+1
Bulusia 6 czerwca 2020 15:59
- Raju u nas nie ma – kiwa głową barman w andorskim hotelu Novotel. – Ale ważne, że są tanie alkohole, papierosy i paliwo. Później, już od innych ludzi, dowiaduję się że ważny jest też brak wiz do USA i wysokie zarobki. A co jest najważniejsze w Andorze? Zrobić tanie zakupy w Hiszpanii.
Na granicy z Hiszpanią w Sant Julia de Loria powiewają flagi Andory i Unii Europejskiej. Symbole unijne widoczne są też w głębi kraju, łopoczą na latarniach czy prywatnych domach. To polityczna manifestacja, podobna do tej którą obserwować można w Kijowie czy Tbilisi. Niekoniecznie dowód na jakąś szczególną sympatię do Brukseli, czy nie daj Boże chęć przyłączenia się do europejskich struktur. Unia już teraz krzywo patrzy na podatkowe rozwiązania księstwa, a po ewentualnej akcesji w ogóle zmieniłaby charakter państwa. To raczej przypomnienie, że suwerenna Andora jest podmiotem świadomym otoczenia i europejskiej polityki. Póki co z unijnego tortu wybiera sobie jednak jedynie te lepsze kąski, wszelkie ograniczenia i zakazy skrzętnie unikając.
Ile można pić?
Położona w Pirenejach, między Hiszpanią a Francją Andora uchodzi za jeden z europejskich rajów podatkowych. Do prawdziwego raju Andorze jednak daleko. System podatkowy, który uczynił z księstwa kraj zamożny i jedną z europejskich stolic (dyskretnych) usług bankowych niekoniecznie jest miarą sukcesu dla zwyczajnych Andorczyków. Niski VAT (podstawowy na poziomie 4,5 proc.) i brak akcyzy skutkuje niskimi cenami produktów. Rzecz w tym, że tylko tych, które w innych krajach często ratują budżet: alkoholu, papierosów i paliwa. Stąd litrowy Ballantines za 7,75 euro czy Jameson za 12 euro, karton L&M za 27 euro czy litr diesla za 1,03 euro.
OK, tylko ile można pić, palić i tankować?
- Te ceny robią wrażenie na turystach, zwłaszcza z „drogich” krajów, jak Anglia, Irlandia czy Niemcy – mówi mi pracownik hotelu, w którym zatrzymałem się w stolicy, blisko 21-tysięcznej Andorra la Vella. – Co innego jednak kupić sobie butelkę, a co innego żyć tu i płacić rachunki.
To dlatego w sobotę parkingi supermarketów w hiszpańskich miasteczkach okalających granicę pełne są samochodów na andorskich numerach. To klucz do lokalnego sukcesu: zarobić w księstwie, wydać zagranicą.
Już jedna wizyta w restauracji czy andorskim markecie wystarczy by poznać uroki duty free w miejscowym wydaniu. Polska z 23-proc. VATem, podatkami od obrotu, dochodu czy lokalnymi jawi się jako całkiem niedrogie państwo.
- Generalnie chodzi o to, by plusy nie przesłaniały minusów – tłumaczy przekornie Alfredo Rojada. Rozmawiamy przy lokalnym andorskim piwie Torrada i porcji zapiekanych w serze frytek. Później wezmę jeszcze kawę i za wszystko zapłacę ponad 20 euro. Całkiem drogo jak na raj podatkowy.
Rojada jest działaczem Socjaldemokratycznej Partii Andory, której kolorem jest czerwień. Opowiadam mu o polskich „socjaldemokratach” powstałych 29 stycznia 1990 roku, dzień po rozwiązaniu partii komunistycznej, z którą nie mają nic wspólnego, choć większość życia do niej należeli. Ich lider, były komunistyczny dygnitarz, właśnie został europarlamentarzystą. – A to Polska jest w Unii? – przerywa mi Rojada i już wiem, że o polityce zagranicznej to z nim nie porozmawiam.
SPA powstała w 2000 roku, czyli jak na tutejsze standardy jest partią wiekową, bo możliwość zakładania partii politycznych pojawiła się dopiero w 1993 roku, kiedy ustanowiono pierwszą w historii konstytucję kraju. Po prawdzie taka ona pierwsza jak i polska z 1791 roku była pierwszą w Europie, ale przynajmniej tego uczą w szkołach. Oczywiście w języku katalońskim, który trzeba biegle znać, jeśli chce się zostać andorskim obywatelem.
A łatwe to nie jest. Andorę zamieszkuje około 80 tys. ludzi, ale tylko 30 tys. to rodowici Andorczycy. Tylko oni mają dostęp do państwowych posad, mogą służyć w wojsku (całkowita liczebność ok. 50 osób, wliczając w to personel cywilny), pracować w andorskich ambasadach (jest ich 8 na całym świecie) czy zostać parlamentarzystą (jednym z 28). Pozostali, najwięcej jest tu Portugalczyków, Hiszpanów i Francuzów, mogą co najwyżej starać się o rezydenturę. Chyba, że cierpliwie poczekają 20 lat i zdadzą egzamin z historii i języka. Nieco szybciej (po 5 latach) andorski paszport można uzyskać żeniąc się (lub oczywiście wychodząc za mąż) z miejscowym. Rzecz jasna autentycznym, nienapływowym, urodzonym w Andorze z rodziców rodowitych Andorczyków…
Jeden kraj, dwóch wodzów
Upragniony paszport można też dostać, zostając… prezydentem Francji lub biskupem hiszpańskiej diecezji Urgell.
To jedyna tego rodzaju konstrukcja polityczna na świecie, potwierdzona konstytucją z 1993 roku i licznymi ustawami; światowy ewenement jest pozostałością po średniowiecznych czasach, kiedy to Andora była wspólnym lennem francuskich hrabiów z miasteczka Foix i hiszpańskiego biskupa. Po latach jeden z tych hrabiów został francuskim królem (jako Henryk II) i andorskie aktywa scedował na króla (a później po upadku monarchii na prezydenta). Biskup jako drugi współksiążę władzy nie oddał i teraz jest równoprawny francuskiemu przywódcy.
O ile kolejni Francuzi ze swojej książęcości sprawy nie robią, o tyle dobrodziej z Urgell pilnuje uważnie swojego poletka. Wiedzą o tym dobrze m.in. Świadkowie Jehowy, którzy na zgodę na rejestrację i uzyskanie prawnego statusu czekali… 33 lata (od 1973 roku do 2006 roku).
Biskup dopilnował także by zapis o specjalnym statusie kościoła katolickiego znalazł się w konstytucji księstwa. Jest to też w tym dokumencie jedyna religia wymieniona z nazwy. Jeden z paragrafów ustawy zasadniczej mówi wprost, iż ta szczególna pozycja wynika z „andorskiej tradycji”. Ta tradycja to jednak nic innego jak stulecia prywatnej biskupiej własności.
Konstytucja zrównuje też małżeństwa kościelne i cywilne. Oczywiście jedynie te zawarte w kościele katolickim. Biskup dopilnował też sprawy aborcji. Co prawda w konstytucji nie ma jawnego zakazu przerywania ciąży, ale zapis o „prawie do życia i pełnej ochronie w różnych jego fazach” jest rozumiany dosłownie i jednoznacznie. Kodeks karny za aborcję przewiduje karę więzienia dla kobiety oraz osoby, która zabieg przeprowadziły; dla lekarza oznacza utratę prawa wykonywania zawodu.
Konstytucję można zmienić, rzecz jasna. Zgodzić się na to muszą obydwaj współksiążęta. Nietrudno zgadnąć, który postawi weto.
„Szlachectwo” biskupa rodzi też ciekawe skutki prawne. Na czas pełnienia funkcji biskup (i francuski prezydent) stają się andorskimi obywatelami, obywaj też otrzymują dyplomatyczne immunitety. Biskup, od 2003 roku jest nim Joan Enric Vives Sicilia, w ściśle hierarchicznym Kościele podlega bezpośrednio papieżowi i przed nim bezpośrednio jest odpowiedzialny. Oznacza to, iż pośrednią głową andorskiego państwa jest również rzymskokatolicki papież. Sprawa jeszcze bardziej się komplikuje, gdy dodać, że biskupem diecezji w Urgell wcale nie musi być Hiszpan, a na przykład Polak – jednocześnie zatem książę Andory, obywatel Polski i podwładny Watykanu.
Wszystkie te potencjalne niebezpieczeństwa nie niepokoją mieszkańców Andory. W programie żadnej z oficjalnie działających partii politycznych nie znalazłem żądań zmiany status quo. – Do 1993 roku nie mieliśmy nawet konstytucji, a nasza suwerenność była mocno wątpliwa - tłumaczy mi Rojada. – To, że dziś jesteśmy członkiem ONZ, że należymy do międzynarodowych organizacji i mamy własne przedstawicielstwa to i tak jest dziejowa zmiana.
Z tą pierwszą konstytucją to tak nie do końca jednak prawda. Andora miała już ustawę generalną, a księstwu nadał ją… Rosjanin, Borys Michajłowicz Skosyriew. To niezwykła postać, znana policji wielu europejskich krajów. Awanturnik, uciekinier z sowieckiej Rosji, aresztowany w Wielkiej Brytanii za fałszowanie czeków i malwersacje, w 1934 roku, jako Borys I, ogłosił się królem pirenejskiego państewka. Co ciekawe za zgodą miejscowej Rady Generalnej, przy ledwie jednym głosie sprzeciwu. Ogłosił konstytucję, w której regulował działalność sądów, procedurę ustawodawczą, a także zwolnił obywateli z wszystkich podatków. Znalazł się też zapis o bezpłatnej edukacji i służbie zdrowia. Trójpodział władzy był rzecz jasna umowny – Borys I to siebie widział jako władcę absolutnego.
Popełnił jednak błąd. Grając na osobistych ambicjach i niesnaskach obydwu książąt wypowiedział posłuszeństwo biskupowi, licząc na wsparcie z Paryża. Niestety dobrodziej z Urgell nie lubił konkurencji. Nie minęły dwa tygodnie, gdy Skosyriewa na polecenie hierarchy aresztowali hiszpańscy żołnierze. Krótko więziony w Barcelonie mieszka później jeszcze w Portugalii i Francji. Tu zastaje go II wojna światowa. Były „król” Andory zostaje tłumaczem Wehrmachtu. Powojenne losy są niejasne. Jedna wersja głosi że został aresztowany przez Amerykanów i sądzony za współpracę z Niemcami, inna, że aresztowało go NKWD i spędził kilka lat w gułagu. Pewne jedynie jest to, że umiera w 1989 roku, w wieku 93 lat, od czasu wygnania nie będąc już nigdy w Andorze.
Vive la France?
Dla wielu lokalnych historyków epizod Borysa I to powód do wstydu i upadku państwa. Wolą mówić o nowoczesnej europejskiej konstytucji z lat 90. ubiegłego wieku, kończącej faktyczny czas protektoratu i przywracającej (nie)pełną suwerenność. Dziś, blisko 30 lat później być może niektóre jej zapisy wymagałyby uaktualnienia, ale podobnie jak w przypadku dwóch książąt, nie ma realnej siły która by tego chciała. – Książęta są daleko – mówi mi młody mężczyzna w recepcji hotelu, w którym zatrzymałem się w Andorra la Vella. – Póki ich władza jest iluzoryczna, daleka i nie wtrącają się zbytnio w naszą codzienność, nikomu to nie przeszkadza. Ludzi naprawdę znacznie bardziej interesuje kto jest premierem, tu na miejscu, niż kto jest księciem w dalekim Paryżu.
Obecny francuski prezydent, Emmanuel Macron, nie miał jeszcze czasu pojawić się w Andorze. Ostatnim, który odwiedził swoje pirenejskie włości był Nicolas Sarkozy. Miejscowi jednak nie wspominają tego najlepiej. – Przyjechał i co chwilę wykrzykiwał Vive la France! – opowiada mi zniesmaczony Rojada. – Gdyby chociaż głosił to po katalońsku…
W tej walce o rząd dusz przewagę ma oczywiście biskup z Urgell, zwłaszcza jeśli jest Katalończykiem. Wspólnota językowa i kulturowa daje znaczne możliwości perswazji i odwołań do rzekomych wspólnych korzeni. To na tej płaszczyźnie budowana jest narracja o katalońskiej wyjątkowości, przeciwstawianej „obcym” Hiszpanom czy Francuzom. To dlatego też hołubi się tu Katalończyka Salvadora Dalego, a słynny ściekający zegar z obrazu Trwałość pamięci zdobi w postaci rzeźby centrum andorskiej stolicy. Nawet geografia ma tu znaczenie. Wszak przecież do Urgell jest ze stolicy 130 km, a do Paryża 860…
Podkreślanie jedności duchowej jest bardzo ciekawe, póki Katalonia jest w granicach Hiszpanii. Gdy w 2017 roku regionalny rząd w Barcelonie przeprowadził referendum niepodległościowe części Andorczyków szybciej zabiły serca. Kto wie – zastanawiali się – czy niepodległa Katalonia, tak chętnie przedstawiana jako polityczny brat i duchowa wspólnota, nie wyciągnęłaby ręki po maleńkie księstwo, tak chętnie przecież hołdujące językowi i kulturze katalońskiej. Ciekawe, że z pewnością wówczas rzecznikiem niepodległości byłby kataloński biskup Urgell, dla którego utrata niepodległości Andory miałaby przecież wymiar osobisty.
Póki co, rękę wyciąga Hiszpania, i to po swojego obywatela, Jordiego Pujola, byłego premiera Katalonii, który swój majątek ukrył w andorskich bankach, licząc na katalońską solidarność w utrzymaniu tajemnicy bankowej. W kolejce do hiszpańskiej kontroli skarbowej czekają inne sportowe tuzy: Carlos Sainz czy Arantxa Sanchez Vicario. Rzekomo ich wspólny majątek ukryty w andorskich skarbcach sięga setek milionów euro.
Ale kogo to obchodzi?
Na Avenue Meritxell, głównym handlowym deptaku stolicy, zagaduję policjanta. Nie ma broni ani nawet kajdanek. Jego praca polega na tym, żeby być widocznym, czasem pokieruje ruchem na ulicy. Przestępczości tutaj w zasadzie nie ma. W jedynym, nowoczesnym więzieniu nie opodal stolicy siedzi około 50 osób – głównie za przemyt narkotyków. Ostatnie zabójstwo zanotowano tu w 2011 roku, ostatni (zgłoszony) gwałt w 2015. Kradzieży samochodów, włamań czy innej drobnej przestępczości nie notuje się od lat. Bank Światowy wymienia Andorę wśród pięciu najbezpieczniejszych państw świata. Pytam więc policjanta o politykę. Kiedy wzorem innych państw Andora będzie miała własnego księcia, króla czy prezydenta? Kiedy zerwą z nawet teoretyczną zależnością od sąsiadów? Patrzy na mnie nie rozumiejąc. – Ale o co chodzi? Komu to przeszkadza? – pyta w końcu. Za nim, wzdłuż deptaku widać butiki Zary, Louisa Vuitton, Christiana Louboutin, Bershki, Tag Heuer, sklepy duty free.
Andorska codzienność, a nie wydumane polityczne dywagacje.

Dodaj Komentarz