0
adamek 10 sierpnia 2019 17:36


Paryskie katakumby pojawiły się w mojej głowie po raz pierwszy parę lat temu, kiedy siedziałem ze Sławkiem przy piwie w Południku Zero. Spotkaliśmy się, kiedy potrzebował wskazówek przed wyjazdem na Spitsbergen. W rewanżu opowiedział mi kilka niesamowitych historii ze swoich podróży, w tym o nielegalnej eksploracji katakumb w Paryżu. Ponad 300 km podziemnego labiryntu pod jednym z najpiękniejszych miast świata. Na nielegalu, bo poza zorganizowaną wycieczką w wyznaczoną strefę, nie wolno tam wchodzić. Zabawa w ciuciubabkę z paryską policją. Kości, murale, do tego ta niesamowita tajemniczość, ekskluzywność całego przedsięwzięcia. Nie da się tam tak po prostu pojechać. Trzeba znać kogoś, kto zna kogoś, kto wie gdzie jest aktualnie wejście do katakumb. To się cały czas zmienia. Kiedy policja odkryje jakieś wejście, momentalnie je plombuje – muruje lub spawa. Po jakimś czasie pojawiają się katafile – społeczność, która eksploruje katakumby – i otwierają nowe wejście. Oczywiście nie ogłaszają tego wszem i wobec. Wie o tym garstka ludzi. - A gdyby tak kiedyś zwiedzić Paryż po tej drugiej stronie? - pomyślałem. Kiedy Sławek zaproponował mi udział w kolejnej wyprawie, od razu się zgodziłem, ale nie robiłem sobie zbytnich nadziei, że mnie w końcu weźmie... Bo niby dlaczego?



Po dwóch latach, znowu spotkałem się ze Sławkiem. Tym razem to ja prosiłem go o wskazówki przed wyjazdem na Grenlandię. Wspomniałem o katakumbach, a on od razu rzucił – Jedziemy w kwietniu! Pakuj się i dawaj z nami – w zasadzie nie musiałem się długo zastanawiać. Parę dni później miałem już listę na wyjazd, którą skrupulatnie kompletowałem: wodery OP 1, worek US Army, karimata Bundeswehry, rękawice ochronne itd. Z każdym dniem, który zbliżał mnie do katakumb czułem coraz większą ekscytację, ale i jakiś niepokój, może raczej niepewność. To coś zupełnie nowego. Wyjście daleko poza strefę komfortu. Perspektywa spędzenia dwóch dni w ciemnych kanałach była czymś tak obcym i niewyobrażalnym, że nawet nie wiedziałem co o tym myśleć. To faktycznie coś niestandardowego. Przez chwilę nie miałem natomiast zmartwień typu: a co jak nam się strop zawali na głowę - przecież to jakieś stare podziemia... - albo – a co jak się zgubimy? - liczyła się tylko przygoda! To chyba znak, że nie jestem jeszcze taki stary.

Skąd w ogóle wzięły się pod Paryżem katakumby? Skąd blisko 300 km tuneli, tworzących ogromny labirynt? To ewenement na skalę światową. Niepowtarzalny, nie do znalezienia nigdzie indziej. Pierwsze tunele pojawiły się w czasach rzymskich, kiedy Paryż był jeszcze Lutecką. Wtedy to, na obrzeżach miasta wydobywano wapień, z którego budowano miasto. Kiedy surowiec się skończył, kopalnie opuszczono i o niej zapomniano. Tymczasem miasto się rozrosło na tereny ponad kopalnią. Problem pojawił się dopiero w XVIII wieku, kiedy na powierzchni stawiano coraz więcej, wyższych – i cięższych - domów. W 1774 roku zawalił się cały kwartał ulic. Wtedy przypomniano sobie o katakumbach. Sprawa była poważna, więc powstała specjalna jednostka odpowiedzialna za zmapowanie podziemi. Rozpoczął się projekt wzmacniania podziemi tak aby utrzymały domy i ulice ponad nimi. Przy okazji powstały kolejne korytarze i sale. Kilka lat później pod ciężarem ludzkich szczątków zapadł się strop pod jednym z budynków cmentarza gdzie trzymano ludzkie kości. Wymyślono, że w katakumbach stworzone zostaną ossuaria, do których zrzucone zostaną kości z przepełnionych miejskich cmentarzy. W ten sposób katakumby wypełniły szczątki 6 mln ludzi, żyjących od czasów Merowingów aż po Rewolucję Francuską.

