0
watsky 11 sierpnia 2019 13:38
Wyjaśnienie: Podróżujemy w 4 osoby. 2 mężczyzn i 2 kobiety. Dla łatwiejszego opowiedzenia historii ich pseudonimy to M(ja), Mt (mój druh), A, J.
23 dni w Kazachstanie, Kirgistanie, Uzbekistanie i 10 w Europie.


Część I- Ukraina, Kazachstan

Rozdział I

28 czerwca wczesnym rankiem udajemy się Wizzairem z Krakowa do Kijowa. Dla 3 osób z 4 jest to pierwsze zetknięcie (lub oderwanie) z transportem powietrznym. Koszt biletu ok 90 zł + 40 zł na osobę za 32kg bagażu rejestrowanego na całą grupę. Lot mija całkiem przyjemnie, jednakże dla mnie i mojego druha samoloty już raczej nigdy nie będą ulubionym środkiem transportu. Nie polubiliśmy się z nimi. Po wylądowaniu i wybraniu pieniędzy z revoluta, udajemy się Yandexem do zamówionego na Airbnb mieszkania. Właścicielką jest A


merykanka mieszkająca w Kijowie i bez problemu pozwala nam wymeldować się dopiero 1 lipca o 16, co jest dla nas zbawienne gdyż samolot mamy o 19 z hakiem. Za noc na 1 osobę wychodzi ok. 25zł i zważając na standard i lokalizacje (1.5km od Majdanu), jest to cena więcej niż zadowalająca. Na stolicę Ukrainy mieliśmy przeznaczone aż 4 dni, co samo w sobie jest sporą ilością czasu, na dodatek męska część grupy była już w Kijowie 2 lata temu. Postanowiliśmy jednak odświeżyć sobie pamięć, a przy okazji pokazać dziewczynom miasto. Udaliśmy się też w kilka nowych miejsc ale o tym za chwilę.

Kijowa jako takiego bardziej opisywać nie będę, gdyż na forum jest multum relacji i informacji z tego miasta. Na przestrzeni 4 dni odwiedziliśmy: Majdan,
Matkę Ojczyznę wraz z muzeum ( A i Mt weszli na sam pomnik, na tarczę, za ok 300 hrywien na osobę), Ławrę Peczerską, Łuk Przyjaźni, ZOO (niezbyt imponujące ale buduje się nowa część i w niedalekiej przyszłości może być znacznie lepiej), budynek hotelu Salute, Funikular, plaże nad Dnieprem i wiele, wiele pomniejszych miejsc. Z opcji jedzeniowych polecam Family House w muzułmańskiej dzielnicy Kijowa, ok kilometr od ZOO (świetny falafel, porcje ogromne) i restaurację Mitla obok Majdanu. Z barów, znaleźliśmy całkiem przyjemny pub zaraz obok Majdanu. ПАБ "Пивна на Майдані". Po mieście poruszaliśmy się w zdecydowanej większości Boltem lub Yandexem, parę razy metrem. Cały spokój pobytu, w dniu wylotu, zmącił telefon z wypożyczalni Vladex w Ałmatach, w której mieliśmy zamówionego Dustera 4x4, o 7 rano na lotnisku. Okazało się, że samochód jest zepsuty i może być podstawiony dopiero dzień później, niechętnie ale przystaliśmy na tę propozycję. (jak się później okazało nie był to jedyny problem). Po tych kilku niezbyt intensywnych dniach udaliśmy się na lotnisko Boryspol skąd mieliśmy lot do Ałmaty linią Ukrainian airlines. Niestety Mt musiał nas opuścić w nocy z 30 czerwca na 1 lipca, powróci on jednak do nas w dalszej części podróży.

Lot przebiegł całkiem spokojnie, jednak ilość miejsca nie pozwoliła mi na sen, całe szczęście na pokładzie dostaje się posiłek co trochę zrekompensowało niewygodę. Na lotnisku kupiliśmy kartę sim, wyciągnęliśmy pieniądze z revoluta i Yandexem udaliśmy się do pokoju ( w końcu była 4 rano). Na szybko zarezerwowaliśmy nocleg w Academic Apartments (75zł za 3os w pokoju 3 osobowym). Standard niezbyt wygórowany ale ujdzie. Pobudka nastąpiła koło południa i udaliśmy się do restauracji Navat na śniadanie/obiad. Bardzo smaczne i solidne porcje. W planie mieliśmy przeznaczyć ten dzień na zwiedzanie ale najpierw chcieliśmy wymienić dolary w banku na Tenge. Stojąc w kolejce zdarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał nawet w najgorszych snach. Zadzwonił Pan z Vladexa, że samochód owszem będzie, ale dnia następnego wieczorem. Po długich rozmowach stwierdziliśmy, że nam to nie odpowiada i że chcemy kontakt do jakiejkolwiek innej wypożyczalni, która ma dostępny samochód na już. Niestety oferta nie była korzystna, 94$ za dzień, przy niecałych 55$ we Vladexie, robi różnicę

Nie wiedząc co począć udaliśmy się do pierwszej lepszej knajpy żeby usiąść i pomyśleć. Traf chciał, że był to Craft bar. Składając zamówienie, okazało się, że kelner mówi po polsku i pracował w Krakowie. Bardzo się zaangażował w pomoc w poszukiwaniu samochodu. Niestety albo nigdzie ich nie było, albo nie dało się wyjechać poza Ałmaty, albo nie były dostępne dla obcokrajowców. Wtedy zdarzyła się kolejna dziwna rzecz, słysząc o naszych problemach przyszedł do nas właściciel, który okazał się Polakiem. Mieszka tam kilka lat, ma restaurację i uczy krav magi. Opowiedział nam, że to tutejszy standard i trzeba się przyzwyczaić, a na dodatek obwiózł nas po najważniejszych atrakcjach miasta (Wielkie Jezioro Ałmatyńskie, Kak Tobe, Zielony bazar itd.). Ałmata całkiem przypadła nam do gustu, miasto jest zadbane i bardzo przyjemne. Widok gór dookoła jest wspaniały, chociaż smog mają porównywalny lub większy niż w Krakowie. Wszystko ułożyło się bardzo dobrze, jednakże nadal nie mieliśmy samochodu na następny dzień. Jedząc kolację w Craft barze ( podobno najlepsze hamburgery w Azji Centralnej, potwierdzamy, może być to prawdą, ceny krakowskie) stwierdziliśmy, że przebolejemy 94$ na dzień (potem się okazało, że za opłatę gotówką dostaje się 10% zniżki) i pojedziemy. Zapytaliśmy naszego nowego kolegi Żenji, czy nie ma ochoty jechać do Kanionu, nad Jeziora Kaindy i Kolasi i do Parku narodowego Ałtyn Emel z nami bo mamy, jedno wolne miejsce. Po chwili namysłu zgodził się i umówieni na 8 rano następnego dnia pod hotelem Astana, gdzie mieściła się wypożyczalnia, rozeszliśmy się.

Rozdział II niebawem

Poniżej parę luźnych zdjęć.Rozdział II

O godzinie 8 udajemy się spacerem do hotelu Astana (10 minut od naszego pokoju), podpisujemy umowę (cała po rosyjsku), płacimy gotówką w tenge (200$ kaucji zablokowane na karcie) i stajemy się posiadaczami Renault (!) Dustera 4x4. Co ciekawe Pani z wypożyczalni zawiadomiła nas, że trzeba tankować benzynę 98, ewentualnie 95. W późniejszym czasie okazało się to bardzo trudne w wykonaniu. Był to mój pierwszy raz za kierownicą samochodu z automatyczną skrzynią biegów, więc emocje i stres był niemały. Podjechaliśmy pod pobliskiego McDonalda, gdzie umówiliśmy się z Żenją ( już wtedy poinformował nas, że się spóźni godzinę). Posililiśmy się śmieciowym jedzeniem i o 9 byliśmy gotowi to wyjazdu. (Tego dnia czekała nas trasa do Saty, a po drodze miał być czas na spokojne zwiedzanie Kanionu). Po kolejnej godzinie oczekiwania (już 2 godziny spóźnienia!), napisaliśmy do naszego nowego kolegi żeby się pośpieszył, bo nie mamy czasu. Niestety on miał go w nadmiarze i ciągle kręcił kiedy będzie. Musiał jechać do kantoru, do kolegi itd. Bardzo zdenerwowani (było już po 10!, a wyjazd miał być o 8) postanowiliśmy, że dziewczyny pójdą na małe zakupy, a ja poczekam na Żenję. Niestety, J i A zdążyły wrócić, było po 11, a Kazacha nadal nie było. Nasze zdenerwowanie sięgało zenitu i daliśmy mu deadline do 12. Jak można się spodziewać w południe też się nie zjawił i zaczekaliśmy ostatnie pół godziny. Miał szczęście, zdążył w ostatniej chwili. W udawanych dobrych humorach pojechaliśmy w stronę Kanionu Szaryńskiego.

