+1
bazx 9 października 2019 02:19
Krótka relacja z Sahary Zachodniej i dwudniowego citybreaka do Nouadhibou w Mauretanii(pl. za wikipedią Nawazibu) – 18-26.01.2019.

W związku z tym, że relacji z Sahary Zachodniej i Mauretanii prawie nie ma to podzielę się swoimi doświadczeniami.

WSTĘP

Pomysł pojechania na południe od Agadiru pojawił się po tym jak Wizzair zmienił nam rozkład i skorzystaliśmy z wydłużenia naszego wyjazdu do Maroka do dwóch tygodni - lot WAW-AGA-WAW – 12-26.01.2019. Dodatkowo okazało się, że w Dakhli w południowej części Maroka(aka. Saharze Zachodniej) mój znajomy spędza polską zimę i można go odwiedzić. A że z Agadiru do Dakhli jest ok. 1200km to kolejne 430km do granicy z Mauretanią nie robiło już wielkiej różnicy.
Po Maroku poruszaliśmy się wynajętym na lotnisku w Hertzie Peugeotem 208 w wersji wyposażenia LIKE. W związku z tym, że pojazd był z wypożyczalni nie mogliśmy przekroczyć nim granicy, ale o tym niżej.

Trasa: Agadir – Tan-Tan – Dakhla – Nawazibu(Nouadhibou) – Dakhla – Sidi Ifni - Agadir

Image18.01 – Agadir – Tan-Tan

Trasę zaczynamy od zrealizowania zamówienia mojego kolegi(w Dakhli alkohol tylko w hotelach albo z przemytu w cenach wysokich). Po zakupach w Carrefourze w Agadirze wczesnym popołudniem ruszamy na południe, cel dojechać jak najdalej przed zachodem słońca. Wyjazd z miasta zajmuje sporo czasu, jest duży ruch. Niestety na którymś odcinku nie zauważyłem ograniczenia do 60 i wyprzedziłem ciężarówkę, a niewiele dalej czekał już na mnie Pan Policjant.
- Panie kierowco, a gdzie się tak pan spieszy? Trochę za szybko dzisiaj, ograniczenie do 60, a u pana 90, dokumenty, prawo jazdy i dowód rejestracyjny proszę.
- Panie Władzo, a ile taka przyjemność?
- 150MAD.
- Ale Panie Władzo, ja wczoraj za takie samo przekroczenie zapłaciłem 50MAD w Essaourii.
-Tak? W takim razie proszę jechać ostrożnie i nie przekraczać więcej prędkości.
Podziękowałem serdecznie, pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego i pojechaliśmy dalej. Dodam, że patrole i posterunki są często, właściwie w każdej miejscowości i na wjeździe i wyjeździe z większych mist. Trochę cięższy odcinek jest przez góry, trzeba wyprzedać sporo ciężarówek, które wspinają się w żółwim tempie.

Do Tan-Tan dojeżdżamy po zmroku, nie mieliśmy wcześniej ogarniętego noclegu, ale zatrzymujemy się przy hotelu, który sprawdzałem wcześniej na bookingu, 40EUR za dwójkę ze śniadaniem(Hôtel Sable d'Or), czysto, basic, zostajemy na noc. Miasteczka nie zwiedzamy.

Image

Image

19.01 Tan-Tan – Dakhla – 830km 10,5h według googla

Ruszamy zaraz po wschodzie słońca i bardzo smacznym śniadaniu, zgodnie z wyliczeniem googla powinniśmy zdążyć dojechać jeszcze za dnia. Zależało nam na tym, bo przed Dakhlą trwają roboty drogowe i mimo dzielności dwieście ósemki nie chcieliśmy w nocy trafić na stado wielbłądów. Po drodze robimy dwa pit stopy. Pierwszy w sennej miejscowości portowej Tarfaja. Krótki spacer i szybka kawa i ruszamy dalej. Następny przystanek robimy w Al-Ujun w restauracji „Pod Złotymi Łukami”. Al-Ujun jest głównym miastem Sahary Zachodniej, Lonely Planet poleca przez nie przejechać i się nie zatrzymywać, my nie zauważyliśmy niczego podejrzanego. Na wjeździe i wyjeździe są oczywiście posterunki policji, trochę bardziej sprawdzają nasze paszporty i wypytują o nasze plany, ale z niczym nie robią problemów. 85% trasy jedzie się dobrze lub bardzo dobrze, pusto, płasko, po prawej ocean, po lewej pustynia. 15% stanowiły roboty drogowe, które mocno nas spowolniły przez co końcówkę jedziemy po zmroku, na szczęście po już wyremontowanej drodze(standard krajówki) i przy świetle księżyca co zdecydowanie ułatwia życie. Przed Dakhlą przejmuje nas Land Rover Discovery na warszawskich blachach i meldujemy się w domu naszych znajomych. Mocno naruszając przywiezione zapasy.

