+1
ginger83 9 sierpnia 2019 22:10


Hiszpania zawsze kojarzyła mi się z ciepłym morzem, palmami i słońcem. Z dużą ilością słońca! Chyba większość ludzi myśli w ten sam sposób. Tymczasem okazuje się, że krajobraz Hiszpanii może być zgoła inny od tego co pokazują w folderach biur podróży, pogoda kapryśna, a palmy wcale nie muszą być wyznacznikiem udanego urlopu.
Zapraszam Was do północnej Hiszpanii – tej mniej znanej – w której ocean i góry stykają się ze sobą, gdzie serwują najlepsze jedzenie, a mieszkańcy są nad wyraz gościnni. To magiczne i tajemnicze miejsce zauroczy każdego, bo to, co je wyróżnia, to właśnie ta „inność”.

Pogoda jest nieprzewidywalna, warto mieć ze sobą strój kąpielowy ale parasol też się często przydaje. Czerwiec to dobry czas. Z siedmiu spędzonych tam dni - 4 były słoneczne i bardzo gorące a 3 ostatnie, tak średnio deszczowe i pochmurne.
Noclegi rozplanowaliśmy w trzech różnych miejscach:
- 3 w Kraju Basków, w miejscowości Urduliz na obrzeżach Bilbao,
- 3 w Kantabrii nad oceanem w miejscowości Ubiarco,
- 1 w górach Picos de Europa w Poncebos – tuż przy wejściu na szlak Ruta del Cares. (to już Asturia).
Samochód na cały pobyt rezerwujemy jeszcze z Polski z wypożyczalni OK Cars – odbiór i zwrot na lotnisku.
To był lot inauguracyjny Wizzaira z Katowic w ten zakątek Europy. Lądujemy w Santander i po załatwieniu formalności związanych z odebraniem samochodu kierujemy się w stronę Bilbao. To odległość ok. 100 km ale szybko i sprawnie docieramy na miejsce. Drogi są bardzo dobre, autostrada przecina całą północ i tylko na odcinku Bilbao-San Sebastian jest płatna. Swoją drogą, nie wiedziałam, że region ten jest tak bardzo górzysty… Ale też przy okazji bardzo malowniczy.



Droga wije się raz w górę a raz w dół. Co chwilę zza zakrętów wyłania się widok na Zatokę Biskajską i małe wioski leżące u podnóża oceanu.

Kraj Basków - Euskadi
Niewielkie miałam pojęcie o tej części Hiszpanii. Mało jest polskich przewodników opisujących ten region, mało relacji ludzi którzy tam byli i dzieliliby się jakimiś wskazówkami. Chyba ze względu na pogodę wszyscy wybierają słoneczne południe, tymczasem północ tez ma wiele do zaoferowania.
Kraj Basków to magiczna kraina, region pełen kontrastów, wspaniałych krajobrazów i ciekawej historii. To kawałek Hiszpanii, który jest wspólnotą autonomiczną, a społeczność Basków - jak żadna inna od wieków pielęgnuje swoją narodową kulturą.
Baskowie walczą o swoją niepodległość i widać to gołym okiem. Zresztą nazwać Baska Hiszpanem to popełnić wielkie faux pas. Nawet flagi powiewające są tylko baskijskie. I o ile w Kantabrii czy Asturii widać jednocześnie hiszpańskie flagi razem z tymi regionalnymi, to w Baskonii raczej to widok niespotykany.



