0
irae 10 sierpnia 2020 10:53
Jest taki kraj, gdzie wirus jest rzeczywiście w odwrocie. I to w odwrocie w tą dobrą stronę. To kraj, gdzie górnolotne powiedzenie: "kraina lodu i ognia" nie zawiera w sobie ani krzty przesady. Kraj, gdzie nazwy miejscowości, czy też miejsc mocno odcisnęły swoje piętno we współczesnej popkulturze. Słyszeliście takie nazwy jak Thor, Bifrost, Asgard? Kto ogląda MARVELA doskonale wie o czym piszę :)

Napisać, że Islandia jest piękna to tak jakby nic nie napisać.
Jest spektakularna, obłędna, zmienna, zróżnicowana, zapierająca dech w piersiach. Miejscami pusta i dzika, a jednocześnie spokojnie złapiemy tam zasięg 4G.

Moja ocena jest subiektywna, ale tylko taka może być. Zapraszam Was do krótkiego opisu naszej wspaniałej 8 dniowej przygody. O wiele za mało na rzetelny opis, ale wystarczająco - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że przejechaliśmy prawie 2 tys. km - żeby móc pokusić się o własną ocenę i punkt widzenia.

Czasami tak jest, że jedna mała rzecz jest zalążkiem myśli, która rozwija się i prowadzi do realizacji tego zamierzenia. U nas takim punktem było obejrzenia na Netflix filmu Eurowizja. Sposób w jaki została pokazana Islandia zmobilizował nas do wyruszenia na jej zwiedzanie.
W dobie pandemii i pewnych komplikacji związanych z podróżowaniem kraj ten wydawał się świetnym wyborem.

Po tym długim wstępie, może przejdę do rzeczy ;P

Przygotowania zaczęliśmy już wcześniej. Islandia jest droga, to temat opisany z każdej możliwej strony. Jednocześnie znajdziemy w niej mnóstwo kempingów. Po krótkiej kalkulacji zysków i strat podjęliśmy decyzję, że jedziemy tam z namiotem. Dla wielu osób nie jest to nic specjalnego, dla nas był to jednak w tym temacie chrzest bojowy. Jak życie pokazało był to ruch doskonały, jednakże wymagał paru modyfikacji :)

Wylądowaliśmy w Keflaviku w środku nocy. Przywitał nas siarczysty, zimny deszcze (zresztą na wylocie było to samo). Po pobraniu od nas próbek do badania na obecność Covid-19 (płatne 303 zł) szybko przemieściliśmy się jak większość ludzi przylatujących na wyspę do jednej z wypożyczalni aut. Mój wybór już wcześniej padł na Lotus Car (dobre opinie, niezła cena za Dacię Duster z "niby" napędem 4x4). Dzięki poradzie Pana z wypożyczalni określiliśmy pierwszy cel i kemping jednocześnie.

Kerlingarfjöll, nic nam to nie mówiło, a okazało się że jest to naprawdę magiczne miejsce. Nie uprzedzając jednak faktów, zanim tam dotarliśmy minęło kilka dobrych godzin. Przede wszystkim pierwszym, co zrobiliśmy po odebraniu auta, było znalezienie sklepu. Była to niedziela. Jedyne co nam pozostało to całodobowy całkiem fajnie zaopatrzony sklep w Keflaviku. Tutaj nastąpiło pierwsze brutalne zetknięcie z cenami produktów na Islandii. Szynka, ser, chleb i Skyr stały się naszymi przyjaciółmi na kilka najbliższych dni.
Po zakupach gdzieś pod Reykjavikiem znaleźliśmy duży parking, na którym poszliśmy przy dźwięku uderzających o samochód kropel spać.
Po przebudzeniu ruszyliśmy z Reykjaviku w stronę miejscowości Selfoss, gdzie skręciliśmy w magiczną drogę 35. To na jej trasie znaleźć można w obrębie tak zwanego Złotego Kręgu takie perły natury jak: wodospad Gulfoss czy przesławny Geysir oraz bliźniaczy, ale mniejszy Strokkur. Oba gejzery można podziwiać z przepięknego wzniesienia, które osiągamy po średniej długości spacerze.