Image

Image

20.01 - DAKHLA

Nasz pierwotny plan zakładał jechanie 21.01 do Nouadhibou(albo do granicy) autokarem rejsowym bądź grand taxi. Największym minusem tego planu był czas dojazdu i czas przejścia przez granicę, bo niestety z punktualnością kierowców bywa różnie, przejście zamykają o 18:00, a czasu nie mamy tak dużo bo powrót do Agadiru na samolot to dwa dni jazdy.
Podczas kolacji z naszymi znajomymi i ich znajomą(Freya - Szkotka, która od 15 lat mieszka w Dakhli) plan ulega modyfikacji i decydujemy się jechać do granicy naszym(Hertza) samochodem, który zostawimy tam na dwie noce, a na ostatnie 50km od granicy do miasta znajdziemy shared taxi albo złapiemy stopa. Największym minusem tego planu jest to, że po dwóch nocach możemy już nie mieć czym wrócić do Agadiru, ale Freya przekonuje nas, że granica jest bezpieczna i kręci się tam tyle ludzi i mundurowych, że nie ma szans, żeby ktoś się połasił na naszego lajka, a jak ktoś się jednak połasi to w końcu zawsze jest ubezpieczenie. To nas przekonuje.

Dzień spędzamy na zwiedzaniu okolic i miasta, które samo w sobie jest całkiem przyjemne. Sporo knajpek, fajny targ. Dakhla jest zimowym kierunkiem dla surferów i kitesurferów(silny i stały wiatr), większość hoteli zlokalizowanych jest od strony laguny. A także dla francuskich emerytów, którzy uciekają camperami na południe do ciepełka.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image21-22.01 Dakhla - Nawazibu

Po wschodzie słońca ok. 8:30 pakujemy się do lajka i tankujemy do pełna na stacji przed ostatnim posterunkiem policji(ropa 7,30MAD vs. 8,40MAD w północnej części Maroka). Do celu mamy 380km przez nic, ale widokowo wyjątkowo ładnie, klify, ocean, wielbłądy, pustynne wydmy. Jedzie się bardzo dobrze, tempomat 130km/h, pusta droga w dobrym stanie, brak policji – tylko na posterunkach w kilku osadach, ale bez radarów i może raz sprawdzili paszporty.
Na granicy jesteśmy chwilę po południu. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej jakieś 600m przed marokańskim posterunkiem. Stacja jest nowa, z hotelem dla tirowców(i usługami dla tirowców), sklepem i monitoringiem. Nie mamy większych obaw przed zostawieniem tam fury. Z buta mijamy długą kolejkę tirów i rejsowe autokary.

Z przejściem części marokańskiej nie ma problemu, wypełniamy fiszkę wyjazdową i dostajemy stempel. Oczywiście za szlabanem czeka na nas ekipa cinkciarzy i kilku kierowców. Jeden bardziej wyrywny proponuje że nas weźmie do Nouadhibou za 200MAD, mówimy, że za sto pojedziemy, coś tam mamrocze, ale w końcu się zgadza. Do przejechania mamy jeszcze zaminowany pas ziemi niczyjej - 5km - pierwsza połowa asfaltem, a druga to off-road 30-letnim Mercedesem W124, który dostał w Mauretanii kolejne(pewnie nie ostatnie) życie. Niesamowite wrażenie robią porzucone samochody, niektóre w zupełnie niezłym stanie.
Przejście części mauretańskiej zajmuje trochę więcej czasu. Na szczęście nasz kierowca nam trochę pomaga w kolejności działań, najpierw jeden pokoik gdzie nasze paszporty znikają na 20 minut, potem kolejka do wyrobienia wizy, przed nami jest kilkanaście osób w tym kilkoro Portugalczyków, którzy jadą swoimi samochodami(prawdopodobnie do Gambii). Sam proces wyrobienia wizy jest sprawny, szybkie zdjęcie przy jednym biurku, przy drugim od razu drukują i wklejają do paszportu. Koszt 55EUR, tu mieliśmy mały problem, bo na stronie ministerstwa jedno, a na miejscu drugie. Byliśmy przygotowani na płatność w USD. W końcu, częściowo płacimy resztkami EUR i resztę w MAD. Potem tylko kolejny budyneczek gdzie tym razem dostaje się stempel wjazdowy i jeszcze tylko posterunek policji i granica załatwiona. Wszystko 2-2,5h.