Baskowie mają swój własny język tzw. Euskara, ale po hiszpańsku nie problem się dogadać. Jednak trzeba być świadomym i się nie zdziwić, gdy na powitanie zamiast hiszpańskiego „Hola” usłyszymy baskijskie „Kaixo”.
Jedzenie – najpopularniejsze to pinxos, czyli coś w stylu tradycyjnego tapas ale dużo większe. Z reguły jest to kawałek bagietki udekorowany apetyczną kombinacją niemal wszystkich dostępnych produktów: ryb, warzyw, serów, owoców morza, wędlin. Można jeść na zimno lub poprosić barmana o podgrzanie. Pinxos leżą na barze, można siedzieć i wybierać do woli, a barman i tak zapamięta co się wzięło i za ile ;-)





Do tego obowiązkowo regionalne piwo, wino, lub calimocho, czyli połączenie czerwonego wina z colą. Na osobną uwagę zasługuje cydr, który dominuje w całej północnej Hiszpanii, ale o nim wspomnę później…
Kuchnia jest bardzo dobra, mówią że najlepsza w Europie (o ile nie na świecie…) nie głodowaliśmy… Wręcz przeciwnie, momentami można powiedzieć że niezdrowo się obżeraliśmy, ale co zrobić… wszystkiego trzeba spróbować :) o jakości jedzenia świadczy fakt, że w samym San Sebastian jest 17 restauracji wyróżnionych przez przewodnik Michelina, z czego 3 z 7 hiszpańskich posiadają 3 gwiazdki i znajdują się właśnie w tym mieście.

Do naszej pierwszej bazy noclegowej docieramy koło 18.00. Urduliz to niewielkie miasteczko leżące niedaleko Bilbao. Nocleg jest niby w mieście, a tak naprawdę widoki mamy na soczyście zielone wzgórza i pastwiska pełne owiec i krów. Cisza i spokój dookoła. Blisko do stacji metra, którym jeszcze tego samego wieczoru docieramy do centrum.
Bilbao kojarzyło mi się z typowo przemysłowym miastem, takim z czasów rewolucji przemysłowej XIX w. Zapewne tak było do momentu zbudowania słynnego muzeum Guggenheima, które odmieniło oblicze tej części Hiszpanii.
Miasto przepełnione jest wspaniałą architekturą i kipi energią. Najlepiej zwiedzić je nieśpiesznie spacerując jego uliczkami, tylko czasem można przemieścić się metrem do innej dzielnicy. My, z racji tego że i tak jeździmy metrem pomiędzy Urduliz i centrum, kupujemy Baric Card. Można ją nabyć w maszynie na każdej stacji metra, kosztuje 3 euro + tyle, za ile ją sobie doładujemy. Np. my daliśmy 10 euro, czyli na przejazdy zostało nam 7… przy każdym wejściu i wyjściu z metra kartę się odbija i ściąga z niej kwotę odpowiednią do przejechanego odcinka.

Najważniejsze punkty na mapie Bilbao to oczywiście słynne Muzeum Guggenheima z rzeźbami na zewnątrz: charakterystycznym pająkiem „Mamá ” i szczeniaczkiem „Puppy” przyozdobionym całą masą przeróżnych kwiatów, które zmieniają się wraz z porą roku. Jest jeszcze fontanna na zmianę buchająca ogniem, lub tryskająca wodą. Całość zlokalizowana jest nad rzeką Nervion, wzdłuż ciągnącego się deptaku, który jest fajnym miejscem do wieczornego spaceru.











Z deptaku można wejść na most Zubizuri który stał się symbolem zmian rozpoczętych w XX wieku w Kraju Basków. Przeszklona kładka - podobno była powodem wielu kontuzji i złamań pieszych, którzy się nią przechadzali w deszczu… Teraz jest wyłożona dywanikiem, który raczej zasłania to, co w niej najciekawsze.



Stare Miasto (Casco Viejo) to kolejne miejsce do spaceru, tzw dzielnica Siete Calles czyli siedem ulic, bo tyle też ich się tu znajduje. Można przysiąść na głównym placu Plaza Nueva lub zrobić zakupy w największym krytym bazarze w Europie – la Ribera. Znajdziemy tu tanie tapas i pinxos.
Dla miłośników piłki nożnej gratką będzie odwiedzenie stadionu San Mamés, na którym odgrywa mecze drużyna Athletic Bilbao.



