirowałeś, rozważę czy w sierpniu nie wybrać się w te strony.
jerzy5 13 lipca 2019 01:14 Odpowiedz
Z przyjemnością przeczytałem twoją relacje, bo tam nie dotarłem, choć mało brakowało w maju, ale z Kijowa uderzyłem w kierunku ŁuckaZ drugiej strony przekazałeś ten klimat, który tak nie wielu zna, tak nie wielu opisuje, więc mi też jest raźniej, że nie jestem sam w swoich dziwnych wędrówkachPowodzenia w Charkowie, a może nasze drogi się skrzyżują...przed posterunkiem do Doniecka :D