+2
pestycyda 13 lipca 2020 00:05
"https://static.fly4free.pl/s/2020/7/5/59d1b5576025969c5a7a680d20aad2f0.jpeg" alt="Image" />

Laos od zawsze leżał na naszej liście podróżniczych marzeń bardzo wysoko. Właściwie to mało powiedziane - zajmował przecież prawie pierwsze miejsce :) Podskórnie czuliśmy, że to kraj, który na pewno pokochamy. Niestety, jakoś nam z tym Laosem nie szło. To bilety za drogie, to znowu nawet niezła cena, ale nie w tym okresie, który nam odpowiadał, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim pojawiały się loty w takich cenach, że żal było nie skorzystać - natomiast w zupełnie inne części świata. Czyli korzystaliśmy z wszystkich możliwych powodów, aby do Laosu jednak NIE polecieć. No marudy, po prostu marudy :) Gdy wreszcie do nas dotarło, że zachowujemy się jak nastolatka przed pierwszym spotkaniem z internetowym chłopakiem ("no chciałabym, ale może jednak nie...Co ja zrobię, jeśli będzie wyglądał inaczej niż na fotkach, które mi przesyłał? To już może lepiej trwać w tym zakochaniu na odległość?"), stwierdziliśmy : teraz albo nigdy!

Image

I natychmiast okazało się, jak dużo zależy od samego podjęcia decyzji - owszem, loty z Polski do Laosu nadal były dosyć drogie, ale dotarło do nas, jakimi mato jak można to rozwiązać. Nie wiem, zabijcie mnie, naprawdę nie wiem, jak to się stało, że przez parę wcześniejszych lat nie udało się nam połączyć pewnych prostych faktów. Są tanie loty do Tajlandii? Są. A z jakim krajem graniczy Tajlandia? Bingo :/ Rekiny podróżowania, doprawdy :/

Image

Czas pobytu : 13.07.2019 - 06.08.2019
Loty : Warszawa - Pekin, Pekin - Bangkok, taki sam powrót, 1952 zł. Dokupiliśmy jeszcze lot Bangkok - Wientian, 349 zł (to, niestety, ze skąpstwa. Tak długo zwlekaliśmy, licząc, że bilety będą tańsze, aż w końcu podrożały :/ :D
Waluta : kip (LAK), 10 000 LAK = ok. 4,30 zł.

Image

W Pekinie wylądowaliśmy o 5.00 rano, wylot do Bangkoku był o 14.00, czyli, wprawdzie z duszą na ramieniu, ale można było się pokusić o szybkie zwiedzanie miasta. Planowaliśmy tylko mały rekonesans - podczas powrotnego lotu mieliśmy mieć prawie dwudziestogodzinną przerwę w Pekinie i wtedy miało odbywać się zwiedzanie "właściwe" - jednak trzeba się było spieszyć. Prosto z samolotu pobiegliśmy więc w stronę odprawy paszportowej, żeby już, jak najszybciej, znaleźć się poza lotniskiem. Robiliśmy, co mogliśmy, ale jednak...no cóż, lotnisko w Pekinie jest duże. Naprawdę duże. Poza tym, tu przesiadają się prawdziwi wyjadacze, podróżnicze wygi, jak mogą z nimi równać się osoby, którym przeszło cztery lata zajęło ustalenie z jakimi krajami graniczy Tajlandia :/ :D Gdy dotarliśmy więc do odprawy, mogliśmy co najwyżej ustawić się długiej na kilkaset metrów kolejce :/ Po kilkudziesięciu minutach natomiast, okazało się, że wcale nie musimy w niej stać. A właściwie to nawet nie powinniśmy, bo Uwaga, Uwaga - porada praktyczna : NAJPIERW trzeba podejść do osobnego stanowiska z wizami tranzytowymi (niebieskie okienko, jeszcze przed odprawą paszportową), dopiero potem, z wizą, udajemy się tam, gdzie wszyscy. Był natomiast jeden plus tej sytuacji, bo gdy po kolejnych kilkudziesięciu minutach ponownie podeszliśmy do odprawy, wszyscy pozostali podróżni już od dawna zwiedzali Pekin. Poszło więc szybko i już po 8.00 mogliśmy opuścić lotnisko :/ :D