W miasteczku (dzielnicy) Portugalete znajduje się niesamowita i przedziwna konstrukcja, Most Biskajski (Puente de Vizkaya). To najstarszy most gondolowy świata, który łączy Portugalete z leżącym po drugiej stronie rzeki Getxo. Przejazd gondolą na drugą stronę kosztuje 0,40 euro, ale już spacer górą to wydatek 8 euro. Nie mniej stalowa konstrukcja przyciąga gapiów, bo rzeczywiście jest atrakcją jedyną w swoim rodzaju.





Czas spędzony w Kraju Basków szybko leci… Dużo zwiedzamy, jeździmy, chodzimy i podziwiamy. Rozkoszujemy się słońcem bo jest go o dziwo naprawdę bardzo dużo.
Zaczynamy od Geoparku czyli niezwykłego kawałka wybrzeża z formacjami skalnymi zwanymi osadami fliszowymi. Docieramy do restauracji/hotelu Errota Berri między miejscowością Deba i Zumaia. Tam zostawiamy samochód a resztę drogi pokonujemy pieszo. Kawałek przez las a kawałek po niezwykle zielonych wzgórzach.



Po 10 minutach naszym oczom ukazuje się widok jakiego nigdy dotąd nie widzieliśmy. Skały pokazują przeszło 60 milionów lat historii ziemi…





Geolodzy mają tu nie lada gratkę. Jest wytyczonych kilka szlaków pieszych tylko trzeba się zaopatrzyć w wygodne buty i dużo wody. Sporo stromych podejść ale widoki są tego warte…





Na plaży Sakoneta podziwiamy odciśnięte muszle w skałach i uciekające małe kraby. Ważne, by być tu podczas odpływu, bo w przeciwnym razie możemy zobaczyć tylko granatowe fale rozbijające się o skalną ścianę.





Opuszczamy te geologiczne cuda i udajemy się w stronę San Sebastian.
Donostia (po baskijsku) to popularny kurort dla bogatych. Słynie głównie z międzynarodowego festiwalu filmowego, który się tu odbywa oraz kuchni (największa liczba restauracji z gwiazdkami Michelina). Plaże też podobno są najpiękniejsze zwłaszcza Playa de la Concha i Playa de Ondarreta. Czytałam że to piękne miasto i absolutne „must see”, ale na przekór tym wszystkim opiniom my je oglądamy jedynie z najlepszego punktu widokowego czyli z Monte Igueldo. Wjeżdżamy na sam szczyt samochodem, a stamtąd już roztacza się piękny widok na bezkres oceanu z jednej strony i na San Sebastian z drugiej. U góry jest hotel, park rozrywki i wieża, która dawniej była latarnią morską. I to naprawdę nam wystarcza.







Wracając do Bilbao wybieramy drogę wzdłuż wybrzeża. Bardzo malowniczy fragment znajduje się między Zarautz i Zumaia.
Tym sposobem docieramy do kolejnego celu – Lekeitio. To urocze miasteczko które kiedyś było typową wioską rybacką. Dziś to niewielki kurort w którym odpoczywają głównie Hiszpanie i Francuzi. Zjadamy ogromną i pyszną porcję lodów i w jednej z knajpek w porcie podglądamy jak leniwie płynie tu czas. Jest bosko. Środek czerwca, słońce zachodzi o 22.00 a zupełnie ciemno robi się dopiero przed 23.00. Nigdzie nie musimy się śpieszyć…











Zamek Butron to bardzo oryginalna budowla, która swoim wyglądem przypomina raczej baśniowe zamki Bawarii niż fortyfikacje obronne Hiszpanii. Mimo że wnętrze nie jest udostępnione do zwiedzania to i tak warto przyjechać i pooglądać go na zewnątrz. Zamek był świadkiem krwawych konfliktów szlachty baskijskiej, w XIV w. należał do rodu Butron. Teraz jest majątkiem w prywatnych rękach, ale podobno w 2013 r. został wystawiony na sprzedaż za bagatela 10 milionów euro.





San Juan de Gaztelugatxe to wisienka na torcie. Ja po to właśnie przyjechałam do Baskonii żeby wejść po 230 krętych, kamiennych schodach, pod same drzwi kaplicy św. Jana Chrzciciela. :-) a tak na poważnie, to chyba jedyne po co się tu przyjeżdża, to rzecz jasna – widoki. Krajobraz zapiera dech w piersiach a fale rozbijające się o ściany mostu łączącego wybrzeże z wysepką przyprawiają o gęsią skórkę.







Gdyby do tego jeszcze dołożyć pochmurne niebo, mgłę dookoła i brak innych turystów to byłby to kadr wycięty prosto z jakiegoś filmu grozy ;-) Tymczasem jeśli chodzi o filmy… to miejsce powinno być znane amatorom serialu „Gry o tron”. Krętymi schodami kroczyła sama Daenerys Targaryen wracająca do twierdzy „Smocza Skała”.



Aaa i nie można oczywiście zapomnieć o tym, że jak już dotrze się pod drzwi kaplicy San Juan, należy trzykrotnie rozbujać dzwon. Wtedy podobno spełni się wypowiedziane życzenie.



Wspinaczka na Gaztelugatxe a potem powrót na parking totalnie pozbawiły nas energii. W miejscowości Bakio idziemy na suty obiad a potem czas na relaks na plaży.



Picos de Europa
Jakieś 200 km na zachód od Kraju Basków leżą Góry Kantabryjskie a w nich Park Narodowy Picos de Europa. Zmieniamy krajobraz – zamiast szerokich plaż i szumu oceanu teraz otaczają nas wspaniałe góry ze szczytami sięgającymi przeszło 2000 m n.p.m. Jesteśmy w Asturii.
Jeden z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych szlaków – Ruta del Cares to 24 km pięknych widoków i adrenaliny na dość wysokim poziomie.





Każdy miłośnik górskich wędrówek będzie zadowolony. Szlak to ścieżka wykuta w ścianie wąwozu usiana tunelami, która początkowo łączyła ze sobą miejscowość Poncebos z Cain i między innymi miała doprowadzać wodę z płynącej dołem rzeki Cares do Cain. Odcinek w jedną stronę to 12 km ale trzeba wrócić, bo niestety innej możliwości nie ma (chyba że nocleg ;-) ) Widoki są naprawdę pierwszorzędne. Z jednej strony stroma ściana, z drugiej przepaść i szumiący w dole strumyk, nad głową latające orły i inne ptaki drapieżne. A to wszystko w otoczeniu dwutysięczników. Taki krajobraz nie może się znudzić, nawet jeśli się pokonuje tę samą drogę 2 razy.

,















Po 6 godzinach marszu najlepiej smakuje cydr, a Asturia to królestwo tego trunku. Produkuje się go tu na potęgę i wszędzie go można zdobyć. I powiem szczerze, że naprawdę smakuje wybornie. Bardzo efektownie wygląda sposób nalewania cydru, otóż butelkę z trunkiem trzymamy w jednej ręce wysoko w górze (ponad głową), natomiast w drugiej – odpowiednio nachyloną dużą szklankę, do której wlewamy cydr. Spróbujcie nie wylać! ;-)





Obowiązkowym punktem na mapie Asturii jest Covadonga – sanktuarium maryjne, w którym wg legend oraz faktów historycznych, powstańcy z Asturii pod wodzą ich wizygockiego przywódcy Don Pelayo pokonali wojska Maurów. Dało to początek rekonkwiście ok. 722 r. Nie da się ukryć, że północna część kraju znacznie różni się od środkowej i południowej. Widać to m.in. w architekturze, np. tutejsze domy z kamienia, wyglądają niczym przeniesione z jakiejś średniowiecznej wsi. Nie ma żadnych wpływów Maurów, tak jak jest to widoczne chociażby w Andaluzji. A to wszystko dzięki temu, że nie udało im się zdobyć tego skrawka Półwyspu Iberyjskiego.
W Covadondze jest XIX wieczna neoromańska bazylika i „Święta Jaskinia” - kapliczka w skale, w której znajduje się figurka madonny La Santina oraz grobowiec dedykowany Don Pelayo i jego córce wraz z mężem.





