0
2catstrooper 10 września 2019 05:07
Fanka Gwiezdnych Wojen bylam od zawsze. Odcinek czwarty to byl pierwszy film, ktory ogladalam w kinie, kiedy smarkata szczeniara bylam. I tak mi juz zostalo.
Fanka Rogue One po pierwszym obejrzeniu nie bylam, ale tak jakos te sceny na planecie Scarif nie dawaly mi spokoju. Znajomie one mi wygladaly. Google dal odpowiedz - oczywiscie, ze wygladaly znajomie, bo to przeciez atol Laamu na Malediwach. Tam krecone bylo cale zakonczenie filmu (no i oczywiscie w komputerach panow od efektow specjalnych).

Image

Jak sie okazalo, planeta Scarif to w rzeczywistosci trzy wyspy w atolu Laamu, a jedna z nich polozona jest rzut kamieniem od resortu Six Senses Laamu. Tam juz kiedys bylam, wiec rzeczywiscie znajomo wszystko wygladalo...

Image

Tym razem na resorty nie bylo mnie stac. Szczegolnie, ze Six Senses Laamu to na tamta chwile jedyny resort w atolu, uwaza sie za pieciogwiazdkowy, i ceny to odzwierciedlaja. (Osobiscie uwazam, ze zupelnie niewarty $$$).

Na szczescie w atolu sa rowniez guesthousey, a ze ja niealkoholowa, wiec lokalne miejsce zupelnie mi nie przeszkadzalo.
I zanim zdarzylam sie rozmyslic, mialam juz bilety Tokio-Dubaj-Male. I 6 nocy w guesthousie Reveries Diving Village na wyspie Gan.

I tu niemal doszlo do totalnej porazki, bo na Malediwach sa dwie wyspy o nazwie Gan. A w zasadzie trzy. O maly wlos, a zabukowalabym nie ten Gan co potrzeba.

Calosc wyszla najtaniej przez Expedia Japan, 129 000 jenow (okolo 4700 PLN), HB (sniadania i obiady) w cenie. Pomiedzy Bozym Narodzeniem i Nowym Rokiem, to calkiem dobra cena. Loty Emirates. Niestety nie udalo mi sie dostac upgrade'u do klasy biznesowej.

Loty bezproblemowe, jak zawsze, nie bylo czasu wyskakiwac na miasto.

(Zdjecie z drugiej wyprawy na Scarif, gdzie byl czas wyskoczyc na miasto, a tam akurat w Dubai Mall - Bracia!! Witajcie!!!)

Image

Dolot do Male super, wszystko jak zawsze...

Przedstawiciel guesthouse'u mial na mnie czekac na lotnisku i wsadzic mnie w odpowiedni samolot krajowy (platnosc dodatkowa).
Nikt na mnie nie czekal. Problem w tym, ze e-biletu tez mi nie przyslali (tak bardzo na lapu capu byl ten wypad).
Wiec po kupnie karty SIM, pomaszerowalam do terminalu krajowego i tlumacze pani, ze mam dzis lot, najprawdopodobniej do atolu Laamu, ale nie wiem o ktorej godzinie.

Image

Pani najwyrazniej przyzwyczajona do takich sierot jak ja, sprawnie rezerwacje odnalazla i powiedziala mi ze lot zostal przesuniety na inna godzine i ze po drodze bedzie przystanek gdzies indziej. Nie ma sprawy, pojade do miasta cos zjesc. Bagaze nadane, wiec nie ma problemu.
Ide sobie juz prawie pod okienko zeby kupic bilet na prom do miasta, a tu jakis czlek leci za mna i wola mnie, ze moj samolot wlasnie przylecial i zaraz bedzie odlatywal. Nie bardzo chce mi sie wierzyc, ale co mi tam, kurcgalopkiem pedzimy z powrotem do krajowego terminalu i faktycznie, czlek mial racje. Lot zostal znowu zmieniony. Pani z odprawy powiedziala bagazowemu, zeby mnie poszukal. I mnie znalazl. Chcialam mu dac napiwek, ale sie obrazil.

Na Malediwach rozklady lotow krajowych to tylko bardzo luzne sugestie. Samolot bedzie lecial, kiedy bedzie lecial.

Image

Tak wiec kilka minut pozniej juz siedzialam w moim intergalaktycznym transporcie, gotowa do skoku w hiperprzestrzen.

Kolejny przystanek - planeta Scarif!

Image

cdn...Siedzac wygodnie w moim intergalaktycznym transporcie (czyli na pokladzie nowiutkiego Dash8-300 turbo-smiglowca, gdzie mila pani z obslugi pozwolila mi trzymac moj helmet na kolanach, bo nie miescil sie nigdzie indziej) podziwialam widoki z okna.

Image

Image

I rozmyslalam sobie o Malediwach. Problem z Malediwami jest taki, ze sa one rozne. Bardzo rozne. Niebiesciutka woda i bialutki mieciutki piaseczek jest wszedzie, ale na tym podobienstwa sie koncza. I wszystkie te rozne Malediwy sa rownie “autentyczne” i “prawdziwe”. Ktora wersje Malediwow zobaczymy zalezy od tego ile jestesmy w stanie zaplacic. Ja wybralam opcje budzetowa, czyli guesthouse na lokalnej wyspie. Lokalna wyspa, czyli lokalne prawa i przepisy - brak alkoholu, brak wieprzowiny i skromny ubior (bo im dalej od Male tym bardziej konserwatywnie i muzulmansko sie robi), a stroje bikini tylko na wyznaczonych plazach bikini dla turystow.

Mnie to akurat nie przeszkadza, bo nie pije, bez wieprza moge sie obejsc, a bikini i tak nie nosze.

Ale nie kazdy budzetowy turysta o tym wie, i potem ma pretensje. Niestety, jak sie komus marzy domek na wodzie, to bedzie musial za to odpowiednio zaplacic. Na lokalnych wyspach takich luksusow nie ma. (Choc z tego co wiem, to paru deweloperow akurat pracuje nad projektem guesthouse’u na barkach na wodzie, czyli prawie jak domki.)

Ale nawet lokalne wyspy bardzo roznia sie miedzy soba. Na Maafushi (lokalnej wyspie blisko Male, gdzie wiekszosc budzetowych turystow spedza czas) jest plywajacy bar, wiec jesli ktos bez procentow zyc nie moze, to bedzie w stanie sobie popic.
No i oczywiscie sa tez roznice w standardach guesthouse’ow. Niektore maja pokoje ciemne jak nory i syfiaste lazienki, sa z dala od plazy, albo zaraz obok odplywu sciekow. A niektore to mini-hotele, bardzo butikowe, z wannami jacuzzi, silowniami, prywatnymi plazami i basenami.

Image

Reveries Diving Village to tak gdzies po srodku. Basen jest tam glownie do ozdoby i do lekcji dla poczatkujacych nurkow (centrum nurkarskie zaraz obok hotelu). Plaza jest prywatna, mala, ale dobrze utrzymana. Prywatny ogrod jest ladny, z miejscami do siedzenia, stawem ze zlotymi rybkami, pelen wypas. Tam odbywaja sie wieczorne imprezy.
Tam tez wieczorami, pod gwiazdami obywaja sie seanse Gwiezdnych Wojen.

Image


Restauracja jest bardzo przyjemna, do wyboru bufet i z menu. Ale jesli placilismy za opcje ze sniadaniami i obiado-kolacjami, tak jak ja, to wtedy jest bufet. Choc jednego wieczora sie wkurzylam, bo najlepsze dania z bufetu zniknely w 30 minut, wtedy pozwolili mi zamowic z menu to co chcialam bez dodatkowych oplat.
Kazdy pokoj ma balkon, ale te tansze maja widok na basen lub na ulice. Te drozsze - widok na ocean.

Image

Image

Samochod nalezy do manadzera guesthouse'a, bylo tez zaparkowane nowiutkie BMW przed budynkiem, czyli biznes niezle sie ma.

Image

Image

Na dachu hotelu jest cos w rodzaju baru (bezalkoholowego) i spa, oraz silownia - nie korzystalam, wiec nie wiem. Jest tez sklep z upominkami. Mozna tez wypozyczyc rowery i skutery, zeby pojezdzic sobie po wyspie samemu. A akurat jest gdzie jezdzic, bo Gan (w atolu Laamu, nie mylic z Gan w atolu Addu!!!), jest polaczony z innymi wyspami najdluzsza asfaltowa droga w calym kraju - cale 18 kilometrow. Nawet jest tam komunikacja autobusowa!

Image

Laamu to poludniowy kraniec Centralnej Prowincji, dalej znajduje sie nawiekszy odcinek oceanu pomiedzy atolami na Malediwach i Poludniowa Prowincja. Dzieki temu polozeniu sporo ludzi przyjezdza do Laamu dla surfingu, bo fale sa calkiem pokazne. Czasem nawet za bardzo! O czym przekonalam sie bardzo bolesnie na wlasnej skorze (a raczej tylku).

Jesli chodzi o snorkeling w atolu, to jest on mniej niz przecietny (jak na Malediwy), a nurkowanie ponoc tylko ciut lepsze. Ale jest dziko, malo turystycznie, bardzo lokalnie, bardzo tradycyjnie i bardzo goscinnie. Z tego wlasnie powodu ekipa produkcji Gwiezdnych Wojen - Lotr Jeden wybrala ten wlasnie atol do krecenia filmu.

Image

I przyznam sie szczerze, ze gdyby nie Gwiezdne Wojny, to po bardzo rozczarowujacym pobycie w resorcie Six Senses Laamu, nigdy bym do tego atolu nie wrocila.

Image

A tak, wrocilam na planete Scarif nie raz, a dwa razy! I w przyszlym roku wroce raz jeszcze… Bo nawet maraton tam maja!

Image

cdn...Ladowanie w Kadhdhoo odbylo sie bezproblemowo, ale malo brakowalo a bym nie wysiadla z samolotu. W przeciwienstwie do tego co pani na lotnisku w Male mi powiedziala, nasz lot mial kilka przystankow, a moj okazal sie byc tym najpierwszym.
A jak twoj lot ma rowniez przystanki w Kaadedhdhoo i Kooddoo, w ty masz wysiasc w Kadhdhoo, to sprawy troche moga sie skomplikowac. Jak dla mnie wszystkie te trzy nazwy miejsc brzmia identycznie.

W koncu ktos z lotniska sie zorientowal, ze czyjes bagaze sa, a ten ktos nie wysiadl. Ten ktos to ja. I tak to szczesliwie sie udalo, ze ostatecznie wysiadlam w Kadhdhoo, zamiast np. w Kooddoo.

Poprzednia podroz do atolu miala miejsce dawno temu. Od tego czasu wiele sie na lotnisku w Kadhdhoo zmienilo, wiec dlatego nie wiedzialam, gdzie jestem. To jedno z najstarszych lotnisk w calym kraju i przez wiele lat bylo dzielone przez transport cywilny i pobliska baze wojskowa.
Teraz jest w 100% cywilne (teoretycznie przynajmniej).

Image

Lokalni pasazerowie rozpierzchli sie na wszystkie strony, a ja zaczelam sie rozgladac za czlowiekiem z guesthouse’u, ktory mial niby na mnie czekac. Nie czekal.

Minelo jakies 20 minut, dzwonie do guesthouse’u, nikt nie odbiera. Zaczelam sie powoli wkurzac. Naokolo ani zywej duszy. Pracownicy lotniska gdzies znikneli (jak sie potem okazalo, pojawiaja sie tylko i wylacznie podczas ladowan i odlotow). Taksowki nie istnieja. Nawet bezpanskich psow brak (bo psow na Malediwach po prostu nie ma - islam i takie tam). Tylko ja z moja torba i zar lejacy sie z nieba.

Image

Jakby to byla jakas mala wyspa, to bym sama sobie do guesthouse’u pomaszerowala. Ale zachcialo mi sie planety Scarif, gdzie dystanse sa raczej nie-typowo-malediwskie, a tu faktycznie jak po jakiejs gwiezdno-wojennej apokalipsie.

Kiedy juz zaczelam szukac numerow do innych guesthouse’ow w atolu (bo sa), pojawil sie jakis ziewajacy czlowiek i zapytal czy szukam Fouzy’iego. Ja tam zadnego Fouzy’iego nie znam. Zaczynam sie obawiac, czy przypadkiem to nie jakies pytanie-kod, zeby kupic alkohol czy narkotyki, a moze prostytucja? Rezolutnie odpowiadam, ze Fouzy to nie droid, ktorego szukam.

Pan sie moja odpowiedzia nie przejal, zadzwonil gdzies i powiedzial, ze zaraz po mnie ktos przyjedzie.

Po kolejnych 30 minutach podjechal pod lotnisko czarny van, a z niego wytoczyl sie bardzo spocony, bardzo usmiechniety czlowiek, ktory podal mi butelke lodowatej wody, zlapal maja torbe, otworzyl drzwi ze strony pasazera i powiedzial “wsiadaj”. Wsiadlam. Bo niby jakie mialam alternatywy?

I tak to poznalam Fouzy’ego. Czlowieka od wszystkiego w Reveries Diving Village.