Image

Żeby dostać się do centrum Pekinu, należy wyjechać z lotniska Airport Expressem (25 yuanów od osoby), jechać przez około pół godziny do stacji Dongzhimen, tam przesiąść się do metra numer 2 (4 yuany/osoba) i wysiąść na stacji Quian Men (jakieś dwadzieścia minut). I już. Natomiast sama podróż metrem jest niesamowicie edukacyjna, w dość nieoczekiwany sposób :D Każdy z nas pewnie kiedyś spotkał typowych Chińskich Turystów (tak, tych mających nieco odmienne zasady, niż pozostała część społeczeństwa. Tych krzyczących, pchających się i nie szanujących prawie niczego). Niektórzy się z nich śmieją, inni denerwują, różnie. Natomiast podczas jazdy metrem okazało się, że Chińscy Turyści (albo raczej pozostała część tego narodu) zdają sobie sprawę z pewnej...hmmm...niezręczności takiego zachowania i postanowili mu przeciwdziałać. Otóż na małych ekranikach w metrze puszczane są filmy edukacyjne, dotyczące tego, jak powinien zachowywać się człowiek jadący na wakacje :D Przepiękne animowane filmy, piętnujące złe zachowanie (przez przekreślenie grubą czerwoną krechą i wydawanie piskliwych nieprzyjemnych dźwięków), a zachowania pożądane nagradzające miłą dla ucha muzyką :D Tak więc, na ekranie widzimy śliczną rysunkową chińską rodzinkę, na wczasach w Paryżu (poznałam po wieży Eiffla w tle :D W kapeluszach turystycznych, żeby jeszcze bardziej podkreślić dramatyzm akcji. Stoją na przystanku autobusowym i synek, pomimo widocznego kosza na śmieci, wyrzuca kubek po coli na ziemię. I wtedy następuje dźwięk ("Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"), a ekran jest przekreślony czerwoną krechą :D I powtórka sytuacji - tym razem chłopiec wrzuca kubek do kosza, wszyscy się uśmiechają, obrazek otrzymuje zieloną ramkę, a w tle słychać śpiewy ptaków. Albo anielskie. Oglądałam te filmiki z ogromną fascynacją (niestety, chyba tylko ja :D Pozostali pasażerowie metra mieli wzrok wlepiony w telefony) i dzięki temu dowiedziałam się, że : na wakacjach nie wolno krzyczeć ("Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii"), przez ulicę przechodzi się na zielonym świetle, nie rzucamy śmieci gdzie popadnie (tu dostrzeżono złożoność problemu, bo każda sytuacja miała własny filmik - nie w górach, nie w lesie, nie na ulicy itp.), nie wolno odrywać fragmentów rafy koralowej i, najważniejsze, nie wolno krzyczeć w teatrze (a jako przeciwwagę, pokazano filmik, gdzie można krzyczeć. Na meczu :D

Image

Ale trzeba przyznać, że przynajmniej się starają :) Te filmiki to moje główne wspomnienie z Pekinu, co do pozostałych atrakcji, to jakoś nam nie poszło. Plac Tiananmen obejrzeliśmy tylko z daleka - wylądowaliśmy ze złej strony ulicy i niezbyt udało się nam przez nią przejść. Z Zakazanym Miastem było jeszcze gorzej, ale przynajmniej jednoznacznie. Po prostu go nie znaleźliśmy :D Znaleźliśmy za to sklep z napojami, przebiegliśmy przez dzielnicę hutongów i właściwie już trzeba było wracać, żeby zdążyć na samolot.

Image

Zdążyliśmy :)

Image

Do Bangkoku dolecieliśmy około 19.00, wyjechaliśmy z lotniska pociągiem (15 THB). W odległości jednego przystanku od lotniska znajduje się parę hotelików. My trafiliśmy do Phoenix Motel i bardzo go polecam. 700 THB za pokój, a w cenie jest jeszcze podwózka na lotnisko kolejnego dnia.

Image

Kolejny dzień, kolejny lot.
I wreszcie, po 26 godzinach w podróży - Laos.

Image

"Przede wszystkim rzuca się w oczy przyroda. Wszędzie - zieleń. Wszędzie - drzewa. Wszędzie - ..."

CDN.@Mareckipl, dla mnie takie wspominanie to też metoda walki o przetrwanie. Miejmy nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy...

@maxima, nie martw się, Laos czeka, jeszcze na pewno pojedziesz :) Udało się odzyskać pieniądze za bilety?

@cart, na pewno. Ale mogłeś o tym nie pisać...Tacy byliśmy z siebie dumni... :D

wasil10 napisał:
póki co jednak jakoś mniej emotek niż standardowo :D
Ha! Tym razem postanowiłam, że relacja będzie epatować mrokiem. I złem :twisted: A poważnie, to aktualna sytuacja nie sprzyja. Ale pewnie się rozkręcę :D

@QbaqBA, wiem :/ :D Nawet w końcu udało się nam przejść na odpowiednią stronę ulicy (ale wtedy to nawet Placu nie znaleźliśmy :/ :D, szukaliśmy, szwendaliśmy się, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tuż-tuż przy murach...No. I na wrażeniu się skończyło. Ale to nie nasza wina, to na pewno przez upał i brak czasu. My przecież byliśmy doskonale przygotowani do zwiedzania. JAK ZAWSZE :/ :D@maxima, jak chodzi o ten rok, to też się nie łudzę, ale już np. takie loty na styczeń kuszą :) Fajnie, że chociaż z pieniędzmi się udało :)

Może i ze zwiedzaniem Pekinu nam nie poszło, ale za to w przypadku lotniska Wientian byliśmy znakomicie przygotowani. Aż sama byłam tym zaskoczona - wszystko poszło tak sprawnie i wzorcowo, zupełnie, jak nie my :) I dzięki temu mogę zostawić parę wskazówek praktycznych :

1. Wiza na lotnisku - 30 USD + jedno zdjęcie (to w przypadku Polski. Każdy kraj ma inną stawkę).

2. Kurs w lotniskowym kantorze taki sam jak w mieście, choć nie obyło się bez drobnych..hmmm...nieporozumień (mikroskopijne naddarcia banknotów - wg pana, wg mnie to były idealne, nowiutkie pieniądze - spowodowały, że mój podróżny budżet zmniejszył się o 120 USD) (ale nie na długo :D pan pracujący w miejskim kantorze nie był aż tak drobiazgowy :)

3. Nauczeni doświadczeniem, kolejne kroki skierowaliśmy w stronę małego kiosku - karta sim 10 000 LAK, 7 GB internetu na 30 dni - 50 000 LAK.

4. Po prawej stronie lotniska znajduje się kiosk z biletami na autobusy jadące do centrum. Bilet 15 000, podróż autobusem - ok. 15 min.

Proste, prawda? Sam jestem pod wrażeniem :) Nie miotaliśmy się bezładnie po całym lotnisku, nie daliśmy się wepchnąć do żadnej taksówki ani zaciągnąć do żadnego hotelu, tylko planowo i spokojnie odhaczaliśmy kolejne punkty z listy. Czysta dystynkcja i opanowanie. A przed odjazdem autobusu zdążyłam nawet skorzystać z toalety i wypalić całego papierosa :D Jak tak dalej pójdzie, to zacznę sprawdzać, czy w moim drzewie genealogicznym nie pojawia się jakiś hrabia :/ :D

Image

WIENTIAN

Kolejne zaskoczenie. Nigdy nie widziałam takiej spokojnej stolicy. Ba - nigdy nie widziałam nawet takiego miasta w Azji. Ciche, spokojne, kierowcy jeżdżą normalnie, PRZEPUSZCZAJĄ pieszych, a czasami zdarzają się kilkuminutowe momenty, w których po ulicach nie jedzie dosłownie nikt. Nie ma gwaru, uliczki nie są oblepione straganami i garkuchniami, a "good price" i "where are you from" nie mieszają się ze sobą w zgiełku. I wiecie co? Zupełnie nie mogliśmy się w tym odnaleźć...:/ :D

Image

Jedno tylko pozostało niezmienne, jak na ten rejon przystało. A może nawet bardziej, niż zazwyczaj. Upał. Wystarczyło wysiąść z autobusu (w autobusie było nawet nieźle, jak się stało przy oknie, to człowieka przynajmniej wiatr owiewał) i przejść parę metrów, żeby przez następne parę minut odpoczywać w cieniu (i dyskretnie wykręcać koszulkę np. :) Nic więc dziwnego, że droga do naszego noclegu (nie, nie mieliśmy rezerwacji. Upatrzyliśmy sobie tylko wcześniej na booking.com parę miejsc), była lekko kręta - tu przerwa w sklepie, tu w barze, o, w tym jeszcze nie byliśmy! :D (cola - 4000 LAK, piwo - 8000, woda - źle to o nas świadczy, ale, niestety, nie wiem :/ :D Wiem natomiast ile kosztuje sztyft do inhalacji :D 6000 LAK. Kupiłam go w panice, licząc, że choć trochę pomoże mi przetrwać w tym upale i przez pierwsze parę godzin namiętnie używałam, a przechodnie pukali się w głowę :/ :D Później wylądował na stałe w plecaku. Nie pomagał, a i my trochę przyzwyczailiśmy się do innej temperatury.

Image

Gdy dotarliśmy do Sala Inpeng Bungalow, wyglądaliśmy jak kupka nieszczęścia. To znacznie nam pomogło w załatwieniu noclegu, bo pani właścicielka załamała ręce, coś pozamieniała w rezerwacjach i, pomimo, że przyszliśmy prosto z ulicy, po chwili otrzymaliśmy klucze do własnego domku. Sam ośrodek jest bardzo ładny - parę drewnianych domków z tarasami i klimatyzacją (to akurat ważne :), usytuowanych w ogrodzie. Dwa noclegi ze śniadaniem - 400 000 LAK.

