+2
irae 11 stycznia 2022 18:38
Serdecznie witam i zapraszam do relacji

Odcinek #1
https://www.youtube.com/watch?v=XmJW3tAtlb0&t=840s

Nie będę zgrywał kozaka jak to ja się nie dostałem do Syrii, bo nie był to specjalny wyczyn. Zresztą na chwilę obecną jakby się głębiej nad tym pochylić to macie tylko jedną możliwość. Wizy wydawane są tylko i wyłącznie poprzez zorganizowane biura turystyczne. Myślę, że jakby się nad tym dłużej pochylić to jest szansa wyrwania jej przez jakiegoś fixera, ale jednocześnie biorąc pod uwagę liczbę checkpointów oraz podejścia żołnierzy, myślę że podróżowanie bez kogoś ogarniętego byłoby przynajmniej mocno utrudnione o ile w pewnym momencie nie skończyłoby się jakąś inbą (na internecie jest opis tego jak ktoś dostał się na samodzielny wyjazd, ale tak naprawdę gówno widział, a po drugie najnormalniej w świecie wizę zdobył podstępem). Na 100% nie ma szans zobaczenia Palmyry, gdzie wymagane było oddzielne pozwolenia z ministerstwa obrony, a to jak nas tam kontrolowano w jedną i drugą stronę to coś czego się w sumie nie spodziewałem. Podkreślam, że problemem nie były miasta bo po Damaszku czy Aleppo poruszałem się samodzielnie bez większego problemu zarówno o świcie jak już przed północą, ale samo przemieszczenie się między miastami jest bardzo restrykcyjne.
Z samą wizą nie zaczęło się jakoś różowo, bo pierwsze podejście zostało odrzucone, a mi przepadł lot (na szczęście było to jakieś 150 zł do Jordanii, więc specjalnie nie rozpaczałem). Dopiero drugie podejście skutkowało przyznaniem upragnionego świstka, jedyne co pozostało to wybrać sprzyjający termin i czekać na lot. Jakoś tak wyszło, że za 50 zł za osobę pojawił się lot do Jordanii 31.12. Sylwester w Ammanie - może być - Nowy Rok w Damaszku tym bardziej 8-)
Dodam, że te 100 zł za lot finalnie okazały się tylko początkiem, bo do kosztów musicie dodać jeszcze 150 zł za osobę za wizę do Jordanii oraz test PCR w Polsce (280zł) oraz po przylocie 35 JOD (200 zł) – no i suma wychodzi, że się tak wyrażę słaba. Wiem, że na forum znajdziemy paru fanów pandemii, ale dla mnie przestaje to być poważne podejście, a cały wyjazd upewnił mnie z pewnych powodów jak bardzo to wszystko jest nastawione tylko i wyłącznie na zarobek.
Wracają do tematu to około g.16 lądujemy w Ammanie, ogarniamy busa za parę zł do centrum i tam bardzo zacny hostel Nomads (100 zł za dwie osoby), w pokoju 4 osobowym, który dzielimy z Czechami, ale bez jakiejś zbytniej zażyłości. W samolocie lecimy obok grupy dziewczyn, które do Jordanii leciały z polskim biurem i jakiś przewodnikiem.
Podkreślam, do Jordanii, z przewodnikiem... W każdym razie jak ktoś chce mnie wynająć to bardzo chętnie :) Tani nie jestem, ale za to średni, no i język francuski ogarniam :P Pas problem.
Na samych ulicach Ammanu spora impreza, dużo dzieciaków, muza waliła z samochodów, policja rozganiała gromadzące się grupy ze względu na jakieś obostrzenia związane z pandemią. Samo odliczanie do północy spędziłem na dachu hotelu, fajerwerków nie było, a za chwilę poszedłem spać. Rano pod hotel podjechał kierowca, który zabrał miał nas zawieźć do Damaszku. Dwa dni przed wylotem dostałem pytanie od Ayouba (to on ogarniał ten wyjazd dla mnie), czy nie mam nic przeciwko temu, żeby dołączył do nas jeszcze jeden podróżnik. Jako, że wiązało się to ze zniżką parunastu dolarów nie miałem nic przeciwko. Dołączył do nas Niemiec, jak się okazało bardzo ciekawa postać (140+ krajów) i tak to nasze ścieżki splotły się na następne 8 dni :)
Przejście graniczne zajęło około 3 godziny i odbyło się nie bez problemów. Za moją namową syn poleciał coś nagrywać na gopro i oczywiście po drodze trafił się jakiś lokalny tajniak. Coś tam od niego chciał (ale po arabsku nie mogliśmy się dogadać), więc zabrał nas do głównego szefa tego przybytku. Na szczęście szefo ogarniał angielski, standardowo popatrzył na nagrania, na jednym było widać trochę przejścia granicznego , ale z dalekiej odległości. Finalnie życzył nam nadużywanego w krajach arabskich „welcome”, a człowiek który nas przyprowadził do niego zebrał opierdol co skutkowało przeprosinami w naszą stronę.
Do Damaszku przyjechaliśmy około godziny 15 i po szybkim check-in w hotelu udalismy się na obchód po starym mieście. Jakie wrażenia? Po wizycie w Bagdadzie w Iraku Damaszek wydawał mi się mimo wszystko bardziej przyjazny. Nie ma takiego zatrzęsienia wojska czy policji. Owszem są checkpointy, ale strażnicy na nich nie za bardzo przykładają się do pracy. Ciężko mi wypowiadać się o całej stolicy, bo całej nie widziałem, zresztą nie wiem czy miałoby to jakikolwiek sens. To tak jakby oglądać Wilanów w Warszawie, niby można, ale czy to ma głębszy sens?
Stare miasto ze swoimi wąskimi uliczkami prezentuje się bardzo korzystnie i klimatycznie. Szczególnie widać to w przypadku hotelu w którym mieliśmy pokój. Bardzo przeciętne wejście prowadzące do przeciętnej recepcji, a dopiero potem zaczyna się magia. Na środku dziedzińca zlokalizowany jest przepiękny basen, a wokół wejścia do pokojów urządzonych w stylu przywodzącym na myśl właśnie taką bliskowschodnią myśl z łazienkami z marmuru i bogato zdobionymi meblami.

