+1
pestycyda 11 sierpnia 2019 18:10
Kenia jest jak kobieta, która nie chce, żeby każdy od razu odkrył wszystkie jej tajemnice, dlatego ukrywa twarz pod zasłonami. Na pierwszej z nich widnieje oblicze najbardziej znane – zasłona pomalowana jest w słonie i lwy z parków narodowych, otoczone widokami z plaży Diani. I wielu osobom ta twarz wystarcza. Natomiast gdy poświęcisz Kenii więcej uwagi, również ona się wtedy ośmiela i podnosi zasłonę, pod którą jednak, zamiast twarzy, dostrzegasz kolejny, bardziej szczegółowo zdobiony woal…Gdzieś, daleko pod wszystkimi zasłonami, znajduje się prawdziwa twarz Kenii. Jak wygląda? Nie wiem. Składają się na nią obrazy z wszystkich zasłon i z pewnością jest piękna, choć pewnie jej urody nikt nie mógłby określić mianem „klasyczna”.

Image

Kenia raczej nie znajdowała się w pierwszej piątce moich najbardziej wyczekiwanych kierunków podróży (wprawdzie chcę pojechać wszędzie, ale jakąś listę, mimo wszystko posiadam). To się zmieniło bardzo szybko, gdy grudniowego popołudnia, przełamując nudę zwolnienia lekarskiego, przewijaliśmy lotnicze oferty. Bez konkretnego powodu, ot, tak, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wtedy nagle uświadomiłam sobie, że przecież marzę o wyjeździe do Kenii. Rainbow miało znakomite argumenty – lot czarterowy z Warszawy do Mombasy : 1098 zł w dwie strony. Był tylko jeden szkopuł – wylot 17 grudnia. Dokładnie za osiem dni…

Image

Tydzień do wyjazdu? Trochę to nieodpowiedzialne. I to jeszcze w Boże Narodzenie? Żadnego planu, żadnych rezerwacji noclegów. Właściwie, to niewiele wiem o tym kraju…Emocje ścierały się w nas z rozsądkiem. Rozsądek zwyciężył. Bo przecież gdzie ja znajdę takie tanie bilety do Kenii? :D

Image

Tydzień minął za szybko – nerwowe nadrabianie wiedzy o kraju, korespondencja z agencjami organizującymi safari, rezerwacja pierwszego noclegu. Planowaliśmy po przylocie zostać w Mombasie, a kolejnego dnia rano wyruszyć pociągiem do Nairobi, gdzie 19 grudnia rozpoczynało się nasze czterodniowe safari. W sieci znaleźliśmy też informacje o polskim małżeństwie, które w okolicach Diani założyło fundację wspierającą miejscową wioskę. Tam też zamierzaliśmy się wybrać. I…i to by było na tyle – więcej planów nie mieliśmy, nie było czasu. Cała reszta miała wyjść „w praniu” :)

Image

Czas pobytu : 17.12.2018 – 31.12.2018
Waluta : szyling kenijski, 100 KES = ok. 3.74 PLN

W Mombasie byliśmy ok. 21.00 (sam lot trwał 7,5 godziny). Jeszcze tylko wiza – 50 USD – i już mogliśmy opuścić lotnisko. Pierwsze kroki skierowaliśmy w przeciwną stronę, niż nasi współtowarzysze podróży. Oni, wiadomo, w kierunku busów i taksówek zagwarantowanych przez Rainbow, my – w kierunku bliżej niezidentyfikowanej budki, która „przecież gdzieś tu musi być”.

Image

Jedną z pierwszych rzeczy o Kenii, którą przeczytałam (i która mną dość mocno wstrząsnęła) była informacja, że w całym kraju obowiązuje zakaz palenia, że jest dosyć restrykcyjnie egzekwowany, a próby jego ominięcia mogą skończyć się w więzieniu (ŁUP! – to odgłos walenia głupim łbem w ścianę. Takie rzeczy sprawdza się PRZED kupnem biletów :/) Na szczęście, nim doszczętnie rozwaliłam głowę, doczytałam, że na ulicach można znaleźć jakieś budki (nie wiem, jakie i właściwie mało mnie to obchodzi, grunt, że są :D ), w których palenie papierosów jest dozwolone (uffff). Faktycznie, kawałeczek przed lotniskiem można taki przybytek znaleźć. Budka, jak budka. Nic nadzwyczajnego, natomiast jej przeznaczenie było dla mnie zbawienne. Gdy weszłam do środka, pomyślałam : „Jest dobrze. Dolecieliśmy, jest gdzie palić, mamy nocleg, mamy plan. Jest nieźle”. I wtedy – i wtedy plan zaczął się sypać…

Image

CDN.@brzemia, tak. Przed jednym z pierwszych wyjazdów zrobiłam zestaw szczepień, teraz tylko uzupełniam na bieżąco, jak trzeba wziąć dawkę przypominającą.Miejsca przeznaczone do palenia mają jedną dużą zaletę – zazwyczaj można w nich zawrzeć znajomości, porozmawiać, usłyszeć wiele historii, zdobyć informacje. W palarniach ludzie robią się gadatliwi i chętnie dzielą się wiedzą. Niestety, te miejsca mają też jedną wadę – czasami pozyskane w ten sposób wiadomości, mogą okazać się złe. Tak też stało się z nami. Poszło dosyć szybko – w czasie krótszym niż wypalenie papierosa, poznaliśmy aż dwie Złe Wiadomości, które mogły mieć wpływ na całą naszą dalszą podróż.