Jak sie okazalo, po drodze na lotnisko zobaczyl kogos, komu popsul sie skuter, wiec zamiast goscia zostawic przy drodze, najpierw mu pomogl. Bo Fouzy to rowniez mechanic samochodowy. Jak i budowlaniec, przewodnik turystyczny, rybak, kucharz pierwsza klasa, skiper motorowkowy, certyfikowany ratownik / sanitariusz / medyk oraz byly wojskowy. A na co dzien - drugi po menedzerze odpowiedzialny za funkcjonowanie Reveries.

Podczas jazdy do guesthouse’u dowiedzialam sie, ze ma zone nauczycielke, o jej problemach z rakiem szyjki macicy, o jego synu i corce, o tym jak urodzil sie w lepiance na pobliskiej wyspie i o tym jak bardzo jest wdzieczny Allahowi za to, ze mieszka w tak wspanialym kraju jak Malediwy. Jechal jak furiat na zlamanie karku i gdyby nie to, ze ta szosa jest niemal zupelnie prosta, to kto wie jakby sie ta jazda skonczyla. 
Jak sie okazalo, spieszyl sie, bo chcial zdarzyc na modlitwe.

Image

W guesthousie powitano mnie sznurkiem kwiatow na szyje, napojem z kokosa i zimnym recznikiem dla odswiezenia. Posadzono w fotelu przy recepcji i poproszono o paszport. Wedlug malediwskich przepisow, dane z paszportow sa skrupulatnie notowane, a meldunki osob z pewnych krajow swiata przekazywane policji. Obywatele unii do tej grupy sie nie zaliczaja, wiec formalnosci odbyly sie w tempie ekspresowym.

Malediwy nie wymagaja wiz od zadnych narodowosci, kazdy dostaje stempel po przylocie, niektorych pytaja sie o bilety powrotne i rezerwacje hotelowe. Innych nie. Mnie nigdy nie pytano. A poniewaz tak luzne przepisy wizowe sa niestety wykorzystywane, to pomimo tego, ze Malediwy to kraj raczej biedny, liczba nielegalnych imigrantow z Bangladeszu jest ogromna. Jak sie pozniej dowiedzialam, to nie tylko Bangladesz, ale Nepal i Indie rowniez dodaja do problemu.

Image

W recepcji od razu rowniez widac, ze Reveries jest dumne z zaangazowania w produkcje Rogue One, w raczej posredniej roli, ale zawsze. Mianowicie, to wlasnie w tym guesthousie kwaterowala sie ta mniej niezbedna ekipa filmowa, a pracownicy guesthouse’u musieli podpisac kaluzule poufnosci. Ale kazdy w Reveries i tak z checia pokaze ci zdjecia pstrykniete z rezyserem filmu i drugo i trzecio-planowymi aktorami. Bo gwiazdy zakwaterowane byly na luksusowym jachcie…

Dostalam klucz, przywiazany sznurkiem do masywnego kawalka drewna i powiedziano mi, ze moje rzeczy juz czekaja na mnie w pokoju na pietrze. I tu skonczylaby sie moja podroz, bo akurat pan sprzatacz umyl pseudo-marmurowe schody. I kiedy ja spadalam ze stopni w zwolnionym tempie, a wizja mojej tkanki mozgowej rozchlapalnej na swiezo umytej kamiennej posadzce przechodzila mi przed oczami, z nikad pojawil sie szybki jak blyskawica Fouzy, ktoremu w bardzo nie-romantyczny sposob spadlam prosto w ramiona. Do dzis jest dla mnie tajemnica, jak taki hmmm… kragly facet mogl poruszac sie w az tak ekspresowym tempie…

Image

Image

Image

Moj pokoj byl w porzadku. Torby czekaly na mnie, tak jak mi obiecano. Wiec zamiast marnowac czas, poszlam szukac czegos do jedzenia. A ze bylam zmeczona, wiec padlo na Cafe 20 zaraz po drugiej stronie ulicy od guesthouse’u. I zeby cala kasa zostala w rodzinie, to Cafe 20 rowniez nalezy do tego samego wlasciciela co guesthouse.

Image

Cafe 20 to lokalna jadlodajnia “wysokiej klasy” i jak na malediwskie zadupie 250 km od stolicy, to rowniez wysokich cen. Ogolnie Malediwy nawet na lokalnych wyspach do tanich nie naleza. To nie Azja Pd-Wsch niestety. Tutaj za byle jaki posilek trzeba sie liczyc z wydatkiem od 80 do 140 rufiya. Ceny moga byc podane w lokalnej walucie (rufiya) lub w dolarach. I aby przeliczyc z jednej waluty na druga potrzeba wyzszej wiedzy matematycznej.

