0
cart 16 listopada 2022 21:44
W ramach budowania napięcia powiem, że pomimo tego, że kawałek świata już widziałem, to ta podróż momentami całkowicie mnie zszokowała i zlasowała mi mózg, a doznania kulturowe przekraczają level 1000... Głównie dlatego, że odwiedziliśmy miejsca i ludzi, którzy generalnie mają bardzo znikomy lub całkowity brak dostępu do szeroko pojętego świata zachodniego. Zaczniemy raczej spokojnie, ale im dalej, tym ciekawiej.

Aby przedstawić dwa punkty widzenia, będziemy też tę relację prowadzić we dwóch. Tekst głównie @Woy, a zdjęcia moje.

Ale po kolei...

Kierunek:

Razem z @Woy od dłuższego czasu szukaliśmy niebanalnego kierunku by pojechać razem wykorzystując mile, z uwagi na to, że znamy się już jakiś czas i mamy podobny styl podróżowania. Czas był na to by zostawić rodzinę w domu, więc z kierunkiem mogliśmy poszaleć. W grę wchodziła przede wszystkim Afryka, z uwagi na świetny stosunek ilości mil do normalnych cen. Przegrzebaliśmy informacje o wielu miejscach i wybór w końcu padł na bilet 3-odcinkowy do Erytrei, Sudanu Południowego i w powrocie stopover w Etiopii. Bilety kupiliśmy w maju gdy Erytrea ciągle była zamknięta, a w Sudanie Płd. trzeba było mieć test na wlot i wylot. Stwierdziliśmy jednak, że powinna być szansa, że wszystko się otworzy, bo Europa się otworzyła.

Wizy

Erytrea - po informacji na jednym z forów, że kraj się powoli otwiera, postanowiłem zacząć proces. Wypełniłem wniosek pdf i wysłałem go mailem zeskanowany razem z datami podróży na 3 miesiące przed wyjazdem. Dodzwoniłem się do ambasady i potwierdzili, że zajmą się moim wnioskiem za kilka tygodni. @Woy też wysłał wniosek mailem, ale nie dzwonił. Po 8 tygodniach zadzwonili do mnie z ambasady, że wiza jest gotowa. Wszedłem na stronę DHL.de i zamówiłem przesyłkę zwrotną z etykietą i wysłałem kurierem razem z paszportem. Wrócił po kolejnych 3 tygodniach i dopiero na 2 tygodnie przed wyjazdem (uff). Woy natomiast jak się w końcu dodzwonił to okazało się, że zgubili jego wniosek. Na 3 tygodnie przed wyjazdem czekała go więc wycieczka do Berlina do złożenia wniosku i na szczęście w 10 dni przeprocesowali i udało się odebrać na 9 dni przed wyjazdem (kolejne uff).

Sudan Płd. - e-visa. Trzeba mieć LOI od lokalnego biura, żółtą książeczkę, szczepienie covid i ponad 100$ z kosztami dodatkowymi. Płatność na stronie zawisła nam obu, ale nasz fixer użył kontaktów i e-visę dostaliśmy na następny dzień.

Etiopia - szybki proces e-visa za 50$.

Trasa

Erytrea - kraj zamknięty, z trudnym transportem i pozwoleniami na wyjazd poza stolicę. Postanowiliśmy jednak ogarnąć go sami i lokalnie próbować co się da. Strategia była dobra. Plan minimum to Asmara i Massawa. Keren na dodatek.

Sudan Południowy - generalnie, żeby wyjechać poza stolicę trzeba mieć permity. Permity potrzebne też są na zdjęcia, potrzebny jest alien registration, itd. Biurokracji cała masa. Trzeba na to czas i pieniądze. Do tego koniecznie chcieliśmy zobaczyć 3 regiony nomadmania, z plemieniem Dinka oraz bagnami Sudd na Nilu, więc zaczęły się schody. Robienie tego samemu i organizowanie transportu na miejscu to jakiś koszmar, a my mieliśmy tylko 5 dni. Decyzja była szybka, że potrzebujemy fixera.
Udało mi się znaleźć świetnego kolesia z BomaHills, który zaproponował trasę, którą sam robił pierwszy raz. O szczegółach opowiemy w relacji, ale organizacja była strzałem w dziesiątkę i wszystko się udało. Jedynie koszt mało trampingowy ;-). Trudno, taki jest ten kraj. Trzeba było połknąć kulę.

Etiopia - z uwagi na wojnę w Tigray, która nota bene zakończyła się na 2 dni przed naszym wjazdem do tego kraju, chcieliśmy pojechać na południe. A jak południe to Dolina Omo, która słynie z lokalnych plemion. Na plemiona też trzeba przewodnika i dostałem namiary na świetnego gościa, który był naprawdę bardzo przystępny cenowo. Jak liczyłem ile by wyszło załatwianie wszystkiego samemu to byłoby podobnie, a na pewno nie udałoby się zobaczyć nawet połowy. A tak to mieliśmy przewodnika, kierowcę z Land Cruiserem i mogliśmy maksymalnie wykorzystać te 6.5 dnia, które mieliśmy. Do tego jest taka zaleta, że bardzo dużo rzeczy nam opowiedział i wszystkim się zajął. Do tego zabrał nas w miejsca (oprócz jednego), gdzie w ogóle nie było turystów i obcowaliśmy z plemionami sami.

Zaliczki za przewodników zapłaciliśmy Western Union (po 10%) i z ogromnym zapasem gotówki ruszyliśmy 28 października z małym falstartem. Ale o tym w następnym odcinku ;)Doloty do Wiednia mieliśmy różnymi samolotami, ja byłem trochę wcześniej. Nie dało się odprawić na Ethiopiana ani online ani na stanowisku w Warszawie. Pozostało nam szukać szczęścia w Wiedniu.
Tam na transfer deskach też powiedzieli, że nie dadzą karty i żeby pójść na bramkę. Jak pojawiła się obsługa to daliśmy nasze paszporty. Jedna pani pokazuje coś drugiej, klepanie i klepanie w komputer zwiastuje problemy. Wydają mi kartę z SBY. Pytam się co jest, a one, że samolot ma overbooking i że nie przydzielono mi miejsca. @Woy dostaje miejsce bez problemu. Natomiast obsługa szuka ochotników do lotu na jutro i oferuje 600 euro. Zgłaszamy się obaj, choć ja już zostałem zmuszony właściwie...
787 przyleciał z Brukseli i w Wiedniu zabiera więcej pasażerów. Zamykają lot, @Woy ma miejsce, a ja nie. 4 pasażerów nie dotarła z transferów na czas, więc ochotnicy nie byli potrzebni. Nie mam nic do gadania, muszę zostać i mogę polecieć dopiero jutro wieczorem. Umawiamy się w Asmarze w hotelu Crystal o godzinie 12 i chwilowo żegnamy.

Powiedzieli mi, że mam pójść do T1 po voucher na hotel i wypełnić papier na compensation. Co od razu zrobiłem.
Dostaję NH hotel przy lotnisku, jest już po 23, więc nici z kolacji. Co tu robić jutro cały dzień? W Wiedniu byłem już kilka razy. W ciągu godzinki zrobiłem sobie plan na kolejny dzień - Semmering Railway i Graz pociągiem oraz powrót Flixbusem prosto na lotnisko. Koszt przejazdów dość spory, bo 80 euro, no ale niby "sponsored by Ethiopian".

Po śniadanku wsiadłem w pociąg na lotnisku z przesiadką na dworcu centralnym i dojechałem do Semmering. Dlaczego tam? Wikipedia mówi: "kolej górska w Austrii prowadząca z Gloggnitz przez Semmering do Mürzzuschlag, uznawana, ze względu na bardzo trudne warunki terenowe i znaczne różnice wysokości, za pierwszą w świecie prawdziwą górską kolej; była pierwszą w Europie wysokogórską koleją normalnotorową (o rozstawie toru 1435 mm)
Wyjątkowe walory tej linii kolejowej doceniono już w 1923 roku, kiedy to uznano ją za zabytek i objęto ochroną. Od 1998 roku znajduje się liście światowego dziedzictwa UNESCO".

I rzeczywiście - mosty i tunele robią mega wrażenie. Mam ponad 3h na rozeznanie i idę na szlak by pooglądać tutejsze ciekawostki.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Idę jeszcze do wioski coś szybko zjeść, wypić kawę i można jechać dalej 1.5h do Graz. Tutaj mamy przepiękną starówkę, jak to w zachodnioeuropejskich historycznych miastach. Też wpisana na listę Unesco.

Image

Image

Image

Image

Jest tu wzgórze na które warto się wdrapać. Jest winda, ale była zamknięta. Wycisnąłem siódme poty by wejść po tych schodach ;-)

Image

Image

Schodziło się łatwiej ;-)

Image

Image

Główna katedra:

Image

Image

Image

Image

Flixbusem sprawnie docieram na lotnisko. Samolot znowu ma overbooking, ale tym razem mam miejsce przy wyjściu awaryjnym, zaraz za klasą biznes. Jedzenie bardzo dobre (ryba). Lot sprawny. W ADD przesiadam się w kolejny 787 do Asmary.

Na lotnisku pytają o PCR, robią test antygenowy z nosa i sprawdzają szczepienie. Wymieniam kasę 1$=15 nakfa. Nie chcą mnie wypuścić dopóki nie ma wyniku testu.

Przed lotniskiem taksówki chcą ponad 20$ za dojazd do miasta. Idę kawałek i łapię stopa. Ktoś mnie podwozi za 100 nakfa (tyle dałem). Wchodzę do hotelu i ściskamy dłoń. Reunite ;-)@Martinuss tylko gotówka, stały kurs 1$=15 nakfaTrzeba być przygotowanym, że to jednak Afryka. Zanim zdecydowaliśmy się na nasz hotel to obeszliśmy z 8. Prawie wszystkie nie miały w ogóle ciepłej wody, a zimną tylko 2h rano i 2h wieczorem - takie są odgórne wyłączenia. Hoteli jest w ogóle całkiem sporo, więc nie ma co się rzucać na te dwa jedyne co są na bookingu.
Ten nasz hotel miał bojler na ciepłą wodę, ale woda dalej tylko rano i wieczorem. W toalecie była spora beczka, która służyła do spuszczania wody w kiblu w godzinach blackoutu ;-)
Choć fakt, że Crystal ma wodę całą dobę (pewnie zbierają w duże zbiorniki) to jednak kosztuje 3x więcej.
Zdarzały się też wyłączenia prądu, ale sporo miejsc na generatory.hm, jakoś nie rzuciło mi się to w oczy.Celem uzupełnienia relacji z Erytrei, dodam jeszcze trochę zdjęć z targowej części miasta. Widać tu wyraźnie wpływy włoskie z budynkami z łukami, itd. Ta część miasta (na północ od głównej ulicy) jest żywa i pełna ludzi, w odróżnieniu od opustoszałej części południowej. Zwiedzaliśmy podczas oczekiwania na nasz permit.

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Po tych kilku dniach prawdę mówiąc zmęczył mnie trochę ten kraj. Te wyłączenia wody, permity i brak transportu uprzykrzają życie podróżnika. Na plus na pewno ceny, choć np. mała butelka wody kosztowała 5-6 złotych. Piwo w knajpie tyle samo :-)

Przez 4 dni wydałem 160$. Dzisiaj przyszedł też przelew 600 euro z Etiopiana, więc wyszło pozytywnie.W połowie? Dowcipniś ;-)Dorzucę jeszcze kilka zdjęć ;). Dla mnie osobiście jak tylko wjechaliśmy na teren obozu to był kompletny szok. Nie wiedziałem w którą stronę się patrzeć, bo wszędzie bombardowało mnie maksimum bodźców. Ci wszyscy ludzie byli mega nami zainteresowani i ciekawi mnie kto dla kogo był ciekawszy :)

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

ImageTen dym jest wszechobecny. Palą tam odchodami krowimi by odgonić wszelkiej maści komary i inne gryzące insekty. Po godzinie cały byłem śmierdzący, szczypało w oczy i zbierało się na kaszel. No ale klimat na zdjęcia pierwszorzędny :) W Etiopii już tego nie widzieliśmy. Niby krowa ma podobną wartość, ale tylko w Sudanie Południowym używali odchodów i moczu krów do wszystkiego, czego się dało.

W Erytrei niektórzy się chowali, inni uciekali zawstydzeni, a ktoś tam machał by nie robić. A ja też trochę oszukiwałem, bo dużo strzelałem z biodra. Na szczęście bezlusterkowiec ma tryb cichy i nie słychać trzasku lustra ;)Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że pomimo, że Dorze ma cały czas kontakt z turystami to jednak byliśmy tam jedyni, więc lekką magię można było poczuć. Zrobili dla nas placek na zagrychę i postawili dużą butelkę bimbru 45%. Ja przechyliłem tylko 2 kielonki, ale jak się ekipa podłączyła to butelczyna pękła a @Woy pięknie śpiewał na toast :). W życiu nie piłem tak dobrego pędzonego alkoholu. 100x lepszy niż nasza wódka, której bez zapojki nie przyjmę :DZ roślin. Podawali z jakich, ale zapomniałem ;). Zagrycha była ze sfermentowanego ciasta pochodzącego z łodyg drzewa bananowego, takiego fejkowego, bo nie dającego bananów.Ci którzy robią ekspresowe wycieczki po Dolinie Omo mają właśnie do czynienia przede wszystkim z Mursi. Potem jest rozczarowanie, że te wszystkie plemiona to taka szopka dla turystów. Warto było jednak zobaczyć i porównać sobie do innych plemion.
Jedynie z Mursi widzieliśmy innych turystów w ich wioskach. To ustawianie wszystkich w rzędzie do zdjęć to dość żenujący spektakl. Na szczęście wszystkie kolejne plemiona były bardzo autentyczne. Warto poczekać na kolejne odcinki :)Sama rzeka Omo jest bardzo głęboka, bo płynie doliną ryftową. Wg przewodnika ponoć nikt nie zmierzył jak jest głęboka, ale nie bardzo w to wierzę. W każdym razie dzięki głębokości niesie naprawdę dużo wody, która jest tu używana do nawadniana pól. Rząd Etiopii zaczął tu inwestować w kanały i nawadnianie by przytrzymać lokalne społeczności na danych obszarach i zmniejszyć częstotliwość ich przenosin.
Kiedyś uprawiano ziemię tylko raz w roku gdy rzeka wylewała na pola. Teraz mogą zbierać plony nawet 3x w roku.
Kiedyś bardziej, teraz mniej, wioski "wędrowały" po okolicy razem z bydłem by mieć dla nich pożywienie. Pierwotnie mieliśmy pojechać wgłąb Kenii na kilka kilometrów do pewnej wioski, ale niestety jeden mały most już w Trójkącie Ilemi był zniszczony. Nie za bardzo ma go kto odnowić, bo to ziemia niczyja.

W tym miejscu, robiąc zdjęcia dzieciom łowiącym ryby na moskitierę poczułem się chyba najbardziej magicznie podczas tej podróży. Świat zamarł na chwilę.

Dodaj Komentarz

Komentarze (40)

nelson-1974 17 listopada 2022 12:08 Odpowiedz
No to czekamy na ciąg dalszy ;).
sudoku 17 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Zapowiada się ciekawie i podejrzewam, że będę czytał z wypiekami na twarzy.Z niecierpliwością będę czekał na podsumowanie kosztów i obawiam się, że po jego ujawnieniu może nieco zrzednąć mina i nadzieja na zrobienie podobnego wyjazdu. Ale nic to, póki co czekamy na dalszy ciąg.
dad 17 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Extra! Coś nietypowego. Czuje ze to będzie inspirujące :)
gecko 17 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Liczę na dużo fot. Zwłaszcza z Sudanu Południowego! :D
martinuss 17 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
@cart W Erytrei coś się zmieniło czy nadal tylko gotówka jak w np. w Iranie czy Syrii? Bo kiedyś czytałem że nie ma tam bankomatów ani terminali do kart.
dad 17 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Taki overbooking to ja rozumiem :D
cart 17 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
@Martinuss tylko gotówka, stały kurs 1$=15 nakfa
woy 18 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Czas na moją część - opis mój, zdjęcia by @cartJak to już opisał @cart, w Wiedniu musieliśmy się rozdzielić - szczęściarz z Carta, dostanie gratis 600 euro, a w dzień niczego praktycznie nie stracił. I w dodatku leciał na wygodnym miejscu przy wyjściu awaryjnym, podczas gdy ja męczyłem się w środku. W Addis przesiadałem się już piąty raz, więc lotnisko znam na pamięć - wiedziałem, gdzie są nieliczne miejsca, w których można doładować telefon czy skorzystać z toalety nie czekając w kolejce. Muszę przyznać,  że z roku na rok lotnisko wygląda coraz lepiej.Samolot do Asmary był wypełniony może w 30%, niemal w całości Etiopczykami i Erytrejczykami, choć oprócz mnie było chyba trzech obcokrajowców. Na lotnisku zrobili mi pseudo test antygenowy, ale nie czekając na wynik wyszedłem z lotniska. Wcześniej wymieniłem euro na miejscową walutę nakfa - co ciekawe, lepszy kurs miało euro niż usd, mimo, że międzynarodowy kurs tego dnia to 0,98 na korzyść usd.Taxi do miasta kosztuje ponoć 20-25 usd, więc niemało. Piszę ponoć, bo sam udałem się na piechotę. Lotnisko jest blisko, choć dystans około 7km pokonałem w jakieś półtorej godziny. Umówiliśmy się z @cart, że będę czekał na niego w hotelu Crystal, więc tam się zatrzymałem, mimo, że nie była to najtańsza opcja - prosty pokój ze śniadaniem i wifi kosztował 60usd. Na szczęście wszystkie pozostałe noce spędziliśmy w trzy razy tańszym hotelu Embasoira.Z Internetem w Erytrei jest straszny problem. Każdy mówi, żeby wcześniej zainstalować aplikację ha tunnel plus do vpn. Konia z rzędem temu, kto potrafi samodzielnie ją obsłużyć na miejscu, ale specjaliści w licznych kafejkach internetowych zrobią to za nas. Tak czy siak, nawet z aplikacją Internet był bardzo wolny, w sam raz na wiadomości na whatsapp czy proste przeglądanie lekkich stron. Aha, roamingu oczywiście nie ma, polska karta sim jest bezużyteczna. To już mój szósty kraj, gdzie polski telefon milczy. Siódmym był zresztą Sudan Południowy. Nie działają też karty, nie ma bankomatów - jak za starych czasów cash is the king.Sama Asmara robi za to bardzo dobre wrażenie. Erytrea była włoską kolonią, a Mussolini chciał i tu pokazać potęgę włoskiego imperium, budując dziesiątki pięknych willi i budynków publicznych. Wiele z nich zachowało się do dziś, przez co Asmara doczekała się zasłużonego wpisu na listę światowego dziedzictwa UNESCO jako przykład modernistycznego miasta, na pewno unikalnego na tym kontynencie.Ikoną miasta jest Fiat Tagliero – stacja benzynowa w kształcie samolotu. Miasto do tej pory zachowało włoską duszę, nawet ludzie zagadują turystów po włosku. Nie ma problemu z dobrą kawą, a w restauracjach króluje spaghetti czy pizza. Pisząc o Erytrei nie mogę uniknąć porównań z ich sąsiadem Dżibuti. Porównanie to wypada jednoznacznie pozytywnie na korzyść Erytrei. Ludzie są o wiele milsi, kraj wygląda dużo bardziej przyjaźnie. Nie bez znaczenia są warunki pogodowe. W Dżibuti w maju mierzyłem się z 40-stopniowymi upałami. Asmara leży na wysokości 2300 m n.p.m. i temperatura wynosiła przyjemne 20 stopni, wieczorem spadając do takich wartości, że bluza była wskazana. Jest tu też znacznie taniej, niż u sąsiada z południa, choć niektóre ceny potrafią zadziwiać. Piwo w knajpie kosztuje w granicach dolara za butelkę 0,33, ale już puszka o takiej samej pojemności kupiona w sklepie będzie kosztować 2,5 dolara! Znajomość angielskiego jest, o dziwo, całkiem dobra, ludzie znają na ogół tyle słów, że da się dogadać.Osobliwością Asmary jest cmentarz czołgów, pamiątka po krwawej wojnie narodowowyzwoleńczej, trwającej w Erytrei 30 lat. Erytrejczykom udało się wywalczyć niepodległość dopiero w 1992 r., przez co jest to jeden z najmłodszych krajów świata. Etiopia miała nad zbuntowaną prowincją gigantyczną przewagę militarną, ale to nie wystarczyło do zwycięstwa. Setki zniszczonych etiopskich czołgów i innego sprzętu z kluczowego etapu wojny można Oglądać na cmentarzysku niemal w centrum miasta. Nie wiedzieć czemu turysta nie może to sobie obejrzeć ot tak, trzeba wcześniej uzyskać pozwolenie z Ministerstwa Turystyki, naprzeciwko kościoła Matki Boskiej Różańcowej w centrum miasta. Postanowiliśmy jednak olać ten permit i spróbować się tam dostać na lewo. Nie było z tym żadnego problemu, zwały militarnego złomu piętrzą się nieogrodzone, można nawet wspiąć się na zardzewiały czołg czy wojskową ciężarówkę. Gigantyczne wysypisko robi wrażenie, ale w Polsce by się raczej nie ostało, dawno ktoś by je rozebrał na złom. W najbliższej okolicy, pomiędzy wrakami, mieszkają zresztą ludzie, ale tam mieszkańcy nie chcieli nas wpuścić. Przynajmniej stanowiliśmy atrakcję dla dzieci. Z innych godnych polecenia miejsc w Asmarze wymienić można wspomniany już kościół MB Różańcowej, katedrę autokefalicznego kościoła chrześcijańskiego Erytrei Enda Mariam czy centralny meczet. Przy katedrze napotkaliśmy religijną celebrację z tańczącymi i śpiewającymi kobietami. Zrobiliśmy zdjęcia i nagraliśmy filmiki, ale nie spodobało się to jednej z pań, która kazała usunąć zdjęcia. Efekty tej prośby widać ;) Jeśli chodzi o religię, Erytrea jest państwem podzielonym niemal po równo pomiędzy chrześcijan i muzułmanów. Oczywiście na wybrzeżu przeważają muzułmanie, którzy przybyli tu chwilę po ucieczce Mahometa z Mekki. W Massawie można zresztą znaleźć najstarszą jakoby 'kapliczkę' muzułmanską (shrine) na świecie. W górach przeważają chrześcijanie, ale i w stolicy muzułmanów jest bardzo dużo. Kościół Erytrei otrzymał autokefalię po uzyskaniu niepodległości, poprzednio był częścią kościoła etiopskiego.PS @Sudoku poza Sudanem Południowym podróż nie była wcale tak droga. W Erytrei przez 5 dni wydałem mniej niż 200 dolarów
radionx 18 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Relacja i zdjęcia super. Czekam na dalszy ciąg. Aż od razu kusi, żeby szukać lotów, ale taki trip chyba już ciut poza moją strefą komfortu ;)
cart 18 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Trzeba być przygotowanym, że to jednak Afryka. Zanim zdecydowaliśmy się na nasz hotel to obeszliśmy z 8. Prawie wszystkie nie miały w ogóle ciepłej wody, a zimną tylko 2h rano i 2h wieczorem - takie są odgórne wyłączenia. Hoteli jest w ogóle całkiem sporo, więc nie ma co się rzucać na te dwa jedyne co są na bookingu. Ten nasz hotel miał bojler na ciepłą wodę, ale woda dalej tylko rano i wieczorem. W toalecie była spora beczka, która służyła do spuszczania wody w kiblu w godzinach blackoutu ;-)Choć fakt, że Crystal ma wodę całą dobę (pewnie zbierają w duże zbiorniki) to jednak kosztuje 3x więcej.Zdarzały się też wyłączenia prądu, ale sporo miejsc na generatory.
dmw 19 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Mieszkałem w hotelu Sunshine, 300 m po sąsiedzku od Waszego hotelu. To był rok 2018 i w hotelu była cały dzień ciepła woda, widocznie teraz nastały gorsze czasy, natomiast jedzenie i obsługa były bardzo marne.Czekam z niecierpliwością na Waszą relację z wycieczki do Massawy. Na mnie to miasto zrobiło niesamowite wrażenie.
macio106 19 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
@cart Pytanie, aby zaspokoić moją ciekawość. Wiadomo że w Erytrei jest dużo pozostałości po Włochach i czy to prawda że Erytrejczycy są zakochani w kolarstwie i dużo jeżdżą na rowerze,a Biniam Girmay to taki ichniejszy Lewandowski?
cart 19 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
hm, jakoś nie rzuciło mi się to w oczy.
makdeb 19 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
macio106 napisał:@cart Pytanie, aby zaspokoić moją ciekawość. Wiadomo że w Erytrei jest dużo pozostałości po Włochach i czy to prawda że Erytrejczycy są zakochani w kolarstwie i dużo jeżdżą na rowerze,a Biniam Girmay to taki ichniejszy Lewandowski?W Afryce jest to kraj, który najliczniej jest reprezentowany np. na Mistrzostwach Afryki, rozwój kolarstwa w tym kraju również potwierdza znalezienie się kilku Erytrejczyków w grupach ProTour. Dla zilustrowania migawka z krajowych mistrzostw: https://youtu.be/YpOYVjiAkdk, w Polsce nie ma co liczyć na zebranie choćby ułamka takiej widowni przy trasie. PS: Śledzę relację, dobrze się Was czyta! Sam kierunek bardzo ciekawy i zupełnie nieoczywisty.
woy 21 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
W MassawieZdjęcia by @cartW poniedziałek rano poszliśmy po permity, umożliwiające zwiedzanie rzeczy poza Asmarą. W scenariuszu idealnym chcieliśmy w dwa dni zwiedzić Massawę i Karen i o taki permit poprosiliśmy. O 8 rano złożyliśmy dokumenty, licząc po cichu, że dostaniemy przepustki od ręki. Nadzieja matką głupich, kazali nam przyjść najpierw o 11.00, potem po przerwie o 14.30. O 14.30 nic się nie zadziało, niby mieliśmy otrzymać papiery o 17.30. I koło 17.00 faktycznie dostaliśmy, tyle, że błędne. Urzędnicy zdecydowali, że do Massawy już i tak nie zdążymy i dali permit tylko do Karen. Nam zależało bardziej na Massawie, więc postanowiliśmy permit olać. Utwierdziły nas w tej decyzji Martina Sebova i Rachel Davey, prowadzące całkiem znanego bloga http://www.veryhungrynomads.com. Spotkaliśmy dziewczyny w kawiarni tuż obok ministerstwa i chwilę pogawędziliśmy – potwierdziły, że do Massawy permitów nie sprawdzają. W momencie spotkania koleżankom brakowało jeszcze kilku krajów do zamknięcia listy 193 państw ONZ, ale mamy świeżą informację, że właśnie odwiedziły wszystkie. Brawo dziewczyny!Sytuacja w biurze permitów pokazała nam, w jak absurdalnym kraju się znajdujemy. Erytrea jest znana z wykorzystywania do bólu swoich młodych obywateli, każąc im przez 10 lat (z możliwością przedłużenia w zasadzie bez ograniczeń) odbywać służbę wojskową lub cywilną na rzecz państwa. Służba jest oczywiście najzupełniej darmowa. W tej sytuacji nie dziwi, że tak wielu młodych Erytrejczykòw szturmuje granice Europy w nadziei na lepszą przyszłość. Taka sytuacja nikomu nie służy, państwo nie jest w stanie zorganizować zajęcia wszystkim tym "poborowym". Dlatego też w biurze permitów pracowało na dwie zmiany chyba z 10 osób wykonując pracę, którą gdzie indziej wykona jedna, najwyżej dwie osoby. Zresztą w normalnym kraju takie biuro w ogóle nie byłoby potrzebne.Z nic niewartym permitem w ręku poszliśmy o 7 rano na dworzec autobusowy. Weszliśmy do starego rzęcha, który po zabraniu kompletu pasażerów odjechał chwilę po 8.00. Dystans niewiele ponad 100km pokonał w trzy i pół godziny! Wydawałoby się, że to ekstremalnie długo, ale przecież droga wiedzie z wysokości 2350 n.p.m. na niemal zero. W dodatku po drodze autobus zatrzymuje się na jedzenie, gdzie @cart zrobił parę zdjęć okolicznych mieszkańców. Droga biegnie wzdłuż linii kolejowej, wybudowanej jeszcze przez Włochów, ale zniszczonej podczas wojny. Swoją drogą, przejazd między Asmarą a portem w Massawie wąskotoròwką z taką różnicą poziomów musiał zajmować chyba cały dzień. Przed wjazdem do Massawy autobus zatrzymał się na checkpoincie, gdzie strażnik wszedł i się rozejrzał po autobusie. Gdyby permity coś znaczyły, byłoby po nas. Ale zgodnie z przewidywaniami stójkowy nie zwrócił na nas uwagi, interesując się wyłącznie młodymi ludźmi, którzy musieli okazać dokumenty.Po przyjemnych dwudziestu kilku stopniach w Asmarze Massawa powitała nas ekstremalnym upałem. Skoro w listopadzie jest tam sporo ponad 30 stopni, strach pomyśleć, co się dzieje latem. Sytuację trochę ratowała wiejąca znad morza bryza, ale i tak nie mieliśmy ochoty na 3,5-kilometrowy spacer do starówki. Wzięliśmy taxi i po paru minutach doszliśmy do miejsca, które pod koniec XIX w. przypomniało mocno stolicę Zanzibaru - kamienne miasto pełne okazałych domów z zielonymi drzwiami, pałaców i meczetów zdobionych koralowcem. Niestety w przypadku Massawy wszystko to jest niemal w kompletnej ruinie. Miejscowi mówią, że to przez wojnę, ale przecież wojna skończyła się ponad 30 lat temu! Rzeczywiście widać w mieście pamiątki po wojnie. Najważniejszą jest zniszczony Pałac Cesarski, zimowa rezydencja cesarza Hajle Selassie. Inną pamiątką jest pomnik złożony z trzech erytrejskich czołgów, zniszczonych podczas kontrofensywy i zdobywania jednej z przełęczy. Zniszczony czołg można też oglądać w połowie drogi z Asmary. Ogólnie jednak Massawa sprawia dość słabe wrażenie. W środku dnia miasto jest niemalże opuszczone i zdecydowanie biedniejsze niż stolica (co w przypadku miast portowych wcale nie jest oczywiste).Łatwo było przyjechać, trudniej wrócić. Pytaliśmy, kiedy jest ostatni autobus do Asmary - jedni mówili, że o 13.00, drudzy, że koło 15.00. Przybyliśmy na dworzec chwilę po 13.00 i faktycznie zobaczyliśmy odjeżdżający autokar. Nikt nie był nam w stanie powiedzieć czy i kiedy przyjedzie następny. Zebrała się nas grupa jakichś 15 osób i czekaliśmy. O 15.00 przyjechał autobus z Asmary, więc już witaliśmy się z gąską... gdy się okazało, że kierowca musi czekać na dalsze dyspozycje, bo nie wie, gdzie ma jechać. Zaczęło się robić gorąco, musieliśmy być na wieczór w Asmarze, aby rano bez problemu dostać się na lotnisko.Była już 15.45, kiedy zdecydowaliśmy, że pojedziemy autobusem do Ghindy, mniej więcej w połowie drogi do Asmary jeśli chodzi o czas przejazdu. Za nami na ten sam manewr zdecydowali się wszyscy czekający. W Ghindzie byliśmy koło 17.30. Dalszego transportu nie było, ale widząc sporą grupkę chętnych miejscowi coś zorganizowali. Ostatecznie pojechaliśmy busem, płacąc za całość prawie dwa razy więcej niż w drodze do Asmary. 100 NKF czyli 7 USD za osobę to jednak nie majątek.Podsumowując Erytrea okazała się krajem dość przyjaznym i - wbrew początkowemu wrażeniu dość tanim. Angielski jest w powszechnym użyciu, więc dogadać się można z większością, szczególnie młodymi ludźmi. A propos młodych, w Erytrei można się poczuć jak za starych (niektórzy mówią: pięknych) czasów, kiedy nie było smartfonów i ludzie ze sobą rozmawiali twarzą w twarz. Wielki problem z Internetem sprawia, że w Asmarze wieczorem wszyscy wychodzą na ulicę, spędzając czas w restauracjach i kawiarniach. Włoskie dziedzictwo sprawia, że kulinarnie nikt, może poza weganami, nie będzie zawiedziony. Jest też szeroki wybór dań lokalnych, zwykle znacznie tańszych - na tyle, że dwie osoby są w stanie się najeść za 5-6 USD. Dania lokalne są całkiem smaczne, ale diabelnie ostre.
jasiub 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Erytrea od dawna znajduje się na mojej liście. Nie ukrywam, że Wasza relacja to dodatkowa zachęta. Tylko ten proces wizowy ...
pbak 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
A ja widze, ze to taka troche kapsula czasu. Massawa i Asmara wygladaja na tych zdjeciach niemal dokladnie tak samo jak podczas mojej wizyty parenascie lat temu. Nawet te blaszane ploty otaczajace zrujnowane budynki wygladaja znajomo. A propos wizy: wiem, ze to moze sposob nie dla kazdego ale zalatwienie wizy w konsulacie we Frankfurcie bylo swego czasu banalnie proste i wedlug tego, co widze na stronie caly czas chyba takie jest. Tylko jeden haczyk: trzeba tylko pojawic sie osobiscie. Ale to tylko trzy stacje sbahnem i jedna tramwajem od lotniska, do ogarniecia podczas dluzszej przesiadki.
kacper-szymanski 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Dzięki Ethiopianowi wyjazd w połowie się zwraca? :) Świetna relacja!
cart 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
W połowie? Dowcipniś ;-)
woy 23 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
W Sudanie PołudniowymObawialiśmy się tego kraju. Od uzyskania niepodległości w światku podróżniczym miał opinię jednego z najtrudniejszych, najmniej ciekawych i najdroższych. Krótko mówiąc – dobry kraj na zaliczenie, tzn. przylot do stolicy, krótki pobyt i wylot. Punktem obowiązkowym dla chcących wyjechać poza stolicę było „cow site” – wizyta u plemienia Mundari, niedaleko Dżuby.My mieliśmy ambitniejsze plany, polegające na zwiedzeniu wszystkich regionów NomadMania. To wymagało opuszczenia Dżuby na co najmniej dwie noce. @cart skontaktował się z różnymi fixerami i ostatecznie zdecydowaliśmy się na usługi Davida z Boma Hills Tourism. David prowadzi biuro już długo, ale nawet on po raz pierwszy robił trasę, którą uzgodniliśmy.Problemy z Sudanem Południowym polegają na trudnościach w transporcie, wszechobecnym łapownictwie, zakazie robienia zdjęć i tym podobnych atrakcjach. David znał te wszystkie przeszkody i załatwił m.in. zezwolenie na robienie zdjęć (trzeba było podać model aparatu) oraz permit na opuszczenie Dżuby. Jak widać, w Sudanie Południowym fixer jest w zasadzie niezbędny, nie bylibyśmy w stanie wyrobić tych dokumentów samodzielnie. Dzięki pomocy Davida błyskawicznie dostaliśmy też aprobatę e-wizy, kosztującej zaporowe 120 USD. E-wiza jest do uzyskania tylko przy zaproszeniu z lokalnego biura.……….Wylecieliśmy z Asmary niemal punktualnie, po drodze przechodząc przez chyba 8 osób sprawdzających nasze paszporty czy bilety (kolejny przejaw bezsensownej bezpłatnej służby na rzecz państwa). Po przeskanowaniu bagażu każdy szedł jeszcze na kontrolę manualną. U mnie poszło szybko, ale @cart przetrzymali konkretnie.W Addis wylądowaliśmy praktycznie o czasie, do kolejnego samolotu pozostała jednak mniej niż godzina. Wystarczająco, żeby połączyć się ze światem po trzech dniach bycia prawie off-line. W samolocie do Dżuby na prawie 200 miejsc zajętych było 21, za to w półtoragodzinnym locie dawali pełen obiad. Z tych dwudziestu jeden jakieś dziewiętnaście osób to byli oficjele, pracownicy ONZ i rozmaitych organizacji pomocowych. Pozostała dwójka to ja i @cart.Przylot był bezproblemowy - chcieli jedynie wizę, certyfikaty szczepienia na covid i żółtą gorączkę – to pierwszy pozytyw. Drugi pozytyw - dwa dni wcześniej rząd Sudanu Południowego zniósł obowiązki testu na covid, więc na lotnisku nie musieliśmy spędzać dużo czasu. David już czekał i odwiózł nas do hotelu Rivercamp nad Białym Nilem, typowej enklawy dla białych i pracowników organizacji międzynarodowych, ogrodzonej i strzeżonej. Niezbyt lubię takie miejsca, ale po czterech dniach dość surowych warunków w Erytrei nie narzekałem na jeden dzień „luksusu”. Mieliśmy tam nawet basen i wreszcie bardzo dobry Internet. Hotel jest położony perfekcyjnie, tuż przy miejscu, gdzie zatonął statek pasażerski. Mogliby wrak usunąć, ale ponoć właściciele hotelu i goście się nie zgadzają. Popieram - wrak wygląda bardzo fotogenicznie zarówno w dzień, jak i w nocy. I stwierdzam ze smutkiem, że jest to jedyne fotogenicznie miejsce w całej Dżubie.(wszystkie zdjęcia tradycyjnie by @cart) Kolejnego dnia z rana nasz fixer zabrał nas w długą drogę do Bor położonego w stanie Jonglei. Po drodze mijaliśmy tereny parku narodowego Badingilo, będącego miejscem wielkiej migracji zwierząt. My jednak żadnego dużego zwierzęcia nie spotkaliśmy. Przynajmniej ssaka, bo ogromne ptaki się zdarzały. Droga była całkiem dobra, choć asfalt skończył się dość szybko. Zaraz za Dżubą zaczynają się tereny plemienne, z chatkami z trzciny, a nawet ludźmi ubranymi tylko w przepaski biodrowe (potem się dowiedzieliśmy, że te osoby w przepaskach to młodzieńcy czekający na inicjację jako mężczyźni, dorośli się tak skąpo nie ubierają). Z drogi nie udało się zrobić dobrych zdjęć, ale zatrzymaliśmy się przy dużym zbiegowisku. Okazało się, że to zawody zapaśnicze. W listopadzie przypada koniec pory deszczowej i czas żniw, kiedy to ludzie są najsilniejsi i chcą spróbować swoich sił w zapasach z konkurencyjnymi wioskami czy klanami. Publiczność reagowała bardzo żywo mimo, że większość walk zakończyła się remisem. A to był tylko przedsmak pełnej egzotyki, którą pokażemy w kolejnym odcinku.
woy 24 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Z wizytą u plemienia DinkaOstrzegam - będzie dużo zdjęć, wszystkie by @cart. Próbowałem być selektywny, ale @cart zrobił dziesiątki perełekZ Bor nasz plan przewidywał podróż łódką do Minkamman, na drugim brzegu Nilu Białego. Nil w zasadzie zaraz za Dżubą tworzy gigantyczne rozlewiska Sudd, szerokie na kilkadziesiąt kilometrów i długie na grubo ponad tysiąc, aż do granicy z Sudanem i dalej. Droga do Minkamman zajęła nam ponad godzinę. Po drodze mijaliśmy setki kanałów, jezior i wysp, z których większość nie jest związana z gruntem (w języku polskim mamy na takie wyspy piękną nazwę pło). Sudd to raj dla rybaków, z którymi mieliśmy się później bliżej poznać. Na razie wystarczyło pobieżne obserwowanie ich dłubanek, zakończone zakupem 5-kilowej ryby (w cenie jakichś 12złotych), którą wieczorem zjedliśmy.W Minkamman zameldowaliśmy się w siedzibie szefa hrabstwa, przedstawiając wszystkie permity. Wyglądało to bardzo oficjalnie i mogło trochę dziwić, ale turyści są tu na tyle rzadcy, że komisarz może sobie pozwolić na osobiste spotkanie z każdym z nich. Nasza podróż tego dnia nie skończyła się w Minkamman. Stamtąd jeden z nielicznych samochodów, załatwiony przez naszego fixera, zabrał nas w ponadgodzinną podróż na zachód. Nie była to wcale przyjemna podróż. Stłoczeni obok kierowcy na miejscu dla jednej osoby co i rusz podskakiwaliśmy na wybojach drogi, która na mapie wyglądała jak krajowa. W ponad godzinę przejechaliśmy niewiele więcej niż 20 kilometrów. Ale było warto, w końcu dojechaliśmy do obozu pasterzy plemienia Dinka, jednego z największych plemion zamieszkujących Sudan Południowy. Pamiętacie Meę z "W pustyni i w puszczy"? Mea pochodziła właśnie z plemienia Dinka.Zawsze podchodzę z rezerwą do zwiedzania wiosek tubylczych. Mam obawy, że wszystko jest robione pod turystów i autentyczność jest podkolorowana pod ich potrzeby. Tutaj szybko wyzbyłem się rezerwy - na pierwszy rzut oka było widać, że ci ludzie turystów nie widzą (prawie) wcale, nasz fixer wspomniał, że z nikim tu nigdy nie był i nie mamy powodów, by mu nie wierzyć. Dzieci dotykały naszej skóry, prawdopodobnie pierwszy raz w życiu widząc białego człowieka. Najfajniejsze było to, że dla członków plemienia byliśmy taką samą atrakcją, jak oni dla nas. Trudno się temu dziwić dowiedziawszy się, jak wygląda życie takich pasterzy. Praktycznie całe życie spędzają przy krowach, które są ich podstawowym źródłem pożywienia.Niemal od początku wpadliśmy w zachwyt, najpierw z widoku tysięcy krów (i to dosłownie, członek plemienia wyjaśnił, że jest ich około 10 tysięcy, ponad trzy razy więcej niż ludzi), potem z reakcji tubylców, którzy z własnej i nieprzymuszonej woli ustawiali się do zdjęcia - ba, wielu wręcz o to prosiło, szczególnie ci, którzy chcieli pochwalić się szczególnie dorodnymi okazami. A dobra krowa potrafi kosztować nawet kilkanaście krów gorszej jakości. To i tak dużo mniej niż żona - żeby wziąć żonę trzeba zapytać wszystkich członków jej bliższej i dalszej rodziny (de facto całego klanu) ile krów sobie za nią życzą. Ostateczna cena może wynieść i ponad 100 krów, choć zazwyczaj jest to dużo mniej. Najlepsze krowy mają uczepione dzwonki, ozdobę, która sama w sobie potrafi sporo kosztować. Z innych ciekawostek:1. Pasterze Dinka oraz inne plemiona tego typu zwykle uprawiają wielożeństwo. Rekordzista z Południowego Sudanu ma 105 żon, choć słyszałem o jeszcze większych kozakach u Masajów w Kenii.2. Oficjalny wiek zamążpójścia to 18 lat, ale nie dotyczy to pasterzy, gdzie najczęściej dziewczęta wychodzą za mąż po osiągnięciu dojrzałości płciowej, w wieku około 15 lat.3. Edukacja w kraju teoretycznie jest obowiązkowa. Znów nie dotyczy to pasterzy, którzy nawet nie mogą posłać dzieci do szkoły, bo obowiązkiem dzieci jest opieka nad krowami. Zazwyczaj tylko jedno dziecko z licznej rodziny jest edukowane, a i to niechętnie, bo edukacja kosztuje wiele krów, a krowy to dla nich wszystko.4. Plemię dzieli się na część pozostającą w wiosce (starszyzna, część kobiet i dziewczynek, które uprawiają ziemię) oraz pasterzy, śpiących w prymitywnych chatach i codziennie wypędzających krowy na pastwiska. 5. Wielkie znaczenie mają wszystkie produkty krowie. Oczywiście mleko jest podstawą pożywienia i młody mężczyzna potrafi wypić 5l za jednym posiedzeniem. Pewnie dlatego są tacy wysocy, już 10-latkowie byli zwykle od nas wyżsi, a mężczyźni ponad dwumetrowi to u Dinka normalka. Próbowaliśmy - mleko jest smaczniejsze niż od naszych krów, którego jako dziecko nigdy nie mogłem wypić bez schłodzenia6. Innym produktem krowim o wielkim znaczeniu jest ich kupa, używana tu jako opał. Spalony krowi kał wydziela ostry, gryzący w oczy dym, którym byliśmy zaraz przesiąknięci. Za to zdjęcia w oparach dymu wyszły wyjątkowo. 7. Spalony popiół jest używany jako środek dezynfekujący - dzieci i dorośli smarują nim ciała swoje oraz krów, w tym nawet rogi. 8. Chyba najbardziej zaskakujące jest użycie krowiego moczu. Nie był wcale rzadki widok sikającej krowy i chłopaka podstawiającego pod strumień swoją głowę. Bo mocz jest traktowany jak naturalny barwnik do włosów, dzięki któremu stają się brązowe. Mocz jest też używany do mycia rąk, dobrze dezynfekuje. Przypadków picia nie odnotowaliśmy. 9. Wreszcie z krowich produktów nie można zapomnieć o mięsie. Mięso to jednak prawdziwy rarytas. Krowy zabija się bardzo rzadko, z powodu ważnej uroczystości lub wtedy, gdy krowa jest chora.10. W obozie mieszka kilka różnych klanów, władzę sprawuje kilkuosobowa starszyzna każdego z ich. W wiosce jest jeden szef, który ma uprawnienia sędziego, ale tylko w mniej poważnych sprawach. Zabójstwo podlega jurysdykcji władzy centralnej.11. Wszyscy członkowie plemienia mają bardzo krótkie włosy i obcinają je brzytwą. Przez to ciężko czasem odróżnić kobietę od mężczyzny, szczególnie, że te chudzielce nie wyróżniają się obfitym biustem. Kobietę można poznać po ozdobach, czasem bardzo drogich - bransoletka z kości słoniowej potrafi kosztować tyle, co krowa. 12. Jeśli o włosy chodzi, w miastach jest większa dowolność. Kiedy jednak pasterz znajdzie się w mieście z dłuższymi włosami, władza potrafi mu je przymusowo obciąć.13. Krowy mają ogromne rogi, pozakręcane w fantazyjny sposób. Mimo groźnego wyglądu są niesamowicie potulne, mam wrażenie, że obracając łeb patrzyły, aby przypadkiem nikogo nie uszkodzić. Spędziliśmy z Dinka noc, śpiąc w namiotach w centralnej części obozu - spaliśmy nieźle, choć obóz żył przez całą noc. Wstaliśmy o świcie, dzięki temu mogliśmy obserwować poranny udój i wyprowadzanie krów. Po wyjściu krów i pasterzy w obozie zostało może 10% mieszkańców i nieliczne zwierzęta. Wkrótce i my się pożegnaliśmy z tym niesamowitym miejscem.
igore 24 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Zdjęcia miazga.
martinuss 24 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
@WoyQuote:Aha, roamingu oczywiście nie ma, polska karta sim jest bezużyteczna. To już mój szósty kraj, gdzie polski telefon milczy. Siódmym był zresztą Sudan Południowy. Nie działają też karty, nie ma bankomatów - jak za starych czasów cash is the king.Wymienisz te kraje w których Polska karta SIM nie zalogowała się do lokalnej sieci? Bardzo zaciekawiłeś mnie tym.
dmw 25 listopada 2022 05:08 Odpowiedz
Uaktualnię: na Fidzi już działa, na Grenlandii też. Na Sao Tome w 2021 nie było, Brunei 2022 nie ma, Palau w 2016 nie było (TMobile)
woy 25 listopada 2022 05:08 Odpowiedz
@DMW Z racji Twojego wpisu przypominam sobie, że mogłem przeoczyć Brunei (wizyta w 2017) i Palau (oczywiście również pamiętny dla społeczności f4f rok 2016).
sko1czek 25 listopada 2022 05:08 Odpowiedz
Dodam Mauretanię (2022) - bez roamingu.
woy 25 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
U rybaków i w stolicy. Podsumowanie Sudanu PołudniowegoDroga powrotna zajęła nam chyba jeszcze więcej i trzęsło jeszcze mocniej, ale w końcu dojechaliśmy do przeprawy. Wróciliśmy przez rozlewiska Sudd do Bor. Po południu czekała nas jeszcze wycieczka łodzią do obozu rybaków. Tu poznaliśmy proces oprawiania, solenia i wędzenia ryb, które są następnie sprzedawane zwykle do DR Konga. Było równie egzotycznie, co u Dinka – wielopokoleniowa rodzina żyjąca na malutkiej przestrzeni, zajmująca się wyłącznie połowem i obróbką ryb. Ponad 50% populacji stanowiły małe dzieci. Noc spędziliśmy w Bor, stolicy ogromnego stanu Jonglei, większego niż 1/3 Polski. Samo miasto wygląda jednak jak dziura z jednym w miarę przyzwoitym hotelem - niestety zajętym przez wszelkiej maści ONZ-owców, przez co my musieliśmy spać w takim mniej porządnym, bez ciepłej wody i z krótko działającym prądem. W drodze powrotnej do Dżuby zaskoczyła nas cena benzyny w Bor - litr kosztował 1100 funtów, czyli 1,83 dolara, 9 złotych! W kraju, który ma ogromne zasoby ropy naftowej! Niestety Sudan Południowy nie doczekał się jeszcze własnej rafinerii, co częściowo tłumaczy wysoką cenę. W Dżubie litr benzyny kosztował już tylko 800 funtów czyli 1,25 dolara.Sama Dżuba to miasto nie warte większej wzmianki, chyba najbrzydsza z widzianych przeze mnie stolic. Poza prezentowanym wcześniej wrakiem statku zrobiliśmy zdjęcia jednego miejsca - katedry rzymskokatolickiej. A propos zdjęć, wspominałem, że nasz fixer musiał nam załatwić specjalne permity, bez których moglibyśmy mieć kłopoty. Ale nawet z permitami nie mogliśmy robić zdjęć budynków rządowych i wojskowych oraz jakichkolwiek urzędników państwowych. Nasłuchaliśmy się historii o wymuszaniu łapówek na wyjeździe, więc z małą obawą pojechaliśmy na lotnisko. Poza niespodziewanymi problemami z moim biletem, rozwiązaniami po jakichś dwudziestu minutach, kontrola graniczna przeszła sprawnie i nikt od nas nic nie chciał. Może dlatego, że wcześniej zapłaciliśmy po 50 USD za tzw. alienation certificate, wklejkę do paszportu z rejestracją cudzoziemca. Nie znaliśmy tego wymogu i prawdopodobnie niewielu podróżników o nim wie, stąd problemy na granicy. Z drugiej strony 115 USD za wizę i 50 za ten certyfikat czynią z Sudanu Południowego jeden z najdroższych krajów pod względem obowiązkowych opłat wjazdowych i wyjazdowych.Spodziewaliśmy się po Sudanie Południowym wszystkiego, co najgorsze, ale rzeczywistość była dużo bardziej kolorowa. Dzięki naszemu fixerowi Davidowi nie mieliśmy żadnych problemów i zobaczyliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy. Za kilka lat, jeśli rząd spełni obietnicę i naprawi wszystkie główne drogi, kraj ma szansę na przyciągnięcie większej liczby turystów. Dzisiaj to ciągle bardzo, ale to bardzo niszowy kierunek, i tak zostanie jeszcze przez jakiś czas.
msadurski 29 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
O, nareszcie jakieś naprawdę fajne kadry na tym forum :-)Widzę, że wystarczy wyjechać do Południowego Sudanu i już się jest Sebastião Salgado.Czy tam zawsze jest taki smog w powietrzu? Tak, czy siak - warto było zabrać prawdziwy aparat.I jeszcze poważne pytanie. Jak jest z robieniem zdjęć w Erytrei? W szczególności z robieniem zdjęć ludziom? Czy poza tymi paniami pod kościołem nikt się nie czepiał? A tamtejsza bezpieka?
cart 29 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Ten dym jest wszechobecny. Palą tam odchodami krowimi by odgonić wszelkiej maści komary i inne gryzące insekty. Po godzinie cały byłem śmierdzący, szczypało w oczy i zbierało się na kaszel. No ale klimat na zdjęcia pierwszorzędny :) W Etiopii już tego nie widzieliśmy. Niby krowa ma podobną wartość, ale tylko w Sudanie Południowym używali odchodów i moczu krów do wszystkiego, czego się dało.W Erytrei niektórzy się chowali, inni uciekali zawstydzeni, a ktoś tam machał by nie robić. A ja też trochę oszukiwałem, bo dużo strzelałem z biodra. Na szczęście bezlusterkowiec ma tryb cichy i nie słychać trzasku lustra ;)
woy 29 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Pierwsze kroki w EtiopiiPrzylot z Dżuby do Addis Abeby to jakby przylot do innego świata. Niby i Etiopia i Sudan Południowy są zaliczane do kategorii państw rozwijających się, ale gołym okiem widać, że różnica w rozwoju jest gigantyczna. Addis to nowoczesne miasto z dobrze rozwiniętym transportem publicznym, przypominające miasta w Indiach czy Malezji. A 150km do miasta Ziway gdzie spaliśmy, pokonaliśmy doskonałą drogą ekspresową (budowaną przez Chińczyków) w półtorej godziny. Spaliśmy w hotelu sieci Haile, należącej do legendarnego biegacza etiopskiego Haile Gebreselassie, obecnie poważanego biznesmena. Sam hotel, choć niby 3-gwiazdkowy, pozostawia trochę do życzenia, ale maniery kelnerów były lepsze, niż w większości hoteli w Polsce (nie wspominając o tym, że wszyscy dobrze mówili po angielsku). No i miał saunę, z której z przyjemnością skorzystałem. Hotel był położony nad sporym jeziorem, wokół którego obejrzeliśmy trochę ptaków. Nasz przewodnik i kierowca stawili się punktualnie - kolejny punkt dla nich. Mieliśmy do pokonania jakieś 400km, więc dyscyplina była wskazana. Ekspresówka się skończyła, lokalne drogi nie zawsze miały dobrą nawierzchnię, a w dodatku były niemiłosiernie wprost zatłoczone. Porządku pilnowała drogówka, ale samochodów z turystami nie zaczepiali. Według naszych ludzi policja jest bardzo mocno skorumpowana, a od dobrobytu szybko rosną im brzuchy (co jest obiektem żartów nawet podczas spotkań z politykami). Widzieliśmy też policjantkę muzułmańską, która w sprytny sposób połączyła zakaz noszenia spodni i zakrywania głowy. Podobno Etiopia - kraj niesamowicie zróżnicowany wyznaniowo - nie ma konfliktów religijnych, w czym pewnie trochę pomaga fakt, że zdecydowana większość jest zwolennikami monoteizmu wywodzącego się od Abrahama. Sporą część stanowią liczni protestanci, od potężnych tu Adwentystów Dnia Siódmego do Etiopskiego Kościoła Katolickiego. Oczywiście głównym wyznaniem chrześcijańskim pozostaje Etiopski Kościół Ortodoksyjny.Pierwszym przystankiem był Park Narodowy Abidżata-Szalla, w którym podczas krótkiego trekingu mogliśmy z bliska sfotografować strusie, guźce, gazele i trochę ptactwa. Dalej mijaliśmy po drodze miasto Szaszamane, na którego przedmieściach osiedlili się Jamajczycy. Historia ich przybycia do Etiopii jest całkiem ciekawa. Pewnego razu wielki megaloman, cesarz Etiopii Haile Selasje (tenże sam, którego był łaskaw opisać Ryszard Kapuściński w swojej książce "Cesarz") wybrał się w podróż na Jamajkę. W tym czasie kraj ten nawiedziła katastrofalna susza i lokalni sprzedawcy nadziei (w Polsce znani głównie pod nazwą ksiądz) ogłosili, że osoba która sprowadzi do kraju deszcz musi być bogiem. Traf chciał, że deszcz spadł w trakcie wizyty Hajle Selasje, który zapewne z przyjemnością przyjął tytuł boga. W swojej łaskawości pozwolił Jamajczykom osiedlić się w całkiem żyznej części Etiopii. Pozostało ich wielu do dziś, a w wioskach, gdzie mieszkają, można legalnie uprawiać i palić zioło.Na obiad zatrzymaliśmy się w Sodo, jedząc jedno z narodowych dań Etiopii - surową wołowinę. W zasadzie zamówiliśmy trzy rodzaje - zupełnie surową dla naszych przewodników, średnią dla mnie i wysmażoną dla @cart - ale zgodnie z miejscowym zwyczajem każdy z każdym dzielił się tym, co ma na talerzu. Wszystkie trzy były wyśmienite, a smaku dodawał nam fakt, że wszyscy byli dla nas niesamowicie mili i uśmiechnięci. Ja po surowej i półsurowej wołowinie czułem się świetnie, ale @cart nie posłużyła.Po jedzeniu nasz przewodnik zapewnił dodatkową atrakcję - kupił czat (quat), narkotyczne liście żute namiętnie przez mieszkańców Rogi Afryki. Niestety, mimo przeżucia sporej ilości tego zielska nie poczułem absolutnie nic.Po długiej drodze dojechaliśmy do wioski Dorze, położonej na górze o wybitności ponad 1000 m względem otoczenia. Do Dorze wiedzie niezła szutrowa droga, na której trzeba uważać na małe dzieci, usiłujące wyżebrać od turystów napiwki za wykonany naprędce lokalny taniec. To ciemna strona turystycznych miejsc w Etiopii - kraj nie ma w ogóle obowiązkowej edukacji, w z związku z czym dzieci zamiast do szkoły są czasem wysyłane na łatwy zarobek u zwiedzających.Wrażenie turystycznej pułapki nieco się wzmogło po dotarciu do samej wioski. Zostaliśmy powitani przez ubranych w tradycyjne stronę mieszkańców, otrzymaliśmy obowiązkowy wiecheć trawy i udaliśmy się na zwiedzanie z mówiącym dobrym angielskim przewodnikiem. Nie będę nudził szczegółami dotyczącymi życia ludu Dorze - zdjęcia trochę wyjaśnią. Doświadczenie jest wybitnie pod turystów, ale czuliśmy się dobrze zaopiekowani, zwłaszcza po czterech kieliszkach lokalnego bimbru.
cart 29 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Z perspektywy czasu trzeba powiedzieć, że pomimo, że Dorze ma cały czas kontakt z turystami to jednak byliśmy tam jedyni, więc lekką magię można było poczuć. Zrobili dla nas placek na zagrychę i postawili dużą butelkę bimbru 45%. Ja przechyliłem tylko 2 kielonki, ale jak się ekipa podłączyła to butelczyna pękła a @Woy pięknie śpiewał na toast :). W życiu nie piłem tak dobrego pędzonego alkoholu. 100x lepszy niż nasza wódka, której bez zapojki nie przyjmę :D
lataczuk 30 listopada 2022 05:08 Odpowiedz
Pytanie z czego oni to pedza, miejmy nadzieje, ze z niczego pochodzacego od krowy ;)
cart 30 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
Z roślin. Podawali z jakich, ale zapomniałem ;). Zagrycha była ze sfermentowanego ciasta pochodzącego z łodyg drzewa bananowego, takiego fejkowego, bo nie dającego bananów.
kumkwat-kwiat 1 grudnia 2022 05:08 Odpowiedz
macio106 napisał:@cart Pytanie, aby zaspokoić moją ciekawość. Wiadomo że w Erytrei jest dużo pozostałości po Włochach i czy to prawda że Erytrejczycy są zakochani w kolarstwie i dużo jeżdżą na rowerze,a Biniam Girmay to taki ichniejszy Lewandowski?Trochę w temacie kolarstwa w Erytrei można posłuchać tutaj:https://dzialzagraniczny.pl/2022/09/cze ... aryjskiej/Ja do czasu tego podcastu nie wiedziałem w tym temacie nic.
woy 4 grudnia 2022 23:08 Odpowiedz
W KonsoOstatnio niewiele się w relacji działo, ale to przez przygotowania do kolejnej podróży, znowu do Afryki. Ten odcinek i pewnie kilka kolejnych wysyłam z miejsca, które tutaj jeszcze nie było opisywane ;) )Dzień zaczął się leniwie, od obserwacji zwierzaków, które były same leniwe lub wstydliwe. A mowa o krokodylach (lenie) i hipopotamach (wstydziochy), które widzieliśmy na jeziorze Chamo, w Parku Narodowym Nechi Sar. Mamy wątpliwości, czy prawie trzy godziny były tego warte, ale może jesteśmy za bardzo zblazowani, widziawszy te zwierzęta w wielkich ilościach w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Uchwycić hipcia było niezwykle ciężko, bo ledwo wystawiały łeb, żeby się za chwilę schować – dlatego musicie nam uwierzyć na słowo, że je widzieliśmy. A propos leniuchowania, Etiopia to idealny kraj dla tych, którzy chcą się poczuć jako ranne ptaszki, w dodatku młode. Według kalendarza etiopskiego dzień zaczyna się o 6 rano, więc jeśli ktoś lubi spać do południa, 13 grudnia czy w jakikolwiek inny dzień, może z podniesionym czołem powiedzieć, że wstał o szóstej. No i automatycznie poczuć się młodziej o siedem lat, bo według tutejszego kalendarza mamy dopiero 2015 rok! A przybywający przed 12 września odejmą sobie jeszcze rok więcej, w sumie aż osiem.Wracając do podróży- znad jeziora słabą drogą przetelepaliśmy się do Konso, wpisanego na listę UNESCO AD 2011 lub AM 2003 (spostrzegawczy zauważą, że wpisy robi się przed 12 września - zazwyczaj w czerwcu lub lipcu). Po drodze mieliśmy spaloną wioskę, położoną tuż przy rzece oddzielającej jedno plemię od drugiego. Tragiczne wydarzenia miały miejsce niecałe dwa lata temu i pokazują, że w Etiopii napięcia etniczne to codzienność nie tylko w Tigraju.W Konso o napięciach etnicznych nie było mowy, bo wioska jest w centrum terytorium zamieszkałego praktycznie wyłącznie przez lud Konso. Odwiedziliśmy wioskę Gamole, będącą żywym skansenem i pomnikiem kultury tego ludu. W obrębie trzech linii kamiennych murów (kiedyś chroniących przed dzikimi zwierzętami i najeźdźcami, dziś wyłącznie o znaczeniu symbolicznym) mieszkają ludzie zajmujący się głównie uprawą roli na będących symbolem regionu tarasach. Takie tarasy to codzienność na Filipinach, w Chinach czy Wietnamie, ale w Etiopii to prawdziwa rewolucja – tylko Konso transformowali krajobraz w ten sposób, inne plemiona traktowały i traktują góry jako linię demarkacyjną, a z aktywności ekonomicznych wypasają tam co najwyżej kozy. Po raz kolejny cieszyliśmy się z posiadania fixera, bo znaleźć samemu właściwą wioskę i sprawić, żeby nas stamtąd nie pogoniono, nie byłoby takie proste. Fixer załatwił przewodnika, z którym bezpiecznie zwiedziliśmy wioskę. Od niego wiemy, że lud Konso dzieli się na 9 klanów, a zawierać małżeństwo wolno tylko z osobą z innego klanu. Ludem rządzi król, a gdy umiera, wszyscy udają, że zachorował. Balsamują zwłoki i trzymają je 9 lat, 9 miesięcy i 9 dni, a dopiero po tym okresie przestają udawać i świętują koronację nowego króla, najstarszego syna poprzednika. A co, gdy nie ma syna? Nie wiem, nie wdawaliśmy się w szczegóły praw sukcesyjnych Konso. Lud jest też znany ze stawiania tzw. waka, drewnianych pomników na pamiątkę władców i innych strażników. A w centralnym punkcie wioski stawia niby maszty, przewiązywane konopną liną co jedno pokolenie, czyli co 18 lat. Przez policzenie wiązań można sprawdzić jak długo istnieje dana wioska. Mimo udanej wizyty poczuliśmy pewien niesmak. Większość mieszkańców pozowała chętnie do zdjęć, ale prawie natychmiast domagała się napiwku. To samo z chmarą towarzyszących nam wszędzie dzieci. Doświadczenie zupełnie różne od Południowego Sudanu i wizyty u Dinka, gdzie przyglądaliśmy się tubylcom z taką samą ciekawością, jak oni nam.
woy 5 grudnia 2022 23:08 Odpowiedz
Jak „zwiedzać” plemionaTytułowe pytanie jest prowokacyjne i słowo „zwiedzać” zostało celowo wzięte w cudzysłów. Plemiona nie są atrakcją do zwiedzania, a interakcja z ludźmi o stylu życia zupełnie różnym od naszego powinna choć odrobinę być wymianą z obu stron. Naszym głosem w dyskusji będzie opis dwóch różnych doświadczeń z tego samego dnia.Jeśkli poczuliśmy lekki niesmak po wizycie w Konso, Mursi pozostawili po nas gigantycznego kaca. Mursi to chyba najbardziej charakterystyczne plemię całej Afryki - jest ktoś, kto nie widział zdjęcia kobiety Mursi z ogromnym krążkiem w dolnej wardze? Za chwilę zobaczycie jeszcze raz. Proszę bardzo: Jadąc do każdego plemienia nasz fixer brał jeszcze jednego lokalnego przewodnika, pochodzącego z danego plemienia i mówiącego po angielsku. Tak też było w przypadku Mursi, ale tym razem nasz przewodnik w samochodzie za dużo nie mówił. Okazał się za to bardzo aktywny, kiedy już dojechaliśmy do wioski. Wskazywał członkom plemienia miejsce, gdzie mają się ustawić, przestawiał w szeregu, szukał światła, poganiał tych, co nie chcieli pozować itd.Nasza wizyta w wiosce Mursi wyglądała właśnie tak. Krótki wstęp, 200 birr od łebka i możesz fotografować do woli. Ułatwimy ci zadanie i ustawimy wszystkich w rządku i każemy ubrać się we wszystkie te rzeczy, których wprawdzie na co dzień nie noszą, ale które wyglądają dobrze na zdjęciach (do takich należą zresztą krążki w wardze). Możesz podtykać aparat pod sam nos, nikt nawet nie piśnie, przecież wódz zaaprobował i kosi kasę. Jedni turyści już się napstrykali? Nie ma rozkazu spocznij, już widać kolejną grupę.Dalszego komentarza nie będzie. Tylko fotki. Na szczęście kolejne doświadczenie było diametralnie inne. Po drodze z Dżinki do Turmi odwiedziliśmy wioskę plemienia Banna. Banna nie są aż tak charakterystyczni jak Mursi, w związku z czym wielu zwiedzających po prostu ich omija. Z jednym wyjątkiem- ciężko ominąć dzieci Banna, stojące przy drodze z Dżinki do Turmi i popisujące się chodzeniem na szczudłach, obowiązkowo pomalowane. Oprócz tego wyróżniają się jeszcze tylko fryzurą tamtejszych kobiet. Nasz przewodnik u Banna był zdecydowanie bardziej rozmowny, byliśmy jedynymi zwiedzającymi w bardzo małej wiosce na wzgórzu. Nikt nas nie poganiał, siedzieliśmy w chacie czasem dłuższą chwilę nic nie mówiąc i pijąc świeżo przygotowany przysmak - napój z łupin kawy, podawany w wysuszonej połówce dyni i smakujący bardziej jak herbata, niż kawa. Nikt się specjalnie nie ubierał do zdjęć, a rozmówcy byli szczerze zainteresowani nami. Wiecie, jaki wspólny element wynalazł przewodnik pomiędzy Banna a nami? To, że i oni, i my nie dokonujemy obrzezania.
cart 5 grudnia 2022 23:08 Odpowiedz
Ci którzy robią ekspresowe wycieczki po Dolinie Omo mają właśnie do czynienia przede wszystkim z Mursi. Potem jest rozczarowanie, że te wszystkie plemiona to taka szopka dla turystów. Warto było jednak zobaczyć i porównać sobie do innych plemion. Jedynie z Mursi widzieliśmy innych turystów w ich wioskach. To ustawianie wszystkich w rzędzie do zdjęć to dość żenujący spektakl. Na szczęście wszystkie kolejne plemiona były bardzo autentyczne. Warto poczekać na kolejne odcinki :)
woy 6 grudnia 2022 17:08 Odpowiedz
Cuda w dolinie OmoJedną z zaskakujących rzeczy w Etiopii był dobry stan infrastruktury w miejscach, w których nie można się było spodziewać. I zły w takich, gdzie człowiek spodziewałby się czegoś lepszego. Przykładem tej drugiej sytuacji były dziurawe drogi wokół Addis Abeby, pierwszej - świetny asfalt w miasteczku Turmi, ostatniej bramie cywilizacji (w rozumieniu naszym) w dolinie Omo.Turmi to doskonała baza wypadowa do zwiedzania plemion z doliny Omo. Miasto jest położone na terenach otoczonych przez plemię Hamer, ale niedaleko są plemiona Karo, Dassanecz, Arbore, Banna czy Nyangatom. Wszystkie bardzo charakterystyczne i warte poznania. My wyraźnie poprosiliśmy o wycieczkę, która będzie w sobie zawierać przekroczenie rzeki Omo - wszystko po to, żeby móc dodać miejsce z listy UNESCO pt. "Dolna dolina Omo", którego zaproponowane granice obejmują właśnie prawy brzeg rzeki do granicy z Kenią. Nasz przewodnik zabrał nas więc do Omorate, ostatniej większej osady w dolinie Omo.Most na rzece Omo: O ile cała południowa Etiopia to wyjątkowe miejsce dla podróżnika pod względem różnorodności bodźców i szeroko pojętej egzotyki, w Omorate można pod tym względem dostać ekstazy. Jesteśmy niby w miejscu cywilizowanym, są sklepy i normalne domy, nawet jakiś lichy hostel, a jednocześnie po ulicy chodzą kobiety nagie od pasa w górę, z różnokolorowymi koralami, małymi dziećmi na plecach czy wiązką chrustu trzy razy większą niż one same. W Omorate zjedliśmy śniadanie i kupiliśmy dwa worki łupin po kawie, aby potem podarować je w zamian za zwiedzanie wioski plemienia Dassanecz. Kobiety ze zdjęć powyżej pochodzą z plemienia Hamer, w którym (obok plemienia Karo) ciągle występuje koszmarny zwyczaj mingi. Niektóre dzieci uważane są za przynoszące pecha – należą do nich dzieci nieślubne, bliźnięta oraz takie, którym pierwszy ząb wyrasta u góry. Los takiego dziecka (zwanego mingi) jest fatalny – jest zostawiane w buszu na pewną śmierć lub topione. Rząd i NGOsy walczą z tą praktyką i podobno w plemieniu Karo jest już zabroniona. Chętni mogą poczytać i obejrzeć historię człowieka, który uratował kilkadziesiąt dzieci mingi, a którego dwie starsze siostry skończyły wcześniej w ten sposób życie. Najlepiej zacząć od http://www.myomochild.org.W pierwotnym planie mieliśmy przepłynąć Omo łódką, ale w ostatniej chwili nasz przewodnik go zmienił i pojechaliśmy samochodem aż pod samą granicę z Kenią, w miejsce zwane Trójkąt Elemi (Ilemi), na trójstyku granic Etiopii, Kenii i Sudanu Południowego. W zasadzie minęliśmy za zgodą pograniczników etiopski posterunek graniczny i wjechaliśmy na pas ziemi niczyjej, przekraczając swobodnie słupek graniczny Etiopii z Kenią. Mapy Google oraz mapy.cz pokazywały, że znajdujemy się na terenach Sudanu Południowego, ale faktyczna granica tego kraju zaczyna się kilka kilometrów dalej. Przynależność państwowa Trójkąta Ilemi jest niejednoznaczna (sytuacja prawna jest bardzo ciekawa, polecam pasjonatom takich zagadnień) – obecnie obszar ten kontroluje Kenia, ale według naszego sudańskiego przewodnika jest skłonna do negocjacji. Gdyby Sudan Południowy otrzymał wszystko to, co jego zdaniem powinien, jego granica rozciągałaby się aż do jeziora Turkana.Na granicy przewodnik polecił mi nagranie filmiku, na którym przeskakuje obok słupka granicznego, krzycząc raz po raz „Etiopia” „Kenia” „Etiopia” „Kenia”. Wrzucił ten filmik na TikToka, a trzy dni później zanotował pół miliona wyświetleń! Jest coś w tym świecie, czego chyba nigdy nie zrozumiem.Ale nie przyjechaliśmy na granicę tylko po to, aby oglądać i nagrywać wygłupy. I tam przypatrywaliśmy się plemionom, które nic sobie nie robią z istnienia granicy państwowej, raczej nie identyfikując się z żadnym z krajów. Już małe dzieci łowiły ryby za pomocą siatek robionych z moskitier, podarowanych im przez organizacje pomocowe. Rozczulający był dla mnie moment, kiedy odtrąbiliśmy odwrót, a czwórka maluchów szła trzymając mnie za rękę, głaszcząc ją i szczypiąc – widomy znak, że białego człowieka widzą bardzo rzadko, a może i zdarzyło im się to po raz pierwszy w swoim kilkuletnim życiu. Wracając wstąpiliśmy do wioski plemienia Dassanecz (używam fonetycznego spolszczenia, w internecie można spotkać angielskie nazwy Daasanach czy Dassanech), oddając kupione wcześniej łupiny kawy. Dassanecz charakteryzują się tym, że kobiety niezamężne układają włosy zależnie od stanu cywilnego. Panny mają kosmyk włosów na środku czoła, a mężatki odsłaniają całe czoło, włosy czesząc na boki. Poza tym wszystkie mają wspaniałe korale. Jeśli o kobietach mowa, nie mają łatwego życia, bo podlegają obrzezaniu (mężczyźni zresztą też, ale te dwie praktyki nie są w żaden sposób porównywalne). Dodatkowo żyją w miejscu, które jest gorące, ale dość wietrzne, przez co muszą palić ogniska w chatach. Wleźliśmy na chwilę do takiej chaty – w środku było chyba z sześćdziesiąt stopni, nawet nasz etiopski przewodnik momentalnie pokrył się potem i po dwóch minutach myślał tylko o wyjściu.
woy 7 grudnia 2022 12:08 Odpowiedz
Skakanie przez byki i sieczenie rózgami czyli jak chłopiec Hamer staje się mężczyznąPo opuszczeniu Dassanecz czekała nas druga ogromna dawka emocji, porównywalna lub nawet przewyższająca wizytę u plemienia Dinka w Sudanie Południowym. Dzień wcześniej wzięliśmy na stopa młodą dziewczynę z plemienia Hamer, mieszkającą na co dzień w mieście. Poprosiliśmy ją, aby w swoim języku zapytała stojących obok drogi współplemieńców czy gdzieś w okolicy nie odbywa się ceremonia skakania przez byki. Okazało się, że tak, chłopcy wskazali wioskę, do której udaliśmy się następnego dnia.Skakanie przez byki to rytuał przejścia – ceremonia, po której chłopiec staje się mężczyzną. Z tej okazji odbywa się ucztowanie, na miejsce ściąga cała bliższa i dalsza rodzina skaczącego. Zaczyna się od tradycyjnych śpiewów i tańców, mężczyźni malują twarze specjalną farbą. Potem następuje najbardziej dynamiczna część – z różnych stron przybywają biczownicy z rózgami. Kobiety z rodziny bohatera ceremonii mają za zadanie wypatrzyć biczowników, dopaść ich i wyrwać im z rąk jak najwięcej rózeg. Jak już je wyrwą (często też sobie nawzajem), podają je znów biczownikowi, po czym dmą w róg prowokując go do uderzenia. Biczownik energicznym ruchem siecze kobietę rózgą przez jej prawe ramię, często powodując głębokie rany na plecach. Kobiety w ten sposób manifestują szacunek do bohatera ceremonii, a przez ból pokazują własną niezależność – w tym plemieniu same decydują, za kogo wyjść za mąż. Biczowanie było fascynujące, choć nasz stosunek do tej praktyki był różny – @cart balansował na granicy obrzydzenia, ja miałem więcej zrozumienia. Fakt, że kobiety same chciały być uderzone, często zmuszały biczowników do działania, szarpiąc ich i wyciągając z tłumu. Biczownicy wcale nie palili się do smagania rózgami, a gdy byli poproszeni przez młode dziewczynki, robili to bardzo lekko, aby tylko tradycji stało się zadość.Kolejną częścią ceremonii było parzenie i picie kawy przez świeżo przybyłą starszyznę rodzinną – wujków skaczącego. Dalej najbardziej makabryczna część ceremonii – rytualne zarzynanie małej kózki. To był moment dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, bo rzezak po prostu podciął jej gardło i poczekał, aż się wykrwawi. Z truchłem kozy najbliższa rodzina skaczącego (notabene zupełnie nagiego) robiła jakieś czary-mary. Nadszedł czas na właściwą ceremonię. Ale żeby przez byki skoczyć, trzeba je najpierw złapać. @cart zawczasu przewidywał, że lepiej trzymać się z daleka pierwszego kręgu wokół byków. Nasz fixer uspokajał, że nic się nie wydarzy, ale gdy mężczyźni zaczęli byki łapać, tamte niemalże wbiegały w tłum. Nikomu nic się nie stało, ale wielu (w tym my) było centymetry od oberwania rogiem.W końcu byki zostały połapane, ustawione w rządku, a nasz dzielny skoczek rozpoczął swoją próbę. Jak się można domyśleć, nie jest to łatwe zadanie wskoczyć na byka, a on musiał to zrobić parokrotnie. Zadanie udało mu się na trzy z plusem, bo raz zachwiał się i wpadł pomiędzy byki. Na szczęście nie dotknął stopą ziemi – to by była prawdziwa katastrofa – ale i tak rodzina skrzywiła się z niesmakiem, że nie do końca sprostał zadaniu. Ostatecznie poszło na tyle dobrze, że skoczek i rodzina odetchnęli z ulgą i rozpoczęło się prawdziwe świętowanie. Cała ceremonia trwała jakieś cztery godziny, kończyliśmy już o zmroku. Mieliśmy szczęście być jedynymi białymi i mogliśmy podchodzić i robić zdjęcia bez ograniczeń. Za tę przyjemność zapłaciliśmy po 20 USD każdy – tym razem kasa nie poszła do wodza wioski, ale do rodziny skaczącego, która dzięki temu częściowo opłaci drogą imprezę.
cart 7 grudnia 2022 12:08 Odpowiedz
Biczowanie dla mnie było trochę zbyt drastyczne. Świst powietrza niósł się daleko i jak widać po krwi, kobiety naprawdę zdrowo obrywały. Żadna nawet nie jęknęła.Możecie obejrzeć krótki filmik jak to wygląda:https://www.youtube.com/watch?v=4AzyIzYYezk