Image

Zła Wiadomość nr 1
Jej doręczycielem była, jak się okazało, Polka, która przyleciała z nami tym samym samolotem. Nerwowo, szybkimi ruchami, odpalała jednego papierosa od drugiego. Bardzo się spieszę – tłumaczyła. - Przyleciałam z siostrą i jej mężem, oni tu mają dom. Niedaleko, w okolicach Diani. Czekają na mnie z kierowcą i kazali się pospieszyć, bo już ciemno. Wiecie – dodała konfidencjonalnym tonem. – Myślałam, że zatrzymamy auto gdzieś po drodze, wysiądę i sobie zapalę na spokojnie, ale siostra mówi, że to niemożliwe. Za niebezpieczne. Nawet okien w aucie nie możemy mieć otwartych…
Trochę mnie ta wypowiedź zaskoczyła, ale po chwili uspokoiłam samą siebie – ludzie wyolbrzymiają różne rzeczy, przesadzają i ubarwiają. Pewnie to jacyś bogaci ludzie, kupili sobie domek letniskowy przy plaży, nie stykają się zupełnie z miejscowymi i ich kulturą i nie mają pojęcia o bezpieczeństwie. Nie ma się czym martwić. Zaraz…Chwila..Diani? Polskie małżeństwo? Dopytaliśmy szczegółowo. Tak, trafiliśmy na siostrę kobiety, która w Kenii spędza połowę roku i do której chcieliśmy jechać – założycielkę miejscowej fundacji charytatywnej. Ostrzeżenia od tak obeznanej w realiach osoby raczej nie da się zbagatelizować. Rozejrzałam się wokół – godzina ok. 22.00, ciemno, pusto. Pierwsza kropla potu spłynęła mi po karku…

Image

Zła Wiadomość nr 2
Tym razem kurierem był bardzo sympatyczny Kenijczyk. Typowa, luźna rozmowa – skąd jesteście, co będziecie w Kenii zwiedzać, aha, aha, safari, to bardzo fajnie, a, ruszacie z Nairobi, super i tak dalej w tym stylu. Czysty luz i przyjemność. I nagle padło pytanie : a jak zamierzacie się do Nairobi dostać? Jak to jak? Pociągiem. Jutro. Rano chcemy jechać, dojedziemy na wieczór, bo pojutrze rano musimy być w Nairobi, zaczynamy safari. Nawet na dziś zarezerwowaliśmy sobie nocleg w Mombasie blisko dworca kolejowego. Pan podrapał się w głowę, odchrząknął i znacząco zapytał : A macie bilet na pociąg?.........
I skończyły się przyjemne rozmowy, zaczęły natomiast nerwowe poszukiwania rozwiązania sytuacji. Okazało się, że jest szczególny okres i chyba wszyscy mieszkańcy wybrzeża zmierzają do stolicy na święta, dlatego kupienie jakiegokolwiek biletu graniczy z cudem :/ O tej porze dworzec zamknięty, więc nie ma gdzie się dopytać. Pan próbował nam sprawdzić bilety w specjalnej aplikacji na telefon – nie było szans, ani na jutro, ani nawet na za tydzień. Są wprawdzie jutro jakieś autobusy, ale to też trochę loteria – duża szansa, że nie będzie biletów. Zresztą o to możemy się dopytać dopiero jutro, bo teraz nie ma gdzie. Tymczasem jutro jest ostatni dzień, w którym możemy przemierzyć 500 km dzielących nas od Nairobi, bo jeśli nie…Jeśli nie, to pan od safari odjedzie sobie na poszukiwanie afrykańskiej przygody z dwoma pustymi miejscami w aucie…
Sytuacja stała się, hmmm, nieco trudna. I gdy już oczyma duszy widziałam nas spędzających wakacje przy lotnisku w Mombasie, w wynajętym samochodzie, oczywiście z zamkniętymi oknami, dla bezpieczeństwa, zaparkowanym przy budce dla palaczy (bo w aucie z zamkniętymi oknami się przecież nie da) :/ :D , pan zadumał się chwilę i powiedział : Jest coś, czego możemy spróbować. Otóż Kenijczycy niezbyt chętnie jeżdżą do stolicy nocnymi autobusami. Pan jakoś szczególnie nie roztrząsał dlaczego – był miłym panem i pewnie nie chciał rozsiewać plotek. Ja tam jednak wiedziałam swoje (a miało to z pewnością związek z zamykaniem okien w pojazdach). Możemy spróbować podjechać na któryś z przystanków nocnych autobusów i spytać, czy nie ma dwóch wolnych miejsc. Na teraz. Podobno do Nairobi jeżdżą trzy różne firmy, więc mielibyśmy trzy szanse, dokładnie jak w bajce. Wprawdzie opłacony nocleg w Mombasie by przepadł, ale rano bylibyśmy w Nairobi. Nie było się nad czym zastanawiać.

Image

Pan, przez przypadek :D okazał się taksówkarzem – uwielbiam te „przypadki” :D jednak tym razem był to „przypadek” wyjątkowo korzystny. Gdyby nie pan…ech, nawet nie chcę myśleć, co byłoby „gdyby nie pan”….Zapakowaliśmy się do auta i rozpoczął się wyścig z czasem. Pierwszy autobus – porażka. Zatłoczony, biletów brak. Kolejny – na pierwszy rzut oka też wyglądał niezbyt dobrze, gdy razem z panem biegliśmy do budki z biletami, z każdego okienka autobusu przypatrywały się nam w milczeniu twarze. Pan jednak się jakby zdenerwował, coś tam pokrzyczał przy ladzie, pomachał rękami i odwrócił się do nas z uśmiechem. Bilet do Nairobi – 1300 KES, w autobusie coś poprzestawiali, kogoś przesadzili i już po chwili siedziałam koło (niestety) dosyć solidnie zbudowanego Kenijczyka, a dla Marcina znalazło się miejsce z tyłu. Autobus ruszył, uradowany pan pomachał nam na pożegnanie (możliwe, że na jego radość trochę wpłynęło 20 USD, na które wycenił swoją pomoc, ale naprawdę – zasłużył na tę zapłatę), a my odetchnęliśmy z ulgą na myśl, że nasze kłopoty się zakończyły. Jednak, jak to zazwyczaj bywa, standardowo się pomyliliśmy….

Image

Autobusy z Mombasy do Nairobi jadą około 9 godzin. Pewna część drogi prowadzi między dwoma parkami narodowymi. Nie jest to trasa zbyt bezpieczna – zwłaszcza nocą. Podobno – oprócz zagrożeń związanych ze zwierzętami – zdarzają się tam napady na pojazdy. Dlatego na trasie kierowcy niezbyt chętnie się zatrzymują. Nieważne, nie zależy mi, jakoś zasnę w tym ścisku i duchocie, byle do przodu, byle w kierunku Nairobi…I gdy już jakoś się wpasowałam w siedzenie, starając się jak najmniej przeszkadzać współpasażerowi, stało się coś strasznego. Poczułam, no dobrze, postaram się Wam to przedstawić jak najdelikatniej, poczułam, że jeśli za chwilę się nie wysikam, to umrę (ale wstyd :/ ) Przez te wszystkie zawirowania po lądowaniu, wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam skorzystać z toalety, a ciało, dopiero w momencie kiedy poczuło, że stres został zażegnany, dało znać :/ Sytuacja beznadziejna – jakieś pół godziny temu awanturowałam się, że muszę wejść do autobusu, a teraz mam się awanturować, że muszę z niego wyjść? Współpodróżni już i tak popatrywali na nas niechętnie, możliwe, że wpływ na to miał fakt, że (chyba) zabraliśmy komuś miejsce (albo, nie oszukujmy się, nasz wredny wygląd :/ :D Za oknami – idealna ciemność. A, nie – wydawało mi się, że rozróżniam małe krzaczki, charakterystyczne dla sawanny parku narodowego :/ Wpatrywałam się w okno, jak głupia, próbując siłą woli wywołać jakąś stację benzynową, bar, cokolwiek. Przecież oni muszą coś jeść! W Afryce zawsze były postoje na posiłki. Otóż nie – ci nie jedli. To znaczy jedli, tylko zabrali ze sobą wszystko na podróż. Szeleściły woreczki, chrupały chipsy, słychać było lanie wody…Lanie wody?? O nie!!! :/