Nie powiem, jazda po mieście przyprawiała mnie o szybsze bicie serca, nie jestem przyzwyczajony do wciskania się między samochody i ciągłego trąbienia. Z czasem szło mi coraz lepiej, zacząłem wyprzedzać, omijać dziury lewy pasem i czuć się pewniej. Niestety ciągłość jazdy była co chwilę przerywana przez słaby pęcherz towarzysza. W ostatniej wiosce przed Kanionem postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek i zakupy. Pech chciał, że w drugim kluczyku bateria była bardzo słaba i samochód zamknął się bez nas w środku i włączył! Gwoli wyjaśnienia, samochody w tamtym rejonie świata mają dwa kluczyki, fabryczny-nieużywany i drugi-chyba z alarmem i dodatkowymi bajerami. Właśnie ten kluczyk był powodem naszych problemów. Staliśmy wokół zamkniętego samochodu, który miał włączony silnik i nie potrafiliśmy wejść do środka. My z Żenją poszliśmy na zakupy spożywcze (owoce, pieczywo, napoje różnego rodzaju) i w poszukiwaniu baterii. J i A zostały i telefonicznie próbowały rozwiązać problem razem z Panią z wypożyczalni. Po pewnym czasie „włamały” się do środka, jednakże samochód ciągle wył. Po odczekaniu kilkunastu minut sytuacja się unormowała i dostaliśmy rozkaz używania kluczyka fabrycznego. Po tych emocjach zgłodnieliśmy i udaliśmy się na szaszłyki z baraniny i herbatę z mlekiem i solą. Wszystko było bardzo dobre i tanie (szaszłyk z baraniny 350 tenge). Po tych perturbacjach i spóźnieniu Kazacha, czas zaczął nas gonić, więc szybkim tempem udaliśmy się do Kanionu. Niestety, jak praktycznie nigdy tam nie pada, tak wtedy padał deszcz i wiał niesamowicie mocny wiatr. Mnie i Żenję utrzymywał gdy próbowaliśmy stracić równowagę, natomiast dziewczyny ledwo stały na nogach. Zostawiliśmy samochód ok. kilometr od asfaltowego parkingu i udaliśmy się doliną do rzeki i Eko Parku. Widoki bardzo ładne, jednak wiatr i deszcz uprzykrzał nam życie. Po dotarciu na miejsce nasza 3 miała plan wracać tą samą trasą ale Żenja postanowił pokazać nam „ładne widoki”. Powiem szczerze był to bardzo głupi pomysł, nie wiem dlaczego się na to zgodziliśmy. W trampkach, krótkich spodenkach, w deszczu i przy zachodzącym słońcu wspinaliśmy się po skałach Kanionu, a miało to być szybkie wyjście… Przestraszeni i wściekli na Kazacha, nie mając innego wyjścia, szliśmy za nim. Całe szczęście przeżyliśmy i z perspektywy czasu możemy powiedzieć: BYŁO WARTO. Widoki niesamowite. Z Kanionu wyjechaliśmy po 19, a ciemno robiło się po 20. Jazda po tych dziurawych i krętych drogach w nocy nie jest najprzyjemniejszą czynnością.

Całe szczęście ok 21 dotarliśmy bezpiecznie do Saty i z pomocą Żenji (zadzwonił do właściciela gueshouse) trafiliśmy do naszego celu. Na miejscu mieliśmy załatwiony nocleg z wyżywieniem (150zł na airbnb za 4 osoby) , transport nad jeziora Kaindy i Kolsai (dodatkowe 50$). Niestety okazało się, że bilety wjazdowe trzeba dodatkowo opłacić co nas bardzo zdenerwowało (dodatkowe ok.80zł). Żenja wykłócił, że nad Kolsai nie płacimy ale nad Kaindy już musieliśmy (ok.50zł za samochód i 4 osoby). Wieczorem biesiadowaliśmy do późnej nocy, a rano po śniadaniu wyruszyliśmy nad jeziora. Gdybym wiedział, że nad Kolasi jest równiutki asfalt to wzięlibyśmy tylko transport nad Kaindy. ( Kaindy 30$, a Kolsai po asfalcie 25$…) Nad pierwszym zbiornikiem wodnym byliśmy ok.2 godzin, obeszliśmy go do połowy. Bardzo ładne miejsce, ciche i mało turystów. Podczas powrotu do Saty, okazało się, że nabawiłem się dość silnego zatrucia pokarmowego. Przez nieuwagę do śniadania wypiłem wodę z butelki, którą Żenja uzupełnił z kranu. Mając na uwadze popołudniową długą trasę do Parku Narodowego Ałtyn Emel nie była to dobra wiadomość (po wyjeździe Mt do Polski, zostałem jedyną osobą z prawem jazdy). Nie chcąc tracić wycieczki nad Kaindy udałem się wraz z J, A i Żenją. Droga była trudna, nasz Duster raczej miałby ciężko. Po drodze nasz kierowca chciał do naszego UAZa załadować dodatkowo 4 osobową rodzinę, której RAV4 nie dał rady. Początkowo chcieliśmy się zgodzić ale gdy okazało się, że opłata tej 4 idzie dodatkowo do kieszeni kierowcy (plus nasze 30$), stwierdziliśmy, że jednak pojedziemy sami (i tak jechał z nami starszy Pan na doczepkę). Po ok 1.5-2h podróży i 20min spaceru dotarliśmy nad jezioro. Jest bardzo piękne i ciekawe ale nie robi takiego wrażenia jak Kolsai. Na dodatek dookoła jest niesamowicie brudno. Śmieci są dosłownie WSZĘDZIE. Zjedliśmy 2 śniadanie i udaliśmy się na obiad. Mój stan nie pozwalał na przyswojenie jakiegokolwiek posiłku więc zacząłem wcinać Enterol i pić elektrolity. Droga była długa, dziurawa i męcząca. Po drodze szukając stacji paliw z benzyną 95/98, bak robił się coraz bardziej pusty, postanowiliśmy dotankować 10 litrów 92, bo 80 to już przesada. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w jakiejś mniejszej miejscowości w poszukiwaniu odpowiedniego paliwa (znalazło się!) i w sklepie. Tam pierwszy raz usłyszeliśmy ulubione pytania ludzi z Azji Centralnej. Ile lat? Ile dzieci? Żona/mąż jest? Niestety większość naszych odpowiedzi nie pokrywała się z oczekiwaniami i wywoływała zaskoczenie. Rekordzista w wieku 35 lat ma już 2 żony i 4 dzieci. Po 20 dotarliśmy do siedziby strażników parku. Plan zakładał spanie w guesthousie jednak wiedzieliśmy, że nasz nowy kolega nie pozwoli sobie na ten wydatek. Na dodatek wziął namiot (docelowo 5 osobowy, ledwo zmieściliśmy się tam w dwójkę. Dziewczyny spały w samochodzie). Podczas tego wieczoru okazało się, że Żenja ma przy sobie sporo środków odurzających niezbyt legalnych. Trochę nas to zdenerwowało ponieważ nie chcielibyśmy być zatrzymani przez policję, gdy on jest chodzącym sklepem z używkami.

Rano wzięliśmy mapę parku i najpierw pojechaliśmy na wydmę. Droga równa ale bez asfaltu (średnia prędkość 80km/h). Byliśmy pierwszymi gośćmi tego dnia więc na piasku nie było żadnych śladów. Upał był niesamowity więc nie mieliśmy siły żeby przejść całą wydmę szczytem. Przeszliśmy kawałek i za radą Żenji zjechaliśmy z niej na tyłkach (miało to wywołać „śpiew”). FAKTYCZNIE ZADZIAŁAŁO! Zjeżdżając wydobywał się bardzo donośny dźwięk. Po doprowadzeniu się do stanu pozwalającego na jazdę samochodem udaliśmy się w trasę do gór Aktau i Katutau. Tam niestety droga jest FATALNA. 80 km jedziemy około 3h, jeśli nie więcej. Klimatyzacja ledwo wyrabiała, a spalanie wzrosło to ponad 11l/100km. Błędem było nie zatankowanie do pełna przed parkiem, ze strachu przed pustym bakiem, dotarliśmy tylko do jednych gór (tych znajdujących się dalej, w tym momencie wyjdę na ignoranta, ale nie mogę sobie przypomnieć czy były to Aktau czy Katutau). Po dotarciu na miejsce pospacerowaliśmy dnem wyschniętej rzeki, porobiliśmy parę zdjęć, zjedliśmy w wiacie i uciekliśmy w drogę powrotną (upał okrutny, ja mam astmę i źle znoszę upały, a J po prostu źle znosi upały). Na tę część podróży zamieniłem się miejscem z A, stwierdziliśmy, że policja raczej tutaj nas nie złapie. Po wyjechaniu na asfalt wróciłem za kółko i popędziliśmy do Ałmaty drogą przez Kapszagaj (jest tam PŁATNA autostrada...2zł).

