0
Ancyna 13 listopada 2022 18:02
Zanzibar nie był nigdy na szczycie listy moich podróżniczych marzeń, ale odkąd zbieram mile Miles&More moje myśli coraz częściej szybowały w jego kierunku. 40 tysięcy mil plus dopłaty rzędu 300- 500 zł za osobę w dwie strony to całkiem przyzwoita opcja przekroczenia równika.
No i na początku roku 2022 przychodzi Ten Impuls! Pewnie wielu z Was to zna, po prostu wiesz, że właśnie TERAZ nadszedł czas na WŁAŚNIE TE BILETY!
Wybór padł na sierpień. Bo wakacje, pora sucha, najniższe temperatury powietrza. Co nie znaczy oczywiście, że niskie - w tym czasie sięgają 28 stopni (średnia to ok. 25°C).
12 sierpnia wieczorem, przybywamy na lotnisko Chopina w Warszawie. W Polonezie wypijam Black Mimosę, po czym odwiedzam Szoniego w Preludium czyli “w tej piwnicy bez okien”, jak to kiedyś nazwał ją pieszczotliwie pewien miły forumowicz ;p - motywując mnie do zrobienia FTLa ;-)

1.jpg


1(0).jpg



Przenosimy się do Bolero i tam coraz bardziej nerwowo zerkamy na tablicę odlotów. Opóźnienie… 10, 15, 20 minut. A my mamy godzinę na przesiadkę w Bejrucie. Dobra, wiadomo, jeden bilet, jakby co to przebookują, ale nasza podróż ma trwać kilkanaście godzin, wystarczy.
Zabiera nas nasz narodowy przewoźnik, opóźnienie wzrasta do trzydziestu minut. Obliczamy, że boarding na kolejny samolot zacznie się wcześniej niż wylądujemy. W tym momencie przypomina mi się, że miałam się przestawić na afrykańskie poczucie czasu, może to już właśnie teraz, będzie co będzie, nie ma co się denerwować. Wypite w salonikach trunki wyostrzają (przynajmniej w naszym mniemaniu ;-) ) nasz dowcip, próbujemy dowiedzieć się od obsługi czy nasz Ethiopian będzie skomunikowany ;-)
Szefowa pokładu dziwi się, że sprzedano nam takie połączenie, przesadza na 1D i 1E i sugeruje bieg po otwarciu drzwi.
No to biegniemy ;-) Rękaw, korytarz, zakręt …wpadamy na kogoś.
- Addis Abeba ? - pyta.
- Tak - odpowiadamy - ledwo łapiąc oddech.
- Macie bagaż nadawany?
- Nie.
Niespiesznie prowadzi nas do swojego biurka. Prawie biegniemy w miejscu z tego rozpędu, ale pana otacza aura flegmatycznego spokoju. Cóż zrobić, staramy się stać spokojnie, choć nie wiemy co on tam właściwie klepie w tę klawiaturę.
Po dłuższej chwili… wydaje nam karty pokładowe, nie wiem po co, dostaliśmy już wszystkie w Warszawie. Nie dość, że marnuje nasz czas, to wg tych nowych nie siedzimy obok siebie.
Bez słowa wskazuje nam kierunek. W biegu skanujemy bagaż, na szczęście kolejek brak. Dobiegamy do gate… a na nim zero informacji. No to pewnie odleciał, myślę…
Ale nie, dopiero tam, od obsługi dowiadujemy się, że jest godzina opóźnienia… ;-) Uff ?
Pakujemy się do kolejnego Boeinga 737-800, ale jako dzieci tanich linii zasypiamy szybko, nie zważając na niewygody.
Do Etiopii docieramy rano, tym razem mamy akurat tyle czasu by spokojnie przespacerować się po sporym lotnisku.

1 (1).jpg



Ostatnie 3 godziny lotu spędzamy w szerokokadłubowym Airbusie A350, od lotniczego żarcia bolą nas już trochę brzuchy, ale nie marudzimy, wrażenia jednak zupełnie inne niż w podniebnych PKSach, którymi zazwyczaj latam ;-) No normalnie film i mapę można obejrzeć :D ;-)

1 (2).jpg



1 (3).jpg


O 13 lądujemy na Zanzibarze, upał wdziera się do samolotu od razu po otwarciu drzwi. Docieramy do starego, zatłoczonego terminala, nowy poznamy dopiero przy odlocie. Przed drzwiami sprawdzanie papierów covidowych (QR kod, który trzeba uzyskać na 24 przed podróżą, szczepienie lub wynik testu PCR).
W środku duszno, gwarno i chaotycznie. Po raz kolejny raz w życiu cieszę się, że jest takie forum… dzięki któremu wiem, że wcale nie muszę stać w tej kolejce, a że te niczym nie oznaczone drzwi … to wrota do klimatyzowanej oazy, gdzie przy schłodzonym napoju urzędnicy ogarną za nas wizy:)

1 (5).jpg



Pamiętajcie, jeśli macie Priority Pass…kierujcie się na lewo:)
Wiza kosztuje 50 dolarów i można za nią zapłacić w gotówce (równo odliczonej, dwie osoby to 2x banknot 50 USD) w tej oazie na miejscu, lub kartą - wychodząc w eskorcie urzędnika do kasy. Nie wiem, może się im terminale w tym salonie zepsuły. Płaciłam wielowalutową kartą Aliora i pobrało równe 50 dolarów, bez żadnej prowizji (jaka to doliczana jest standardowo przy płatnościach w sklepach).
Po załatwieniu tych formalności czeka nas jeszcze skanowanie bagażu i….
… można ruszać w Afrykę:)

C.D.N.Dolary wymieniamy w małym kantorze, na prawo od wyjścia z lotniska. Tu kurs jest podobno najlepszy, choć szczerze mówiąc to zbytnio tego nie analizowałam. Nie zważając na bardzo gorąco polecającym swe usługi transportowe naganiaczy, rozglądamy się za daladala. Są to minibusy tworzące zanzibarską sieć komunikacyjną. Ich nazwa pochodzi nie z języka suahili, a z angielskiego “dollar”, opłata za przejazd oscyluje właśnie mniej więcej w tej kwocie. Od lokalsów dowiedziałam się, że każdy busik to inna firma, pewnie dlatego ich standardy są tak różne. Mają jednak swoje numery i ustalone trasy. Są przystanki, ale zatrzymać można je w każdym momencie. Kursują od świtu do wieczora. Na stronie https://wearezanzibar.com/zanzibar/dala ... transport/ znalazłam mapę tras, była ona bardzo pomocna przy planowaniu naszej podróży. Nie jest kompletna, udało nam się odkryć kilka innych połączeń, ale o tym później.

dala_dala.png


Mamy mały problem ze znalezieniem miejsca odjazdu 505 do Zanzibar City, niepotrzebnie skręcamy w stronę nowego terminalu. Spotykamy dziewczynę, która jak się okazuje pracuje na lotnisku. Mam w głowie wszelkie opowieści o interesowności Zanzibarczyków, tipach, “oprowadzaczach” itp. Tego typu klimaty mocno powstrzymywały mnie przed podróżami do krajów, w którym biały człowiek czuje się chodzącym bankomatem… jednak moje obawy okazują się w tym momencie nieuzasadnione. Dziewczyna nie dość, że prowadzi nas do miejsca, z którego odjeżdżą daladala, to jeszcze zostaje z nami do momentu zapakowania się do busika. Okazuje pewne zdziwienie, że nie wybieramy taksówki, choć jesteśmy tu pierwszy raz.
No ale cóż, taka ma to być podróż. Loty za mile, hotele w stuprocentach za deale, transport za one dolar ?
I pole pole, tak tu mawiają. Czyli powoli. To nasze hasło na najbliższe 10 dni. Chcemy chłonąć klimat, zobaczyć tyle ile się da, ale nie śpieszyć się.

Daladala z lotniska do miasta Zanzibar kosztuje 400 TZS czyli...około 80 groszy ?. Podróżując z lokalsami warto pamiętać o zasadzie - płacisz wtedy, kiedy wszyscy. Już po ruszeniu w drogę, zazwyczaj przy wyjściu, czasem w trakcie. Niestety zdarzają się pomysłowi oszuści, którzy podają się za właściciela pojazdu i każą zapłacić przed kursem (i to niestety dużo więcej niż rzeczywisty koszt przejazdu), po czym znikają.

1.jpg


Paka 505 szybko się zapełnia i ...ścisk szybko przekracza normy europejskie... ale to przygoda sama w sobie:) Kierujemy się w stronę Stone Town, które jest częścią miasta Zanzibar, wpisaną na listę UNESCO. Dojeżdżamy w okolice bazaru Darajani, który na pewno jest miejscem wartym odwiedzenia, ale… może nie na samym początku afrykańskiej przygody. Nigdy nie byłam jeszcze w Czarnej Afryce, kiedyś odwiedziłam Egipt, trzy razy trafiłam do Maroko, nie do końca wiem czego się spodziewać. Nie czuję się zbyt komfortowo przeciskając się z całym dobytkiem pomiędzy stoiskami, marzę o dotarciu do hotelu. Na targ Darajani wrócimy jeszcze pod koniec naszej wyprawy, już zupełnie z innym nastawieniem.
Odrobinę błądzimy wąskimi uliczkami, maps.me i offlajnowe mapy googla gubią się raz po raz.

2a.jpg


Po piętnastu godzinach na lotniskach i w samolotach, jeździe w zatłoczonym busiku i spacerze z plecakami… przed nami wyłania się nasz hotel: The Seyyida Hotel and Spa https://theseyyida-zanzibar.com/. Czujemy się tak, jakbyśmy dotarli do upragnionej oazy:)

Seyyida.jpg



3.jpg


Tu zatrzymujemy się na trzy noce, mogę zdecydowanie polecić ? Co prawda bez ołszyn viu… ale za to mamy podgląd na uliczne życie Zanzibaru oraz na kreatywne rozwiązania elektryczne ;-)

4.jpg


Po wypoczynku ruszamy w kierunku wybrzeża. Jest już ciemno i w Ogrodach Forodhani rozpoczyna się życie nocne. Są stoiska z jedzeniem, sporo naganiaczy oferujących wycieczki i inne usługi, przesiadująca na ławkach młodzież, koncert jakiegoś zespołu, bawią się i turyści i tutejsi. Czytałam, że prawdziwie lokalsowe jedzenie jest w tym czasie w pobliżu bazaru Darajani, znam też zasadę, że im więcej zaangażowania w promowanie swego stoiska, tym większe szanse, że będzie się rozczarowanym. Nic tu konkretnego nie polecę, czułam się zbyt intensywnie namawiana na zakup, co odniosło skutek odwrotny do zamierzonego.

5.jpg



6a.jpg



6.jpg


Mając przesyt bodźców i wrażeń uciekamy na zimne Kilimandżarko do Livingstone Beach Restaurant.

7.jpg



8.jpg


Fajnie grają tam na żywo i potem żałujemy, że przenieśliśmy się do Mercury's Restaurant. Ceny bardzo turystyczne, muzyka (też na żywo) dość przeciętna, przynajmniej tego wieczoru.

10.jpg



9.jpg


Zamawiamy mało zanzibarską przekąskę i wracamy do hotelu po drodze mijając tajemniczy budynek. W środku widać światło, zastanawiamy się czy ktoś w nim mieszka, snujemy historie… nie mam pojęcia czy choć zbliżamy się do prawdy ;-)

11.jpg


13.jpg


A to widok z tarasu The Seyyidy, całkiem przyjemny. Podawane jest na nim smaczne śniadanie, po którym niespiesznie włóczymy się po okolicy.

14a.jpg



15a.jpg



16a.jpg


Chłoniemy kontrasty, obserwujemy ludzi, wystawy, sklepiki, zdobienia na drzwiach, budynki, wszechobecne koty.

17.jpg



19.jpg



20.jpg



18b.jpg



18c.jpg


Mamy jednak konkretny plan na dziś, chcemy popłynąć na Wyspę Więzienną. Wstępujemy do dwóch agencji turystycznych, których adresy sobie zapisałam, jednak ostatecznie ulegamy czarowi Omara, którego spotykamy pod Muzeum Freddiego Mercurego.Taki rejsik może kosztować i 40 dolców od osoby, jeśli skorzystać z oferty np. hotelu. Omar proponuje 25 USD/2 pax, pewnie da się taniej, ale na taką cenę już przystajemy.
Co do Muzeum Freddiego i ponoć domu, w którym mieszkał. Podobno tak naprawdę zupełnie nie wiadomo gdzie mieszkał Farrokh Bulsara, a Zanzibar dość późno zorientował się jaki skarb narodowy przypadł mu w udziale. W którymś momencie ktoś przedsiębiorczy po prostu oznajmił, że to BEZ WĄTPIENIA było w jego kamienicy. A potem wydarzyło się to jeszcze kilka razy ;-)

22.1.1.jpg


A tak przy okazji - prawie naprzeciwko muzeum jest jeden z nielicznych w mieście sklep z alkoholem. Nie dziękujcie ;-)

Łódki cumują przy plaży, w większości są drewniane. Omar pakuje nas do jednej z nich. Miejsce startu łatwo znaleźć, byliśmy tu już wczoraj, to przy Livingstone Beach Restaurant.

22.1a.jpg


Płynie z nami kilka osób, które mają wykupiony jakiś bogatszy pakiet, obejmującego m.in. przewodnika i przerwę na snorkeling w drodze powrotnej.
Rejs nie jest długi, wyspa Changuu (tak brzmi jej prawdziwa nazwa) jest oddalona od miasta Zanzibar 6 kilometrów.

22.jpg



23.jpg



24.jpg



25.jpg


Jej główną atrakcją są żółwie olbrzymie, płyniemy je odwiedzić.
Na miejscu trzeba mieć jeszcze drobne na opłatę wstępu, niestety nie pamiętam ile (2-4 USD?), może ktoś podpowie?

26.jpg



27.jpg


Żółwie pochodzą z Seszeli, cztery pierwsze zostały sprezentowane Zanzibarowi w 1919 roku. W połowie XX wieku było ich już ponad 200, niestety populacja spadła (kradzieże, polowania, skutki rewolucji).

28.jpg


No halko 8-) ;)

Wyspa jest malutka i naprawdę nie jest potrzebny przewodnik, obejść można wszystko w kilkanaście minut.

29.jpg



30.jpg



31.jpg


Budynki, które pod koniec XIX wieku miały być więzieniem dla recydywistów . Jednak żaden więzień nigdy tam nie przebywał, ponieważ lokalne władze postanowiły wykorzystać wyspę do izolacji osób podejrzanych o bycie nosicielami chorób zakaźnych, szczególnie żółtej febry.

32.jpg



33.jpg



34.jpg


Oprócz żółwi spotykamy urocze ale płochliwe antylopy DIKDIK, jedne z najmniejszych.

35.jpg


Istotnym zadaniem podczas tej wycieczki jest zapamiętanie, którą łodzią się przypłynęło, jest ich tam sporo ;-)

36.jpg



37.jpg


W drodze powrotnej łódź zatrzymuje jeszcze w pobliżu wyspy, kilka osób wskakuje do wody, by pooglądać życie podwodne przez maskę.Jeśli miałabym oceniać, to nie jest raczej najciekawsze miejsce do snorkelingu.

-- 26 Lis 2022 22:04 --

Nie mniej jednak Ocean Indyjski jest piękny.

38.jpg


Najwyraźniej świętuje się w jego obecności i w takich okolicznościach:)

39.jpg


Po rejsie kierujemy się powoli w stronę Lukmaana, polecanej na forum (i nie tylko) restauracji.
Na mapce nasz cel.


Dodaj Komentarz

Komentarze (1)

agagy 3 grudnia 2022 23:08 Odpowiedz
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy.