+1
Bulusia 24 czerwca 2020 15:34
Karaibska nuda
Czas tu się rozlazł, kapie powoli niczym zegary na słynnym obrazie Salvadora Dalego. Nikomu nigdzie się nie śpieszy, bo w kraju, w którym nie ma gospodarki, nie ma też pracy. Godziny niby istnieją, ale specjalnie nikt się nimi nie przejmuje – autobusy, sklepy, a nawet linie lotnicze pracują tu wedle własnej rachuby.
Saint Vincent i Grenadyny to grupa wysp na Karaibach. Najbliżej stąd do Barbadosu na wschodzie, a na południu – do Grenady. Politycznie to niepodległe państwo w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Państwo, o którym mało kto wie, a i samo niewiele robi, by tę wiedzę poszerzyć.
Jak często w takich miejscach lokalne władze marsową miną pokazują jak są ważne. Niewielki samolot z Bridgetown przyleciał o czasie, ale kontrola w terminalu wydawała się nie mieć końca. Tęga pani w przyciasnym mundurze każdy bagaż skrupulatnie sprawdzała, a paszport wielokrotnie skanowała i kartkowała. Choć na St. Vincent nie ma listy wrogich krajów, których wcześniejsze odwiedzenie skutkowałoby odmową wjazdu, celniczka delektowała się swoją władzą i autorytetem. Podróżni stali spokojnie, czas płynął, podobnie jak i pot po plecach. Lekcja cierpliwości trwała niemal dwie godziny. Niby spodziewałem się tego i wiedziałem o karaibskiej rachubie czasu, ale za każdym razem szlag mnie trafiał, gdy samolot na sąsiedni Barbados, z którego miałem powrotne połączenie do Europy spóźniał się drugą godzinę, a dżentelmen z obsługi flegmatycznie „uspokajał”, że chyba przyleci. Dostawałem nerwowych tików, gdy bank, oficjalnie otwierany o dziesiątej, 40 minut później był wciąż zamknięty. Byłem jednak w mniejszości. Hiszpańska mañana święci tu triumfy i żaden kataklizm tego nie zmieni.
Śpieszyć nie ma się do czego, bo niczego tu nie ma. To prawdziwy raj dla ekologów, St. Vincent bowiem niemal nic nie produkuje. Nie ma tu żadnych fabryk, żadnych dymiących kominów, kopalń czy hut. Nic nie przyciąga światowych korporacji: nie ma więc McDonald`sa ani Pizza Hut, nie ma Shella ani Apple. Lokalny cukier dostępny jest tylko na targowiskach, ten w sklepach importowany jest z Gujany albo Barbadosu. Nawet gadżety reklamowe – koszulki i czapeczki w barwach kraju – wyrabiane są w St. Lucia albo w Trynidadzie. W marketach, również w stolicy, Kingstown, straszą puste półki. To państwo-miraż, ucieleśnienie snu Krzysztofa Kononowicza obiecującego, że gdy zostanie prezydentem „nic nie będzie”.
Dobrem narodowym są za to banany i… mączka skrobiowa, czyli zagęszczacz wszelakich jogurtów, budyniów i dań dietetycznych. Wyrabia się ją z rośliny o nazwie maranta trzcinowa. Bulwy tego niewysokiego krzewu wraz z bananowcami to najczęstszy widok na vincentiańskich polach. Ich eksport na rynki obu Ameryk utrzymuje kraj przy życiu.
Wolność (nie)potrzebna
St. Vincent i Grenadyny niepodległość uzyskały dopiero w 1979 roku, późno i niechętnie, trochę na przekór własnej woli. W poprzednich stuleciach wyspy należały na zmianę do Francuzów i Brytyjczyków, zależnie od aktualnej sytuacji na świecie. Gdy na przełomie lat 50. i 60. poprzedniego wieku część karaibskich kolonii połączyła się w Federację Indii Zachodnich wydawało się, że twór ten, wymyślony przez brytyjskich lordów, przetrwa koleje dziesięciolecia. Londyn nie chciał jednak dostrzec sprzecznych aspiracji miejscowych polityków, a przede wszystkich różnic potencjału gospodarczego między odrębnymi do tej pory koloniami. Wzajemne pretensje o udział w rządzie, o siedziby nowych instytucji, o relacje z metropolią szybko zraziły do siebie dotychczasowych partnerów. Federacja rozpadła się po zaledwie 5 latach i nikt po niej nie płakał. Wróciło stare.
Tymczasem świat się zmieniał. Lata 60. XX wieku przyniosły upadek kolonializmu, w Afryce na gwałt powstawały nowe niepodległe byty. Karaiby nadal czekały. Trzeba było kolejnych 15 lat by światowe zmiany dotarły i tu. Końcówka lat 70. przyniosła niezawisłość wyspom o których mało wtedy, a i dziś niewielu słyszało: obok St. Vincent suwerenność dostały m.in. Saint Lucia, Dominika, a później jeszcze Saint Kitts i Nevis.