Islandia_22.jpg



Islandia_36.jpg



Zbadanie tych atrakcji nie zajmuje dużo czasu, ale pierwsze wrażenie z Islandią jest niesamowite. Dalsza droga to cały czas jazda drogą 35, która z asfaltu przechodzi w szuter. Krajobraz staje się coraz bardziej dziki, a samochodów jest zauważalnie mniej zaraz za Gulfossem. Po lewej stronie widać szczyty lodowca Langjokull. Wokół nas i drogi królują głównie nagie wzniesienia, kamieniste przestrzenie. A więc to jest interior islandzki? Coś pięknego! :)


Islandia_74.jpg



Islandia_85.jpg



Po południu docieramy do naszego kempingu. Zapamiętajcie nazwę: Kerlingarfjöll. Jest oddalony o parę kilometrów od drogi 35 (skręcić należy w drogę F347), znajduje się w dolince pomiędzy w sumie to już górami. Poza polem namiotowym znajdziemy tutaj Resort Górski składający się z kilku domków oraz całej infrastruktury kempingowej jak kuchnia, łazienki oraz perełki tego miejsca - naturalne gorące źródła położone dosłownie obok płynącego górskiego potoku. Do samych źródeł idzie się jakieś 15-20 min przez cudowny, urodziwy wąwóz, którym płynie wspomniany potok - niesamowity widok! Przez w sumie własną głupotę nie skorzystałem z tego miejsca. Za dużo kalkulacji typu, a co będzie jak już pierwszego dnia się przeziębię etc. Na przyszłość zapamiętać, żeby nie rozkminiać takich rzeczy :)


Islandia_109.jpg



Islandia_122.jpg



Islandia_130.jpg



Islandia_133.jpg



A teraz krótko na temat jednocześnie cudownej, jak i strasznej pierwszej nocy na Islandii. Kupiliśmy namiot to jasne. Kupiliśmy śpiwory - też proste. Nikt nam nie powiedział, a sami na to nie wpadliśmy, że śpiwory mają zbyt niski komfort :) Tak, jako że były to jakby nie patrzeć góry i wysokości rzędu 1000 m n.p. to temperatura w nocy oscylowała wtedy w granicach 4-5 stopni. Namioty miały komfort 9 oraz 12. Jakby to napisać w najkrótszych słowach? Było ciężko :) A nocne wyjście na siku było, co najmniej niezłym wyzwaniem. Udało się jednak jakoś przetrwać ;)
Rano szybkie, rozgrzewające wejście na najbliższą górę, rzut oka na piękną okolicę, kemping w dole i zbieramy się w dalszą trasę.
Kolejne kilometry połykaliśmy w przeciętnym tempie, a Dacia bez żadnych kompleksów pokonywała kolejne szutrowe zakręty. Co chwilę musieliśmy się zatrzymywać, bo ciągle było coś do zobaczenia, a to jakaś samotna góra, a to piękne przestrzenie.
Drugiego dnia nasza droga skończyła się w Akureyri, czyli czwartym co do wielkości mieście Islandii, mającym "aż" 18 tysięcy ludności ;) Tak w ogóle to mieszka tam bardzo dużo polaków, nawet kasy samoobsługowe w supermarkecie miały możliwość wyboru języka polskiego. W Akureyri udało mi się zarezerwować w doskonałej cenie Akureyri H.I. Hostel. Serio, świetne miejsce! Spokojnie dałem 5/5 na bookingu. Czyste przestronne pokoje, tak samo łazienki i prysznice oraz świetnie wyposażona kuchnia w doskonałej cenie. Za hostel zapłaciłem 329 zł/3 osoby, jak na Islandię to już jest coś :)
Akureyri to przepięknie położona kameralna miejscowość. Dużo przestrzeni oraz miejsca do życia. Z jednej strony zatoka, wokół góry. Domy zadbane, piękna minimalistyczna architektura. W środku małe centrum z centralnie położonym kościołem luterańskim na wzniesieniu.
Kolejnego dnia pierwsze co zrobiliśmy po śniadaniu to zakupy w lokalnym sklepie sportowym. I tutaj bingo! Udało się nam kupić dwa śpiwory, komfort 1 stopień w idealnej cenie (50% przeceny).
W centrum w sieciowym sklepie Icewear Iceland dorzuciliśmy zakup wełnianego koca + wełnianej czapki - mamy pamiątki, spadamy dalej.
Cały dzień spędziliśmy na zwiedzaniu Diamentowego Kręgu. Z Akureyri ruszyliśmy nad jezioro Myvatn, co można przetłumaczyć jako jezioro much i wiecie co? Nie ma w tym żadnej przesady. Miliony robactwa obsiadało wszystko, ale chyba najbardziej kochały siadać na twarzy i wlatywać do ust. Nad jeziorem jest kemping, ale jak tam ludzie śpią to nie mam pojęcia :)

Kolejny punkt to Dimmuborgir. Jest to miejsce pełne lawowych kolumn o przeróżnych kształtach i fantazyjnych wzorach. Dodatkowo związana jest z tym historia o mieszkających tam pół-ograch, pół-trollach, a także kręcona była scena z Gry o Tron. Muszę jednak przyznać, że w porównaniu z innymi atrakcjami w tej okolicy, Dimmuborgir nie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia.

Kolejne miejsce to Grotagja. Tam również kręcono scenę z Gry o Tron. Niespotykane połączenie groty, do której trzeba zejść kilka kamieni w dół, a na samym dole mamy gorące źródła (temp. pewnie w okolicach 40 stopni). Jednakże tłum ludzi oraz mnóstwo muszek nie pozwala się zbyt długo cieszyć otoczeniem.

Zaraz obok kolejna bomba. Hverfjall to wygasły wulkan. Można się na niego wspiąć, co uczyniliśmy. Droga wiedzie dość ostro pod górę i można się trochę zmęczyć. Na samym szczycie naszym oczom ukazał się wgłębienie, całe wyschnięte i pełne czarnych kamyczków (przepraszam, że nie znam fachowych nazw ;)). Widok z góry jest bajeczny. Z jednej strony mamy wyschnięte tereny a z kolei patrząc na północ mamy wielokolorowe przestrzenie (udało mi się je fajnie uwiecznić na zdjęciu).


Islandia_213.jpg



Islandia_227.jpg



Komu w drogę, temu czas. Zbieramy się na dół, odpalamy Dacię, pali na dotyk, widać, że islandzkie powietrze dobrze na nią działa. Kolejny cel - Detifoss. Nie tak od razu. Po drodze znajdujemy zjazd na Kraflę, czyli czynny wulkan, wokół którego zbudowano całą infrastrukturę elektrowni geotermalnej. Przejrzystą wręcz błękitną wodę wypełniającą krater udało mi się fajnie ująć na zdjęciu.


Islandia_236.jpg



Islandia_242.jpg



Wulkany odhaczone, jedziemy dalej. Po drodze do wodospadu, zaczynamy czuć charakterystyczny zapach zgniłego jajka (dobry znak, nie mamy Corony skoro czujemy zapachy). Zewsząd wokół wydobywa się para, a w oddali widzimy budynki Myvatn Natural Bath, gorące siarkowe źródła! Odwiedzimy je jutro :)

Detifoss, ukoronowanie tego dnia. Kręcono tutaj scenę do filmu Prometeusz, reż. Ridley Scott. A co do samego miejsca to nie wiem jak to opisać ładnie i jednocześnie, żeby wybrzmiało tak jak na to zasługuje. Może więc, napiszę tak. Takiego skurwola o takiej sile jak ten wodospad nigdy nie widziałem. Gdy stałem po zachodniej stronie realnie od tego huku i patrzenia na ilość wody przewalającej się w dół, aż potrafi zakręcić się w głowie. Coś pięknego.  Gdybym miał jednak wybrać jedną najbardziej spektakularną rzecz na Islandii to chyba byłby Detifoss :) Ale...co to takiego, po drugiej wschodniej stronie ludzie podchodzą prawie do samego spadku! Dodatkowo chwilę spaceru dalej mamy drugi piękny wodospad, nie tak potężny, ale też spektakularny, bo chyba szerszy z kilkoma spadkami - Selfoss. Powrót do samochodu patrzymy na mapę jak osiągnąć wschodnią stronę Detifossa, trzeba sporo nadrabiać. Dobra zrobimy to jutro, teraz szukamy noclegu. Mamy dwóch kandydatów. Życie pokazało, że w żadnym nie mieliśmy się zatrzymać.


Islandia_277.jpg



Naszym warunkiem było, żeby zbliżyć się do Husaviku. Jedziemy więc na północ. Pierwszy kemping po drodze Hljóðaklettar, zamknięty. Hmmm.... zonk. No dobra lecimy dalej. Po drodze zahaczyliśmy o zajazd, w którym pracowali bardzo mili Polacy. W ogóle częste to połączenie, właściciel Islandczyk zatrudniający Polaków, którzy przyjeżdżają pracować na okres wakacyjny. Zjedliśmy tam fantastyczne (i tanie) hot-dogi! :) Dosłownie kilometr obok znajduje się przepiękny campground Asbyrgi. No i co? No i dupa. Limit ludzi wyczerpany (ze względu na coronę, ograniczono do 100 osób, gdzie spokojnie pewnie weszłoby tam pięć, a może i więcej razy tyle). Sam kemping położony jest na terenie przepięknych wąwozów Asbyrgi, Pionowe ciągnące się ściany, tworzą niesamowity widok.

Dobrze więc, robi się późno, a my nie mamy gdzie spać. Wpadłem na genialny pomysł, że rozbijemy się na terenie farmy. Właścicielka udzieliła nam zgody, miejsce bardzo fajne. Wokół łąka, a w tle wąwozy. Ania trochę spanikowała, że nas zabiją (co jest o tyle mało prawdopodobne, ponieważ Islandia ma jeden z najniższych współczynników morderstw na świecie)
Suma sumarum zebraliśmy się, a była już godzina 21 z postanowieniem, że trudno się mówi, wracamy nad jezioro Myvatn i tam się rozbijemy razem z muchami. W trakcie drogi powrotnej spotkaliśmy wyjeżdzającą z bocznej drogi (tej prowadzącej do Hljóðaklettar) Włoszkę z czwórką dzieci. Zatrzymałem ją i po krótkiej rozmowie skierowała nas do jeszcze innego kempingu na północny-zachód (czyli w stronę z której wracaliśmy). Czasami tak jest, że zapowiada się tak średnio a kończy świetnie! Tak było tym razem. Kemping o którym mowa to 66.12 North. Położony jest na niskim klifie, z pięknym widokiem na ocean. Właściciel to bardzo przyjazny Islandczyk, który prowadzi gospodarstwo rolne, a że ma kawałek pięknego miejsca to udostępnia je, za wcale nie tak dużą opłatą podróżującym. Rozbiliśmy się pewnie przed 23, co jest o tyle fajne, że było jeszcze bardzo jasno :) Słońce zachodzi koło 24 o tej porze. Miejsce to, było też cieplejsze niż kemping w górach 2 dni wcześniej, a i śpiwory sprawdziły się idealnie. Ania i Adaś spali w tym o lepszym komforcie, ja spałem w Snugpaku o komforcie 9 stopni, dodatkowo przykryłem się jeszcze kolejnym dzięki czemu było nam po prostu cieplej.
No, ale właśnie. Nie wiem jak to jest, ale jak tylko się rozbiliśmy, zaczęło dmuchać 2 razy mocniej :D Całym namiotem aż trzęsło. Fakt jednak jest taki, że gdy go rozbiliśmy wiatr wiał ze stony południowo-wschodniej (auto ustawiłem po skosie, żeby zasłaniało od tej strony). Gdy namiot rozbiliśmy i ułożyliśmy się w nim wiatr zmienił się na wiejący od wschodu. Mogłem w sumie być bardziej przewidujący i jeszcze lepiej ustawić samochód, czyli właśnie idealnie z boku namiotu, ale zaczęło też siąpić i w sumie noc przespaliśmy przy chyboczący się namiocie. Był to też test dla niego. który zdał dość dobrze, biorąc pod uwagę fakt że nie wydaliśmy na niego majątku :)

Rano szybkie śniadanie, jak zwykle kanapki z serem i szynką oraz Skyr :) Akurat w trakcie pakowania rozpadało się na całego. Jako że, byliśmy w trakcie nie mieliśmy wyjścia jak tylko skończyć pakowanie i cali przemoknięci wskoczyć do samochodu. Pierwsza decyzja to, że jedziemy do Husaviku. Miejscowość ta jest znana z dwóch rzeczy. Pierwsza najważniejsza to, że można tam obserwować wieloryby. Muszę przyznać że poświęciliśmy spory kawałek czasu czekając na wybrzeżu, że może akurat uda się coś zobaczyć za darmo :) Wypłynięcia statkami do tanich nie należą (bodajże 400 zł/os, szkoda nam było akurat na to kasy, biorąc pod uwagę że wszystko trzeba mnożyć x3). Ania twierdzi, że coś widziała, ale czy to był wieloryb czy może jakaś fala, tego się nie dowiemy :) Drugi powód dla którego chciałem koniecznie przybyć do Husaviku to jest ten sam powód dla którego zaczęliśmy planować podróż do Islandii, czyli wspomniany już film Eurowizja, który rozgrywa się właśnie tutaj.
Sama miejscowość to średniej wielkości wioska rybacka, w której mieszka ponad 2000 osób.
Cały czas lał deszcz, więc o zwiedzaniu spacerem nie było mowy. Podjęliśmy decyzję, a raczej ja ją wymusiłem że koniecznie chcę wrócić na wschodnią stronę Detifossa. Tak też zrobiliśmy. Nie żałuję ani chwili powrotu tam. Strona wschodnia jest jeszcze bardziej spektakularna. Można stać dosłownie metr od spadku tego giganta. Jako, że padało wszystkie kamienie były strasznie mokre i śliskie, więc utrzymywaliśmy ostrożny dystans.
"Ciągle pada tralala" jak szła ta piosenka. Uznaliśmy że to jest dobry czas na odwiedzenie gorących źródeł Myvatn Hot Bath. Za wejście zapłaciliśmy około stówy za osobę. Jest ono warte każdej złotówki, KAŻDEJ.
Dwa duże baseny, przedzielone przejściem + jedno jakby jacuzzi oraz sauny. Woda o temperaturze 38-42 stopni, śmierdzi jajkiem, wokół basenów kamienisto-wulkaniczna przestrzeń, a w oddali góry. Naprawdę można poczuć się jak wygryw życiowy w takim miejscu. Spędziliśmy tam cudowne trzy, albo cztery godziny. Spokojnie można tam spędzić cały dzień zażywając relaksu. Nie wiem czy i ew. jakie minerały znajdowały się w tej wodzie, czy miały jakieś właściwości zdrowotne, ale fakt jest taki, że wychodząc stamtąd moja skóra była jakby bardziej miękka, a umysł był skrajnie zrelaksowany :)
Jako, że mieliśmy mokre ciuchy bo cały dzień padało i dodatkowo mokre ręczniki po kąpieli w źródłach podjęliśmy decyzję, że znowu jedziemy do hostelu w Akureyri, żeby przede wszystkim wysuszyć ciuchy i namiot. Wieczorem gdy dotarliśmy na miejsce, mieliśmy tyle szczęścia że wyszło słońce i mogliśmy spędzić ten czas na spacerze po mieście. W centrum konferencyjnym był zlot oldcarów. Była to uczta dla oczu. Pontiaci, Ferrari, VW ogórek, Porsche etc. naprawdę było co oglądać.