O 20 dotarliśmy do myjni, którą polecił nam Żenja ( niecałe 30zł za mycie z zewnątrz i w środku) i poszliśmy coś zjeść. Na oddanie samochodu byliśmy umówieni dzień później rano ale postanowiliśmy załatwić wszystko dzisiaj. Pożegnaliśmy się z Kazachem i napisaliśmy do wypożyczalni czy możemy oddać samochód o 21. Odpowiedź była pozytywna więc z zadowoleniem czekaliśmy na odbiór. Niestety okazało się, że dopiero o 21.30 będziemy mogli wyjechać z myjni. Drugi raz napisaliśmy do Pani z zapytaniem czy 22 będzie ok. Odpowiedź kolejny raz była pozytywna. Okazało się, że znalezienie stacji i jazda po ciemku w Kazachstanie nie należy do łatwych, więc do hotelu Astana dotarliśmy dopiero ok 22.30 (nie informowaliśmy o spóźnieniu bo wyszliśmy z założenia, że skoro każdy z nich ma luźne poczucie czasu to i my raz możemy). Pod hotelem okazało się, że Duster jest BARDZO porysowany. Cale drzwi, zderzaki, itd. Pan jednak stwierdził, że „wsjo haraszo, spasiba”. Kaucja po tygodniu wpłynęła na konto więc nie mamy więcej pytań. Nocleg mieliśmy przy głównej ulicy Dostyk (koło Craft baru) w hostelu Asia. Standard 5/10, osobno pokoje męskie i żeńskie, ale cena 10zł rekompensuje wszystko. Po kąpieli i próbie lokalnego koniaku okazało się, że mamy scyzoryk Żenji. Szybki kontakt i zostałem wytypowany do pójścia z nim na piwo (skorzystałem, a dziewczyny poszły spać). Biesiadowaliśmy do 4.30 rano i na odchodne dostałem papierosy Kazachstan (jakby ktoś z nas palił i ulubiony serek A na kanapki, miły gest). Pobudka była zaplanowana na 6.30 więc niezbyt miałem czas żeby się wyspać. Taksówką (po drodze złapała nas policja za przejazd na wczesnym czerwonym) udaliśmy się na marszrutę do Biszkeku. Po 2 godzinach na dworcu (nie wiedzieć czemu żadna marszruta nie jechała), poznaniu kolegi z Izraela, rosnącej frustracji i szukania alternatywy prywatnym samochodem, kasa się otworzyła i po ok 4 godzinach bez większych przygód dostaliśmy się do Biszkeku. Tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zjeść coś i załatwić transport do Kochkor, gdzie załatwiliśmy sobie 3 dniową jazdę konną nad jezioro Song Kol…

(część zdjęć robiona jest analogiem, stąd taka jakość)

Rozdział III wkrótce@wtak Niestety nie mam.Rozdział III

Po wylądowaniu na dworcu zachodnim w Biszkeku zrobiliśmy mały rekonesans dotyczący transportu do Kochkor. Prywatny samochód po negocjacjach kosztował ok 1300-1800 somów natomiast busik ok. 370/os. Postanowiliśmy tym razem nie korzystać z dobrodziejstw tanich taksówek i wybraliśmy marszrutkę. Najpierw jednak udaliśmy się do znalezionej w internecie chińskiej restauracji. Porcję były NIESAMOWICIE duże, jednakże sama jakość niezbyt wygórowana. Rachunek wraz z napojami zamknął się w okolicach 1200 somów (co z perspektywy czasu było głupie, mogliśmy zainwestować w taksówkę i zjeść w Kochkor…), a część jedzenia wzięliśmy na kolację. Po drodze na dworzec staliśmy się niespodziewanie małą atrakcją. Młody Kirgiz bardzo chciał zrobić sobie z nami zdjęcie (które wykonał), a następnie przez parę chwil szedł przed nami robiąc relacje live znajomym, że idzie przed nami i nas nagrywa. Następnie starszy pan zapytał skąd jesteśmy (myślał, że z Francji), na odpowiedź, że z Polski usłyszeliśmy Guten Tag :)))

Dygresja 1: Nie wiem skąd skojarzenie, że jesteśmy z Francji, ale zarówno w Kazachstanie, Kirgistanie jak i Uzbekistanie, większość osób myślała, że właśnie z tego kraju pochodzimy.

Po krótkim spacerze kupiliśmy bilety i zadomowiliśmy się w wysłużonym Sprinterze. Nikt z nas nie spodziewał się, że będziemy siedzieć w środku 1.5 godziny… Dopiero po takim czasie kierowca wyruszył. (W sumie się nie dziwie, zmieścić kilkanaście osób, a do tego: telewizor, krzesełka dziecięce, kojec, 10 kartonów ciastek, łopatę, taboret, stolik i bagaże to wielka sztuka). Podróż mijała całkiem przyjemnie, droga była dwupasmowa w obie strony! Niestety nad moją głową przez całą drogę wisiało dziecko, co skutecznie utrudniało oparcie się o fotel. Po drodze zatrzymaliśmy się na posiłek i WC, a pod koniec jazdy rozpętała się straszna burza, nic nie było widać i lało ja z cebra. Byliśmy pierwszymi osobami, które opuściły busik i podziwiam kierowcę, że chciało mu się wyładować cały ekwipunek podróżnych, żeby wydobyć nasze 3 plecaki (były na samym dnie).
Na „dworcu” w Kochkor zrobiliśmy szybkie zakupy (zapas wody, orzechy i przekąski) i poszliśmy do Happy Hostel, którego właścicielem jest firma Kyrgyz Nature Travel. Na miejscu przyjął nas brat właściciela i było naprawdę przyjemnie, nawet pomimo braku prądu przez pewien czas.

Dygresja 2: Za 3 dniowy horse trekking zapłaciliśmy 110$ za osobę. W tej cenie były 2 dni jazdy konnej, 3 posiłki dziennie (poczęstunek jeszcze ciepłym samogonem w cenie :)), transport z jeziora Song Kol do Kochkor samochodem i transport z Kochkor do Kyzart również samochodem. Za jedną noc w hostelu zapłaciliśmy ok. 25 zł/os.

Rano szybkie śniadanie i razem z naszymi nowymi kompanami z Azji (Taj, Tajka i Chińczyk), udaliśmy się 7 osobowym Fordem Galaxy do miejscowości Kyzart skąd miała zacząć się nasza przygoda. Na miejscu zjedliśmy solidny obiad u rodziny właściciela koni i po „nauce jazdy” ruszyliśmy w drogę. Nauka wyglądała następująco:

-Wiesz jak jest po rosyjsku lewo i prawo?
-Tak
-No to jedziemy

To by było na tyle. Warto nadmienić, że nikt z nas jeździectwem się nie zajmuje i samo obcowanie z końmi było ciekawym doświadczeniem. Dziwne natomiast było to, że J dostała największego ogiera z całej grupy. Jak się później okazało, był nie do ogarnięcia. Kopał i gryzł inne konie, przepychał się i nie chciał się słuchać (chylę czoła i podziwiam J za to, że dotarła bezpiecznie na miejsce ponieważ czasami koń miał bardzo, bardzo głupie i niebezpieczne pomysły). Sama jazda przebiegała raczej bezproblemowo, czasami zwierzęta nie chciały słuchać poleceń typu: jedź, stój ale od razu pomagali nam przewodnicy. Momentami było naprawdę bardzo stromo. Po dotarciu na najwyższy punkt przeprawy nad jezioro (jeśli dobrze pamiętam 3600m.n.p.m), dostaliśmy 30 minut przerwy na zdjęcia i odpoczynek. Do tego momentu nasze tyłki i nogi raczej nie odczuły jazdy, dopiero podczas zjeżdżania ze szczytu zrobiło się boleśnie i nieprzyjemnie. Sama jazda zajęła nam ok 5.5-6 godzin (docelowo miało to być maksymalnie 4, a może tylko 2.5!). Pogoda było nieprzyjemna, zimno dawało się we znaki, a po pewnym czasie zaczęło mocno padać. Całe szczęście od momentu przyjazdu do nocy biesiadowaliśmy wraz ze wszystkimi mieszkańcami 4 jurt, więc nawet nie odczuliśmy brzydkiej pogody. Problem zaczynał się gdy mieliśmy ochotę na spacer albo na skorzystanie z toalety ale nie takie rzeczy człowiek znosił.
Nasza trójka miała docelowo własną jurtę, tak samo jak Azjaci, jednakże po zobaczeniu, że w środku nie ma łóżek, tylko pojedyncze materace, a pod nimi goła ziemia, stwierdziliśmy, że śpimy w 6 w jednej pod czymkolwiek się da. W nocy było BARDZO zimno. Naprawdę nikt z nas nie spodziewał się, że będzie aż taka niska temperatura. Rano ciężko było wstać ale słońce zachęcało do wynurzenia nosów spod kołder. Po śniadaniu mieliśmy zaplanowaną szybką jazdę (ok.2h) do następnego skupiska jurt (okazało się, że to będzie dosłownie SZYBKA jazda).Trasa przebiegała wzdłuż jeziora i była bardzo malownicza, problem stanowiło jednak tempo przewodników, którzy doskonale się bawili zmuszając nasze konie do szybkiej jazdy. Koniec końców każdy był zadowolony bo trochę adrenaliny nikomu nigdy nie zaszkodziło. (muszę jednak przyznać, że więcej w życiu na konia nie wsiądę)
Kolejne jurty były już zdecydowanie bardziej przystosowane pod turystów. Były łóżka, prąd, boiska do siatkówki i piłki nożnej. Niestety brakowało trochę tej atmosfery z poprzedniego obozowiska. Mając przed sobą cały dzień i połowę następnego spacerowaliśmy po okolicznych pagórkach i wzdłuż jeziora, bawiliśmy się z dziećmi (jedna z dziewczynek miała urodziny) i poznaliśmy drugie słowo po kirgisku: Kapkatu (tzn. wyżej, dzieci ciągle to krzyczały gdy huśtałem się z nimi na huśtawce. Pierwszym poznanym słowem było Rahmat (dziękuję)).

Dygresja 3: Nigdzie w życiu nie spało mi (nam?) się lepiej niż tam. Zero zasięgu, ciemno o 21 i duże zmęczenie powodowało, że spaliśmy po 10 godzin. Bardzo fajne uczucie.

3 dnia rano po śniadaniu przyjechał po nas kierowca i odwiózł do hostelu (podróż trwała ok 2 godzin) gdzie czekał na nas obiad. (oczywiście plov, jakbyśmy nie jedli go od kilku dni na praktycznie każdy posiłek, na zmianę z zupą z mantami) Obiad zjedliśmy w biegu gdyż postanowiliśmy w 6 osób wziąć taksówkę do Biszkeku. Po krótkich negocjacjach stanęło na 1200 somów na 6 osób! Bardzo dobra cena jak na mój gust. Na miejscu zameldowaliśmy się ok 17, po drodze kierowca musiał parę razy się zatrzymać i odwieźć naszych Azjatów tam gdzie chcieli. My natomiast mieliśmy załatwiony nocleg w hotelu kapsułowym gdzie czekał na nas Mt, który przyleciał z Polski przez Pragę i Stambuł do Biszkeku, żeby kontynuować z nami podróż. Sam „hotel” był bardzo fajny, noc kosztowała ok.40zł, była pralka więc czego więcej chcieć. Był tylko jeden problem, w kapsułach po zamknięciu drzwi nie dało się oddychać. Ktoś zdecydowanie czegoś nie przemyślał. Mając w zanadrzu wieczór i połowę następnego dnia (o 16 mieliśmy lot do Osz) szwędaliśmy się po stolicy. Niestety za wiele do zaoferowania nie miała. Zjedliśmy obiad i udaliśmy się na poszukiwania złocistego trunku i dobrego wina. Wszystko co chcieliśmy zostało odnalezione więc z czystym sumieniem poszliśmy spać. Następnego dnia byliśmy umówieni z Tajem, że załatwimy Yandexa na 6 osób i weźmiemy go po drodze na lotnisko. Cała operacja się powiodła, a taksówkarzowi, który chciał od nas dodatkowe opłaty, najpierw za bagaże, a potem w sumie stwierdził żebyśmy po prostu dali jakieś pieniądze, zostawiliśmy w prezencie 10 litrów wody. Dopiero na lotnisku dorwaliśmy pamiątkowe magnesy (ja i J zbieramy) i pocztówki, w mieście jedyny sklep z suwenirami był w godzinach otwarcia ZAMKNIĘTY. Zapomniałem powiedzieć, że odkryliśmy fenomenalną knajpę Chicken Star, gdzie za ok 15 zł są fantastyczne zestawy obiadowe (np. sushi, kurczak, sałatka, kalmary i frytki na jednym talerzu), zdecydowanie polecam jeśli ma ktoś akurat ochotę na coś innego niż manty, plov, szaszłyk lub słodycze (oczywiście zawsze wszystko nam smakowało). Samolot linii Air Manas wystartował o czasie i wyruszyliśmy w naszą 3 podróż samolotem do przygranicznego miasta Osz…

IV rozdział niebawemW razie jakichkolwiek pytań z chęcią odpowiem lub pomogę. Starałem się zawrzeć jak najwięcej informacji, ale jak wiadomo, nie możliwe jest przypomnieć sobie od ręki o wszystkim.Rozdział IV

Za co szanuję linie lotnicze Air Manas? Za wygodę i komfort lotu? Nie, było tak jak wszędzie indziej. Za szybką i sprawną odprawę? Nie, było tak jak wszędzie i jeszcze kazali ściągać buty. Za duży bagaż podręczny? TAK! 10Kg dla każdego i dodatkowo bagaż rejestrowany, tak to ja mogę jeździć! Po drodze na lotnisko zgarnęliśmy naszego przyjaciela Taja, na miejscu Pan Taksówkarz najpierw chciał dużo pieniędzy dopłaty za każdy bagaż ( zamawialiśmy Yandex więc nie miał takiego prawa), potem chciał dostać cokolwiek więcej, a stanęło na tym, że zostawiliśmy mu, zbywające nam, dwa baniaki wody. Lotnisko pełne było babć, pań i ciotek, a każda z nich wyglądała jakby jednym z tych lecących co 30 minut samolotów do Osz miała zrobić zakupy na bazarze i wrócić na wieczór zrobić kolację. Samej podróży samolotem nie mam nic do zarzucenia, może tylko fakt, iż ludzie pchali się jakby ktoś zaraz miał im zająć wyznaczone miejsce. A może to u nich normalne, przecież tutaj nie obowiązują kolejki (swoją drogą ciekawe czy do gabinetu lekarza też pierwszy wchodzi ten kto się wepcha). Podczas trwającej całe, zniewalające 35 minut podróży, z okien widać było zaśnieżone szczyty wysokich na kilka tysięcy metrów gór. Mt nie pozwolił nikomu z nas zasnąć cobyśmy na pewno zobaczyli wszystko. Na lotnisku w Osz rozdawano darmowe karty SIM (mam kilka na zbyciu jakby ktoś chciał) toteż wzięliśmy je z myślą, iż może uda nam się zdobyć internet bez rejestracji i wpłaty jednak, niestety, tak to nie działa. Znaleźliśmy taksówkarza, który zgodził się zawieźć nas do hostelu za dogodną dla siebie i dla nas cenę (niestety Uber i Yandex tracą tutaj swoje zasięgi i powrócimy do nich dopiero w Kazachstanie).

Zatrzymaliśmy się w bardzo, bardzo miłym hosteliku. Niekoniecznie ze względu na warunki sypialne (4 łóżka, 4 szefeczki i jedno małe okno, klimatyzacji brak) ale ze względu na strefę wypoczynku. Były tutaj kanapy, sofy, pufy, wszystko to (+kontakty) dostępne na zadaszonym patio oraz piłkarzyki, bilard, dart i pin-pong. Dziewczyny miały problem nas stamtąd odciągnąć. Tego samego wieczoru zjedliśmy w pobliskiej knajpie (jedzenie średnie i dość drogie) i poszliśmy bliżej przyjrzeć się miastu. Niestety A poczuła się gorzej i wraz z J wróciły do hostelu podczas gdy Mt i ja poszliśmy zdobyć świętą górę w Osz. Na szczycie, na który wbiegaliśmy żeby zdążyć na zachód słońca, zaczepiły nas jakieś młodzieniaszki. Zapytali skąd my, czy umiemy coś po Kirgisku i czy mamy Instagrama. Oczywiście zrobili sobie z nami kilka zdjęć, porozmawialiśmy o piłce nożnej i wróciliśmy do dziewczyn. Wieczór spędziliśmy z lokalnym piwem i winem, które zamiast być wytrawnym było najsłodszym w moim życiu. Kolejny dzień rozpoczęliśmy przed świtem, A bardzobardzo nalegała (czyt. zmusiła) abyśmy weszli na tę górkę jeszcze raz. Kobiecie się nie odmawia toteż o 5:30, ciesząc się przyjemnym chłodem (30 stopni) wyczekiwaliśmy słoneczka. Ku naszemu zdziwieniu była tam całkiem spora grupa lokalnych ludzi, a kilku z nich minęliśmy gdy wbiegali na szczyt! Chwilę musieliśmy tam spędzić otóż nikt z nas nie przewidział, iż wschód jest zza gór, więc zobaczyliśmy go dobre 15 minut później niż podają to informacje. Ciągłe wchodzenie i wychodzenie z klimatyzowanych pomieszczeń oraz przeciągi nadwyrężyły gardło J i zmuszeni byliśmy odwiedzić aptekę (kupiliśmy produkt o tej samej nazwie co w Polsce także nie było się czego bać). Spacerkiem podeszliśmy pod pomnik Lenina (znajduje się on tuż przy głównej drodze) skąd udaliśmy się tam, gdzie wszyscy wiemy, że powinniśmy się udać, na bazar. Pech chciał, iż dotarliśmy przed 9, a stoiska otwierają się o 9, co oznaczało dokładnie tyle, że o 9 wciąż wiało tam pustkami. Dziewczyny prawie kupiły tam spodnie, jednak byliśmy nieco zawiedzeni. Udało nam się spróbować ich dziwnych, mlecznych (kefirowych??) napojów. Zrobiliśmy to tylko raz i szczerze nawet nie chcę wracać w te ciemne zakątki pamięci które mogłyby pomóc mi opisać ten smak. Po prostu nie. Zebraliśmy rzeczy z hostelu i, wymieniwszy wcześniej pieniądze na walutę uzbecką, pojechaliśmy do granicy. (Dostaliśmy dwa worki pieniędzy) Okazało się to być znacznie bliżej niż lotnisko.

Granica Kirgisko- Uzbecka w Osz jest niezwykle tłoczna. Wszędzie kolejki. Całe szczęście jako turyści mieliśmy osobne bramki i wszędzie traktowano nas priorytetowo. Nie było nawet konieczności wypełniania karteczek migracyjnych, bo nasze zasoby pieniężne nie przekraczały 2000$ na łeb (heh tyle to na całą podróż poszło!). No i tak dotarliśmy do kraju upałów,gorąca i chevroletów

Rozdział V niebawemRozdział V

TAXI NADA?? CHEAP TAXI MY FRIEND!!!!!, NOT EXPENSIVE TAXI MY FRIEND!!!! DJENGI NADA?? MONEY!!!, MONEY!!!, SOM, RUBEL, DOLLAR!!!

Po przejściu granicy zostajemy wręcz zaatakowani przez taksówkarzy i cinkciarzy. Pomyśleć wtedy o czymkolwiek oprócz „a dajcie nam spokój, idziemy na nogach” jest niebywale ciężkie. Mimo wszystko postanowiliśmy zacząć się targować coby nie jechać marszrutką. Moje zdolności negocjacyjne na wyjeździe poszybowały aż do chmur więc to ja zacząłem nierówną walkę z taksówkarzami. Początkowa oferta 40000som za osobę wzbudziła nasz uśmiech politowania (kierowca poważnie myślał, że się zgodzimy). Zaproponowałem 40000 som ale za cały samochód. (tutaj uśmiech politowania powędrował w naszym kierunku). Koniec końców ustaliliśmy cenę 65000 za 4 osoby do Andijan lub 70000 pod hotel. (nikt chyba nie wątpi, że wybraliśmy ofertę 2zł droższą). Samochód był klimatyzowany i po niespełna godzinie dotarliśmy pod Orient Hotel, 300m od dworca kolejowego (skąd mieliśmy pociąg do Taszkientu). Sam hotel bardzo, bardzo przyjemny. Klimatyzacja, chłodna woda, lodówka. Internet niestety tragiczny i łazienka się zalewała ale w ogólnym rozliczeniu było bardzo dobrze. 68$ ( 2 pokoje dwuosobowe) zapłaciliśmy w somach, w banknotach 1000. Było tego 2 reklamówki. Młodzi ludzie w recepcji dzielnie liczyli pieniądze i nawet znaleźli małe braki. Musieliśmy dołożyć ok. 5000 som dodatkowo bo tyle brakowało w naszych kupkach zawiniętych gumkami recepturkami. Po szybkiej kąpieli i odpoczynku Mt i Ja udaliśmy się w poszukiwaniu banku i karty sim. Wymiana dolarów przebiegła bezproblemowo, kurs ok 8650 za 1$. (w Uzbekistanie dostaliśmy trochę większe nominały, najwięcej 5000 i 10000, tak czy tak pieniędzy było multum). W banku mili pracownicy zagadali do nas, skąd jesteśmy, jakie plany i w ogóle. Pokierowali nas też do salonu beeline. Na miejscu okazało się, że jako obywatele kraju innego niż Uzbekistan nie mogą nam dać numeru w ŻADNYM punkcie, oprócz głównej siedziby firmy. (Sprawdziliśmy w kilku miejscach, tak to niestety prawda).

Dygresja 1: Po Uzbekistanie poruszaliśmy się DOSŁOWNIE WSZĘDZIE taksówkami, są niebywale tanie (od 4000som za przejazd) i łatwo je złapać nawet jeśli nie mamy lokalnych aplikacji. (my kilka wypróbowaliśmy ale najlepiej i tak stać na ulicy i łapać)


Tak więc udaliśmy się taksówką, którą zamówiła nam pani w punkcie beeline, do głównej siedziby. Po pokonaniu formalności, kolejki i wydaniu, jeśli dobrze pamiętam, 40000som, mieliśmy kilka gigabajtów internetu i rozmowy (smsów brak). Jako że byliśmy już strasznie głodni poprosiliśmy taksówkarza żeby zawiózł nas do restauracji Taszkient, która znajdowała się w okolicach hotelu. Jakież było nasze zdziwienie gdy zostaliśmy wywiezieni poza centrum, do przybytku o takiej samej nazwie! Zdenerwowani i głodni udaliśmy się do miejsca, które nam wskazano. Niestety wyszliśmy szybciej niż weszliśmy gdyż okazało się, że menu niet i w sumie to nawet nie mamy się jak dogadać. Zlokalizowaliśmy na mapie uprzedni cel i pieszo (w ponad 40 stopniowym upale) wędrowaliśmy do Taszkient premium restaurant. Po drodze uzupełniliśmy zapasy wody i gdy dotarliśmy na miejsce znów czekała nas niemiła niespodzianka. Knajpa owszem istnieje ale była to sala weselna. Miły pan pokazał nam włości ale my już nawet nie mieliśmy sił na dalszy spacer ani łapanie taksówki. Wtedy poprosiliśmy właściciela (albo kierownika, w sumie nie wiadomo) o to żeby zamówił nam taksówkę do JAKIEJKOLWIEK restauracji gdzie można COKOLWIEK zjeść. Żółty matiz wywiózł nas do Istambul restaurant, która była przedstawiana jako super miejsce z doskonałym jedzeniem, a był to niestety marnej jakości lokal, z równie marnej jakości potrawami. (nie żebyśmy narzekali, w podróży próbujemy wszystkiego, ale w tamtym momencie mieliśmy ochotę na coś PEWNEGO i DOBREGO. Żałuję, że nie zjedliśmy na ulicy tak jak często to bywało). Miłym akcentem był młody taksówkarz, który nie pozwolił nam, pomimo prób, zapłacić. Do tego powiedział, że nigdy nie był w Polsce ale, że widzimy się niebawem u nas! Po posiłku poszliśmy na małe zakupy, targ i do hotelu, coby mieć siłę na wieczorną eksplorację. Kilka rundek w uno, kilka butelek złotego trunku i wina, uzmysłowiło nam, że jesteśmy głodni i trzeba by udać się do centrum zobaczyć jak miasto wygląda. Wygląda całkiem ok, dużo światełek, pomników, ładny park, pokaz kolorowych fontann z muzyką. (Tak, chyba mają tam za dużo wody) Tak w sumie to tyle. Na kolacje zjedliśmy pizzę w centrum handlowym (sic!). Byliśmy po prostu ciekawi jak to wygląda. W środku zastaliśmy totalny armaggedon. Multum ludzi, dzieci, głośna muzyka, ciuchcie, zabawki. Pan ochroniarz (paradoksalnie ochraniający ruchome schody) zrobił sobie z nami zdjęcie i wspominał, że dokładnie w tym miejscu ma zdjęcie również z Polakami.
Późnym wieczorem za 15000 pojechaliśmy do hotelu gdyż następnego dnia rano o 6.18 mieliśmy pociąg do Taszkientu. Andijan bardzo się nam spodobało, było widać (tak jak w Osz) całkiem inne podejście do spraw religijnych i czuć było muzułmański klimat. Praktycznie każda kobieta była okryta od stóp do głów. W późniejszym czasie dowiedzieliśmy się właśnie, że Osz i Andijan to najbardziej konserwatywne z miast w obu państwach.