syria144.jpg


syria153.jpg


syria166.jpg


Swoje kroki kierujemy w stronę Pałacu Azema, czyli 18-wiecznego budynku będące rezydencją Paszy Al-Azema. W środku znajdujemy pokoje, w których urządzone są wystawy tematyczne z dawnych lat. Jedną z najciekawszych rzeczy jakie tam spotkaliśmy to drzewa cytrusowe, gdzie cytryna była wielkości 3 pomarańczy. Tego typu owoce można było spotkać właśnie rosnące w tego typu starodawnych rezydencjach. Obok pałacu możemy znaleźć kompleks suk (nie mylić z samicą psa).

2syria001.jpg


2syria002.jpg


Suki jak to suki, mnóstwo wszystkiego, od ubrań, poprzez przyprawy, aż do – uwaga – sklepów z seksowną bielizną damską ;) Po drodze mijamy lodziarnię z 1937 roku, którą oczywiście odwiedzimy ,ale następnego dnia. Pomimo trwającej przez 7 lat wojny, samo centrum Damaszku sprawia wrażenie nietkniętego. Przeglądając mapę działań wojennych na terenie Syrii, można zauważyć że stolica przez cały czas była pod rządami rządu syryjskiego. Pewne zniszczenia można zaobserwować na przedmieściach, ale w części starego miasta raczej nie natkniemy się na nic dramatycznego. Fajne jest to, że w odróżnieniu od innych miast jak np. Marrakesz tutaj nie ma czegoś takiego jak zorganizowane grupy zawracaczy dupy. Trzeba przyznać, że w mieszkańcach pomimo ciężkiej sytuacji (naprawdę ciężkiej) jest dużo dumy i w sumie pogody ducha. Po bardzo przyjemnym jedzeniu w jednej z restauracji utrzymanej w typowo arabskim stylu, z siedzeniem na poduchach wróciliśmy do hotelu. Sen przyszedł szybko, bo jednak poprzednia noc była dość krótka ze względu na Sylwestra, a kolejny dla mnie zaczął się już o 6 rano.

2syria003.jpg


ipsyria001.jpg


ipsyria002.jpg


ipsyria003.jpg



Na szczęście o tej chorej porze było już jasno, więc chodzenie było całkiem przyjemne. Udało mi się dotrzeć nawet poza mury okalające stare miasto, ale nic specjalnego tam nie znalazłem. Ulica, beton, budynki bez historii. Trochę pokręciłem się jeszcze po zdjęcia i nagrania i wróciłem na śniadanie. Około godziny 10 udaliśmy się do muzeum narodowego w Damaszku. Niestety czy to ze względu na brak turystów czy też obawy o ataki lub braki w ekspozycji ilość eksponatów była mocno ograniczona. O ile ogród otaczający muzeum z piękną zielenią i poukładanymi gdzieniegdzie rzeźbami to w środku było dosłownie parę sal i często z replikami. W drodze do meczetu Ummayad dopadła nas naprawdę spora ulewa. Finalnie okazało się to w sumie na plus, gdyż mogliśmy oglądać ten jeden z największych na świecie meczetów w strugach deszczu, a następnie w pięknie refleksujących kałużach gromadzących się na marmurze. Ummayad Mosque naprawdę robi spore wrażenie, przepych, ogrom, wspaniałe ornamenty no i wspaniałe zdjęcia 8-) Środek jest ogromny, ale do przepychu chociażby Hagi Sofii mu daleko. Na środku meczetu znajduje się świątynia poświęcona Janowi Chrzcicielowi. O dziwo przed nią znajdowały się głównie kobiety. Powrót do hotelu, chwila oddechu i zawijamy się zwiedzać znowu. Jako, że było już dosyć późno pierwsze kroki skierowaliśmy do lodziarni. No i co? Było naprawdę pysznie, lody takie ciągnące się trochę jak krówka. Niestety nie mogę porównać ich do tureckich (czy to te same), bo w Turcji jakoś się nie złożyło żebym je jadł ;) Na poprawkę jeszcze gęste mleko z ryżem – taki ich lokalny przysmak i spadamy szukać mięsa. W sumie było już chyba 20-21 i okoliczne knajpy z jedzeniem w większości były zamknięte. W końcu udało się znaleźć taką bardziej cafe, niż restaurant ale obiecali że ogarną kurczaka. Trochę mam obawy skąd on przyszedł, bo dziwnym trafem przynieśli go od strony ulicy, a nie od strony kuchni, ale jak to mówią darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda. Zamówione, trzeba zjeść. Ostatecznie szału nie było, ale dramatu też nie (i co najważniejsze sraczki też nie było).

syria255.jpg


syria254.jpg


syria002.jpg


syria003.jpg


syria004.jpg


syria007.jpg


syria009.jpg


syria010.jpg


syria011.jpg


syria012.jpg



Kolejny dzień to w końcu konkretne zwiedzanie :lol: Na pierwszy rzut poszła Maaloula, znajdująca się 70 km na północ do stolicy. Co tam znajdziemy? Klasztor (chrześcijański), a także wioskę w której zachował jeszcze język aramejski (jeśli się nie mylę to własnie nim posługiwał się Jezus). Powoli zaczynamy widzieć smutną stronę Syrii, zniszczoną, opuszczoną, podziurawioną. W Maalouli nie ma nikogo poza nami, z jednej strony to dobrze, bo mieć na wyłączność wspaniały klasztor (bliźniaczo podobny do tych, które widziałem w Kurdystanie) jak i wspaniałą wąską ściężkę wiodącą jakby w kanionie to naprawdę miłe odczucie. Klasztor wygląda wspaniale, jest odrestaurowany, w środku znajdujemy jeden z najstarszych ołtarzy na świecie (1 wiek n.e) oraz kobietę, która odmówiła modlitwę w języku aramejskim (języku Chrystusa) – muszę przyznać, że zrobił na mnie spore wrażenie. Poza klasztorem znajdowały się dwa sklepy, w jednym zakupiłem 6 paczek papierosów i jako prezent wróciły ze mną do Polski (kosztowały chyba 1,5 zł za paczkę). Dodatkowo miły właściciel sklepu poczęstował nas czajem.

syria014.jpg


syria015.jpg


syria016.jpg


syria019.jpg


syria023.jpg


syria025.jpg


syria027.jpg


syria028.jpg


syria030.jpg


syria031.jpg


syria032.jpg


syria033.jpg



Kolejne 290 km to jazda do w pewnym sensie symbolu Syrii – miasta Aleppo.
Jednakże, zanim tam dotarliśmy na chwilę stanęliśmy w Homs. Być może mniej znane, ale procentowo jeszcze bardziej zniszczone niż Aleppo. Rzeczywiście, gdy jechaliśmy ulicami Homs rozmiar zniszczeń był ogromny, całe kwartały bloków były totalnie zdewastowane i podziurawione. Plusem Homs było to, że dziewczyny były tam naprawdę ładne (podobno najładniejsze w całej Syrii) – statystyk nie prowadzę, ale mogło być w tym trochę racji. Rzadziej niż gdzie indziej było widać też kobiety zakryte chociażby chustą. Być może skutek ISIS był odwrotny od zamierzonego, gdy wysadza się meczety jednocześnie twierdząc, że to w imię Allaha jakoś słabo się to zgrywa logicznie.

syria035.jpg


syria036.jpg


syria037.jpg


syria039.jpg


syria040.jpg


syria043.jpg


syria046.jpg


syria047.jpg


syria049.jpg


syria050.jpg



Po dotarciu do Aleppo pierwsze kroki skierowaliśmy do cytadeli Aleppo. Bliźniaczo podobnej do tej w Erbil – z tą różnicą że to był ten większy brat bliźniak :shock: Fenomenalna budowla, majestatycznie królowała nad miastem. Przed główną bramą znajdowały się zdewastowane budynki, wokół okręgu murów większość budynków była podziurawiona, a piętra pozapadane. O ile Damaszek to takie miłe miasto to w Aleppo zaczynało boleć serce.
Wracając do cytadeli to w środku jest naprawdę dużych rozmiarów. Chodzenie i to dość szybkie zajęło ponad godzinę. Wszędzie chodzili wojskowi, nie mogłem użyć mojego pro aparatu, ale już iphone nie stanowił przeszkód. Na samym końcu znajdowała się wieża, z której rozpościerał się wspaniały widok na miasto.

syria139.jpg


syria053.jpg


syria054.jpg



Do hotelu dotarliśmy po godzinie 16 – pamiętam doskonale kiedy, bo przed nosem zatrzasnęli mi drzwi do SyriaTel i znowu zostałem kolejny dzień bez internetu (jedynie wifi hotelowe). Hotel to 10-piętrowy budynek, w stylu typowego hotelu jakich wiele. Nie wiem czy tak szybko go odrestaurowali, czy może właściciel znał ludzi z ISIS, ale był jedynym nie rozwalonym budynkiem stojącym przy tej części ulicy. Pokoje jak najbardziej na plus, jednakże śniadanie to była jakaś porażka, niejadalne było to co tam dawali. Mniejsza o to. Po kilku chwilach odpoczynku udaliśmy się na wieczorne łażenie bez celu.

syria132.jpg



Uderzające w Aleppo było to, że gdy zapadła ciemność na niebie, miasto także pozostało ciemne. Dosłownie w nielicznych sklepach i budynkach paliło się światło elektryczne. Pomimo, że od wojny minęły już 2 lata to miasto to dalej próbuje dojść do siebie. Trafiliśmy na 2 czy 3 ulice na których odbywał się jako taki ruch, handel ciuchami czy też otwarte były jakieś knajpki z jedzeniem albo cukiernie. Powrót do hotelu i spadamy spać, bo znowu o świcie chcieliśmy ruszyć w miasto.
Kolejny dzień przyniósł wspaniałe/tragiczne odkrycia w postaci zrujnowanego miasta. Dotarliśmy w okolice suk, które nawet całkowicie rozwalone robiły kolosalne wrażenie. W czasach przedwojennych liczyły one prawie 13 kilometrów sklepów, hoteli, zajazdów, restauracji. Teraz ostało się może paręset metrów. W trakcie wojny odbywały się tam regularne bitwy. Na swojej drodze spotkaliśmy miłego starszego Syryjczyka, który pracował przy odbudowie suk. Pomimo braku znajomości języka arabskiego z naszej, a angielskiego z jego strony udało się nam porozumieć międzynarodowym językiem na migi. Oprowadził nas po okolicy, pokazał kilka zamkniętych pomieszczeń, w których kiedyś znajdowały się hotele, a teraz albo ruiny, albo bardzo powoli są odrestaurowywane. Udało mi się też wślizgnąć do odbudowywanego meczetu (też zresztą o nazwie Ummayad) i zrobić fajne zdjęcia tego jak mocno rozwalony jest w środku, a intensywnie odbudowywany przez robotników. Gdy tamtędy przechodziliśmy w ciągu dnia takiej możliwości już nie było, bo dostęp był zablokowany przez wojsko. Opłaca się wstawać rano. Po tej oprowadzce Syryjczyk zaprosił nas na herbatę (swoją drogą bardzo smaczną) po czym serdecznie się pożegnaliśmy i poszliśmy w swoją stronę.