Przez wiele lat katakumby były zapomniane. Dopiero w XIX wieku, stopniowo pojawiało się tu coraz więcej "odwiedzających". Powstawały tu nawet bary. Od 1955 roku dostęp do katakumb bez oficjalne eskorty jest nielegalny - ze względów bezpieczeństwa. Wszędzie są ostre pręty, resztki kabli, rury, zalane korytarze. Legalnie można odwiedzić tylko oficjalną część Les Catacombes de Paris – po zapłaceniu 18 Euro, można przejść ok. 1 km z prawie 300 km korytarzy, z przewodnikiem, po oświetlonych salach i obejrzeć poukładane czaszki. Resztę katakumb patroluje specjalna policja. Jeżeli złapią, dają mandat. Po całym Paryżu rozsiane są tajne wejścia – do katakumb można się dostać kanałami, metrem i niektórymi włazami. Niektórzy mają nawet klucze oficjalnych wejść. Ci ludzie to katafile - nielegalnie wchodzą do podziemi, zazwyczaj na jeden dzień lub noc. Fotografują, odkrywają, tworzą mapy, potajemnie się spotykają, organizują imprezy, piją, palą hasz, nurkują w podziemnych studniach robią niesamowite murale tworzą nowe sale przy pomocy łopaty lub kopią tzw. chatières, czyli bardzo wąskie tunele, przez które można się tylko czołgać. To wystarczająco dużo powodów, żeby tu być.



Paryż przemyka nam za oknami kolejki. W zatłoczonym wagonie siedzimy ze Sławkiem i Olem nad wielką mapą katakumb znalezioną gdzieś w Internecie. Wszyscy oczy jak pięciozłotówki. Jesteśmy już tak blisko! Nic nie jest jednak pewne. Sławek dowiedział się od znajomych katafili gdzieś na forum, że jest jedno wejście, ale wskazówki są dość generyczne. Tymczasem analizujemy mapę podziemi. Wszystko wydaje się proste – przecież jest mapa – to chyba wiadomo jak iść. Sławek tłumaczy, że owszem, jest mapa, tyle, że pod ziemią nie ma żadnych punktów orientacyjnych. Jest po prostu ciemno. Nie ma budynków drzew. Są tylko korytarze. Chyba to do mnie jeszcze nie przemawia. Dlatego mamy mapę i kompas. Bez tego można się tam błąkać nawet kilka dni. Dalej jedziemy metrem. Widzę jak chłopaki są coraz bardziej podekscytowani. Czują już zapach kanałów. Też to czuję – jakaś taka piwniczna stęchlizna i wapienna woda. W końcu wysiadamy gdzieś w nastej dzielnicy. Olo kupuje w małym sklepiku Gitanesy – na co dzień nie palę, ale w katakumbach zawsze muszę mieć paczkę Gitanesów! – Nie dziwi mnie to. W końcu to gość, który dla frajdy czołga się po paryskich kanałach.





W wyznaczonym miejscu dyskretnie węszymy. W sumie wyglądamy jak nieudolni złodzieje próbujący ukraść jakiś samochód. Kiedy gramolimy się przez jakiś mur, podbiega do nas podekscytowany nastolatek, który przechodził ze swoim dziadkiem. Na migi pokazuje, że wie dokąd idziemy – utwierdza nas w przekonaniu, że dobrze trafiliśmy – coś tam mówi łamaną francuszczyzno-angielszczyzną, że przejście na tamtą stronę jest tam i po prawej. Czyli też tam łazi... To jak jakieś tajne stowarzyszenie. Jak w Fight Club. Ludzie, żyjący tutaj, są też częścią tamtego świata. Są wszędzie – w sklepie, za kierownicą autobusu, w szkole. Przeskakujemy płot, potem jakieś schody i lądujemy gdzieś przy opuszczonych torach starej kolejki La Petite Ceinture. Mieliśmy schodzić wczoraj w nocy, ale przez spóźniony samolot jesteśmy rano, więc musimy uważać na ochronę kolei, która kręci się po okolicy. Idziemy wzdłuż ścian pokrytych muralami, mijamy ludzi, którzy w spokoju siedzą sobie i malują kolejne obrazy.





Chodzimy przy ścianach szukając wyjścia. W którymś tunelu z kolei nareszcie jest! Niepozorna mała dziura w ścianie, której bym nawet nie zauważył. Chłopaki z podnieceniem krzyczą – to tu! - A więc zaczyna się! Jeszcze tylko chwila, symboliczne piwo, dla niektórych symboliczny Gitanes. Wszystko zapakowane, czołówki na głowach, rękawice na rękach... OK, zróbmy to. Gramolimy się przez małą dziurę, czołgam się, potem w kucki, na kolanach. Jakieś miękkie błoto, woda, znowu błoto. Pod kolanami czuje twardą powierzchnię kamienia i małe otoczaki wrzynające się bezlitośnie w nogę. Wtedy dochodzi do mnie, że komfortowo to naprawdę nie będzie. Przez pierwsze kilkanaście metrów nie da się wyprostować. Woda okazuje się sięgać po kostki, od razu trzeba zakładać wodery. Brodząc w błocie. Wszystko zaczyna być upaćkane, ale sprawia mi to przyjemność.



I ten zapach! To coś w powietrzu. Gęste wilgotne powietrze. Zapach piwnicy, wilgotnej wapiennej skały, mokrego piasku. Zapach ciemności i zapomnienia. Zapach, którego nie uświadczysz na górze. Jest jak perfumy, pomieszane nuty różnych miejsc, ale tworzący coś zupełnie innego, nowego. Zapach tego drugiego Paryża. Kiedy docieramy do głównego korytarza, możemy się nieco rozprostować. Przysiadamy. Chłopaki gaszą światło. Wszyscy milkniemy. Czuję się jak w jakimś innym świecie. Ciemność całkowita. Onieśmielająca, obezwładniająca. Nie wiem nawet czy mam otwarte czy zamknięte oczy. I cisza. Czuję jakby oplatała mnie gęsta cisza. Owijała mnie miękkim całunem i tłumiła wszystko dookoła. Pierwszy raz nie słyszę nic. Co chwila tylko rozdziera ją cichy oddech któregoś z nas lub metaliczny dźwięk kropli kapiących gdzieś z mokrego sklepienia. Cały czas czuję się nieswojo z tym poczuciem nowości. Ta ciemność i cisza, ten cały nowy wymiar to coś co sprawia, że nie wiem jak się zachować.



Ruszamy główną aleją, pomiędzy wilgotnymi ścianami pomazanymi sprejem. Wygląda to jak jakieś brudne squaty, tyle, że nie ma tu aż tylu śmieci. Katafile bardzo dbają o to aby na dole nie było syfu. Oczywiście zdarzają się tacy, którzy śmiecą, ale generalnie największym problem jest błoto. Mijamy jakiś miejski rower, który ktoś zaciągnął z góry i tutaj porzucił. To akurat słabe. Rozumiem alternatywny sposób spędzania czasu, uciekanie od tego tam na górze, ale to jest zwykły bezsensowny wandalizm. Rower się tu przyjął i staje się częścią tego miejsca. Powoli zaczyna obrastać błotno-wapiennym nalotem i zamienia się w rzeźbę. Na ścianach przymocowane są tabliczki z nazwami ulic, które są kilkanaście metrów nad nami. Niestety nie ułatwia to nawigacji, cały czas chodzimy z kompasem i mapą. Widzę, że chłopaki się rozgrzewają jeżeli chodzi o orientację. Dobrze że znajdujemy się w najłatwiejszej, południowej części katakumb. Próbuję się orientować, ale idzie mi słabo, więc zdaję się na Sławka i Ola.





Odbijamy z głównej alei i ruszamy małymi, niskimi korytarzami w kierunku Salle du Belier. To pierwsza sala do jakiej docieramy w katakumbach. Jedna z wielu jakie katafile zrobili własnymi rękami. Wykute w ścianach półki, stoły i miejsca do leżenia. Do tego rzeźby. Przedziwne, makabryczne, przerażające i zachwycające zarazem. Od samego patrzenia przechodzi dreszcz. Z mroku wyłaniają się twarze wykrzywione grymasem, głowy kozła, muszle, jakieś dziwaczne stwory. Rozsiadamy się pomiędzy patrzącymi na nas rzeźbami, pod kobietą wykonaną z mistrzowską precyzją, z każdym najmniejszym anatomicznym detalem. Dookoła porozrzucane różne dziwaczne przedmioty – ludzkie kości, zabawkowe samolociki, jakieś maskotki, lalki. Gasimy światło i znowu dajemy się otulić całkowitej ciemności, tej gęstej, lepkiej ciszy. Czuję jak chłopakom sprawia to radochę. Zaczynam rozumieć co jest w tym kanałach. Coś, na co czeka się z niecierpliwością latami. Oni są tu już piąty raz. Dla nich to święto. Rytuał. Tak bardzo się cieszę, że pozwolili mi być jego częścią. To tak jakby ktoś zaprosił mnie do swojego domu, odkrył jakiś swój sekret uchylił rąbka swojego życia. Katakumby to intymna sfera życia.





Ruszamy dalej korytarzami. Coraz częściej pojawiają się osuwiska, jakieś pęknięcia. Wygląda to trochę przerażająco, ale pocieszam się, że nic się przecież nie stanie. Większość bocznych korytarzy jest odcięta. Widać, że katafile kopią, drążą, próbują odkrywać i przebijać się do innych komnat. Docieramy do końca korytarz. Przed nami Le Viandox – ossuarium. To tu 250 lat temu zrzucano kości z cmentarzy całego Paryża. Szczątki ludzkie walają się po podłodze jak patyki w lesie. Muszę uważać, żeby ich nie deptać. Czasami się nie da. Kiedy zahaczam o nie butem, rozlega się przerażający pusty dźwięk. Ni to chrzęst ni to odgłos bambusowych dzwonków na wietrze. Dociera do mnie, że to mój pierwszy kontakt ze szczątkami ludzkimi. Zaskakująco, nie robi to na mnie wrażenia. Jest ich tyle, że trudno o jakiś strach. Przez ilość i wszechobecność momentalnie powszednieją. Jakby były odczłowieczone. Jakby to był normalny element wystroju katakumb. Jak bambetle w piwnicy, jak książki w bibliotece. Tyle, że to nie weki a zmurszałe kości piszczelowe, strzałkowe, kawałki miednic i czaszek mieszkańców Paryża. Anonimowe, niekompletne, zniszczone. Odruchowo wykrztuszam z siebie – pardon – przepraszam ich za naruszenie ich spokoju, mimo, że 250 lat temu ktoś ich i tak wykopał z grobu i zrzucił tu jak jakieś śmieci... robię to po francusku, tak, żeby mnie zrozumieli.





Ruszamy na północ główną arterią katakumb Avenue du General Leclerc. Wilgotne ściany są w większości posprejowane. Wygląda to na zdemolowane, ale to pewnie każda grupa katafili oznacza swoje terytorium, szlaki, trasy. Znaki, których nie potrafimy odczytać. Język ludzi katakumb. Odbijamy w kolejną plątaninę korytarzy. Cisza, którą rozrywają tylko nasze kroki pluskające o wodę i chlupot błota, nagle zostaje brutalnie zagłuszona. Gdzieś z daleka słychać przytłumione odgłosy miasta. Przechodzimy obok studni kanału. Kilkanaście metrów nad nami, widać w oddali światło dzienne – coś czego nie widzieliśmy od dawna – i słychać odgłosy miasta. Szum, samochody, kroki ludzi na metalowej klapie kanału, nawet głosy. Inny świat, który nas nie ciągnie. Nie teraz. Wracamy w mrok katakumb Paryża.











Chłopaki rozpoznają znajome miejsca. Wchodzimy do Salle du Chateau – komnaty zamkiem z wyrzeźbionym z wapienia. Wygląda jak gigantyczny zamek z piasku, w który powtykane są różne makabryczne, ubrudzone zabawki. Jakiś maskotka-pingwin, figurka He Mana. Dookoła pełno miniaturowych figurek przedstawiających od postaci z Królika Bugsa aż po buddyjskich mnichów. Zostawiamy worki i chodzimy po kolejnych salach. Chłopaki pokazują mi Salle des Fleurs – komnatę, w której dla zabawy katafile zrobili ogród z plastikowych kwiatów. Jest też konewka, można się więc bawić w podlewanie. Każda kolejna komnata jest jakoś bardziej groteskowa. Te wszystkie maskotki, które normalnie są czymś niewinnym, tutaj – w ciemnym labiryncie - wszystkie zamieniają się w laleczki Chucky. Nawet Kłapouchy z Kubusia Puchatka, pochylony nad sflaczałą sex-lalką na starym popalonym materacu jakoś przestaje być tym samym gnuśnym osiołkiem. Sztuka przez duże S. Powiedzieć, że tu jest dziwnie, to nic nie powiedzieć. Kompletna abstrakcja. Na granicy jakiejś dziwnej sztuki, ale też obleśności i perwersji.









Wyraźnie wkraczamy na obszar dużej aktywności katafili. Do tej pory poruszaliśmy się po nieco zapomnianych i mniej uczęszczanych południowych obrzeżach katakumb. Na ścianach pojawia się coraz więcej murali, na ziemi coraz więcej śladów po imprezach – niedopałków, puszek po piwie, butelek po winie i śmieci. Długie proste korytarze zastępuje tu labirynt połączonych ze sobą komnat. Docieramy do La Plage – głównej imprezowni paryskich katakumb. To chyba największe pomieszczenie w podziemiach. Poprzecinane ścianami i kolumnami, wydaje się, że to jeden wielki labirynt. Jedyny sposób na orientację to zapamiętanie coraz bardziej surrealistycznych murali. Na szczęście nikogo tu jeszcze nie ma. Chłopaki mówią, że to dziwne, bo tu zawsze jest dużo ludzi, a w sumie już powinni się zbierać, bo jest już prawie 20:00. Faktycznie, przez to, że jesteśmy pod ziemią kompletnie straciłem poczucie czasu. Bo i co miałoby mi przypominać o lecących godzinach? Światło, którego nie ma? Rytm życia, który tutaj nie istnieje, bo tu przecież nie ma życia? Tutaj czas nie leci.









Rozsiadamy się przy "barku" pod muralową swobodą interpretacją Wielkiej fali w Kanagawie Hokusaia, Olo odpala kolejnego Gitanesa, bierzemy po łyku słodkiej, palącej nalewki i chłoniemy przestrzeń. Gasimy czołówki. Znowu ta wszechogarniająca ciemność, w której żar Gitanesa. Dym miesza się z gęstym wilgotnym powietrzem katakumb. I znowu ta cisza. Słychać tylko delikatny szelest spalanego tytoniu, trzask stawów i nalewkę spływającą szybko przełykiem. Siedzimy tak po prostu milcząc. Mijają minuty. Albo i nie. Nie wiem, trudno mi nawet liczyć. Zresztą czas się tu nie liczy. Jesteśmy poza czasem. Poza przestrzenią. W kompletnej ciemności. Kompletnej ciszy. Takiej, która aż rozrywa uszy. Tak nienaturalnej, że zmysły zaczynają wariować. Chwilami ogarnia mnie coś w rodzaju paniki. To to coś nieznanego. Bodźce, których dotąd nie zaznałem, o których istnieniu nie miałem pojęcia. To jakieś piękno, którego nie widać, a które tylko się czuje. Odcięcie od wszystkiego i wszystkich. Niebyt, nieczas. Jest tak ciemno i tak cicho, że czuję jakbym w ogóle nie miał ciała. Tak właśnie wyobrażam sobie czystą duchowość.













To już któryś raz tutaj na dole. W końcu zapalamy czołówki i kręcimy się po labiryncie. Zachwycam się kolejnymi muralami. Zaskakuje mnie ich ulotność. Ze względu na wysoką wilgotność farba nigdy nie schnie, wystarczy więc dotknąć ściany aby rozmazać malowidło. To nadaje im jeszcze większej wartości. Ta ich przemijalność, ulotność. Chłopaki mówią, że większości murali nie było tu 4 lata temu, kiedy byli tu ostatnim razem. Były inne. I tak tu jest. Sławek szuka przejścia do sąsiednich komnat – to wszystko labirynt, trudno znaleźć jakąkolwiek drogę – nie pociesza mnie. Kiedy pytam czy wiedzą jak się poruszać, Olo kręci głową i odpowiada – no w końcu przecież musimy znaleźć wyjście – w sumie nie wiem czy chcą mnie tylko nastraszyć, czy naprawdę nie wiedzą, ale nie interesuje mnie to. Liczy się tylko przygoda. Po jakimś czasie Sławek rozradowany wraca i mówi, że znalazł drogę do La Cellier. Ruszamy za nim, przeciskamy się przez jakiś la chatiere i wychodzimy w... sali kinowej. To tu w 2004 roku policja odkryła sprzęt kinowy. Katafile urządzili tu sobie kino. Kolejne murale przypominają plakaty filmowe: Edward Nożycoręki, Człowiek z blizną, James Bond, Leon Zawodowiec. Abstrakcja i piękno! Chodzę od ściany do ściany i nie mogę się nacieszyć tym co widzę.





Po jakimś czasie przeciskamy się przez dziurę i ruszamy korytarzami. Sławek dłuższy czas w ciszy studiuje mapę, składa ją, chowa do kieszeni, po czym mówi, żeby zgasić czołówki. - idziemy po ciemku – rzuca i wyłącza światło. To samo robi Olo. Czuję, jak uginają się pode mną nogi, ale to robię. Kompletna ciemność, dotyk zimnej mokrej ściany, na przemian mlaskanie gęstego błota i krystaliczny plusk wody pod stopami. Wyłączenie wzroku i skupienie się na dotyk. Od tej pory to ściany nas prowadzą. Chłopaki puszczają muzykę z telefonu, która brutalnie rozdziera ciemność. Na początku bolą mnie uszy, ale szybko wczuwam się w klimat. Na przemian lecą abstrakcyjne kawałki Robodromu i Maleńczuk śpiewający "Żniwną dziewczynę" Młynarskiego. Kiedy trochę panikuję i dla spokoju odpalam czerwone światło w czołówce, Sławek dalej prowadzi nas z zamkniętymi oczami wodząc ręką po wilgotnych ścianach korytarzy. Docieramy do ślepego zaułka z małą wąską la chatiere. Olo przeciska się przez nią dla sportu. Ląduje w niskim korytarzu zalanym wodą. Brodzi w wodzie i błocie, wie, że to nie tu, robi to dla czystej przyjemności brodzenia. Ubrudzenia się, wytarzania. Rozumiem to. Jest w tym coś pierwotnego i prawdziwego. Prosto z codziennego życia, z czystego biura, z linearnej codzienności, zejść tu i zwyczajnie wytaplać się w błocie.







Wracamy i dalej podążamy za Sławkiem, który z zamkniętymi, oczami idzie z ręką przyklejoną do ściany. W końcu docieramy do skrzyżowania, przy którym leży kamienna tablica z łacińskimi napisami. Przeczytaj je instruuje Sławek. Kieruję czołówkę na tablicę i zaczynam czytać – ossa arida... - i przechodzą mnie ciarki. Milknę a uradowany Sławek rzuca – jesteśmy! - otwiera oczy i podchodzi do tablicy. Zaczyna czytać od nowa: ossa arida audite verbum Domini, intromittam in vos spiritum et vivetis et dabo super vos nervos et succrescere faciam super vos carnes et superextendam in vobis cutem et dabo vobis spiritum et vivetis et scietis quia ego Dominus. Powtarza kilka razy a ja z trudem próbuję tłumaczyć z łaciny fragmenty księgi Ezechiela: Wyschłe kości, słuchajcie słowa Pana! Chcę was otoczyć ścięgnami i sprawić, byście obrosły ciałem, i przybrać was w skórę, i dać wam ducha po to, abyście ożyły i poznały, że Ja jestem Pan. Nieustające ciarki przechodzą mnie za każdym razem kiedy słyszę go recytującego fragment o suchych kościach powstających z martwych. Jego głos rozdziera ciszę jak dzwon. Do nozdrzy poprzez gęste, wilgotne powietrze wdziera się ostry dym Gitanesów. Dookoła absolutna ciemność, otchłań, którą przecina tylko blade światło czołówki padające na kamienną tablicę. Jeden z najdziwniejszych i najbardziej emocjonujących momentów w życiu.









Zaraz za tablicą ossa arida, trafiamy na komnatę La Boutique z psychodelicznymi mozaikami i jakąś absolutnie przerażającą maskotką. Miejsce, w którym nikt nigdy nie chciałby być sam. Niezależnie czy kiedykolwiek oglądał horrory, czy nie. Ruszamy korytarzem na zachód. Sławek cały czas z zamkniętymi oczami. Mówi, żeby szukać po prawej stronie w ścianie luźno ułożonych kamieni. To sekretna komnata, której nie ma na mapie, ale o której wszyscy wiedzą. Tam mamy nocować. To dobry pomysł, bo jest już grubo po 22:00 a my na nogach od samego rana. Faktycznie trafiamy na luźno ułożone kamienie. Taka dziura w ścianie wyłożona murkiem z kamieni. Czołgamy się do niewielkiej komnaty ze stołem, ławkami do spania i żyrandolem i świecznikiem zespawanymi z... łyżek do zupy. Właśnie tak wyobrażałem sobie krypty grobowe (może z wyjątkiem tych łyżek). Rozpalamy świeczki, rozsiadamy się na kamiennych ławach i znowu siedzimy, słuchamy ciszy, rozkoszujemy się przedziwnym gęstym powietrzem. Kiedy ściągam buty, widzę, że moje przemoczone skarpety parują. Przez niesamowitą wilgotność, wszystko paruje. Mimo że jest dość ciepło, oddech paruje jakby każdy z nas wydmuchiwał kłęby dymu. Gadamy, popijamy, aż w końcu powoli zasypiamy.

Drugi dzień przygody w katakumbach na mojej stronie - wygyglajcie "przepodroze"

Nie próbujcie tego w domu. To nielegalne.

Dodaj Komentarz