Image
Kapliczka kierowców tuk-tuków.

Co można robić w Wientian? Hmmm, nie jestem zwolenniczką miast, w dodatku tak cichych i poukładanych. Jakoś, zupełnie nie wiem dlaczego, lepiej się czuję w chaosie i improwizacji :/ :D Jednak mieliśmy parę pomysłów, jak spędzić ten czas.

Image

Przed wszystkim, chcieliśmy poszwędać się po mieście i zobaczyć laotańską wersję Łuku Triumfalnego.

Image

Ale wcale nie dlatego, że jesteśmy wielbicielami architektury, czy wysokich budowli. Zupełnie nie. Najbardziej interesowała nas tabliczka informacyjna, zawieszona na pomniku.

Image

Rozśmiesza mnie do tej pory :D Zwłaszcza to, że "z bliska wygląda jeszcze gorzej" :D To chyba niezbyt dobra droga, żeby opisywać w ten sposób pomniki, z których jest się dumnym :/ :D

Image

Mnisi zawsze kojarzyli mi się z życiem prostym i w jakiś sposób odciętym od świata. Gdy widzę pomarańczowe szaty, często zapominam, że to przecież dzieci i potrzebują zabawy, rozrywek i cyfrowych pamiątek, dlatego taki widok niezmiennie mnie zaskakuje.

Image

Jak na "betonowego potwora" naprawdę nie wygląda źle :)

Image
Pałac prezydencki.

Kolejnym punktem na naszej liście był pomnik króla, wzniesiony przy promenadzie nad Mekongiem. Król ów wzniecił powstanie przeciwko Tajom w XIX w, a na pomniku wygląda, jakby wyciągał w stronę tajskiego wybrzeża rękę "na zgodę".

Image

Image

Chcieliśmy też obejrzeć sam Mekong, tu jednak spotkała nas duża niespodzianka :D Podeszliśmy do barierki "promenady nad Mekongiem" i wstrzymaliśmy oddech, bo wiecie, Mekong, rzeka-legenda, a zamiast wody zobaczyliśmy tylko ogromne połacie....ziemi :/ :D Niestety, widok na rzekę ogranicza płaska wyspa (choć wydaje mi się, że gdzieś na widnokręgu mignęło mi coś niebieskiego...jakby fala... :D
I może byłabym bardzo zawiedziona tą wycieczką, ale, na szczęście, na promenadzie znajduje się nocny targ :)

Image

Też wyjątkowo pusty. Nie wiem, czy to efekt wyjazdu "nie w sezonie", czy stan naturalny.

W Wientian można też spędzać romantyczne wieczory w małych restauracyjkach (pyszne zupy - 20 000 i odkrycie roku : piwo w litrowych dzbanach - 25 000 :), można oglądać spektakularne zachody słońca, podziwiać detale architektoniczne, zwiedzać świątynie...

Image

Można też zrobić coś jeszcze - wybrać się na parogodzinną wycieczkę poza miasto i zwiedzić Park Buddy. Wycieczka taksówką to koszt 200 000 LAK, ale tak tylko to piszę, informacyjnie (choć sama cały czas nie mogę uwierzyć, że nie wsiedliśmy grzecznie do samochodu miłego pana, tylko powiedzieliśmy : Nie, dziękuję :/ :D

Image

Budżetowy wariant takiej wycieczki zaczyna się na dworcu autobusowym Talat Sao. Trzeba odszukać autobus nr 14 (jeździ ich kilka na dzień, nasz akurat wyruszał o 13.15), kupić bilet (8000 LAK/osoba) i po około 50 minutach znajdziemy się przed samym wejściem do parku.

Image

Budda Park kryje w sobie bardzo ciekawą historię. Znajduje się nad Mekongiem i jest parkiem rzeźb sakralnych, łączących dwie religie : buddyjską i hinduistyczną. Ich twórca nie był akceptowany przez komunistów, musiał wyemigrować do Tajlandii, gdzie, na drugim brzegu Mekongu stworzył podobny park.
Bilet wstępu kosztuje 15 000, a po przejściu bramy, człowiek ma wrażenie, że znalazł się w epicentrum...no nie wiem czego :) Nie napiszę "szaleństwa", bo to bardzo krzywdzące dla artysty, który propagował zjednoczenie religii, może "szału", "abstraktu" będzie odpowiedniejsze? Coś, jakby wejść w obraz Beksińskiego - pociąga cię, jesteś zafascynowany wizjami, masz ciarki na plecach, ale nie chciałbyś w tym świecie żyć...Po ciszy, spokoju i poukładaniu Wientian, tu wreszcie poczułam się jak u siebie :/ :D

Image

Figury są zbudowane z betonu i porozstawiane na terenie parku. Mniejsze, większe, zachodzące na siebie, mieszające się i uzupełniające. Pierwsza rzuca się w oczy ogromna...dynia :/ :D

Image

Można do niej wejść przez taką oto paszczę :

Image

Żeby wejść na sam szczyt dyni, trzeba się przemieścić przez trzy wewnętrzne poziomy, symbolizujące piekło, ziemię i niebo.