Bo wbrew temu, co przeczytalam w innej relacji, jest w tym chaosie metoda.

A dziala tak: dolary o malych nominalach, czyli 1, 5, i nieswieze 10-dolarowki przeliczane sa po kursie $1 do 10 rufiya. I to nie widzimisie danej osoby, a Banku Malediwow, ktory narzuca marze na male nominaly.
Swieze 10-dolarowki i powyzej wymieniane sa mniej wiecej $1 do 14 rufiya. Wiec w zaleznosci od tego jakimi nominalami dolarow sie placi, tak sobie pan sklepowy to przeliczy. Na wyspach ludzie przeliczaja bardzo uczciwie, w stolicy juz nieco mniej. A w niektorych restauracjach w Male juz wprowadzono system dwoch kart dan - jednej dla lokalesow w lokalnej walucie i ichnych “supelkach”, druga po angielsku w dolarach. I jak sie powie, ze chce sie placic w lokalnej walucie, to wtedy pan restauracyjny przeliczy dolary z “zachodniego” menu po wyzszym kursie. Wiec za to samo danie mozna zaplacic 200 rufiya z “malediwskiego” menu, badz 350 rufiya z “turystycznego” menu.

Image

A jesli taksowkarz z lotniska za kurs do Male zyczy sobie “100 rufiya albo 10 dolarow” (to normalna cena, tak na marginesie), to jesli placimy mu dwoma 5-dolarowkami, to dostal dokladnie 100 rufiya. Jesli damy mu banknot 10 dolarowy, to zaplacilismy mu 140 rufiya. (Bo teraz juz mozna taksowka z lotniska do Male - most jest).

Oczywiscie przyjezdnych malo obchodza takie gimnastyki walutowe i zazwyczaj placa dolarami. Szczegolnie, ze w resortach obowiazuja tylko zachodnie waluty (lub karty kredytowe).

Ale na lokalnych wyspach, im dalej od Male, tym dolary mniej uzyteczne. W Cafe 20 wezma dolary i przelicza wszystko bardzo uczciwie, ale reszte wydadza w lokalnej walucie. W atolu na “miescie” (albo raczej “na wsi”) niektore miejsca wezma dolary (i przelicza bardzo uczciwie w zaleznosci jakimi nominalami placisz), ale w innych beda sie na nie patrzec z obrzydzeniem.

Image

“Obce” karty poza resortami i niektorymi sklepami w Male, beda bezuzyteczne. Nawet wyplata gotowki z bankomatu moze byc niemozliwa. Moja karta z polskiego banku dziala tylko i wylacznie w bankomacie na lotnisku i glownym supermarkecie w Male.

cdn...Resztki pierwszego dnia zostaly spedzone w pracy, bo niestety tak bylo. Dlatego tez zaraz po wyladowaniu w Male kupilam masywna karte SIM 30GB za $30. Jak sie pozniej okazalo, normalna cena to $50, ale po wypelnieniu jakiejs ankiety dostalam znizke.

Operatorow komorkowych na Malediwach jest dwoch: Ooredoo (rodem z Kataru) i Dhiraagu (lokalna malediwska firma). Ceny pre-paid kart SIM dla turystow maja podobne, wiec jesli ma sie w planach pobyt blisko Male, nie ma znaczenia, ktora firme wybrac. Obie sa dobre i oferuja 4G.

Gorzej jak sie bedzie na prowincjach. U mnie zawsze lepiej sprawdza sie Ooredoo, ale lokalni ludzie zazwyczaj maja po dwie karty, tak na wszelki wypadek. Nawet jak jedna siec padnie, to nadal beda podlaczeni.

Image

Dla turystow opcje pre-paid sa na 7 lub 14 dni w roznych kombinacjach pakietowych. Nauczona smutnym doswiadczeniem w jednym z guesthouse’ow, gdzie wlascicielka (nota bene rodem z Polski) wylaczala mobilny router na noc, bo bala sie, ze goscie beda ogladac filmy na YouTube po nocach, teraz zawsze kupuje wlasny dostep do internetu.

Najtaniej wychodzi kupic SIM zaraz na lotnisku, platnosc tylko w USD i tylko w gotowce (nowe, niezniszczone, niepogiete banknoty!). Wymagany jest paszport do wgladu - inaczej nie sprzedadza.
W Male na miescie w punktach operatorow sieci dorzucaja marze, a na lokalnych wyspach kart SIM dla turystow moga w ogole nie miec.
Karty o "najmniejszej pojemnosci" sa rowniez czasem sprzedawane w niektorych hotelach i guesthouse'ach, no i oczywiscie w resortach, ale z taka marza, ze mozna zawalu dostac.

W Reveries Diving Village internet niby jest, ale tak w zasadzie to go nie ma. A ze ja pracuje glownie przez internet, wiec to dla mnie wazne. A Ooredoo smigalo az milo.

Tak wiec wzielam lapka i poszlam sobie na plaze. Trzeba sie bylo u szefa w pracy zameldowac, bo jak moj szef sie wkurzy to tak daje popalic, ze Darth Vader przy nim to amatorszczyzna ciemnej strony mocy.
Usiadlam wiec sobie na lezaku i pracowalam pilnie, dopoki mnie zywcem mrowki nie zjadly.

Na plazy trwaly rowniez przygotowania do wyscigu krabow i podwieczorka w stylu malediwskim.

Image
Przekasaki przypominaly to, co mozna zjesc w Indiach. Z ta roznica, ze tutaj prawie wszystko bylo nieslodkie. Ja akurat nieslodkie lubie, wiec nie narzekalam, ale niektorzy mieli pretensje (szczegolnie rodzice mlodszych gosci).

Image

Image

A wszystko przy akompaniamencie muzyki na zywo, bo Reveries ma rowniez staly zespol. A wlasciwie duo - dwoch gosci ze Sri Lanki, ktorzy graja klasyke typu “Cocaine” (wersja JJ Cale’a, nie Claptona) i “Around the World”. Jednym slowem - bylo milo.

Image

Jak sie dowiedzialam, nawet w Reveries zdecydowana wiekszosc pracownikow to nie-Malediwczycy. To normalne na wyspach resortowych, ale nie do konca zdawalam sobie sprawe, ze nawet w guesthouse'ach pracuja glownie ludzie z Bangladeszu, Sri Lanki, Nepalu, badz Indii. Dziewczyny (jak wszedzie indziej na swiecie) to Filipinki, Tajki i Indonezyjki. Niestety, na Malediwach Filipinki to oznaka niskiej jakosci, pazernosci, nieuczciwosci i lenistwa - w przeciwienstwie do relacji z Seszeli...
Smutne to bardzo, ale niestety tak jest. Za to mescy pracownicy z Filipin maja dokladnie odwrotna renome...

Kiedy pytalam sie Fouzy'ego dlaczego az tyle sily roboczej (nawet tej nisko-kwalifikowanej) jest z innych krajow, to odpowiedzial wprost, ze "Malediwczycy to leniwce i wola siedziec pod drzewem na hustawce i sok z kokosa popijac."
I dlatego to wlasnie sprzatacze w Reveries to chlopaki z Nepalu, kucharze i kelnerzy - z Bangladeszu, na recepcji i na gitarze - ze Sri Lanki. A wszystko to w raczej ubogim kraju z bardzo wysoka stopa bezrobocia.

Resorty maja okreslone przez rzad malediwski normy ilu rdzennych Malediwczykow musza zatrudnic, ale guesthouse'y takich norm nie maja, wiec jest jak jest. Lokalesi narzekaja, ze nie maja pracy, a w guesthouse'ach na lokalnych wyspach pracuja cudzoziemcy.

Moj krab olal wyscig i poszedl spac.

Image

cdn...P.S. wiecej zdjec zostanie dodanych jak ogarne klopoty techniczne


Nastepnego dnia obudzilam sie o 5-tej rano cala w panice, ze niby ktora to godzina. Ze caly ranek przespalam. A tam za oknem ciemno, jak nie powiem gdzie.

I do tego wyje wiatr i wali deszczem. I to ten lomot sil natury chyba mnie obudzil. Albo wycie z glosnika meczetu nawolujace wiernych na poranna modlitwe. Dalej spac juz nie moglam, bo wlasnie zdalam sobie sprawe, ze nasz planowany rejs na jedna z wysp planety Scarif raczej nie dojdzie do skutku. Nie przy takiej pogodzie…

Niby wedlug hotelarzy koniec grudnia to juz wysoki sezon, ale to raczej ze wzgledu na swieta i nowy rok niz na warunki pogodowe.

Oficjalnie mowi sie, ze od grudnia do konca kwietnia to najlepsza pora na Malediwach - sucho, slonecznie i nie wieje. W praktyce jest roznie. Grudzien to akurat miesiac kiedy nastepuje zmiana monsunu. Czasem szybciej, czasem bardziej powoli, a czasem to tak prawie wcale.

W porze suchej tez nie ma gwarancji dobrej pogody. W tym roku bylo niezbyt ciekawie, szczegolnie w poludniowych atolach.
Przy kolejnej podrozy w kwietniu pogoda byla dobra w okolicach Male przez kilka dni, potem sie zebzdzila calkowicie. Czesc czasu spedzilam w resorcie i o ile urok domku na wodzie przy pieknej pogodzie jest taki, ze mozna wprost z tarasu sobie snorkowac, to przy wichurze mozna jedynie miec nadzieje, ze pale domku sa wystarczajco wysokie i mocno zbudowane. I to niby podczas wysokiego sezonu.

Z drugiej strony, podczas wyjazdow w sierpniu i wrzesniu, gdzie niby ma byc mokro przez caly czas, ja z reguly mialam zawsze piekna pogode i ocean gladziutki jak szklanke.

Pytalam sie ludzi w Male jak to jest z tymi porami deszczowymi i suchymi i mowia, ze teraz jak sie globalny klimat zmienia, to pory roku na Malediwach zmieniaja sie razem z nim. Juz nie sa tak przewidywalne. Do tego nawet malediwski instytut meteorologiczny nie prognozuje dalej niz trzy dni. Takie sa uroki mieszkania w wyspiarskich tropikach.

Wiec na pytanie “kiedy jest najlepszy okres na podroz na Malediwy?” odpowiedz obecnie zazwyczaj bywa taka “kiedy ma sie wolne i mozna znalezc tani bilet.”

O 6-tej rano zeszlam na dol do recepcji, bo nie mialam nic innego do roboty. Na zewnatrz jedna sciana deszczu.
O 6:30 pojawil sie Fouzy i bardzo ostroznie powiadomil mnie, ze z planow na dzis nic nie bedzie.
O siodmej kuchnia ruszyla pelna para. O 7:30 bylam pierwsza do sniadaniowego bufetu. Zla jak osa postanowilam przynajmniej najesc sie na spokojnie. Niestety wybor dan byl bardzo nedzny. Jakas podejrzanie wygladajaca fasolka, jajka, parowki z kurczaka, bialy chleb tostowy, malediwskie mas huni (czyli salatka z tunczyka, z cebula, wiorkami z kokosa i sokiem z limonek) i do tego placki roti. Bylo tez curry, z tunczyka, of course. I zestaw mufinek, i jakichs tam slodkich wypiekow. Na moje pytanie o owoce, dostalam jedna pomarancze. Kwasna byla jak diabli. Do picia herbata (lipton) i kawa i sok z mango z koncentratu. Serio… z koncentratu…

Jest tez lodowka pelna platnych napojow w puszkach i butelkach (bezalkoholowych, rzecz jasna), ale coke light nie mieli. Na szczescie przywiozlam swoja, wiec moglam napic sie jak czlowiek. No coz, jestem nalogowcem. Przyznaje sie do tego otwarcie i bez wstydu.

Katem oka widze jak Fouzy wpatruje sie w swoj telefon co chwile. Podszedl i powiedzial, ze wlasnie przestalo lac. Ale wiatr nadal jest silny.
Poczekamy do 9-tej i wtedy zobaczymy co dalej.

No co on? Przy takim wietrzysku on chce gdzies plynac? Chyba na glowe upadl. Godzina dziewiata przyszla i minela.
Okolo 9:30 ktos dzwoni do mojego pokoju. Plyniemy teraz zaraz juz w tej chwili! Pogoda ma byc w miare znosna do okolo trzeciej po poludniu. No to sruuuu… Na szczescie mialam juz na sobie moj bojowy rynsztunek w postaci “zbroi” przeciw promieniowaniu UV (wbrew popularnym mitom, promienie UV docieraja do nas nawet w pochmurne dni,) wiec bylam niemal gotowa do wyjscia. Tak, kocham tropikalne kraje, ale unikam slonca jak ognia.

Jak sie okazalo, w recepcji czekala cala grupa. Nie, nie na planete Scarif, ale na wyspe gdzie mieli sobie piknikowac na plazy. Bo pogoda pogoda, ale goscie placa, wiec wycieczki nie mozna ot tak sobie po prostu odwolac.
Kazdy dostal nowiutki kapok i przez bloto straszne zaczelismy maszerowac do przystani.

I jak zobaczylam ta maciupenka motorowke, ktora mielismy plynac, to natychmiast odechcialo mi sie tej calej wyprawy. Ale wstyd mi bylo sie wycofac, wiec wsiadlam. Nasza grupa skladala sie z francusko-jezycznej kanadyjskiej rodziny mieszkajacej w Katarze, dziewczyny z gdzies tam z Ameryki Pd i jej hinduskiego chlopaka i mnie. Ten Hindus byl tak pieknym okazem, ze w zyciu nie wiedzialam kogos tak slicznego. Lalek jak z obrazka on byl, bo nie wiem jak sie mowi na meska wersje lalki.

Bujalo niesamowicie, dzieciaki darly sie po francusku, a za kazdym razem jak lodka lupnela w fale (albo na odwrot) to nie moglam wyjsc z podziwu jak twarda ta woda jest. Ale nie krzyczalam, siedzialam cicho i gapilam sie na pieknego Hindusa przez caly rejs.

Pierwszy przystanek - bezludna piknikowa wyspa. Dwoch pracownikow Reveries juz przygotowalo cala plaze. Wszystkie smieci po sztormie zostaly usuniete, plaza cala wygrabiona i czysciutka, parasole, stoliki i lezaki juz porozkladane i gotowe na przyjecie gosci.
Jak mi potem Fouzy powiedzial, pracownicy plyna na wyspe dzien przed, zeby wszystko bylo cacy na piknik. Tak wiec tych dwoch spedzilo koszmarna noc w ulewie i wichurze w lepiance na wyspie. Bez pradu, bez kibla, bez niczego.

Kiedy goscie zostali wysadzeni, razem z piknikowymi skrzyniami pelnymi jedzenia i picia, Fouzy wetknal mi w reke wedke i nakazal trzymac jakby moje zycie mialo od tego zalezec. Oficjalnie - mialam lapac nasz lunch. Nieoficjalnie - szukal jakiegos sposobu, zeby mnie zajac podczas najgorszej czesci rejsu. Bo Hindus przeciez juz wysiadl…

Image

Nasz kolejny przystanek to wyspa Baresdhoo. Troche musielismy sie cofnac w kierunku Gan, ale poszlo sprawnie i niemal gladko.

Wyspa Baresdhoo ma smutna historie. I nie wiadomo jak sie ta historia zakonczy. A mialo byc tak pieknie…
Baresdhoo to wyspa publiczna, nie jest wlasnoscia prywatna, wiec kazdy moze sobie tam poplynac i zbierac kokosy, czy jak tam komu wygodnie.

Image
Ta mala bialo-czerwona motorowka to nasz transport.

Image

Image

Poniewaz jest bardzo blisko wyspy Gan (gdzie mieszka wieksza czesc ludzi w atolu), Baresdhoo jest miejscem, gdzie uciekaja mlodzi ludzie, ktorzy chca sie ukryc przed oczami rodzicow, sasiadow, badz Allaha. Podczas marszu przez dzungle naliczylam sporo zuzytych prezerwatyw wyrzuconych (porzuconych) gdzie popadnie, wiec slawa wyspy jako miejsce na randki wydaje sie w pelni zasluzona. Dobrze chociaz, ze mlodzi ochrony uzywaja.

W 2011 roku wyspa zostala wybrana na specjalny projekt turystyczny przez rzad malediwski. Mialy byc i guesthousey, i resort, alkohol, galeria zakupowa, i cuda na kiju. Do 2017 niewiele zostalo zrobione. Postawiono jakies zelbetonowe slupy i to wszystko. W 2018 - cisza. Ale w stolicy pokazywano inwestorom piekne makiety, jak to niby robota idzie pelna para.
Na poczatku 2019 - ze niby port jest gotowy, ze polaczenie mostowe z pobliska wysepka jest juz gotowe do uzytku, blah blah blah…

Pierwsza polowa 2019 - bomba, ktorej kazdy oczekiwal, ze inwestorzy zostali wycyckani z milionow dolarow, a rezultatow nie ma. Oficjalnie, wyspa miala zostac oddana do uzytku w 2020 roku. Firma odpowiedzialna za caly ten bajzel - Maldives Integrated Tourism Development Corporation (MITDC) na skraju bankructwa. A w polowie 2019 roku - jeszcze wieksza bomba - dzierzawy na wyspie poszly do 10 wysoko postawionych szych rzadowych. Korupcja jak w typowej bananowej republice w najczystszej formie. Klasyka, po prostu.


A co przyciagnelo mnie do Baresdhoo? Ta lokalizacja.

Image

Image

Image

A tu juz slonce swiecace na pozostalosci imperialnych instalacji:
Image



cdn...

Dodaj Komentarz