Islandia_330.jpg



Islandia_333.jpg



Islandia_341.jpg



Dzięki noclegowi w hostelu, doprowadziliśmy ciuchy i namiot do ładu. Kolejny dzień to jedna długa podróż. Przejechaliśmy około 550 km. Może to wyglądać jak zmarnowany dzień, ale naprawdę nie straciliśmy ani jednej minuty. Widoki jakie mogliśmy podziwiać pomiędzy Akureyri, a Látrabjargiem na długą wryją się w pamięć. Główna islandzka trasa nr 1 prowadzi pięknymi wąwozami czy nad rzekami. Każdy kilometr to swego rodzaju przygoda, zwłaszcza że ruch na trasie był naprawdę niewielki i można spokojnie delektować się jazdą samą w sobie. W międzyczasie mogliśmy być świadkami przeprowadzania pomiędzy farmami około setki koni, wraz ze źrebakami. Cudowny widok.


Islandia_294.jpg



Islandia_298.jpg



Islandia_299.jpg



Islandia_311.jpg



Islandia_330.jpg



Islandia_343.jpg



Islandia_362.jpg



Islandia_372.jpg



Od miejscowości Budardalu rozpoczynają się fiordy zachodnie. W wielu relacjach można spotkać określenia takie jak "ostatni dziki zakątek europy", "na krańcu świata". Szczerze nie ma w tym dużo przesady. Może na początku nie jest źle, bo co chwilę widzieliśmy farmy, ale im dalej w głąb fiordów tym bardziej pusto. Wioski rozrzucone są co 30-40 kilometrów, głównie zajmują się w nich, przynajmniej tak mi się wydaje, rybołówstwem. Pomiędzy jest tylko droga i widoki na klify. Coraz większe, coraz groźniej wyglądające, ale tak samo spektakularne. Droga jest raczej asfaltowa, z przerwami, co jest miłą odmianą od jazdy odludziem drogi 35. Mijamy parę miejscowości, w każdej widzimy gorące kąpiele, jakieś fabryki odpowiedzialne za przetwórstwo rybne i ciągnące się klify. Droga wije się, wznosi się i opada. Jest wąska, idealnie na dwa samochody, a nierzadko poza jej obrysem zaczyna się przepaść. Czasami wygląda to niegroźnie, pewnie nic by się nie stało, ale czasami te wysokości są naprawdę niepokojące i błąd kierowcy może spowodować tragedię. Mijamy dobrze zapowiadający się kemping we Flokalundurze. Jest stacja, ciekawe miejsce na rozbicie się, obok mnóstwo tras spacerowych z cudownymi wodospadami i różnymi formacjami skalnymi, a 20 min dalej darmowy basen z gorącymi kąpielami. Jest plan, aby się tutaj zatrzymać. Narazie jednak jedziemy dalej. Wiecie jaki jest nasz cel? Látrabjarg. Miejsce żerowania ponad miliona ptaków, setki jak nie tysiące gatunków i ten jeden, będący celem naszej jazdy i symbolem Islandii - Maskonur :) (Hans z Pingwinów z Magadaskaru).
Po drodze mijamy miejscowość Bildudalur, jest w niej kemping, sklep i fabryka ryb. Dlaczego o tym piszę, będzie dalej.


Islandia_388.jpg



Islandia_396.jpg



Islandia_400.jpg



Późnym wieczorem docieramy do Látrabjargu. Miejsce robi niesamowite wrażenie. Wszystkie wcześniej mijane klify były można by rzec wypłowiałe, życie tam było, ale nie tak dużo. Tutaj natomiast trawa jest zielona, soczysta, bujna. Jakby klif ten był przyczepiony z innej rzeczywistości. Podobno jest to jedno z najdawniej uformowanych miejsc Islandii. W wyniku tych procesów powstało tak zróżnicowane podłoże, które doprowadziło do wytworzenia tego ekosystemu, a w konsekwencji do tego że tak chętnie przybywają tu ptaki. Podczas spaceru coraz wyżej widzimy cudowne widoki z klifu, akurat słońce wychodziło zza chmur, a jednocześnie powoli zachodziło. Dawało to efekt bajkowy, kolory zieleni, słońca, klifów, a do tego setki mew czy też siedzących na kamieniach wystających z klifów maskonurów wynagrodził każdą minutę poświęconą na dojazd w to miejsce. Maskonury bardzo chętnie pozowały do zdjęć, odwracały się do kamery, stroszyły skrzydła, a ich wygląd i ta "mądrość" w tych czarnych oczkach powodował nieustającą radość.


Islandia_471.jpg



Islandia_483.jpg



Islandia_447.jpg



Islandia_421.jpg



Islandia_438.jpg



Islandia_404.jpg



Islandia_416.jpg



Islandia_585.jpg



Islandia_583.jpg



I znowu jak co wieczór, należało zadać sobie pytanie, gdzie śpimy. Chciałem we Flokalundur, ale cały dzień jazdy na tyle mnie wykończył, że ostatecznie zdecydowaliśmy się na kemping w Bildudalurze. Kemping w centrum miasteczka, nad zatoczką, osłonięty od wiatru - piękne miejsce. Tym razem obyło się bez mocnych wiatrów, a sama noc przebiegła naprawdę fajnie i ciepło. Oczywiście, żeby nie było za dobrze ranek obudził nas mocnym deszczem. Prognoza pokazywała, że przez cały dzień jest 90% szans na opady. Nie pozostało nam nic innego jak tylko wyczekać moment i pomiędzy falami deszczu spakować namiot i zawinąć się w drogę powrotną już w stronę Reykjaviku, bo czas wylotu zbliżał się nieubłaganie. Bardzo, ale to bardzo chciałem zatrzymać się we Flokalundurze na spacer, ale deszcz był mocny, a dodatkowo zacinał przez zimny wiatr. Nie miało to sensu. Podjęliśmy decyzję, jedziemy w stronę stolicy i tam znajdziemy jakieś atrakcje.

Można powiedzieć, że był to dzień bez historii, zatrzymywaliśmy się w mniejszych atrakcjach, a mniej więcej w środku dnia znaleźliśmy świetne miejsce na noc w Husafell. Był to najbardziej cywilizowany kemping, w którym przyszło nam nocować. Obok był dość drogi hotel, gorące baseny oraz dwie świetne atrakcje geologiczne. Najdłuższa jaskinia Islandii Surtshellir oraz tzw. Into the Glacier, czyli wejście na lodowiec. Po rozbiciu namiotu na kempingu, pojechaliśmy oglądać jaskinie.
Miejsce gdzie można ją znaleźć wygląda jakby przeniesiono je z księżyca. Sucha skalista powierzchnia ciągnąca się na kilometry. Same wejścia do jaskini, a widzieliśmy ich cztery to ogromne dziury w ziemi. Do jednej można zejść, ale nie pokusiłem się żeby eksplorować je samemu. Cholera wie, czy nie ma tam jakiegoś trolla :P Dodatkowo zażyliśmy kąpieli na wcześniej wspomnianym basenie z ciepłą wodą, ale nie miała chyba takich właściwości jak ta w Myvatn.
Noc w Husafell była prawdopodobnie najlepiej przespaną. Wiatru zero, w miarę ciepło, tylko 8 stopni :P.

I tak oto nastał ostatni dzień. Wylot dopiero o północy, więc mieliśmy jeszcze cały dzień. Pierwsze miejsce jakie wzięliśmy na cel to jedna z głównych atrakcji wokół Reykjaviku, czyli Þingvellir. Normalnie z kempingu prowadzi tam droga 52, ale to by było za nudne. Wybraliśmy drogę F550 i była to decyzja wprost genialna :) Dzięki wyborze tej drogi, mogliśmy zobaczyć przynajmniej dla mnie najbardziej spektakularny widok całej wyprawy. Ze szczytu jednego ze wzniesień mogliśmy podziwiać w całej swej okazałości i potędze lodowiec Langjökull. Żeby dotknąć lodowca mieliśmy może 2 kilometry, ale nie chciałem ryzykować zjazdu w dół, bo był bardzo kamienisty i mógł sprawić problemy naszej Dacii :) To co zobaczyłem naprawdę zostanie w mojej pamięci na długo. Droga F550 do Þingvellir, była absolutnie pusta. Przez całą trasę, aż do połączenia z 52-ką minęliśmy jeden samochód. Droga była żwirowa, a widoki jak zwykle wspaniałe.


Islandia_644.jpg



Islandia_649.jpg



Islandia_660.jpg



Þingvellir to typowa atrakcja dla masowego turysty, nie byliśmy tam zbyt długo. Nie chodzi o to, że nie była ciekawa, bo formacje skalne plus widoki z góry były przepiękne, ale po tych kilku dniach gdy widzieliśmy interior, wulkany, wąwozy, klify i lodowiec najnormalniej w świecie nie robiło to już takiego wrażenia, jak zrobiłoby pewnie pierwszego dnia .
Kolejny punkt wycieczki to Reykjavik. Nie zabawiliśmy tam długo, bo raptem parę godzin, więc samo zwiedzanie ograniczyliśmy do ścisłego centrum, które muszę przyznać jest bardzo piękne. Nienachalna zabudowa, zadbane domy i wszędzie tęczowe kolory i flagi. Myślę, że nasz prezydent mógłby nie polubić tego miejsca i zacząć krzyczeć na ludzi.
Zjedliśmy obiadek w świetnej knajpce. 101 Reykjavik Street Food, miejsce bardzo wysoko oceniane, z krótką kartą dań i niewygórowanymi cenami (każde danie za 1850 koron, około 50 zł). Zamówiliśmy fish and chips oraz lamb soup, które smakowały naprawdę dobrze. Skład restauracji to starszy, super przyjazny islandczyk. Taki fajny łysy dziadek, widać, że zajarany swoją knajpą. Pomagały mu - uwaga - 3 dziewczyny z Polski. Niesamowicie miłe i wygadane. Nie dziwię się, że obłożenie tego lokalu było gigantyczne, zamówienia spływały jedne po drugim. Ma się to szczęście do wybierania restauracji :P

Wylot samolotem o godzinie 24:30. Sam lot wspominam jako najgorszy z moich wszystkich dotychczasowych. Za mną siedział ziomek, podpity, który na cały głos opowiadał historię swojego żywota, a kilka rzędów z przodu napruta w trzy dupy laska latała z piwem w puszce, rozlewała je, zaczepiała ludzi, drąc ryj i biła swojego islandzkiego, starszego chłopaka. Stewardzi mieli na to wywalone, zasłonili się kotarą i nawet nie wystawiali nosa. Żenujące, na szczęście lot był krótki.

Podsumowując całość moich wypocin. Islandia była doskonałym wyborem. Wydaje mi się, że ze wszystkich krajów, w których byłem nie wiem, czy nie postawiłbym jej na pierwszym miejsce, ex aequo z Mauretanią, jeśli chodzi o wrażenia z zobaczonego miejsca. Szczerze to bardzo chciałbym tam wrócić, ze względu na to, że do zobaczenia jest jeszcze mnóstwo rzeczy. Przede wszystkim chciałbym jeszcze dokładniej zjechać fiordy zachodnie oraz interior wraz z kąpielami w źródłach wulkanu Askja.
Krótko o cenach. Są naprawdę przytłaczające. Może Niemcy, czy Brytyjczycy, którzy dostają wypłaty w euro albo funtach, aż tak tego nie odczuwają. Każde zakupy w sklepie to spokojnie 200 zł, a nie kupowałem nie wiadomo czego. Jakbym chciał się bawić to spokojnie w restauracji zostawiłbym 600-700 zł. Wiem, że wszystko zależy od punktu widzenia, ale zestawiając to z Polską, jest zauważalnie drożej. Może to i dobrze? Nie ma masowej turystyki, ten piękny kraj nie jest zadeptywany, jak np. Gruzja.

Dziękuję za przebrnięcie tego opisu. Poniżej zdjęcia, robione lustrzanką, a nie iphonem więc myślę, że ich wydźwięk estetyczny będzie ciut wyższy :)
Piona :)Maski noszą np. sprzedawcy w sklepach, część lokalsów, ale to był skromny procent ogółu.
My we trójką nie założyliśmy maski ani razu i nikt nie robił z tego problemu.
Na lotnisku nosili wszyscy.

Za to dość mocno przestrzegana jest zasada dystansu społecznego i 2 metrów odstępu. Zwłaszcza starsi ludzie to stosują, miałem 2 czy 3 razy sytuację że stanąłem w sklepie blisko i zostałem skarcony wzrokiem :)
Na kempingach czy też atrakcjach było na tyle mało ludzi i dużo miejsca że nie było z tym problemu.Hmmm słuszna uwaga :)
Problem jest w tym że nie ogarniam tego wstawiania pomiędzy :P
maginiak napisał:
Po dodaniu plików do wysłania pojawia się obok załącznika opcja "Umieść w treści wiadomości"
Zdjęcie załaduje się tam gdzie trzymasz kursor.



Ale to chyba bardziej dla przyszłych relacji bo teraz musiałbyś wszystkie zdjęcia od początku ładować ;)


Udało mi się!
Nie sądziłem, że to takie proste :)
Zerknij teraz, ale rzeczywiście fajna opcja, bardziej wchodzi się w klimat wyprawy.
Szkoda, że nie zastosowałem tego jak opisywałem Mauretanię :)

pozdrawiam! :PJeszcze kilka zdjęć ;)Wydaje mi się, że ładnie rosną wyswietlenia tematu, więc pozwalam sobie dorzucić zdjęcia, których nie opublikowałem i to w czarnobieli (z domieszką :P).
Artystycznie niby, ale może przybliży Islandię z punktu widzenia faktur i kształtów oraz światła, które na tej wyspie są fenomenalne :)

Dodaj Komentarz

Komentarze (6)

mareckipl 10 sierpnia 2020 13:47 Odpowiedz
Dzięki za relację i super zdjęcia, chyba właśnie mnie zmotywowałeś do ostatecznej decyzji o wyjeździe :)Jak wygląda ogólne podejście do sytuacji z koronawirusem? Np. maski są noszone w restauracjach czy przy atrakcjach turystycznych? Czy przy atrakcjach turystycznych są tłumy, czy jest trochę luźniej?
irae 10 sierpnia 2020 14:01 Odpowiedz
Maski noszą np. sprzedawcy w sklepach, część lokalsów, ale to był skromny procent ogółu.My we trójką nie założyliśmy maski ani razu i nikt nie robił z tego problemu.Za to dość mocno przestrzegana jest zasada dystansu społecznego i 2 metrów odstępu. Zwłaszcza starsi ludzie to stosują, miałem 2 czy 3 razy sytuację że stanąłem w sklepie blisko i zostałem skarcony wzrokiem :)Na kempingach czy też atrakcjach było na tyle mało ludzi i dużo miejsca że nie było z tym problemu.
maginiak 10 sierpnia 2020 14:58 Odpowiedz
Faktycznie piękne zdjęcia. Aczkolwiek lepiej by się oglądało i czytało gdyby zdjęcia były przeplatane z tekstem a nie w dwóch oddzielnych blokach.
irae 10 sierpnia 2020 15:37 Odpowiedz
Hmmm słuszna uwaga :)Problem jest w tym że nie ogarniam tego wstawiania pomiędzy :P
maginiak 10 sierpnia 2020 15:49 Odpowiedz
Po dodaniu plików do wysłania pojawia się obok załącznika opcja "Umieść w treści wiadomości"Zdjęcie załaduje się tam gdzie trzymasz kursor. Ale to chyba bardziej dla przyszłych relacji bo teraz musiałbyś wszystkie zdjęcia od początku ładować ;)
irae 10 sierpnia 2020 15:52 Odpowiedz
maginiak napisał:Po dodaniu plików do wysłania pojawia się obok załącznika opcja "Umieść w treści wiadomości"Zdjęcie załaduje się tam gdzie trzymasz kursor. Ale to chyba bardziej dla przyszłych relacji bo teraz musiałbyś wszystkie zdjęcia od początku ładować ;)Udało mi się!Nie sądziłem, że to takie proste :)Zerknij teraz, ale rzeczywiście fajna opcja, bardziej wchodzi się w klimat wyprawy.Szkoda, że nie zastosowałem tego jak opisywałem Mauretanię :)pozdrawiam! :P