ipsyria001.jpg


ipsyria002.jpg



Chodząc bez celu mogliśmy przyjrzeć się ruinom miasta, a gruz walał się wszędzie. Jakże to tragicznie musiało wyglądać po wojnie, skoro nawet teraz pomimo tego że ulice są pozamiatane, a gruz poukładany wzdłuż domów robi to tak kolosalne wrażenie. Cały dzień upłynął nam na oglądaniu poszczególnych części miasta. Wspólnym mianownikiem były zniszczenia i ślady po kulach. Nie chciałbym żeby zabrzmiało to jakoś dramatycznie, ale znaleźć tam nieruszony kawałek przestrzeni jest naprawdę trudne. Jednym z punktów, które oparły się wojnie był hotel Four Season – chodziło o jakąś umowę pomiędzy walczącymi, że tego hotelu nie ruszają bo są tam dziennikarze (jednakże kilka dziur po kulach na hotelu udało mi się namierzyć). Byliśmy też w niezniszczonym budynku na terenie Suk, w którym znajduje się cafe, a który nie został zniszczony, bo podobno własciciel postawił się ISIS, krzycząc, że wejdą tam, ale po jego trupie, więc zostawili go w spokoju. Czy to urban legend czy prawda, chyba sie nie dowiem :?:

syria056.jpg


syria058.jpg



Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

woy 12 stycznia 2022 23:08 Odpowiedz
Po Twojej relacji nabieram coraz większej ochoty na Syrię, tym bardziej, że te unescowe miejsca mimo wszystko dobrze zachowane, nawet w Palmyrze sporo się ostało. Szkoda, że wioski na północy niedostępne, bo pod kontrolą Turcji.
irae 12 stycznia 2022 23:08 Odpowiedz
@Woyno marne szanse tam się dostać, bo to nawet nie problem biura tylko checkpointów, które za cholerę tam nie wpuszczą, może w przyszłości, kto wie...a dzięki temu objazdowi mam zrobione wszystkie unesco poza wioskami :)
meczko 12 stycznia 2022 23:08 Odpowiedz
Bardzo ciekawa relacja!Drobna errata - w Aleppo nie było ISIS, aż tam nie dostarli. Wojska Asada naparzały się tam przez dłuższy czas z zestawem różnych ugrupowań opozycyjnych.
marjan71 12 stycznia 2022 23:08 Odpowiedz
Dla mnie Syria to był jeden z najwspanialszych krajów jaki widziałem, byłem dwukrotnie w 2007 i 2009. Po tym wszystkim co sie potem wydarzyło, kiedy widziałem co stało sie z Aleppo chyba już nigdy tam nie wrócę, szkoda ludzi , zabytków, atmosfery. Kraj który miał dla turysty wszystko, dobre jedzenie , mili i uczciwi ludzie nie skażeni wielką turystyką, zabytki klasy unikatowej, ruiny w Rzymie przy Palmirze czy Sergiopolis to przedszkole. I chyba wszystko skończone, może za 20 lat ale kto myśli o turystach jak do gara nie maco włożyć. Gratuluję odwagi i determinacji. Co z meczetem w Aleppo widziałem że też ucierpiał?
marjan71 13 stycznia 2022 05:08 Odpowiedz
Tak było w 2007.
sudoku 15 stycznia 2022 17:09 Odpowiedz
@irae Możesz opisać procedurę załatwiania wizy syryjskiej?Czy dobrze przeczytałem, że do wjazdu do Libanu nie potrzebowałeś testu, tzn. nie sprawdzali go?
irae 16 stycznia 2022 17:08 Odpowiedz
Hejka, wrzucam część 1 :) :arrow: Damaszek 8-) Do obejrzenia po obiadku i familiadzie :lol: Pozdro :)https://www.youtube.com/watch?v=XmJW3tAtlb0&t=840s