Image

Po godzinie gehenny byłam gotowa się poddać. Popatrywałam spod oka na siedzącego obok pana i próbowałam oszacować, czy dużo moczu przesączy się na niego przez miękkie siedzenie (wiem, obrzydliwe, ale to naprawdę był już taki stan :/) I wtedy zaświtało światełko nadziei – siedząca dwa rzędy za mną pani również poruszała się nerwowo, w końcu nie wytrzymała i podeszła do kierowcy. Kierowca się zdenerwował i okrzyczał ją na cały autobus (przypuszczalnie wołał : to ty nie wiesz, że w naszym kraju nawet okna trzeba w nocy mieć zamknięte, a co dopiero zatrzymać się w tym niebezpiecznym miejscu? Albo jakoś tak :) Pani się jednak nie zraziła i uparcie stała mu za plecami. Jakieś pół godziny później – ja w tym czasie cały czas wbijałam oczy w plecy pani, próbując dodać jej sił : nie odpuszczaj! Nie odpuszczaj! – autobus zaczął się zatrzymywać. Pani wyskoczyła w ciemność, a ja rzuciłam się w kierunku drzwi. Niestety, współpasażerowie zasłonili wrota do raju własnymi ciałami, nie pozwalając mi wysiąść :/ W końcu jednak, po małej awanturze, zakończonej spojrzeniem kierowcy, mówiącym : OK, ale jak cokolwiek będzie nie tak, to ja odjeżdżam, a ty radź sobie sama, wyskoczyłam z autobusu i ja. Faktycznie, było ciemno. Faktycznie, był to park narodowy. I faktycznie – było to straszne doświadczenie. Pani, która zatrzymała autobus, stała koło mnie cały czas i czekała, aż skończę – tak, żeby żadna z nas nie była sama w tym miejscu. Kierowca trąbił klaksonem, gdzieś za plecami nagle zapaliły się światła stojącego do tej pory w ciemności auta, coś jak sen, koszmar…Pani złapała mnie za rękę i prawie w biegu wskoczyłyśmy do autobusu. Kenio, twarz, którą wtedy mi pokazałaś, nie należy do moich ulubionych…

Image

W Nairobi byliśmy ok. 7.00, a po drodze okazało się, że jednak rzeczywiście każdy autobus ma postój na jedzenie. W nocy zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu i był to chyba umówiony postój dla wszystkich autobusów naraz – z i do Mombasy – o umówionej godzinie. Dla bezpieczeństwa.

Image

Tak wyglądają dumni podróżnicy po przybyciu na miejsce :D A właściwie po zadaniu sobie pytania : czy my na pewno wiemy, co zrobiliśmy, kupując bilet do tego kraju? :/ :D A po powrocie otrzymałam od Marcina piękny prezent – składany jednorazowy nocnik podróżny. Bardzo poręczny, mieści się w każdej torebce, polecam :) Jeszcze nie używałam, ale świadomość, że mam go przy sobie, bardzo podnosi moją pewność siebie :D

Image

Wcześniej, na booking.com, upatrzyliśmy sobie hotel, który, jak się okazało, miał znakomitą lokalizację – znajdował się blisko przystanku autobusowego i (bonus :D) blisko budki dla palaczy. Budki wyglądały nieco gorzej, niż na lotnisku, raczej jak śmietnikowe wiaty, ale grunt, że były. Natomiast sam hotel był dosyć trudny do znalezienia. Weszliśmy do pierwszego przybytku, który choć trochę przypominał nam hotel i, okazało się, że tym razem Kenia pokazała nam swoją bardziej przyjacielską twarz :)

Image

Pierwsza próba i od razu trafienie :) Wejście do naszego hotelu - Inks Motel - przyozdobione przed świętami.

Image

Chociaż schody przypominały raczej inny przybytek (nie to, żebym bywała :D widziałam na filmach :D
Dwuosobowy pokój - 18 USD. A na piętrze był bar, w którym otrzymaliśmy przyspieszony kurs zachowywania się w Kenii. Otóż palenie na ulicy jest zabronione. Natomiast w barach, restauracjach, wszelakich wnętrzach - jak najbardziej mile widziane :D Do tego stopnia, że pan prowadzący nas do pokoju oznajmił, że możemy sobie palić w łóżku, ile chcemy :)

Image

To akurat nie był najlepszy pomysł :D Mogłabym zaczadzić Marcina :D Ale generalnie byliśmy bardzo zadowoleni - wszystkie formalności załatwiliśmy przed 9.00, mamy cały dzień, żeby pozwiedzać Nairobi. Za dnia, właśnie - bo postanowiliśmy, że od tej pory będziemy podejmować tylko bezpieczne aktywności. Tych niebezpiecznych mamy na razie przesyt. Doskonały plan - pomyślałam. Padliśmy na łóżko i zasnęliśmy :/ :D

CDN.Trochę rozminęliśmy się z planami zwiedzania Nairobi „za dnia”, bo obudziliśmy się o 14.00. Zostało nam jakieś 5 godzin dziennego światła, postanowiliśmy więc skupić się na drugiej części założenia – bezpieczne aktywności. Z tyłu głowy cały czas kołatała nam Zła Wiadomość nr 1, jeszcze nie do końca „czuliśmy” Kenię, poza tym, prawidłową ocenę sytuacji trochę utrudniał nam strażnik hotelu. Pan ów siedział z bronią na krzesełku w hallu hotelowym i za każdym razem gdy wracaliśmy ze sklepu, po prostu wciągał nas do środka, rozglądając się podejrzliwie po ulicy i prężąc strzelbę. Inna sprawa, że w drzwiach sklepów również stali uzbrojeni strażnicy, przeszukujący każdego klienta. Zdecydowanie nie był to klimat pozwalający na budowanie zaufania do miasta. Wybraliśmy więc aktywność najbezpieczniejszą z bezpiecznych. Żadne szwendanie się po targach, łażenie bez ładu i składu, co to, to nie! Postanowiliśmy zachowywać się rozsądnie i zwiedzić Muzeum Narodowe.

I początkowo szło nam bardzo dobrze :D Muzeum znajdowało się jakieś pół godziny drogi od naszego hotelu, korzystaliśmy z mapy i staraliśmy się nie zwracać na siebie uwagi miejscowych - nie rozglądaliśmy się ciekawsko po okolicy, nie uśmiechaliśmy się do nikogo zachęcająco, nie zawieraliśmy podejrzanych znajomości, Marcin starał się powstrzymywać od robienia zdjęć, a ja nawet nie próbowałam palić na ulicy. Po prostu – byliśmy wzorem odpowiedzialności :D Był tylko jeden problem, taka uparta myśl : O, kurczę, jak będziemy się musieli tak zachowywać przez cały wyjazd, to padniemy. Strasznie to nudne :/ :D

Image

Trochę poprawił mi się humor, gdy przeszliśmy przez bramę muzeum. Cały kompleks był otoczony murem, a za murem – zupełnie inny świat. Dużo zieleni, jakieś altanki, bar, sklepiki, rodziny spędzające czas z dziećmi, bardzo miło. Przy kasie okazało się, że można kupić bilet do samego muzeum, albo bilet łączony : muzeum + park węży (1500 KES). Wprawdzie niezbyt wiedzieliśmy, czym ten park węży jest, ale wyszło mi z analizy cen, że taki bilet się najbardziej opłaca :D

Image

W muzeum bardzo mi się podobało – znajdują się tam eksponaty związane z historią kraju, wystawa archeologiczna oraz wypchane zwierzęta i ptaki (chyba wszystkie, występujące w Kenii gatunki). Jak dla mnie – niesamowicie ciekawe.

Image

Niestety, przyszliśmy na miejsce dosyć późno (zbliżała się pora zamknięcia), zwiedzaliśmy więc bardzo szybko. Poza tym, chcieliśmy jeszcze zdążyć do parku węży. Byliśmy ciekawi, co to jest, poza tym przecież bilety nie mogły się zmarnować :D

Image

Park węży okazał się czymś w rodzaju minizoo z różnymi gatunkami węży i gadów. Było tam nawet specjalne, zaciemniane pomieszczenie z rybami. Zdecydowanie miejsce, w którym można miło i bezpiecznie spędzić czas – niestety, tak było do czasu. Do czasu, w którym poznaliśmy pewnego pana. Poznaliśmy go w dodatku bardzo szybko, bo zaraz przy wejściu do parku :/ :D Pan poruszał się po obiekcie dosyć pewnie i był ubrany w uniform. To nas trochę zmyliło. Uznaliśmy, że jest pracownikiem muzeum, więc spokojnie możemy się z nim zapoznać, bo przecież pracownicy muzeów na pewno nie mają żadnych nierozsądnych pomysłów, prawda? :D

Image

Pan towarzyszył nam podczas zwiedzania i przy trzech pierwszych terrariach zachowywał się bez zarzutu - bardzo ciekawie opowiadał o zwierzętach, o ich zachowaniu. Niestety, przy czwartym dostał jakiegoś amoku, bo naprawdę nie mogę tego inaczej nazwać :D Nim zdążyliśmy się zorientować co wyczynia, zaczął wyciągać węże po kolei i wkładać je nam w ramiona :/ :D

Image

W dodatku nagle nie mogliśmy się porozumieć - nasze szczere odmowy brał za kurtuazyjne droczenie się :/ :D

Image

Wszystko działo się szybko i chaotycznie, im bardziej odmawialiśmy, tym bardziej ochoczo pan wyciągał kolejne węże i praktycznie nimi w nas rzucał - nie było wyjścia, musieliśmy je łapać :/ :D

Image

W dodatku pan zabrał Marcinowi aparat fotograficzny - naprawdę, to był wyjątkowo zdecydowany pan :D - i cały czas krzyczał : "O, to jeszcze raz! Ale będzie miła pamiątka!" :D Nam pozostało koncentrować się na łapaniu (żeby te biedne zwierzęta nie zrobiły sobie krzywdy) i na powstrzymywaniu się od myślenia o tablicy, którą widzieliśmy przy wejściu (a która była naprawdę ogromna i zawierała spis najbardziej jadowitych węży Afryki :/ :D

Image

Gdy po raz setny powtórzyliśmy panu - Nie. Nie chcemy trzymać tego węża, w końcu dotarło. Aaaa, wy nie lubicie węży - westchnął pan ze zrozumieniem. I przerzuciliśmy się na łapanie gadów :/ :D Pan się tak rozkręcił, że rzucił we mnie żółwiem :/ :D Złapałam, ale gdy tylko odstawiłam biedne zwierzątko na wybieg, zbuntowałam się z największą stanowczością, na jaką było mnie stać. Pan jakby zrozumiał, trochę się uspokoił i dlatego zupełnie nie mogę zrozumieć, jak mogło się stać to, co stało się później :/
Przysięgam, pamiętam, że mówiliśmy : Nie. Nie jesteśmy zainteresowani. Zupełnie nie. Wcale. A potem nagle stało się to :

Image

Aligator :/ Właściwie, to powinnam być panu wdzięczna, że nim we mnie nie rzucił :/ :D To było tak głupie...tak głupie, że aż nie wiem co :/ :D W dodatku na koniec obraziliśmy pana. Sytuacja była już tak abstrakcyjna, że zażartowaliśmy : OK, teraz już się nam to trzymanie podoba. To teraz chcemy wejść do krokodyla nilowego. Pan się zasmucił i odparł : A, nie. Krokodyl nilowy, to nie. I już do końca był markotny :/ :D
A potem się okazało, że pan wcale nie jest pracownikiem muzeum, tylko samozwańczym przewodnikiem, a w kasie ma po prostu przyjaciół (i mam szczerą nadzieję, że jednak się na tych wężach trochę znał. I że nie postawi sobie teraz za życiowy cel wprowadzanie turystów do krokodyla nilowego, bo tego oczekują :/ :D Napiwek - 700 KES. I niech mi ktoś nie mówi, że ta Kenia nie jest niebezpieczna.

Image

A jak się pożegnaliśmy, to się okazało, że zrobiło się trochę ciemno. Ale właściwie to, że wracaliśmy do hotelu podejrzanymi uliczkami, że się zgubiliśmy i jedliśmy w barze dla miejscowych (dwa ogromne kurczaki z frytkami i napoje - 760 KES), nie miało żadnego znaczenia. Nie byliśmy w stanie zrobić nic głupszego, niż trzymanie aligatora za ogon :/ :D

Image

A jak w nocy wróciliśmy do hotelu, to się okazało, że nie ma pana ochroniarza, bo on pracuje tylko na dzienną zmianę :/ :D Dodatkowo nie było prądu, więc spędziliśmy trochę czasu w hotelowym barze przy świeczce (i przy piwach - 200 KES butelka). Tak, to był naprawdę dobry dzień :D

CDN.@brzemia, faktycznie, chyba coś w tym jest. Skojarzyło mi się dopiero, jak napisałeś :)
@Chupacabra, dziwne wrażenie, prawda? Zastanawiałam się, na ile sami sobie stworzyliśmy taki klimat - po nocnej drodze autobusem, rozmowie w palarni i czytanych w przewodnikach ostrzeżeniach "nie poruszać się po zmroku, zwłaszcza w Nairobi" - ale skoro nawet miejscowi podróżujący z Tobą tego przestrzegali, to znaczy, że nie było to "własne wkręcenie". Inna sprawa, że dwa tygodnie po naszym pobycie w Nairobi ponownie doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło 15 osób...Jednym z pierwszych skojarzeń, które nasuwają się większości osób, gdy słyszą słowo „Kenia”, to safari. Bardzo słusznie zresztą, gdyż kraj posiada kilkanaście, o ile nie więcej, parków narodowych. Można wybierać i przebierać, w zależności od oczekiwań i, niestety, zasobności portfela. Sama cena za dzienny pobyt (bez auta, bez przewodnika itp. – czyli nie do zrealizowania) w którymś z rezerwatów, to koszt 80-100 USD, wpływ na ostateczną cenę safari organizowanego przez którąś z agencji mają różne czynniki – ilość osób w aucie, odległość od punktu wyjazdowego do parku, standard noclegu, jakość posiłków, ilość odwiedzonych parków…

Image

Początkowo ta ilość kombinacji i możliwości, spowodowała u mnie ból głowy :/ :D Zwłaszcza, że czasu na podjęcie decyzji mieliśmy naprawdę niewiele. Te parę dni, które zostały nam do wylotu z Polski, poświęciliśmy więc na nerwową korespondencję z różnymi biurami turystycznymi. I była to naprawdę nerwowa wymiana informacji („O nie! O nie! Minęło JUŻ 5 minut, a oni jeszcze nie odpisali?” :D W końcu udało się nam zarezerwować wycieczkę, która spełniała nasze oczekiwania – wprawdzie marzył się nam jeszcze hotel na palach w Tsavo i widok Kilimandżaro w Amboseli, ale te parki znajdowały się w zdecydowanie za dużej odległości od naszego głównego celu. Masai Mara, według przewodnika : klejnot Kenii. Co tam przewodnik! Według mnie mój własny klejnot i obiekt fanatycznej fascynacji! Ogromna przestrzeń (ponad 1500 km²), która dochodzi do naturalnej granicy z Tanzanią – rzeki Mara. A za rzeką, już po stronie Tanzanii, przechodzi w Serengeti. To obszar, który każdy widział przynajmniej raz, w którymś z programów przyrodniczych o wielkiej migracji zwierząt (nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze krzyczałam wtedy do telewizora : dasz radę, biedne gnu! Dasz radę!) (a tak przy okazji – ciekawe, dlaczego wszyscy zawsze identyfikują się z antylopami. Wydaje mi się, że nie znam nikogo, kto by wołał : jeszcze chwilę, krokodylu! Zaraz coś zjesz :/ )

Image

Z Masai Mara jest tylko jeden problem – nie można w nim zobaczyć nosorożca. Do wycieczki dodaliśmy więc jeszcze jedno miejsce, Park Narodowy Jeziora Nakuru, w którym jest duża szansa zobaczenia tych pięknych ssaków. Całe safari zamówiliśmy w agencji BuyMore Adventures (odpisywali najszybciej :) poza tym, cenowo też byli najlepsi). Szczegóły przedstawiały się następująco :
- wyjazd z Nairobi, spod wskazanego hotelu. Powrót tak samo;
- trzy noce (jedna w Nakuru, dwie przy Masai Mara – mieliśmy świadomość, że nie będą to hotele z najwyższej półki, ale zbytnio nie dopytywaliśmy – bardziej zależało nam na ilości przejażdżek po parkach;
- wiedzieliśmy, że sami w samochodzie nie będziemy – to też element zbijania ceny. Natomiast ilość naszych współpasażerów była jeszcze nieznana. Wszystko zależało od tego, czy ktoś się jeszcze taką wycieczką zainteresuje;
- wszystkie posiłki w cenie (z wyjątkiem napojów – za nie trzeba było osobno płacić. Za to w aucie przysługiwała nam woda);
- wejścia do wszystkich parków w cenie – na to trzeba zwrócić szczególną uwagę. Szukając agencji przez Internet, natknęliśmy się na parę tańszych ofert. Jednak po wczytaniu się w „drobnodrukowe” warunki, okazywało się, że do całkowitego kosztu wycieczki, trzeba jeszcze doliczyć bilety wstępu do zwiedzanych parków i wtedy oferta już taka konkurencyjna nie była.
Cena za całość : 385 USD od osoby.

Image

Na samochód mieliśmy czekać w hallu hotelowym o godz. 8.00. Byliśmy tak podekscytowani, że zeszliśmy na dół już po 7.00 (też z tego powodu, że dzień wcześniej, przez te wszystkie nerwy z gadami, zupełnie zapomnieliśmy wymienić pieniądze. Marcin więc latał od rana po ulicy i szukał kantoru/banku/w końcu czegokolwiek. Nie znalazł :/ Nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy się więc tym nie przejmować (tym, że nasz hotel hallu nie posiada, w dodatku wygląda jak agencja towarzyska, również :D

Image

W końcu przyjechał nasz kierowca, Lorenzo. Już po pierwszym uściśnięciu dłoni stwierdziliśmy, że trafiliśmy w ręce prawdziwego profesjonalisty - rzeczowy, konkretny, a zarazem bardzo sympatyczny człowiek. Najpierw podjechaliśmy pod agencję, żeby dopełnić formalności. Tam też ustalił się ostateczny skład naszego auta - jadącą z nami parę Kenijczyków wymieniono na stanowiącego całkowite przeciwieństwo typowych Chińskich Turystów Chińczyka, dorzucono trzech wracających z Kilimandżaro Australijczyków i już. Tam też dowiedziałam się od Lorenzo, że w Nairobi można palić na ulicy (ale lepiej trochę przykucnąć i schować się za autem :D, a pani z agencji wymieniła nam 150 USD na 14 000 KES i wreszcie mogliśmy wyruszyć.

Image

Pierwszy przejazd przez Kenię w dzień, w dodatku pod opiekuńczymi skrzydłami Lorenzo. Jechaliśmy więc z nosami przy szybach i przyglądaliśmy się otoczeniu.

Image

Pierwszy przystanek przy Wielkim Rowie Afrykańskim. Widoki przepiękne, niestety, powietrze było na tyle zamglone, że właściwie żadne zdjęcie dokumentujące owe widoki nam nie wyszło. Ale jako dowód, że tam byliśmy, mam to :

Image

Właściwie, to bardzo miło ze strony coca-coli :D
Okolice punktu widokowego upodobały sobie góralki, ssaki blisko spokrewnione ze...słoniami, co do tej pory mnie zadziwia :)

Image

Image

Około 14.30 byliśmy w Nakuru. Lorenzo zostawił nam pół godziny na rozgoszczenie się w hotelu (bardzo ładne, duże pokoje. Natomiast ponownie zaskoczył mnie fakt, że hotel otoczony był wysokim murem, a po podwórku przechadzali się strażnicy z bronią. Nie wiem, w takim otoczeniu, a właściwie przez to otoczenie, jakoś nadal nie potrafiłam wzbudzić w sobie poczucia bezpieczeństwa), szybki obiad i wyjazd do Parku Jeziora Nakuru.
I wtedy się zaczęło...