W Kingstown o tę wolność nikt specjalnie nie zabiegał. Już wcześniej wyspy miały autonomię i lokalne prawodawstwo. Język angielski, dla wielu miejscowych pierwszego wyboru, też nie stanowił narzędzia wynarodowienia. Pusty zazwyczaj skarbiec zasilały przelewy z Londynu. Wiatr historii przyniósł wolność, a wraz z nią odpowiedzialność, którą niewielu chciało wziąć na swoje barki.
Pod względem prawnym niewiele się zresztą zmieniło. St. Vincent, podobnie jak i inne karaibskie kolonie Wielkiej Brytanii natychmiast stały się częścią Commonwelthu, Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Królowa brytyjska pozostała głową państwa, a na miejscu reprezentował ją gubernator. Zresztą ten sam co i przed uzyskaniem niepodległości…
To oczywiście ten sam ustrój, który i dziś panuje m.in. w Australii i Kanadzie, członkach brytyjskiego świata. To co jednak jest ujmą na honorze, przynajmniej dla części społeczeństw tych krajów, jest z kolei wybawieniem dla krajów takich jak St. Vincent. – Z moim paszportem wjeżdżam do Anglii jak swój – chwalił mi się Robin, pracownik hotelu, w którym zatrzymałem się w Kingstown.
Rzeczywiście, obywatele Commonwelthu mają pierwszeństwo w osiedlaniu się w Wielkiej Brytanii, łatwiej też otrzymują brytyjski paszport. Zmienić ma to dopiero Brexit i reformy premiera Borisa Johnsona.
W 2009 roku rząd w Kingstown próbował dokonać rewolucji i, przynajmniej na papierze, wybić się na suwerenność. Przygotowano nową konstytucję, wedle której St. Vincent i Grenadyny miały stać się republiką z prezydentem wybieranym w powszechnych wyborach. W referendum pomysł jednak został odrzucony. – Po co zmieniać coś, co tak dobrze funkcjonuje? – tłumaczyli dziennikarzom ludzie odpytywani przed lokalami wyborczymi.
A zmian wyspiarskie społeczeństwo zdecydowanie nie lubi. Od uzyskania niepodległości ponad 40 lat temu kraj ten miał ledwie 4 premierów. Obecny, Ralph Gonsalves, sprawuje swój urząd od marca 2001 roku, i co 5 lat wygrywa (demokratyczne) wybory.
Niepotrzebnej niepodległości nie ma kto bronić, bo wyspy nie wykształciły własnych elit. Bogatsi mieszkańcy od zawsze wysyłali swe dzieci po edukację do europejskich i amerykańskich metropolii. Nasiąkali tam brytyjskimi bądź francuskimi ideami i wizjami świata poukładanego według ich wyobrażeń. Nie było w nich miejsca na silne gospodarczo i politycznie niezależne państwo St. Vincent. Rola pariasa, miejsca gdzie możni tego świata mogli przyjeżdżać na odpoczynek nie kłóci się więc zbytnio z tym co oczekują elity w Kingstown. Nie pomaga też specyficzna hierarchia awansu wedle której najwyższym stopniem zaufania i prestiżu jest praca w brytyjskiej administracji, zaś stanowisko gubernatora Jej Królewskiej Mości – szczytem politycznych ambicji.
Karnawał dla rozrywki
Nigdzie się nie śpiesząc ma się dużo czasu, z którym z kolei nie wiadomo co robić. Mężczyźni całymi dniami przesiadują więc przed swoimi domami, młodzi wałęsają się bez celu. Rozrywek, jak i pracy nie ma za wiele. Nawet stołeczny Kingstown, 16-tysięczne miasteczko z postkolonialną zabudową atrakcji nie zapewnia. Stolica ożywia się tylko na krótkie momenty gdy do portu zawinie któryś z wielkich wycieczkowców pływający po Karaibach. Na kilka godzin uliczne stragany zalane setkami turystów niczym wznosząca fala topią lokalną nudę. Gdy fala opadnie zostają tylko śmieci. Jeśli statek zostaje w porcie na noc robotę mają miejscowe dziwki o wielkich biodrach i potężnych wylewających się z przepoconych koszulek piersiach. Zużyte, nie pierwszej już młodości, z agresywnym, karykaturalnym wręcz makijażem krążą po portowej dzielnicy, licząc na łatwy zarobek.
Nocą od morza wieje rześki wiatr dając odpoczynek po dziennym upale. Wałęsanie się po zmroku jest bezpieczne – wszechobecny marazm i karaibskie słońce rozleniwiają też przestępców. Morderstw i gwałtów nie odnotowano tu od lat, a kierowanie ruchem ulicznym zdaje się być najpoważniejszym zadaniem miejscowej policji.