Kilkanaście kilometrów od Covadongi, wysoko w górach, znajdują się dwa polodowcowe jeziorka. Miejsce to nazywa się Lagos de Covadonga i jest bardzo popularne wśród turystów. Z tego też powodu w sezonie nie można tu dojechać samochodem, ale za to co pół godziny kursują autobusy za 9 euro w dwie strony.
U góry czeka nas prawdziwa uczta dla oka. Jest wytyczonych kilka szlaków, którymi można do woli spacerować. Oprócz tego punkty widokowe, z których roztacza się widok na „szczyty Europy”.





Punktem docelowym są dwa jeziorka: Enol – położone na wysokości 1070 m n.p.m. i Ercina – na wysokości 1108 m n.p.m. Obydwa powstały przez wycofanie się lodowca. Przy tym drugim znajduje się knajpka, gdzie można zjeść przepyszne regionalne jedzenie za niewielkie pieniądze.







A propos kuchni asturyjskiej – tradycyjnym daniem jest fabada. To nic innego jak nasza fasolka po bretońsku tylko bardziej gęsta i z dodatkiem chorizo i ichniejszych przypraw. Miłośnicy serów pleśniowych będą się czuli tutaj jak w raju. Region Cabrales słynie z produkcji sera o tej samej nazwie. Ser dojrzewa sobie spokojnie w jaskiniach w górach i jest… najlepszy na świecie! Polecam przywieźć sobie zapas do domu – jak ktoś lubi.



Lagos de Covadonga to z całą pewnością bardzo malownicze miejsce. Niestety w sezonie może być tu tłoczno. Nie mniej dzień spędzony w takich okolicznościach przyrody na długo zapadnie w pamięci.
Opuszczamy przepiękny górski obszar Hiszpanii i wracamy nad ocean. Ale po drodze odwiedzamy jeszcze Cangas de Onis by zobaczyć słynny most nazywany rzymskim (Puente Romano), z zawieszonym pod nim krzyżem zwycięstwa widniejącym w herbie Księstwa Asturii.







Leniwa atmosfera miasta zachęca by zostać tam dłużej, my jednak jedziemy dalej. Ostatnie 3 dni spędzamy w miejscowości Ubiarco w Kantabrii. Okolica bardzo cicha i spokojna. Jest wręcz sielsko – anielsko. Przypomina mi się dzieciństwo i wakacje spędzane na wsi. W powietrzu unosi się zapach krów i zewsząd słychać ich muczenie :-) Widok z okna – wprost na ocean. Jest bosko. Tu można wypocząć.







Pogoda jednak zaczęła być trochę kapryśna i zamiast słońca ciężkie chmury zawisły nad głowami. Ale na plażowanie przyjdzie jeszcze czas. Teraz poznajemy kantabryjskie wybrzeże…

San Vicente de la Barquera
To jak dla mnie najładniejsze miasteczko tego regionu. Malownicze położenie nad rozlewiskiem i stare miasto urzekły mnie od pierwszej chwili. Mogłabym tu zamieszkać…
Samochód zostawiamy przy porcie i wąskimi uliczkami starego miasta docieramy do XIII wiecznego zamku Castillo del Rey. Z wieży można podziwiać panoramę okolicy ze szczytami Picos de Europa w tle. W linii prostej znajdują się zaledwie 20 km stąd. Dwa charakterystyczne mosty nad rzeką idealnie się wkomponowały w charakter i wygląd miasta. Jesteśmy tu podczas odpływu więc mamy dodatkową atrakcję – widać to, co za kilka godzin zaleje woda.













Comillas
Nie daleko San Vicente znajduje się kolejna perełka. Przybywamy do Comillas skuszeni przez słynnego Gaudiego. Ten kto oglądał jego dzieła w Barcelonie nie pogardzi tymi w Comillas. Zwłaszcza, że dom El Capricho został zbudowany zanim Gaudi zdobył tak ogromną popularność. Zaprojektowano go w 1883 r. dla kantabryjskiego bogacza Maximo Diaz de Quijano, który jednak nie nacieszył się nim długo, bo w kilka miesięcy od ukończenia prac budowlanych zmarł. Następnie dom przejęła jego siostra. Ta z kolei go opuściła gdy w Hiszpanii rozpoczęła się wojna domowa. Przez wiele długich lat willa stała pusta. W latach 80`-90` otwarto tu restaurację “El Capricho de Gaudi” ale i ta nie przetrwała kryzysu ekonomicznego. Teraz jest tu muzeum i tak już chyba pozostanie. Całość jest udostępniona do zwiedzania a bilet kosztuje 5 euro.











Santillana del Mar
Przekraczając mury Santillany del Mar przenosimy się w czasie. Nagle znajdujemy się w średniowiecznym mieście z brukowanymi ulicami i kamiennymi domami. Panujący tu klimat zmusza do zwolnienia tempa. Spacerując główną uliczką docieramy do Kolegiaty św. Juliany – XII wiecznego najważniejszego zabytku.



W kościele znajdują się szczątki św. Juliany przechowywane w specjalnym sarkofagu. Warto jednak zejść z głównej drogi i w zaciszu pooglądać fasady domów, które pełne są kwiatów i pięknie rzeźbionych herbów rodowych.















Ciekawostką jest fakt, że w tak uroczym miasteczku ceny noclegów są jedne z najniższych w okolicy. Zapadło mi to w pamięć szukając bazy noclegowej w tym rejonie.

Santander
Stolica Kantabrii i zarazem największe miasto w regionie. Wpadliśmy tu zaledwie „na chwilę”. Przeszliśmy dookoła półwysep Magdaleny, a że w końcu pojawił się błękit na niebie i wyszło słońce to jedziemy trochę poplażować.









Całe wybrzeże usiane jest niezliczoną ilością plaż: dużych, małych, piaszczystych, kamienistych, skalistych, szerokich - publicznych jak i małych cichych zatoczek, w których będziemy tylko my i szum fal. Każdy tu znajdzie coś dla siebie. My akurat mieszkamy przy niewielkiej Playa Santa Justa, za to bardzo malowniczo położonej, z kaplicą Santa Justa w skale.







5 km dalej, w miejscowości Suances są dwie przepiękne plaże: Playa de Los Locos



i Playa de la Concha



Ta pierwsza typowo dla surferów bo warunki panują tu idealne, druga z kolei z pełną infrastrukturą – dla wszystkich.
Bardzo ciekawą jest Playa de la Arnia z miękkim piaskiem i turkusową wodą. No i widoczki oczywiście 10/10.








Playa de Cerrias

To był tydzień pełen wrażeń, pozytywnych emocji i przepięknych widoków. Pomimo tego, że przejechaliśmy przeszło 1000 km, codziennie byliśmy w innym miejscu i zawsze się coś działo, to naprawdę wypoczęłam. Poznałam drugie oblicze Hiszpanii, które bardzo mi się spodobało. Nie ma tu tłumu turystów, ciężko się nawet po angielsku dogadać! Dobrze znać chociaż podstawy hiszpańskiego w przeciwnym wypadku zostaje google translator ;-) Fajne jest to, że w ciągu dnia można chodzić dość intensywnie po górach, a popołudniu już wypoczywać na plaży nad oceanem.
Widok rozbijających się fal oglądanych z zielonego wzgórza uzależnia. Jeśli nie wierzycie to sami się przekonajcie ;-)
Poniżej link do mapy z trasą jaką zrobiliśmy w ciągu 7 dni.
https://www.google.pl/maps/@43.3203346,-4.247155,8z/data=!3m1!4b1!4m2!6m1!1s17OEBUjdiSKsiD-A0taYmUBXTRAraRRed

A najciekawsze momenty zostały uwiecznione w filmie...
https://youtu.be/jJBhbxAPQAA

Dodaj Komentarz