Po pokazaniu biletów w punkcie kontroli przed dworcem, przeskanowaniu bagażu i dostaniu pieczątki wpakowaliśmy się do pociągu. Ku naszemu zaskoczeniu był to całkiem przyjemny pojazd. Wagony otwarte, bez przedziałów, jako taka wentylacja i 6 godzinna podróż zleciała szybko. Po drodze mili panowie (siedziałem przy 4 osobowym stoliku) zaproponowali mi posiłek ale podziękowałem i zamieniłem się z ich przyjacielem miejscem coby on mógł się posilić. J oczywiście przespała CALUTKĄ podróż, nie wiem jak ona to robi, ale wystarczy, że wsiądzie do czegoś co się porusza i momentalnie zasypia. Bardzo ciekawym elementem w kolei uzbeckiej są telewizory. Jest w nich dosłownie wszystko. Od miłosnej telenoweli przez teleturniej i stand-up po śmieszne reklamy i informacje jak zachować się gdy przyjadą saperzy na dworzec. W Taszkiencie przywitał nas taki upał, że głowa mała. Do tego kochani taksówkarze po raz kolejny myśleli, że trafili na jeleni i za bagatela 40 euro (!!) jeden z nich chciał nas zawieźć do mieszkania.

Dygresja 2: Mieliśmy zamówiony bardzo ładny apartament w „bogatym gettcie” i właściciel miał nam załatwić transport pod mieszkanie. Niestety pomylił godziny i byliśmy zdani na siebie. Za pomocą yandexa sprawdziliśmy stawkę, która trzeba wytargować (ok. 15000-20000 som za 6 kilometrów). Niestety taksówkarz był nieugięty i sobie poszedł (no gdzież za 40 euro proszę pana!)

Przyjechał Yandex i nawet nie zdążyliśmy się rozsiąść, a już złapała nas policja (prawdopodobnie za nieprawidłowe zatrzymanie). Nie wiem jak to się skończyło ale koniec końców pojechaliśmy w stronę kwatery, która nawet nie miała adresu (były to świeżo wybudowane bloki i całe osiedle).
Po przybyciu na miejsce doznaliśmy „delikatnego” szoku. To było w dosłownym znaczeniu nowobogackie getto. Dookoła mur, szlaban, a dalej rozpadające się chałupki. Po miłym przyjęciu i przekazaniu mieszkania ( był ojciec z synem, który pełnił rolę tłumacza) i wielkich przeprosinach, że nie ma zimnej wody pitnej (po 10 minutach przynieśli całą reklamówkę), siedzieliśmy przez chwilę w szoku jakie mieszkanie się nam trafiło. Klimatyzacja to nic, były ogromne żyrandole, dywany, dwie łazienki, 2 duże pokoje, piękna kuchnia i ogromny przedpokój. Zadowoleni postanowiliśmy chwilę odpocząć i wyprać ubrania. W międzyczasie, ja szukając taksówki do centrum i miejsca gdzie możemy zjeść, odkryłem uzbeckiego „uber eatsa”. Przez przypadek (Mt, J, A naprawdę to był przypadek!) złożyłem zamówienie na burgera, więc zadecydowaliśmy, że dzisiaj na obiad jemy uzbeckie burgery. Po ok. 15 minutach zadzwoniła pani z restauracji czy się nie pomyliłem gdyż są dwa zamówienia w to samo miejsce, całe szczęście dogadaliśmy i zrozumieliśmy, a dostawca przyjechał z dwoma zamówieniami. Za posiłek zapłaciłem grubym plikiem banknotów, którego nawet nie przeliczył. Jedzenie było bardzo dobre więc szczęśliwi udaliśmy się do miasta na zwiedzanie. Niestety centrum było wyłączone z jakiegokolwiek ruchu pieszego gdyż prezydent miał jakiś event. Poszliśmy zatem obejrzeć hotel Uzbekistan i okoliczne atrakcje, wypiliśmy po lemoniadzie i milkshake’u (pomyliłem go z shakiem z mcdonalds i niestety byłem niezadowolony). Wieczorem centrum zostało odblokowane więc spacerowaliśmy po głównym parku, widzieliśmy bibliotekę, parlament i inne tego typu budynki, a na sam koniec udaliśmy się na koło widokowe w wesołym miasteczku (było tam sporo atrakcji dla dzieci i miniaturki najsłynniejszych budowli Uzbekistanu). Przez przypadek zakupiliśmy kabinę VIP za 20000som za osobę.(wersja normalna 10000som) Chyba było warto, wygodne fotele, klimatyzacja i piękny widok na zachodzące słońce nad stolicą Uzbekistanu. Było już późno więc po chwili szwendania pojechaliśmy do mieszkania. Wieczorem zastała nas chęć na jakieś uzbeckie trunki alkoholowe. NIESTETY w stolicy nie da się praktycznie nabyć alkoholu w normalnych sklepach. Byliśmy w kilku i możliwe było kupienie jedynie piwa 0%. Mt i Ja jako męska część grupy, postanowiliśmy o 22, pojechać na drugi koniec miasta do sklepu alkoholowego (jest kilka w mieście i tylko tam, nie licząc jakiś lewych transakcji, można kupić alkohol). Ubożsi o ok 25000 za taksówkę w dwie strony, stratni godzinę ale bogatsi o uzbecki koniak i wódkę o nazwie minus 40 wróciliśmy z tarczą do dziewczyn. Wieczorem graliśmy w uno i pisaliśmy pamiętnik.

Rankiem następnego dnia ze szczegółowym planem zwiedzania udaliśmy się na targ. Był wspaniały, ilość towarów, różnorodność i życzliwość przypadła nam do gustu. Kupiliśmy magnesy, kurkumę i szafran, a przy wyjściu arbuza i szaszłyka. Następnym celem był Biały Meczet. Niestety dziewczyny nie zostały wpuszczone. My dopełniliśmy obowiązku i weszliśmy do środka. Kolejnym przystankiem był najsłynniejszy plov w Azji Centralnej (w Plov Center Tashkent). Faktycznie był to najpyszniejszy plov jaki kiedykolwiek jedliśmy! Faktycznie, robią go w ogromnych garach i faktycznie, je go mnóstwo osób. (porcje były ogromne, zostało nawet na potem) Bardzo, bardzo polecamy. My jedliśmy 3 rodzaje: 2 zwykłe, jeden z koniną i jeden z jajkiem. Po kilku godzinach w ponad 40 stopniowym upale pojechaliśmy odpocząć do mieszkania aby nabrać sił przed wieczornymi przechadzkami. W trakcie jazdy stwierdziliśmy, że złocisty płyn bardzo by nam teraz się przydał. Powiedzieliśmy taksówkarzowi żeby zawiózł nas do jakiegoś sklepu z alkoholem, niestety ten, który odwiedziliśmy był zamknięty, więc ustawiliśmy GPS na ten sam przybytek co zeszłego wieczoru. Pani od razu nas rozpoznała i przypomniała sobie, że rozproszona dyskusją i doradzaniem nam, zapomniała policzyć 2 piw. Uregulowaliśmy zaległy rachunek i nabyliśmy parę nowych butelek,z uśmiechem żegnając się z miłą ekspedientką.

Dygresja 3: To wcale nie było śmieszne ale w pewnym momencie J poczuła jak podeszwy jej butów topią się!

Gdy słońce chowało się za horyzontem, zjedliśmy szybką kolację i metrem udaliśmy się znów do centrum. Widzieliśmy wieżę telewizyjną i mnóstwo pomników i memoriałów nad rzeką. (bardzo przyjemne miejsce polecamy!) Mt jako jedyny z nas nie jeździł na koniu, więc postanowił za 5000som, przejechać się po asfalcie w samym centrum Taszkientu, na białym rumaku. Śmiechu było co niemiara ale mógł odhaczyć kolejną aktywność. Na sam koniec udaliśmy się głównym deptakiem (ciągnie się od Hotelu Uzbekistan) zobaczyć jak ludzie spędzają wieczór. Zaskoczyła nas ilość osób, imprez, muzyki, atrakcji. Był nawet koncert Dja i multum młodzieży. W pewnym momencie zaczepiła nas uzbecka telewizja i przeprowadziła z nami wywiad. Dowiedzieliśmy się, że państwo zezwala raz w tygodniu młodym ludziom na wolność i mogą przedstawiać swoje talenty i zainteresowania. Miejsce to nazywają Broadway’em. Tym miłym akcentem zakończyliśmy dzień i poszliśmy spać gdyż o 6 rano oddawaliśmy mieszkanie (właściciele dostarczyli nam karteczki meldunkowe), a o 8.55 mieliśmy pociąg do Samarkandy.

Dygresja 4: Taszkient to bardzo przyjemne i ciekawe miasto. Samo centrum jest bardzo ale to bardzo zadbane, wszędzie są zraszacze trawy (poza centrum trawa jest wypalona do samej ziemi). Pomniki i wszelkie budowle również się nie sypią. Jest co robić, jest co zobaczyć i jest gdzie usiąść i odpocząć. Zdecydowanie warto było zostać na dłużej niż 1 dzień, tak jak my to zrobiliśmy.

Rozdział VI niebawemRozdział VI

Jeśli tylko jest taka możliwość wybieramy nocne albo poranne pociągi, ten do Samarkandy niestety wyjeżdżał przed południem. Pomimo, iż robiło się na zewnątrz coraz cieplej, z pozytywnymi doświadczeniami z poprzednich podróży czekaliśmy na dworcu. Nie było tam niczego takiego jak tablica odjazdów, a informacja  podawana była przez radiowęzeł po uzbecku, jednakże panowie ochroniarze (a właściwie mogli być to wojskowi) sami do nas podeszli i pokazali gdzie mamy się udać (taka sama sytuacja przytrafiła nam się potem jeszcze kilkukrotnie więc tam chyba po prostu tak jest- turysto nie szwędaj się).
Żółta lampka alarmowa zaświeciła się u nas gdy, przechodząc w poszukiwaniu naszego wagonu, zaczepił nas konduktor z 1klasy i zaproponował, że za dopłatą dostaniemy lepsze miejsca. Upał, zgiełk i ciężkie plecaki nawet nie pozwoliły nam zastanowić się nad tą decyzja, a co dopiero targować. Wsiedliśmy chwile przed czasem, nasz wagon był jeszcze prawie pusty ale i nagrzany. No nic, klima się pewnie włączy gdy ruszymy. Jedyne co się włączyło po starcie to bardzo głośny telewizor z programem typu allin1 (disco, kabaret, reklamy, tak jak poprzednio) oraz bardzo głośna wycieczka szklona (może kolonie).

Zmordowani w południe dotarliśmy na dworzec gdzie powitało nas słoneczko i oczywiście taryfiarze. Nie ma sensu z nimi się targować toteż udaliśmy się nieco dalej  na skrzyżowanie skąd biały chevrolet (kierowca chyba nowy w branży) zabrał nas do hostelu. Taksówkarze nie jeżdżą tutaj z użyciem mapy mimo, iż ich telefony na to pozwalają, po drodze najczęściej telefonują do znajomych albo, tak jak w naszym przypadku, pod numer do hostelu i od nich dowiadują się jaką trasę wybrać, który skręt w lewo wybrać i gdzie się zatrzymać.
Nasz hostel mieścił się w starej części miasta (ok.800m od Registanu), co wiązało się z labiryntem wąskich, nierównych i, czego sami niejednokrotnie doświadczyliśmy, ślepych uliczek. Pani z hostelu była bardzo bardzo miła, czekała na nas woda, wiatrak i arbuz. Dodatkowo mieszkanie miało patio, do którego bardzo nas zachęcano i nieomieszkaliśmy skorzystać.

Dygresja 1: Guest House FAYZI, bo tak brzmiała jego nazwa, był chyba najlepszym noclegiem w Uzbekistanie. Za 32$ mieliśmy 4 osobowy pokój w samym centrum ze śniadaniem. Dodatkowo zostaliśmy obdarowani dwukrotnie arbuzem i wodą. Można też zamówić obiad ale trzeba dać znać rano (my niestety poprosiliśmy za późno). Jest to nowy hostel i prawdopodobnie byliśmy pierwszymi gośćmi spoza Uzbekistanu gdyż zaraz po wyjeździe nasze zdjęcia jako jedyne pojawiły się na bookingu. Z całego serca polecamy!

Jest około 13, oczeń żarko, a my głodni. Cóż robić, kapelusze na głowy i idziemy. Pomimo wielu uliczek trasa do centrum była stosunkowo krótka i łatwa do zapamiętania więc tylko za pierwszym razem włączyliśmy mapy. Okolica przyjemna, całkiem sporo sklepików spożywczych i to takich z piwem!
Obiad zjedliśmy w polecanej restauracji Bibikhanum teahouse (chyba jednak jej nie polecimy), gdzie obsługiwał nas 11 może 13 letni chłopczyk i tylko dlatego tak nam smakował, iż zdecydowaliśmy się tu przyjść dnia kolejnego (wtedy to nie jemu trafił się nasz stolik i jedzenie wcale nie było smaczne). Wróciliśmy do hostelu i wieczorem poszliśmy pod Registan.

Przepiękny, naprawdę przepiękny! J to miasto podobało się najbardziej ze wszystkich. Ogrom tych budynków, kolory i wykonanie zachwycały. Chcieliśmy przyjść tu na zachód słońca gdy wszystko to jest podświetlane jednak nie udało nam się. Zobaczyliśmy natomiast Park im. Amira Temura, Go’r Amir Maqbarasi oraz pospacerowaliśmy po mieście żeby poczuć klimat poza centrum. Na kolację kukurużka (polecam serdecznie, świeże, ciepłe, tanie, a jakie smaczne!)
Następnego dnia śniadanie mieliśmy wykupione w hostelu, ależ ono było smaczne. Naleśniki, jajka, miód, chlebek, kiełbaski, słodycze, owoce, słowem wszystko czego dusza zapragnie. Miła Pani pozwoliła nam zostać prawie cały jeden dzień więcej w oczekiwaniu na pociąg i nie chciała za to ani grosza, mimo, iż próbowaliśmy jej wcisnąć.

Poszliśmy zwiedzać drugą część centrum w co wchodził między innymi Kryptę Prezydenta oraz cmentarz pełen bogato zdobionych krypt (Shah-i-Zinda) Przeszliśmy go najpierw , przez przypadek, od strony zwykłego cmentarza, i schodząc ze wzniesienia mieliśmy piękny widok na cały kompleks. (Jeśli komuś nie widzi się płacić za wstęp polecam tę opcję, bo rzeczywiście widać prawie wszystko). Później jednak za namową A kupiliśmy bilety i jak na prawdziwych turystów przystało poświęciliśmy 30 minut na przechadzkę po Shah-i-Zinda. W drodze powrotnej do hostelu Mt i Ja mieliśmy nieodpartą ochotę na zimną Coca-Colę w szklanej butelce (tam, jakież to piękne, wszędzie jest dostępna i niesamowicie tania). Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym sklepie. Kasjerki nie było, za to było bardzo dużo dzieci, które najpierw nas obsłużyły, a potem wypytywały skąd jesteśmy, jak mamy na imię itd. Na wieść, że jesteśmy z Polski wymienili tylu piłkarzy, że nawet ja, a trochę się interesuję, byłem zawstydzony. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, pożegnaliśmy i piechotą poszliśmy w stronę Fayzi.

Do Buchary jechaliśmy szybkim, hiszpańskim pociągiem Talgo. Faktycznie był szybki, odległość ponad 200km pokonaliśmy w około 2h10minut. Do tego klimatyzacja, prowadnicy, pełna klasa i kultura. Nawet kupiliśmy sobie coś do jedzenia.
Jako, iż był środek nocy umówiliśmy się z hostelem, iż wyślą po nas taksówkę (warto nadmienić, że dworzec znajduje się w odległości 13km od centrum) Wszystkie bilety kupiliśmy online jednak na dwóch widniała informacja o konieczności wymienienia ich na normalny. Nie byłoby w tym nic złego gdyby gdziekolwiek była informacja o tym gdzie tego dokonać. Bilety te należy więc wymienić w kasie na dworcu, z którego jest odjazd. Ze względu na to, iż następny pociąg mieliśmy o 4 rano, a nauczyliśmy się już nie wierzyć w informacje, że jak coś jest całodobowe to będzie otwarte cały czas, a jak od 9 to będzie od 9, wymieniliśmy bilety zaraz po przyjeździe. Oczywiście tutaj też nikt nie słyszał o kolejce więc dzielna A wepchała się gdzie trzeba i po około 40 minutach mogliśmy jechać.

Hostel Mekhtarin heh, śmieszna sprawa. Na bookingu mam geniusa poziom 2 więc miałem niższą cenę, pracownik jednak chce więcej. Co robić, prosimy o kierownika. Jako, iż nas rosyjski jest średni, dla wyrównania mówimy tylko po angielsku i udajemy, że nic nie paniemaju. Okazało się, iż pomimo podatku naliczanego przez booking oni chcą jeszcze jeden w kwocie 2,5$ za osobę za noc(czyli 20$, a sam hostel kosztował 44$ za 2 noce ze śniadaniem). NO CHYBA NIE. Siedzący obok Słoweńcy powiedzieli, że oni też byli zdziwieni ale zapłacili, wspierali nas potem w kłótni z menagerem, że faktycznie jest to nie fair (w tej cenie moglibyśmy mieć 4porządny hotel w centrum). Po około godzinie, gdzie żaden z nas nie chciał ustąpić (kierownik nawet napisał do booking.com!) zdecydowaliśmy się, iż wystąpimy z bezkosztową prośbą o anulację noclegu, którą on przyjmie. Gdy już to zrobiliśmy musiał albo zorientować się, ze faktycznie pójdziemy, albo booking mu odpisał, iż nie ma racji ale wykrzyknął radośnie, że skoro mamy geniusa to nie musimy tego jednak płacić (tak jakby to cokolwiek miało do rzeczy). Idąc za ciosem w ramach rekompensaty J załatwiła nam darmową taksówkę na dworzec (tę na pociąg do Chiwy) i zamieniła wliczone w koszt śniadanie na lunch. W końcu mogliśmy zrzucić z siebie plecaki, wypić piwka (kup 2 i dostaniesz 3 za darmo hehe) i pójść spać (przez wszystkie perturbacje dopiero ok.3 rano)

Dygresja 2: Okazało się, że nie tylko my mieliśmy taki problem z tym hostelem. W internecie jest masa osób, które zostały oszukane w ten sposób. Nie można się na to zgodzić gdyż to są jakieś „”dodatkowe” opłaty, których oni sami nawet nie potrafią wytłumaczyć.

Zdecydowaliśmy się wstać około 6 rano żeby zdążyć zobaczyć miasto przed najgorszym upałem. O takiej godzinie mijaliśmy się tylko z mleczarzami. Wróciliśmy na śniadanie, które, no cóż, było tak na jeden ząb. Wyszliśmy więc szybko i w drodze na mury kupiliśmy po somsie.
Zabytki Buchary nas zawiodły, nie dość, iż na wszystko trzeba płacić drogi wstęp (inna cena dla swoich i kilkukrotnie wyższa dla turystów) to jeszcze naprawdę nic tam nie było (Oczywiście nie dosłownie). Mury, które ciągnęły się przez kilkaset metrów, ograniczały się do zwiedzania pomieszczeń z narzędziami za witryną. Nawet nie było widać stamtąd miasta. Dobrze, że podczas porannego spaceru weszliśmy do otwartej bramy w centrum i mogliśmy przejść się po krużgankach, bo po śniadaniu było to już wejście płatne. Zwiedziliśmy też meczet Kalan wraz z minaretem, Chor minor ( to akurat było bardzo klimatyczne i niezadeptane miejsce) i parę innych lokacji. Niestety byliśmy ogromnie rozczarowani tym miastem mając w pamięci jak wspaniała była Samarkanda. Oczywiście trzeba oddać Bucharze, że jest w centrum bardzo zadbana, że jest jako taki, w porównaniu do Samarkandy żaden, klimat i wielka historia stoi za każdym z budynków ale z bólem serca przyznajemy, że nie polubiliśmy się.
A kupiła sobie ręcznej roboty plecaczek i krętymi, zdecydowanie bardziej zawiłymi uliczkami niż w Samarkandzie, wróciliśmy na lunch. Kolejne godziny spędziliśmy w patio grając w karty, czytając i czekając, aż upał minie.
Jako, że Mt to miłośnik parków udaliśmy się do parku Mirzo Ulugbeka. Znaczy koło poczty skąd wysyłaliśmy kartki (kupiliśmy je w Samarkandzie ale w poniedziałki poczta nie pracowała) złapaliśmy matiza. Kierowa nie do końca nas zrozumiał, bo najpierw zawiózł nas do centrum ale poprawił swój błąd, do tego raczył nas historyjkami i jak zwykle nie mógł uwierzyć, że w tym wieku nie mamy swoich rodzin. Wspomniał coś o katastrofie smoleńskiej i chyba nie za bardzo lubi USA, bo Trumpowi życzył czegoś podobnego.

W parku drzewa były naszego wzrostu, a na środku stał pomnik globusa Uzbekistanu. Dosłownie globus w połowie zajęty przez Uzbekistan. W internecie znaleźliśmy knajpkę niedaleko „parku” jednak gdy zaczęliśmy się zbliżać wyłoniła się przed nami błotnista rzeka pełna półnagich dzieci i mężczyzn zażywających kąpieli. Szybko stamtąd uciekliśmy jednak okazało się, że nie ma nigdzie mostu, a wyjścia z parku są dwa toteż wróciliśmy do miejsca skąd przyszliśmy zaliczając wielkie koło. W drodze do knajpy minęliśmy tiry na europejskich tablicach, owce i kozy i w sumie nie wiedzieliśmy czy powinniśmy już czuć się niebezpiecznie. Restauracja jak się okazało była dosłownie nad tą błotnistą rzeką, do tego stopnia, że nasz stolik umiejscowiony był na mostku. Wyglądało to bardzo ładnie prócz tego, że wszystko- śmieci, resztki i brudy wrzucane były bezpośrednio w wodę. Jedzenie można określić jednym słowem- majonez. Musieliśmy jeszcze czekać na nie blisko godzinę, a do rachunku doliczono nam opłatę za muzykę (każdej osobie oddzielnie, a muzyka pochodziła z imprezy urodzinowej, która odbywała się kilka stolików dalej).
Wciąż niedokarmieni złapaliśmy taksówkę do centrum (w całkowitej ciemności). W hostelu chwilowo (całą noc) nie było wody (podobno jakiś problem w całym mieście) więc spakowaliśmy się i położyliśmy bez mycia. O 3 rano przyjechał nasz opłacony przez hostel taksówkarz i zawiózł na dworzec. Spotkaliśmy tam znajomych Słoweńców (przemierzali Uzbekistan na rowerach) i razem wsiedliśmy niestety do różnych wagonów.

Był to pierwszy w tej podróży przez Uzbekistan wagon plackartny. (A w ogóle jechała takim pierwszy raz!) Niestety nie zrobił pozytywnego wrażenia, nasze miejsca zajęły matki z dziećmi i musieliśmy zadowolić się najgorszymi na korytarzu. Mi trafiło się miejsce przy toalecie, kto widział ten wie jaki to problem dla osoby mierzącej blisko 190cm. Prowadnik niby coś przepraszał ale miał szczęście, że J nie stała najbliżej niego, bo chyba by go rozszarpała.

Rozdział VII niebawem

Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

wtak 12 sierpnia 2019 21:02 Odpowiedz
Nie masz zbliżenia kierowcy uaza? Mam wrażenie, że z nim jechałem :)
watsky 13 sierpnia 2019 16:24 Odpowiedz
@wtak Niestety nie mam.
wtak 14 sierpnia 2019 08:27 Odpowiedz
Skarpetki w jajka nasz fajne :)
marcino123 14 sierpnia 2019 10:15 Odpowiedz
Dzięki za wiele cennych informacji zawartych w relacji.
watsky 14 sierpnia 2019 10:43 Odpowiedz
W razie jakichkolwiek pytań z chęcią odpowiem lub pomogę. Starałem się zawrzeć jak najwięcej informacji, ale jak wiadomo, nie możliwe jest przypomnieć sobie od ręki o wszystkim.
cravietz 14 sierpnia 2019 10:46 Odpowiedz
Widoki obłędne, zdjęcia boskie!
marcinsss 14 sierpnia 2019 14:29 Odpowiedz
Na tej samej huśtawce bujałem się jakiś miesiąc temu :)Fajna relacja, dobrze się czyta.