Nic dziwnego, że do rangi wielkiego wydarzenia urasta tu jakikolwiek drobiazg, cokolwiek co przerywa monotonię. Tak jak wizyta ekipy filmowej kręcącej na jednej z wysp Tobago Cays część scen do filmu Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły. Było to w 2003 roku, a niemal pokolenie później wielu wspomina to jako jedno największych wydarzeń w najnowszej historii kraju.
Kingstown ożywa też na przełomie czerwca i lipca gdy trwa 12-dniowy karnawał. Wymyślne kolorowe stroje miejscowych szkół, wielkie pióropusze, bębny i wielka parada w centrum miasta wzorują się oczywiście na brazylijskiej modzie, ale choć nie brak mi sympatii do Vincentian trudno nie zauważyć tandetności tego pokazu. Kostiumy ręcznie szyte przez miejscowych mniej lub bardziej zdolnych artystów uchodzić pewnie mają za kunsztowne, a często są zwyczajnie kiczowate. Nie można jednak odmówić miejscowym zaangażowania i pomysłowości. Dla wielu z nich te dwa tygodnie w roku to jedyna atrakcja na którą czekają kolejne 12 miesięcy.
Jeśli uznać, że jakiekolwiek życie tli się jeszcze na głównej wyspie, to na Grenadynach zamiera całkowicie. 7 głównych i kilkanaście mniejszych wysp północnej części archipelagu to wiecznie zielone lasy i kilometry plaż. Na Bequia, wyspie najbliższej St. Vincent, zdarzało mi się jechać godzinę i nikogo nie spotkać. Wąska, kręta droga wiła się między drzewami, na poboczu mijałem dziesiątki rozłupanych kokosów. To tu spotkałem iguanę, pierwszy raz na żywo w jej środowisku. Wyskoczyła nagle przed moim autem, przystanęła na kilka sekund zaskoczona niecodziennym widokiem i za chwilę zniknęła w chaszczach po drugiej stronie.
Na każdej z wysp dziesiątki malowniczych zatoczek. I plaże do wyboru: piaszczyste, kamieniste, czarne, zielone. Wszystkie puste. – Dla nas plaża to żadna atrakcja – wzruszał ramionami młody barman niedaleko Port Elisabeth na Bequia. – A przyjezdnych nie ma za wiele.
Podobnie jak infrastruktury. Niepotrzebna bo przecież nie ma turystów. Nie ma turystów, bo nie ma infrastruktury…
Bequia ma prawo upolować 4 wieloryby rocznie – taki limit ustanowiła Międzynarodowa Komisja Wielorybnictwa. A i tak nie ma kto tego robić. – Jest ciepło, więc specjalnie nie potrzebujemy ubrań, owoce rosną niemal wszędzie, więc nie musimy kupować, czysta woda jest za darmo z wielu rzek – śmieje się pracownik hotelu w którym zatrzymałem się w Port Elisabeth. – To rozleniwia, pracy tu nikt nie szuka, a zwłaszcza tak trudnej.
Żeby nie było zbyt kolorowo uważać też trochę trzeba. To tu na plażach rośnie jedno z najbardziej trujących drzew na świecie – manchineel, plażowe jabłko. Owoc wygląda smakowicie, ale jest pełen toksyn. Trujące substancje wydziela również samo drzewo, więc nawet stanie pod nim w czasie deszczu grozi poparzeniem i bolesnymi bąblami na skórze.
Tajwan welcome to
Choć królowa brytyjska jest głową państwa i tym samym kontroluje politykę zagraniczną St. Vincent i Grenadyn, kraj ten, wbrew woli Londynu uznaje niepodległość Tajwanu. Stosunki dyplomatyczne Kingstown nawiązało już w 1981 roku, ale dopiero latem zeszłego roku premier Gonsalves otworzył ambasadę w Tajpej.
St. Vincent znalazło się więc w gronie 17 państw, aktualnie uznających Tajwan. O ile dyskusyjny jest aspekt polityczny tego gestu, o tyle pod względem gospodarczym była to zdecydowanie trafna decyzja. Tajpej dba o sowich nielicznych sprzymierzeńców, nawet gdy są nimi karaibskie czy afrykańskie państewka. Na drogach St. Vincent o przyjaźni (i kolejnych inwestycjach) co rusz informują okazałe tablice. Największa w kraju budowa – ukończone w zeszłym roku nowe lotnisko – powstało w dużej mierze za pieniądze Tajpej i przy wsparciu tamtejszych inżynierów. Również drogi na północnych Grenadynach budują i finansują Tajwańczycy. Podobnie jak szkoły, ambulatoria czy stację uzdatniania wody. Międzynarodowa polityka Kingstown ma bardzo wymierną cenę.

Dodaj Komentarz