Image

O, jezioro Nakuru, wybacz mi proszę, że wcześniej myślałam o tobie, wyłącznie jako o "zapychaczu" wycieczki i szansie na nosorożce. To ogromne nieporozumienie i niesprawiedliwość...Tam jest tak pięknie, że człowiekowi zapiera dech w piersiach...

Image

Do wejścia jedzie się zapylonymi drogami, a mówiąc to, mam na myśli prawdziwe zapylenie, nie jakieś tam okruszki piachu w powietrzu :)

Image

Tego dnia nie zrobiliśmy nic głupiego, nigdzie się nie pomyliliśmy ani nie zgubiliśmy (chociaż to akurat byłoby bardzo trudne, bo Lorenzo zamknął nas przecież w aucie :D Tego dnia wyłącznie chłonęliśmy piękno i zachwycaliśmy się.

Image

Najpierw podjechaliśmy do czegoś w rodzaju zalanego lasu. Drzewa odbijały się w wodzie, pogłębiając niesamowity klimat. Nikomu nawet nie chciało się rozmawiać. Tu można było tylko chłonąć...

Image

Image

Image

A jeśli chodzi o zwierzęta...No cóż, w tym parku nie ma poszukiwań, nerwowej jazdy po wertepach z szaleństwem w oczach i okrzykami : teraz się uda! Na pewno coś zobaczymy! Tu zwierzęta po prostu są. I są wszędzie...

Image

Image

Image

Na dodatek w ogromnej ilości.

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (11)

brzemia 11 sierpnia 2019 18:27 Odpowiedz
Szczepienia jakieś mialaś wcześniej?Tapniete z telefonu
pestycyda 11 sierpnia 2019 18:30 Odpowiedz
@brzemia, tak. Przed jednym z pierwszych wyjazdów zrobiłam zestaw szczepień, teraz tylko uzupełniam na bieżąco, jak trzeba wziąć dawkę przypominającą.
igore 11 sierpnia 2019 18:36 Odpowiedz
Przekaż proszę Marcinowi, że ładne zdjęcia [emoji3]Wysłane z mojego Mi MIX 2 przy użyciu Tapatalka
chupacabra 15 sierpnia 2019 20:20 Odpowiedz
W Kenii widziałem jedne z najpiękniejszych krajobrazów w swoim życiu, ale pomimo poruszania się z autochtonami, też pamiętam, że zawsze musieliśmy gdzieś dotrzeć przed zachodem słońca i noc była jakoś nie do końca zdefiniowanym zagrożeniem.
brzemia 15 sierpnia 2019 20:45 Odpowiedz
Ja chyba taki film widziałem? Z Will Smith ?Tapniete z telefonu
chupacabra 15 sierpnia 2019 20:56 Odpowiedz
Był taki film, ale to remake Omega Man z 1971 https://www.imdb.com/title/tt0067525/?ref_=nm_knf_i1
pestycyda 16 sierpnia 2019 13:07 Odpowiedz
@brzemia, faktycznie, chyba coś w tym jest. Skojarzyło mi się dopiero, jak napisałeś :)@Chupacabra, dziwne wrażenie, prawda? Zastanawiałam się, na ile sami sobie stworzyliśmy taki klimat - po nocnej drodze autobusem, rozmowie w palarni i czytanych w przewodnikach ostrzeżeniach "nie poruszać się po zmroku, zwłaszcza w Nairobi" - ale skoro nawet miejscowi podróżujący z Tobą tego przestrzegali, to znaczy, że nie było to "własne wkręcenie". Inna sprawa, że dwa tygodnie po naszym pobycie w Nairobi ponownie doszło do zamachu terrorystycznego, w którym zginęło 15 osób...
cart 20 sierpnia 2019 07:39 Odpowiedz
Ja byłem w Nakuru po Masai Mara i to może był błąd. Z perspektywy czasu, park jest świetny i też widzieliśmy kilka nosorożców :)Widzę, że ceny aż tak mocno nie skoczyły. 380$ za 4 dniową opcję to naprawdę tanio.
rafal-marschall 23 sierpnia 2019 13:18 Odpowiedz
r e w e l a c y j n e zdjęcia!!! Cudowna relacja. Brawo.
cart 23 sierpnia 2019 15:10 Odpowiedz
Ja byłem w 2010/11 i safari chyba nawet z sylwestrem. Za 6 dni zapłaciliśmy 660$ - Masai Mara, Nakuru i Amboseli.Dalej jeżdżą na przełaj w Masai Mara? Bo w innych parkach można tylko na drogach, a nasz przewodnik śmigał po trawie gdzie się dało.Mieliście farta z tym lampartem. My szukaliśmy długo, ale nie udało się zobaczyć.
kalispell 23 sierpnia 2019 23:59 Odpowiedz
Ale "ustrzeliliście" pana lampart'a - pewnie z imprezy wracał;) Niesamowite widoki i relację rewelacyjnie się czyta.