Image

I jak ziemia i niebo są dosyć przyjemne w odbiorze, tak piekło...no cóż, przebywając w nim, człowiekowi cierpnie skóra. Wnętrze tego poziomu jest wypełnione betonowym przedstawieniem różnego rodzaju tortur i męczarni.

Image

Niektóre figurki są podniszczone, niektórym odpadły ręce, albo z korpusu wystaje im metalowy stelaż. Powiem tak - udało mi się tam być w samotności i nie wiem, czy chciałabym to doświadczenie powtórzyć :/ :D Ale za to z góry, jak już się przeciśniecie przez wyjątkowo małe wyjście, możecie podziwiać panoramę całego ogrodu :)

Image

Image

Nie potrafię ocenić wartości artystycznej tego dzieła. Pewnie opinie na temat parku są podzielone. Natomiast jednego jestem pewna - włożono w rzeźby ogromną ilość emocji. A sama wizja i jej rozmach - no cóż, mnie zachwyciła.

Image

Image

W parku mogłabym spędzić dowolną ilość czasu :) Wprawdzie każda rzeźba jest oznaczona numerkiem i istnieje jakaś kolejność zwiedzania, jednak nam największą przyjemność sprawiło całkowite zignorowanie zaplanowanej trasy i wyszukiwanie kolejnych rzeźb, poukrywanych w drzewach.

Image
To wygląda dla mnie jak jakiś aztecki ołtarz ofiarny. Schodki były tak strome, że w połowie musiałam zrezygnować. Natomiast Marcin bardzo ofiarnie wspiął się na samą górę. Byliśmy ciekawi, czy w środku znajdują się jakieś czaszki :/ :D Otóż nie :D

Image
To natomiast wygląda tak, jakby jakiś średnio zdolny (delikatnie powiedziane :D grafik, starał się zrobić plakat promocyjny wycieczek do Tajlandii np. A jednak nie. Tam tak wygląda NAPRAWDĘ.

Image

Park zamykają o 17.00, a powrót do stolicy jest również bardzo łatwy - dokładnie po przeciwnej stronie ulicy znajduje się przystanek autobusowy.

Image

Ten widok mnie bardzo rozczulił. Smok karmiony ryżem. Początkowo ryż wkładany był do pyska, ale dużo wypadało - na ziemi wokół leżały resztki. Więc w końcu ktoś wpadł na pomysł, że może w innym miejscu ryż się będzie lepiej trzymać i smok otrzyma swoją ofiarę. Później często widzieliśmy smoki, których wszystkie wypukłe fragmenty były poobkładane kleistym ryżem.

Image

W Wientian spędziliśmy prawie trzy dni. Było bardzo miło, były długie rozmowy, spacery i odpoczynki pod klimatyzatorem. Ale wszystko było takie...poukładane? perfekcyjne? równiutkie? Jak na wycieczce z biurem podróży. To nie był "mój" Laos. Co więcej - zaczynałam się obawiać, że "mój" Laos nie istnieje...

Image

CDN.Vang Vieng

Miasteczko położone około 150 km od Wientian, znane z przepięknych krajobrazów i "turystycznych" atrakcji (alkohol, imprezy, jedzenie i drinki w wersji "happy", czyli z narkotykowym dodatkiem). Ten stan osiągnął apogeum chyba w 2011, zginęło tam wówczas 27 turystów - w trakcie imprezowania korzystali z różnych form aktywnego wypoczynku, głównie wodnych. Jedna z gazet określiła sytuację jako "świat oddany we władanie nastolatków". Teraz miasteczko trochę ucichło, uspokoiło się, natomiast krajobrazy pozostały niezmienione :)

Image

Do Vang Vieng można dostać się ze stolicy autobusem. Cena biletu - w zależności gdzie kupiony :) W recepcji hotelu : 60 000 LAK, z dowozem spod hotelu : 100 000. Ale, jeśli w przerwie tradycyjnego tańca z komarami (a jest ich tu miliony, uwierzcie :/), jesteście w stanie podejść do agencji autobusowej, zapłacicie 50 000 od osoby. Sam podróż trwa około 3,5 godziny - w zależności od długości postoju po drodze.

Image

Dworzec, a przynajmniej miejsce, w którym zatrzymują się autobusy w Vang Vieng :) Trochę nas ten widok zbił z tropu, a z nieużywanego, podrdzewiałego Diabelskiego Młyna nawet powiało grozą :D
Na szczęście, zaraz za rogiem, wszystko zaczęło wyglądać inaczej.

Image

Pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej - bardzo miły pan ofiarował nam chyba z pięć mapek miasteczka : z atrakcjami, z noclegami, z barami...Podobno od przybytku głowa nie boli, ale to się zupełnie nie sprawdza :D Planowaliśmy zostać tu niezbyt długo, trzy noce, a jak przez ten czas wybrać to, co najciekawsze? I ważniejsze : jak to zdążyć zobaczyć? :/ :D

Image

Zaczęło się więc nam bardzo spieszyć. Pan polecił nocleg w, podobno rewelacyjnym, hostelu Magic Monkey - "czuć tam atmosferę dawnego Vang Vieng". Faktycznie...wyjątkowo mocno było ją "czuć" :D Charakterystyczny zapach unosił się wszędzie, na fotelach odpoczywali "zmęczeni" turyści, a gdyby ktoś niezbyt zrozumiał zapachowy przekaz, dostawał jeszcze sygnał obrazkowy : wszystko przyozdobione było zielonymi, typowymi listkami :D Niechcący zmartwiliśmy bardzo uprzejmą panią z recepcji, nie było wolnych miejsc (to nas akurat jednak trochę ucieszyło :D Okazuje się, że jesteśmy po prostu starzy i dosyć drętwi :D Znaleźliśmy więc sobie inny nocleg, bardziej odpowiedni dla takich nudziarzy, jak my :D

Image

Keosimoon. Wygodne domki z klimatyzacją, 100 000 LAK/ doba. Bardzo polecam - cisza, spokój, piękne widoki, a właściciel pozwalał nam trzymać whisky w swojej lodówce :D

Image

Na obiad wybraliśmy się do małego baru dla miejscowych. Z laotańskiego menu (na szczęście były zdjęcia :D wybraliśmy najapetyczniej wyglądającą zupę (20 000) i, przebierając z niecierpliwością nogami, obserwowaliśmy proces przygotowywania tego smakołyku. Stojąca za ladą pani bardzo się starała, co chwilę próbowała łyżką z garnka, czy aby na pewno wszystko jest w porządku :D Nie miała jednak chyba wystarczającej pewności siebie, bo po chwili zawołała drugą panią i wspólnie próbowały, doprawiały, dyskutowały nad zupą. Strasznie to było słodkie, widać bardzo się starały przygotować coś naprawdę wyjątkowego. Szkoda tylko, że miały jedną łyżkę :) W końcu postawiły przed nami dwie miski pełne parującego przysmaku, same wróciły za ladę, skąd obserwowały nas pełnymi nadziei oczyma. Zupa...Najpierw doleciał nas jej zapach...I nie było to miłe doznanie :/ :D To, co ujrzałam w środku miski, raczej nie poprawiło mojego stosunku do zupy. Coś, jakby fragmenty jelit, serc i jakby kawałek...jeża? Panie za ladą pokiwały głowami zachęcająco. Jedzenie szło nam wolno...Zatykanie nosa też nie pomagało. Kłamliwie uśmiechaliśmy się do pań, próbując gestami pokazać, że bardzo, bardzo smaczne...W końcu, gdy uśpiliśmy trochę ich czujność i na chwilę odwróciły wzrok, zrobiliśmy coś, czego się wstydzę do teraz :/ Uciekliśmy...:/ :D Ale, niestety, niesmak (w ustach też :/ :D pozostał A do końca pobytu w Vang Vieng przechodząc koło baru, zwiewaliśmy na drugą stronę ulicy. Ze wstydu :/ :D

Image

I tak sobie teraz myślę, że my się już chyba nie nadajemy do podróżowania :/ :D Hostel, który jest pewnie powodem przyjazdu większości turystów i "kwintesencją klimatu", nam oczywiście nie odpowiada. Lokalne jedzenie - krzywimy nosy :/ (no, nie tylko. Żołądek też mi się krzywił :/ :D Jak tak dalej pójdzie, zostaną nam tylko wyjazdy all inclusive do hotelu ze szwedzkim stołem :/ :D Albo frytki. O, właśnie, frytki w Vang Vieng były dobre :D (zestaw frytki + kanapka z tuńczykiem - 20 000 LAK).

Image

Żeby poprawić wizerunek we własnych oczach, postanowiliśmy skorzystać z najbardziej turystycznej atrakcji, spływaniu rzeką w wielkich dętkach. Nie jest to jednak takie łatwe, jakby się mogło wydawać :/ :D Zwłaszcza na etapie rezerwowania wycieczki. Mam wrażenie, że jest to coś w rodzaju próby - jeśli jesteś dostatecznie wytrwały i cierpliwy, dopiero wtedy udowodnisz, że zasługujesz na wodną przygodę :/ :D Bo tak : owszem, agencji organizujących tubing jest bez liku, ale nikogo w nich nie ma :/ :D Możesz chodzić po biurze, znacząco wzdychać, później kaszleć, a na samym końcu nawet tupać, ale i tak nikt nie przychodzi :/ :D Gdy w końcu znaleźliśmy agencję z, uwaga uwaga, człowiekiem, bardzo miłą panią, rozpoczął się etap negocjacji, który trwał jakieś pół godziny :/ :D Na zdjęciu reklamującym atrakcje, widniała cena 80 000. Pani potwierdziła, następnie gdzieś zadzwoniła i orzekła, że jednak 120 000 :/ :D Natomiast gdy zaczęliśmy się wahać, uznała, że może 100 000? Nie chcieliśmy ryzykować, że pojawią się jeszcze jakieś inne, skaczące ceny, więc już chcieliśmy podać pani rękę, żeby potwierdzić umowę, gdy nagle zaczęła krzyczeć i ...wybiegła z biura :/ :D Bardzo nas to stropiło (choć do pustych biur zdążyliśmy już się przyzwyczaić :D ale tym razem nie chcieliśmy odpuścić. W końcu nie mieliśmy gwarancji, że gdzieś jeszcze znajdziemy jakiegoś sprzedawcę. Staliśmy więc w pustym biurze, jak osł prawdziwi twardziele i czekaliśmy, nie wiedząc na co :/ :D Po kilkunastu minutach pani wróciła, obmyła się pod wężem, a w rękach trzymała ogromne...nożyczki (:/ :D Musiałam obciąć dziecku włosy - rzuciła niedbale i powróciliśmy do rozmów o tubingu, jakby nigdy nic :/ :D

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (17)

mareckipl 13 lipca 2020 01:52 Odpowiedz
Dzięki za dokarmianie będących na podróżniczym głodzie, takie relacje to jedna z niewielu rzeczy umożliwiających przetrwanie uziemienia :D
maxima 13 lipca 2020 10:17 Odpowiedz
czekam na więcej, bo do Laosu miałam bilet na 14.03.2020 i wiadomo co było potem :/
cart 13 lipca 2020 11:44 Odpowiedz
Do Vientiane można się taniej dostać. My leciecieliśmy z DMK do Udon Thani za 20$ i tam na pace ciężarówki za parę groszy na przejście graniczne.
wasil10 13 lipca 2020 11:55 Odpowiedz
@cart my zrobiliśmy tak samo w 2016 roku z lotem do Udon Thani, jednak w dalszą podróż nie udaliśmy się już niestety na pace, a autokarem i tuktukiem. @pestycyda też czekam na dalszą cześć, jestem mega ciekawy Waszych odczuć co do Laosu. Poza tym lubię Twoje pozytywne relacje, póki co jednak jakoś mniej emotek niż standardowo :D
qbaqba 13 lipca 2020 12:52 Odpowiedz
pestycyda napisał:Z Zakazanym Miastem było jeszcze gorzej, ale przynajmniej jednoznacznie. Po prostu go nie znaleźliśmy :DMuszę przyznać, że to całkiem niezłe osiągnięcie, biorąc pod uwagę że byliście przy placu Tiananmen (nawet jeśli po "złej stronie ulicy"), który z Zakazanym Miastem sąsiaduje :)
pestycyda 13 lipca 2020 17:24 Odpowiedz
@Mareckipl, dla mnie takie wspominanie to też metoda walki o przetrwanie. Miejmy nadzieję, że wkrótce wszystko wróci do normy...@maxima, nie martw się, Laos czeka, jeszcze na pewno pojedziesz :) Udało się odzyskać pieniądze za bilety?@cart, na pewno. Ale mogłeś o tym nie pisać...Tacy byliśmy z siebie dumni... :Dwasil10 napisał: póki co jednak jakoś mniej emotek niż standardowo :D Ha! Tym razem postanowiłam, że relacja będzie epatować mrokiem. I złem :twisted: A poważnie, to aktualna sytuacja nie sprzyja. Ale pewnie się rozkręcę :D@QbaqBA, wiem :/ :D Nawet w końcu udało się nam przejść na odpowiednią stronę ulicy (ale wtedy to nawet Placu nie znaleźliśmy :/ :D, szukaliśmy, szwendaliśmy się, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tuż-tuż przy murach...No. I na wrażeniu się skończyło. Ale to nie nasza wina, to na pewno przez upał i brak czasu. My przecież byliśmy doskonale przygotowani do zwiedzania. JAK ZAWSZE :/ :D
maxima 13 lipca 2020 21:26 Odpowiedz
@pestycyda mam nadzieję, że dotrę w przyszłym roku, bo w tym to już chyba przestałam się łudzić w kwestii dalekich lotów ;( w ramach chargebacku i dodatkowych odwołań w końcu bank oddał pieniądze, ale łatwo nie było. NA pewno bardziej wymagające niż wyjazd do Laosu ;)
2catstrooper 21 lipca 2020 13:59 Odpowiedz
Juz krzyczalam "frytki! frytki!"Czytam nastepne zdanie i co widze? Frytki.Widze, ze mamy podobne doswiadczenia z lokalnymi specjalami w tym miescie. hyhyhy!
gadekk 21 lipca 2020 15:06 Odpowiedz
Uwielbiam Twój styl pisania. Po przeczytaniu każdej z Twoich relacji mam ochotę ruszyć Waszymi śladami, a póki co robię to tylko palcem po mapie :lol:
bedbo 4 sierpnia 2020 08:27 Odpowiedz
Nie żebym poganiała autorkę:), w końcu są wakacje, ale nie mogę się doczekać dalszego ciągu. No i jakoś bez emotek czyta mi się to inaczej niż zwykle:)
katka256 5 sierpnia 2020 15:00 Odpowiedz
1 post na forum i już poganianie :o
maginiak 5 sierpnia 2020 18:07 Odpowiedz
Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"
bedbo 5 sierpnia 2020 22:22 Odpowiedz
katka2561 post na forum i już poganianie :o
No właśnie napisałam, że nie poganiam, tylko, że czekam. Bo po prostu bardzo lubię relacje Pestycydy, które czytam od kiedy zaczęły pojawiać się na tym forum. Myślałam, że do tego nie trzeba mieć jakiejś określonej (dużej) liczby postów i że zwyczajnie autorka może nawet się ucieszyć, że ma więcej zagorzałych czytelników niż myśli:)
bedbo 5 sierpnia 2020 22:36 Odpowiedz
katka2561 post na forum i już poganianie :o
No właśnie napisałam, że nie poganiam, tylko, że czekam. Bo po prostu bardzo lubię relacje Pestycydy, które czytam od kiedy zaczęły pojawiać się na tym forum. Myślałam, że do tego nie trzeba mieć jakiejś określonej (dużej) liczby postów i że zwyczajnie autorka może nawet się ucieszyć, że ma więcej zagorzałych czytelników niż myśli:)
katka256 5 sierpnia 2020 22:36 Odpowiedz
maginiak napisał:Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"@pestycyda dawaj do przodu :)masz rację@bedbo jeśli jesteś takim fanem/fanką relacji pestycydy, trzeba było założyć wcześniej konto i np.klikając "lubię to" lub zgłaszając relacje do konkursów, dać znać autorce, że jej relacje podobają się większej liczbie osób.
bedbo 5 sierpnia 2020 23:40 Odpowiedz
katka256maginiak napisał:Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"@pestycyda dawaj do przodu :)masz rację@bedbo jeśli jesteś takim fanem/fanką relacji pestycydy, trzeba było założyć wcześniej konto i np.klikając "lubię to" lub zgłaszając relacje do konkursów, dać znać autorce, że jej relacje podobają się większej liczbie osób.
Konto założyłam dużo wcześniej:) a Pestycyda, cóż, właśnie się dowiedziała:) Ale masz rację, autorzy relacji pownni wiedzieć, że się ich docenia i właśnie podjęłam działania w tym kierunku:)
bedbo 6 sierpnia 2020 00:59 Odpowiedz
katka256maginiak napisał:Lepszy taki niż "jak dojechać z lotniska Bergamo do centrum"@pestycyda dawaj do przodu :)masz rację@bedbo jeśli jesteś takim fanem/fanką relacji pestycydy, trzeba było założyć wcześniej konto i np.klikając "lubię to" lub zgłaszając relacje do konkursów, dać znać autorce, że jej relacje podobają się większej liczbie osób.
Konto założyłam dużo wcześniej:) a Pestycyda, cóż, właśnie się dowiedziała:) Ale masz rację, autorzy relacji pownni wiedzieć, że się ich docenia i właśnie podjęłam działania w tym kierunku:)