Cwaniak kierowca zgarnia jakiegoś typa i ruszamy w stronę miasta. Po drodze wpisujemy się do zeszytu na kolejnym posterunku, dzień przed nami wjeżdżała czwórka Polaków. Problem z granicznymi cwaniakami jest taki, że zawsze muszą coś przycwaniakować. Nasz nam oznajmił, że jemu się nie chce dalej do miasta jechać i albo płacimy więcej albo mamy wysiadać. No to wysiedliśmy, nie do końca wiedzieliśmy gdzie i w sumie co dalej. Mieliśmy numer do jednego hotelu(Selem Hotel) i na szczęście wysiadł z nami nasz współpasażer, z którym dogadaliśmy się łamanym francuskim, zadzwonił tam i pomógł nam złapać kolejną taryfę. Hotel nie był tani, ale nie jest to najbardziej turystyczny kierunek, a my nie mamy za bardzo innej opcji więc zostajemy, 120USD za dwie noce ze śniadaniem i jest Internet.

Pierwsza misja to załatwić walutę, gotówki w większości pozbyliśmy się na granicy, są bankomaty, niestety żaden nie działa i żaden nie chce wypłacić nam pieniędzy, co trochę komplikuje życie. Pozbawieni innych opcji nawiązujemy kontakt z bazą w Polsce, która wysyła nam przekaz Western Union(pani w banku podobno kilka razy się pytała czy na pewno chodzi i Mauretanię, a nie Mauritius), na ich stronie jest kilka agencji, oczywiście żadna nie działa, w końcu pracownik jednego z kantorów pomaga nam i stajemy się szczęśliwymi posiadaczami pliku mauretańskich Ugijii.
W Nawazibu jest kilka rzeczy do zobaczenia: cmentarzysko wraków, pociąg i port rybacki. Plan udaje się zrealizować częściowo, odwiedzamy port, ciężko to opisać – polecam zdjęcie satelitarne https://goo.gl/maps/jgTXrPTjqh74hmmn8 . Pociąg ma być, ale nikt nie wie o której, trafiliśmy na niego w drodze powrotnej do granicy.

A jeżeli chodzi o wrakowisko(https://www.atlasobscura.com/places/bay ... -graveyard) to… robiliśmy jakieś rozeznanie przed przyjazdem, raczej relacje sprzed kilku lat i średnio konkretne. W hotelu poznajemy lokalsa, który daje nam jakieś wskazówki i nawet chce z nami jechać, ale jednak nie jedzie. Łapiemy samochód na ulicy, próbujemy tłumaczyć gdzie chcemy jechać, typ się dziwnie spojrzał, ale pojechaliśmy. Zawiózł nas do jakiegoś opuszczonego hotelu pod miastem (https://goo.gl/maps/HLaKVBhLdsZKe3Bs6), ale wraków jak nie było tak nie ma. Oczywiście chciał nas na hajs zrobić, ale udało się wybronić. Zagadka wraków wyjaśniła się potem, okazało się, że w 2016 roku Chińczycy dali pieniądze na usunięcie wrakowiska i po prostu się spóźniliśmy. Kilka podobno zostało i coś tam majaczyło na horyzoncie, ale może po prostu fatamorgana.

Miasto jest takie jak można się spodziewać, cudownie nic w nim nie ma, na głównej ulicy pasą się kozy, średnia wieku samochodów ok. 40 lat. Pozostały czas spędzamy na spacerowaniu i poszukiwaniach koszulki drużyny FC Nouadhibou. Oprócz Mauretańczyków spotkaliśmy Chińczyków(prowadzą sporo sklepów i restauracji, w jednej się stołowaliśmy) i kilku Hiszpanów(robią tam jakieś biznesy związane z rybołówstwem), a także Rosjan – idziemy sobie ulicą i mija nas dwóch białych wąsatych panów, mówię do nich dzień dobry, a oni do nas „zdrastwujtie”, marynarze. Mieszka też w nim jedna Polka, prowadziła restaurację, potem hotel, próbowaliśmy się z nią spotkać, nie udało się, ale rozmawialiśmy z nią przez telefon.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image
jasiub napisał:
Fajna tarsa, dorzuć fotki :)

Dorzucilem:)
cypel napisał:
Bomba, Mauretania wciąż na mnie czeka, pisz kolego pisz.

Piszę :D jakbyś miał jakieś pytania to zapraszam.
Pabloo napisał:
Czekamy na resztę!
Jeden dzień, dwie relacje z Mauretanii. Tyle lat, a nie było nic 8-)

Też się zdziwiłem i ucieszyłem jak zobaczyłem relację z pociągu, niestety nie mieliśmy czasu, żeby nim pojechać.

-- 09 Paź 2019 19:39 --

23.10 Nawazibu - Dakhla

Ostatni dzień zaczynamy o świcie, żeby spokojnie przejść granicę i mieć jeszcze trochę czasu w Dakhli. Przejście w drugą stronę sprawniejsze, około godziny. Martwiliśmy się tylko czy nasz Lajk przetrwał dwa dni rozłąki, ale na szczęście nic mu się nie stało. Szybkie tankowanie i znaną już trasą wracamy do Dakhli. Po drodze zatrzymujemy się na kawę w Hotelu Barbas w Bir Gandouz, ładne miejsce.
Po przyjeździe idziemy na najlepszy obiad całego wyjazdu – na farmę ostryg Talhamar https://goo.gl/maps/RrPUCtBHr4LjeXAK6 - wszystko pyszne i wybitnie świeże. Ryby, ośmiornice, ostrygi grillowane na dużych metalowych tacach, bez kombinowania, z warzywami. Szybka wizyta na targu, żeby zakupić prowiant na następny dzień. Podczas kolacji kończymy przywiezione z Agadiru zapasy i decydujemy się, że powrotny postój zrobimy w Sidi Ifni, 1050km od Dakhli.

Image

Image

Image

Image

24.10 Dakhla – Sidi Ifni

Jak zdecydowaliśmy tak zrobiliśmy, kolejna pobudka o świcie, ta sama pustynia, ta sama trasa, tylko tym razem ocean po lewej, a pustynia po prawej. Do Kulmimu gdzie mamy odbić na Sidi Ifni dojeżdżamy po ciemku, nawigacja pokazuje co innego niż znaki, okrężną drogą. My pojechaliśmy tak jak znaki trasą N12, która była w remoncie i dlatego googiel kierował naokoło. Nic przyjemnego, słabo oznaczona kręta droga przez góry, dopiero końcowe fragmenty odnowione. Dojeżdżamy po ciemku do wcześniej wybranego hoteliku Hôtel Suerte Loca. Sidi Ifni do lat sześćdziesiątych było właściwie hiszpańską kolonią i widać to w wielu miejscach. Po kolacji w hotelu i krótkim spacerze idziemy spać.

Image

Image

Image

25.10 Sidi Ifni – Agadir

Z Sidi Ifni do Agadiru mamy ok. 3h godziny jazdy więc nie śpieszymy się za bardzo. Miejsce jest bardzo ładne, położone na klifie, szeroka plaża, ale wygląda, że czasy świetności ma już za sobą. Trasa do Agadiru jest przyjemną odmianą po ostatnich dniach, fajna kręta droga wzdłuż oceanu i przez góry. Lajk z dynamiczną jednostką 1,6 sprawuje się doskonale.
Po drodze zatrzymujemy się w miejscowości Lagzira zobaczyć łuki, które powstały na skutek erozji klifów. Bardzo ładnie i przyjemne miejsce na spacer, albo żeby zostać na noc.
Reszta powrotu do Agadiru bez przygód. Na ostatnią noc zostajemy w Ibisie Budget, obok jest centrum handlowe gdzie zrobiliśmy ostatnie zakupy.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

26.10 Agadir - Warszawa

Samolot mamy o 12:05, a Hertz wymaga umycia samochodu przed oddaniem, na szczęście obok hotelu jest stacja, za niewielkie pieniądze(w porównaniu do 70zł, które by skasował Hertz) myjemy Lajka w środku i na zewnątrz i ruszamy na lotnisko. Zwrot bez problemów, przez wylotem miałem zdjętą blokadę z karty kredytowej.

W ostatnim poście wrzucę podsumowanie.Podsumowanie

    - Czy było warto? Oczywiście, ale jest to trochę kierunek dla koneserów.
    - Zrobiliśmy ok. 3200km w większości dobrymi drogami. A w sumie przez dwa tygodnie ok. 4900km.
    - Nie spaliśmy budżetowo, na pewno dało się taniej w Nawazibu, ale chcieliśmy spać w mieście.
    - Wiza 55EUR, można bez problemu załatwić na granicy.
    - Zwłaszcza po bardzo turystycznej i męczącej północy można było odetchnąć i oprócz cierpów(ale oni na całym świecie cwaniakują), nikt nas nawet nie próbował oszukać, a ludzie jak mogli to pomagali.
    - Trzeba pić dużo herbaty bo jest pyszna.
    - Chętnie odpowiem na pytania i na koniec jeszcze trochę zdjęć.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

bazx 9 października 2019 11:59 Odpowiedz
18.01 – Agadir – Tan-TanTrasę zaczynamy od zrealizowania zamówienia mojego kolegi(w Dakhli alkohol tylko w hotelach albo z przemytu w cenach wysokich). Po zakupach w Carrefourze w Agadirze wczesnym popołudniem ruszamy na południe, cel dojechać jak najdalej przed zachodem słońca. Wyjazd z miasta zajmuje sporo czasu, jest duży ruch. Niestety na którymś odcinku nie zauważyłem ograniczenia do 60 i wyprzedziłem ciężarówkę, a niewiele dalej czekał już na mnie Pan Policjant. - Panie kierowco, a gdzie się tak pan spieszy? Trochę za szybko dzisiaj, ograniczenie do 60, a u pana 90, dokumenty, prawo jazdy i dowód rejestracyjny proszę.- Panie Władzo, a ile taka przyjemność?- 150MAD.- Ale Panie Władzo, ja wczoraj za takie samo przekroczenie zapłaciłem 50MAD w Essaourii.-Tak? W takim razie proszę jechać ostrożnie i nie przekraczać więcej prędkości.Podziękowałem serdecznie, pożyczyliśmy sobie wszystkiego dobrego i pojechaliśmy dalej. Dodam, że patrole i posterunki są często, właściwie w każdej miejscowości i na wjeździe i wyjeździe z większych mist. Trochę cięższy odcinek jest przez góry, trzeba wyprzedać sporo ciężarówek, które wspinają się w żółwim tempie. Do Tan-Tan dojeżdżamy po zmroku, nie mieliśmy wcześniej ogarniętego noclegu, ale zatrzymujemy się przy hotelu, który sprawdzałem wcześniej na bookingu, 40EUR za dwójkę ze śniadaniem(Hôtel Sable d'Or), czysto, basic, zostajemy na noc. Miasteczka nie zwiedzamy.
jasiub 9 października 2019 12:17 Odpowiedz
Fajna tarsa, dorzuć fotki :)
cypel 9 października 2019 12:26 Odpowiedz
Bomba, Mauretania wciąż na mnie czeka, pisz kolego pisz.
pabloo 9 października 2019 14:27 Odpowiedz
Czekamy na resztę!Jeden dzień, dwie relacje z Mauretanii. Tyle lat, a nie było nic 8-)
bazx 9 października 2019 19:18 Odpowiedz
jasiub napisał:Fajna tarsa, dorzuć fotki :)Dorzucilem:)cypel napisał:Bomba, Mauretania wciąż na mnie czeka, pisz kolego pisz.Piszę :D jakbyś miał jakieś pytania to zapraszam.Pabloo napisał:Czekamy na resztę!Jeden dzień, dwie relacje z Mauretanii. Tyle lat, a nie było nic 8-)Też się zdziwiłem i ucieszyłem jak zobaczyłem relację z pociągu, niestety nie mieliśmy czasu, żeby nim pojechać.
adamek 18 października 2019 11:04 Odpowiedz
czad
handsome 18 października 2019 11:32 Odpowiedz
Miła lektura :P A tak tylko BTW...Legzira powinno chyba prawidłowo brzmieć. Jeden z tych pięknych łuków skalnych zawalił się :cry: a był podobno najładniejszy. Zdążyłem jeszcze być przed zwałką na szczęscie :mrgreen: