0
Chris Peen 21 listopada 2022 20:29
Dzień 0

Genezy tego wyjazdu należy poszukiwać w niedoszłym wyjeździe do Kenii w lutym tego roku (pozytywny test na covid na 3 dni przed wylotem… :o :oops: :twisted: ). Okres ważności kenijskiej wizy się skończył, nasza ochota do odwiedzenia akurat tego kraju również wyblakła (pomimo, że w międzyczasie Kenia złagodziła swoje przepisy covidowe). No, ale Moja Pani (debiutant na Czarnym Lądzie), obiecała, że w 2022 roku pojedziemy do Afryki, więc trzeba było kuć żelazo… ;)
Wiadomo było, że musiałem wybrać coś bezpiecznego, w miarę atrakcyjnego i w miarę logistycznie nieskomplikowanego. Wybór padł na Senegal i Gambię, które od lat są uważane (jak się okazało całkiem słusznie), za jedno z najlepszych miejsc do rozpoczęcia afrykańskich przygód. Faktycznie okazało się, że obydwa kraje są bardzo bezpieczne, ludzie przyjacielscy, a samo podróżowanie łatwe i przyjemne. Należy natomiast obiektywnie stwierdzić, iż pod względem turystycznym te kraje są dosyć przeciętne i prawdziwych atrakcji jest tam niewiele, ale ten detal nie wpłynął, w jakiś szczególny sposób, na moje mocno zaawansowane zadowolenie z wyjazdu :) .
Przechodząc do informacji praktycznych, należy podkreślić, iż do Senegalu i Gambii łatwo i relatywnie tanio, można się dostać czy to słynną lądową trasą przez Maroko, Saharę Zachodnią i Mauretanię czy po prostu samolotem. My, z braku czasu (oraz wcześniejszego odwiedzenia zarówno Maroka, jak i Sahary Zachodniej) zdecydowaliśmy się na samolot. Po dłuższym badaniu, wybrałem lot portugalskim TAPem z Mediolanu – Malpensa z przesiadką w Lizbonie do Banjulu. Za bilety z bagażem podręcznym (od lat podróżujemy w taki sposób) płaciliśmy po 1.851,00 zł. Można było trochę taniej kupując bilety przez OTA, ale mając w pamięci użeranie się z pośrednikami w czasach covidowych, wolałem kupić bilety bezpośrednio u źródła. Jeszcze tylko dolot do Bergamo Ryanairem za 39,00 zł oraz powrót Wizzairem bezpośrednio z Mediolanu – Malpensa za 114,00 zł i całość lotów zamknęła się w kwocie 2.004,00 zł na osobę.
Z wydatków przedwyjazdowych należy jeszcze wspomnieć o tabletkach antymalarycznych Falcimar za 198,00 zł na osobę za 24 sztuki (przyjmując 1 tabletkę przed wyjazdem i 7 po powrocie, akurat starczyło na dwutygodniowy wyjazd), które są sporo tańsze od Malarone, a (podobno) tak samo skuteczne.
Jeszcze tylko kupno przewodnika Lonely Planet (37,00 zł), wykupienie ubezpieczenia (235,00 zł za dwie osoby) i przylotniskowego parkingu (195,00 zł) i można było rozpocząć pakowanie. Afryko, przybywamy… :Dmaxima i nelson 1974 - będą moje wrażenia i będą informacje praktyczne, więc zakładam, że skorzystacie.

Robaku - geograficznie to ja już w Afryce byłem wcześniej... 13 razy ;) . Z czego 4 razy na Wyspach Kanaryjskich :lol: , 1 raz na Maderze :lol: , 3 razy w Maroku (w tym raz razem z Saharą Zachodnią), 1 raz w Tunezji i 1 raz w Egipcie. No, ale prawdziwa Afryka to była tylko te ostatnie 3 razy - RPA, Zimbabwe, Mozambik i Swaziland, następnie - Ghana, WKS i Burkina Faso, no i trochę peryferyjna - Reunion, Rodrigues, Mauritius, Mayotte i Madagaskar. No i teraz Gambia i Senegal :D

agnieszka.s11 - osobiście uważam, że zarówno Gambijczycy, jak i (w trochę mniejszym zakresie) Senegalczycy to jedni z najmilszych ludzi jakich spotkałem na swoich wyjazdach. Są autentycznie uśmiechnięci, bezkonfliktowi i generalnie uczciwi (cecha, którą bardzo cenię). Faktycznie na plaży kręciło się sporo różnych sprzedawców, naganiaczy i przewodników, ale w porównaniu do wielu innych krajów, w których byłem, można ich było relatywnie szybko i bezboleśnie spławić. Dla mnie w ogóle, największą atrakcją tego wyjazdu była pozytywna atmosfera i fajny klimat, które wytwarzali przede wszystkim miejscowi ludzie :)

irae - no też mi się bardzo podobało, co mam nadzieję będę umiał przekazać w relacji. Dzień 1

No i nastał w końcu ten długo wyczekiwany dzień. Ale najpierw obowiązki, jedziemy do pracy. Już po godzinie czuję, że coś mnie zaczyna łamać… No pięknie, jeszcze nie wyruszyliśmy, a ja już jestem chory :oops: . Kręci mi się w głowie, gorąco mi, bolą mnie kości… Ha! Falcimar! Trochę się uspokoiłem, no tak, to na pewno zaczął działać lek antymalaryczny, który zacząłem przyjmować tego dnia.
Ostatni dzień pracy przed urlopem, czyli nieprawdopodobna przypadkowość piętrzących się czynności, które muszę wykonać przed wyjazdem oraz osób, z którymi bezwzględnie muszę się spotkać, zwiększająca się proporcjonalnie do upływającego czasu :cry:
Do domu przyjeżdżam wyczerpany i nie mam na nic siły, a już na pewno na kolejne sprawdzanie spakowanego plecaka (co będzie skutkować np. tym, że zapomnieliśmy zabrać szamponu i pasty do zębów).
Czas na chwilę relaksu, bo przecież nasz samolot do Bergamo odlatuje dopiero o 23.25, a do Balic jedzie się od nas autostradą niecałą godzinę. Taaak, ale niekoniecznie w piątek i nie wtedy, gdy zarówno przy wjeździe i wyjeździe z autostrady są wypadki :shock: . Gdy około 20.30 na spokojnie ładujemy się do naszego bolidu, włączamy wreszcie nawigację, która pokazuje ponad 2h dojazdu. No to daliśmy…
To była wyczerpująca jazda w ciszy i skupieniu. Wzajemne wyrzuty zostawiliśmy sobie na inny raz. Pod bramkę dobiegliśmy, gdy ogonek kolejki niebezpiecznie zbliżał się do swoich ostatnich ogniw. Więc, jednak lecimy…
Lot do Bergamo (który to już raz???) minął już bez większych przygód. Do naszej Casa Vacanza Orio al Serio Bergamo mamy 2 km spaceru. Ot, akurat aby rozprostować nogi. Nasza meta (podobnie jak i inne noclegownie koło lotniska Bergamo) to taki typowy puchar za suchar. Duża cena za mikre warunki :evil: 80 euro za miejscówkę pokroju schroniska młodzieżowego… No, ale co było zrobić? I tak to było jedno z najtańszych miejsc. Wyczerpani padliśmy na łóżko… na wszelki wypadek rozkładając wcześniej wiezione do Afryki śpiwory :lol: .Dzień 2

Wstajemy o 9.00 i szybko zbieramy się z naszej mety. Nie było to zbyt przytulne miejsce i bez żalu go żegnamy. Na zewnątrz – niespodzianka. To przecież koniec października, a tu słońce i prawie 20 stopni. Decydujemy, że na dworzec w Bergamo idziemy na piechotę. To w końcu tylko 3 km. Po drodze robimy jeszcze zakupy w Lidlu.
Dojazd z Bergamo do lotniska Mediolan – Malpensa jest dosyć drogi i trzeba trochę pokombinować, żeby koszty obniżyć. Najtańszą opcją, którą znalazłem jest dojazd pociągiem z Bergamo do miejscowości Busto Arsizio za 8,30 Euro, a stamtąd także pociągiem za 4,00 Euro już bezpośrednio na lotnisko.
Na lotnisku od razu zonk :oops: . Podczas odprawy w TAP Airlines oznajmiono nam, że samolot do Lizbony będzie na pewno sporo opóźniony. Biorąc pod uwagę, iż w Lizbonie mieliśmy tylko 1h i 20 min na przesiadkę do Banjulu zaczęliśmy przeczuwać problemy. Cały lot siedzimy jak na szpilkach, licząc na cud :roll: . Ostatecznie wylądowaliśmy w Lizbonie z prawie 1,5h opóźnieniem, ale na szczęście nasz następny samolot nie tylko, że czekał na nas, ale jeszcze na kilka innych osób z innych opóźniających się samolotów. Wreszcie mogliśmy się trochę wyluzować, a nawet się trochę wyciągnąć, bo pomimo, że lecieliśmy wąskokadłubowym Embraerem 190 to było sporo wolnych miejsc :) .
No i wreszcie po niecałych 4h lotu lądujemy w Gambii. Jesteśmy w Afryce! Na dzień dobry uderza nas fala gorąca, wilgoci, tajemnicy i tropikalnych zapachów. Jesteśmy szczęśliwi, ale równocześnie czujni. Każdy lądujący (i startujący) na lotnisku w Banjulu musi zapłacić opłatę w wysokości 20 USD, 20 Euro lub 1.000 Dalasi. Oczywiście najtaniej jest zapłacić w Dalasi (1.000 Dalasi to około 16 Euro), ale kto z obcokrajowców przylatując do Gambii ma miejscową walutę? Warto natomiast o tym pamiętać odlatując. Próbujemy zapłacić 100 USD licząc, że dostaniemy z powrotem 60 USD (co wydaje się być dosyć logicznym założeniem). Jak się jednak okazało, pani przyjmująca od nas opłatę próbuje nam resztę wydać w Dalasi po jakimś bandyckim kursie, więc wycofujemy nasze 100 USD i płacimy zgodne 40 USD. O dziwo, jeszcze na lotnisku wymieniamy u jakiegoś półoficjalnego cinkciarza 100 USD po bardzo dobrym kursie (1 USD = 65 Dalasi), którego później już nigdzie nie uzyskaliśmy (raz było to 64 Dalasi, a raz 62 Dalasi). Od razu w tym miejscu należy zauważyć, że zdecydowanie bardziej chodliwą walutą w Gambii jest Euro, które podczas naszego pobytu było zazwyczaj wymieniane w relacji (1 Euro = 64 Dalasi).
Po wyjściu przed lotnisko przyglądam się mężczyznom z karteczkami licząc, że na którejś przeczytam swoje nazwisko. Na próżno…
Mieliśmy zarezerwowany nocleg w pensjonacie Ous and Buwa, a nawet uzgodniliśmy z naszym hostem, że po nas wyjedzie za 10 Euro, co było całkiem dobrą ceną, biorąc pod uwagę, że samolot miał lądować o północy, a w końcu wylądował o 2 w nocy. Ale… na lotnisku nikt na nas nie czekał… Poprosiliśmy miejscowego o użyczenie telefonu i zadzwoniliśmy po naszego hosta, który obiecał, że zaraz przyjedzie, co też faktycznie miało miejsce.
Dowiózł nas do swojego pensjonatu, który byłby całkiem ok, gdyby był trochę bardziej czysty… :oops: Moja Pani, nie chcąc się do czegoś przykleić, na wszelki wypadek niczego nie dotykała, a ja tylko sprawdziłem czy w łazience jest woda (była). Pożegnaliśmy się z naszym gospodarzem, rozłożyliśmy śpiwory i około 3 w nocy wreszcie położyliśmy się spać.Dzień 3

Już po kilku godzinach wstajemy. Ja nie mogę się doczekać aż ruszymy ku przygodzie, a Moja Pani w ogóle (jak twierdzi) nie spała, bo miała wrażenie, że ciągle się coś do niej dobiera (bynajmniej nie miała na myśli mnie). To była Jej pierwsza noc w Czarnej Afryce i wyobraźnia działała…
Za nocleg zapłaciliśmy 38,5 euro + 10 euro za nocną podwózkę z lotniska. Gdyby ktoś lądował w nocy w Banjulu, to miejsce jest godne polecenia, w przeciwnym razie nocleg w tym miejscu i w takich warunkach, nie ma raczej sensu.

Wyszliśmy z pensjonatu i poszliśmy kilkaset metrów do drogi, przy której – jak w większości krajów trzeciego świata – koncentruje się życie. Mężczyźni coś naprawiają, przewożą albo siedzą i nic nie robią, kobiety sprzedają różne dobra, dzieci biegają razem z kozami, psami i świniami. Kolorowy harmider… Od razu zatrzymuje się taksówka, ale ją zbywamy. W Gambii najtaniej możemy podróżować busami zwanymi tutaj gelli – gelli. Jeżdżą one po wyznaczonych trasach i zazwyczaj ruszają dopiero po pełnym zapełnieniu, co w realiach afrykańskich naprawdę znaczy „pełne zapełnienie” :D . My staliśmy jednak gdzieś po trasie, więc już po paru minutach siedzieliśmy upakowani w pierwszym, a po kilkunastu minutach drugim mikrobusie. Do stolicy Gambii – Banjulu dojechaliśmy w 45 minut, a za całą trasę zapłaciliśmy po 30 Dalasi (0,46 Euro).

Banjul ma świetną nazwę, ale czy coś jeszcze…? Na pierwszy rzut oka nie bardzo. Parterowe budynki, kurz, piach, jakieś małe sklepiki… no, nie wyglądało to na stolicę kraju. W drodze do portu znaleźliśmy jednak ładną katedrę, gdzie akurat była odprawiana msza. Piękne, szykowne panie, odświętnie ubrani panowie i podniosła atmosfera... Nieprawdopodobne, że 5 minut później (i 50 metrów dalej), znowu jest ta kolorowa i absolutnie bałaganiarska afrykańska ulica.

W porcie, na nasze podchwytliwe pytanie „O której będzie najbliższy prom do Barra?” otrzymaliśmy jakże logiczną i oczywistą odpowiedź „Jak tylko przypłynie” :lol: . No, dobra… Prom przypłynął po godzinie, kupiliśmy bilety po 25 Dalasi (0,39 Euro) i załadowaliśmy się do środka. W środku, My spod oka przyjaźnie obserwujemy miejscowych, a Oni spod oka przyjaźnie obserwują nas. Oprócz tego, co chwila ktoś przechodzi próbując sprzedać przeróżne rzeczy – od jedzenia, przez biżuterię, po garnki czy np. opony :idea: .

W Barra próbują nas przechwycić taksiarze, ale wymykamy się i z pomocą jakiegoś życzliwego Gambijczyka znajdujemy gelli – gelli do Amdallai, gdzie już jest granica z Senegalem. Za przejazd płacimy po 35 Dalasi (0,54 Euro).

Na granicy strażnicy nie potrafią zrozumieć, dlaczego opuszczamy tak szybko ich kraj, ale uspokajamy ich, że najpierw jedziemy na tydzień do Senegalu, no a potem wracamy do pięknej Gambii. Na zasadzie, najpierw słabsze miejsca, a potem lepsze… Jest z tym sporo śmiechu, a było go jeszcze więcej, gdy pani oficer zaczęła nas wypytywać o różne zwyczaje damsko – męskie w Europie… Strasznie była zaintrygowana tym tematem… :oops:

Senegal od razu wydał nam się trochę bogatszy, bardziej rozwinięty, ale też droższy. Niestety, częściej też tam można było spotkać cwaniaków chcących turystów z lekka obrobić. Podstawowym środkiem komunikacji w Senegalu są wieloosobowe taksówki zwane Sept – place, które jak nazwa wskazuje, zabierają 7 pasażerów i ruszają kiedy są pełne. Jeżdżą po stałych trasach i mają stałe ceny (plus niestałą cenę za bagaż). Z przygranicznego senegalskiego Karang chcieliśmy się dostać do Toubakouty. Na dworcu – zwanym w Senegalu garage – zażyczono sobie za miejsce 2.000 franków (3,12 Euro) chociaż wiedziałem, że cena jest sporo niższa. Pomimo mojej perswazji, wyrzutów i obrażonej miny, taksówkarze się zaparli, a miejscowi nie chcieli pomóc… Co było zrobić? Wiem, że 3 Euro nie jest kwotą, która zmienia historię świata czy nawet naszej wyprawy, ale strasznie nie lubię być oszukiwany… :evil:

Do Toubakouty dojechaliśmy dosyć szybko i od razu zaczęliśmy poszukiwanie noclegu. Było już mocno po południu, a musimy pamiętać, że przy równiku zasada jest prosta, słońce wschodzi o 6, a zachodzi o 18. W Senegalu i Gambii jest to trochę przesunięte i rozwidnia się około 6.30, a zmrok zapada około 19. Trzeba więc szybko wstawać, bo dzień krótki.
Spotkani Belgowie polecili nam miejscówkę, w której sami spali – Campemment Keur Youssou, gdzie jednak nie było miejsc. Właściciel miał jednak jeszcze pokoje w innym miejscu, z których jeden nam zaoferował za 40 Euro. Dodatkowo nas zachęcił wliczoną w cenę kolacją i śniadaniem. Mocno wygłodniali i zmęczeni całym dniem w drodze połknęliśmy haczyk… Że coś jest nie tak, zorientowaliśmy się wchodząc do pokoju – myśleliśmy, że gdzieś w środku jest piec hutniczy… ale spoko włączymy klimatyzację…, a nie, nie ma… jest tylko mały wiatrak, który dmucha bardzo nieśmiało… No nic, zrzucamy plecaki i wreszcie możemy się wykąpać. Zakładamy, że jak wrócimy z kolacji będzie trochę chłodniej… (uwaga – spoiler – nie było).

Na kolację dostajemy całkiem smaczną rybę, ryż i sałatkę. Jemy przy długim stole z innymi turystami, a ja czuję, że powoli odpływam. Byłem wiele razy w tropikach, a w samej Afryce też ładne parę razy, ale tego wieczora byłem naprawdę pół – żywy. Upał, niedospanie, zmęczenie... Miałem wrażenie, że mój mózg się zaraz ugotuje, a ciągle gryzione przez jakieś owady ciało, zaraz rozpuści. Wróciliśmy do naszego pokoju. Załadowałem się pod prysznic, a mój instynkt samozachowawczy podpowiadał mi, że powinienem w tym miejscu spędzić całą noc… :roll:Dzień 4

Kolejna noc, której nie możemy dospać. W nocy jest tak gorąco, że można zwariować. Chyba, po raz pierwszy w życiu kilka razy w nocy wstawałem, żeby wziąć zimny prysznic. Rano wiemy, że następnej nocy w tym miejscu nie możemy już spędzić… :roll:

Szybko jemy hotelowe śniadanie (świeże bagietki, dżem, topiony serek i kawa) i idziemy szukać nowego noclegu. Ponieważ właściciel Campemment Keur Youssou nie ma w swoim głównym budynku wolnych pokoi, idziemy do pobliskiego pensjonatu La Kora. Tam od razu nam się podoba, bo jeden z pracowników (właścicieli?) przypomina mi bardzo mojego aktorskiego idola z młodości – Charlesa Bronsona (tyle, że ten jest czarnoskóry). Szybko dogadujemy się co do ceny noclegu (30 euro za pokój z klimatyzacją i śniadaniem) i pośpiesznie ładujemy się do naszego lokum. Przez następne 2h chłodzimy nasze rozgrzane tą szaloną nocą ciała, klimą i zimnym prysznicem i wreszcie dochodzimy do siebie :) .

No dobrze, ale po co właściwie do tej Toubakouty przyjechaliśmy? Otóż, jest to jedno z najlepszych miejsc, aby udać się na wycieczkę łódką po Delcie du Saloum. To jedna z popularniejszych atrakcji Senegalu i na miejscu spotkaliśmy całkiem sporo turystów.

Oczywiście, jak to w takich miejscach bywa, od początku miejscowi ściemniali z ceną wycieczki. Jeszcze dzień wcześniej przy kolacji, właściciel Campemment Keur Youssou przekonywał nas o „wyjątkowej” ofercie za 25.000 franków od osoby (39,06 euro). Już na oko wydało nam się to kwotą z lekka absurdalną :evil: . Postanowiliśmy sprawdzić u źródła, czyli poszliśmy nad rzekę, gdzie od razu nas zagadał miejscowy Kapitan, który zaproponował nam cenę 20.000 franków (31,25 euro) od osoby, zachęcając nas dodatkowo wizją poznania prawdziwej, lokalnej kultury, która miała się urzeczywistnić w postaci specjalnej herbaty, którą miał nam przyrządzić oraz unikatowymi miejscami, do których miał nas zabrać… Bardziej była konkretna ekipa z naszego pensjonatu, która autorytatywnie stwierdziła, że koszt całej łódki wynosi 30.000 franków, więc musimy zapłacić po 15.000 franków (23,43 euro). Ta cena wyglądała już trochę lepiej… ;)

Ponieważ wycieczka miała być dopiero wieczorem, pół dnia spędziliśmy wałęsając się po Toubakoucie, nieinwazyjnie obserwując życie miejscowych. Bardzo fajne miejsce z luźną atmosferą.

Po powrocie do La Kora okazało się, że w międzyczasie do naszego pensjonatu dokwaterowała się para Duńczyków, która miała jechać z nami na wycieczkę. Ha! Dobre wieści. Od razu odnalazłem naszego hosta, aby renegocjować naszą umowę, no bo skoro koszt całej łódki wynosił 30.000 franków, a mieliśmy płynąć w czwórkę, a nie dwójkę, to na osobę wypadało 7.500 franków (11,71 euro). Mój czarnoskóry Charles Bronson był mocno zafrasowany moją drobiazgowością, ale w końcu, niezbyt chętnie, przyznał mi rację :| .

No to w końcu ruszamy. Okazało się, że właściwie wszystkie łódki ruszają o tej samej porze i pływają w te same miejsca (także nasz Kapitan, któremu udało się złowić parę sympatycznych, starszych Niemek :D ). A co w programie? Lasy namorzynowe, dużo ptactwa i wizyta na wyspie z baobabami. Całość trwała około 2h i byłem ukontentowany. Nasz przewodnik w bardzo zaangażowany sposób opowiadał nam o okolicy, ale ponieważ mówił w języku, którego niestety nie znamy (francuski), więc w spokoju sobie mogliśmy kontemplować. Nie mogli tego niestety o sobie powiedzieć nasi duńscy towarzysze, którzy znając jakieś absolutne podstawy języka francuskiego, narażeni byli na ciągłą słowną interakcję, z której (jak nam później wyznali) i tak prawie nic nie rozumieli :cry: .

Bardzo fajny dzień i myślę, że jadąc z Gambii do Dakaru jest to świetne miejsce na 1 – 2 dniowy stopover.

Dodaj Komentarz

Komentarze (9)

maxima 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
spadasz mi jak z nieba, bo właśnie mocno rozważam tam wyjazd :D
robaku 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Ja mam gambie na majówke, także czekam z ustęknieniem. To takie odkrycie Czarnego Lądu bo geo wcześniej tylko Maroko + Mauritius, także geograicznie można i Afryka, ale mentalnie to zupełnie dla mnie będzie debiut. Chociaż obecne promki bardzo kuszą na eksploracje tego kontynentu
nelson-1974 21 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Ja się tam wybieram na przełomie stycznia i lutego: napisz-dokad-lecisz-styczen-2023,34,168029Zamierzam skorzystać z doświadczeń autora tej relacji ;).
agnieszka-s11 22 listopada 2022 17:08 Odpowiedz
ciekawe co autor napisze o mieszkancach Gambii. Jak w glebi ladu bylo jeszcze w miare ok to po plazy nie dalo sie spokojnie spacerowac. naganiacze wszedzie :-) czasem cierpliwosci brakowalo i trudno bylo byc milym
irae 22 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Byłem parę lat temu, było mega :) Powodzenia :)
chris-peen 23 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
maxima i nelson 1974 - będą moje wrażenia i będą informacje praktyczne, więc zakładam, że skorzystacie.Robaku - geograficznie to ja już w Afryce byłem wcześniej... 13 razy ;) . Z czego 4 razy na Wyspach Kanaryjskich :lol: , 1 raz na Maderze :lol: , 3 razy w Maroku (w tym raz razem z Saharą Zachodnią), 1 raz w Tunezji i 1 raz w Egipcie. No, ale prawdziwa Afryka to była tylko te ostatnie 3 razy - RPA, Zimbabwe, Mozambik i Swaziland, następnie - Ghana, WKS i Burkina Faso, no i trochę peryferyjna - Reunion, Rodrigues, Mauritius, Mayotte i Madagaskar. No i teraz Gambia i Senegal :D agnieszka.s11 - osobiście uważam, że zarówno Gambijczycy, jak i (w trochę mniejszym zakresie) Senegalczycy to jedni z najmilszych ludzi jakich spotkałem na swoich wyjazdach. Są autentycznie uśmiechnięci, bezkonfliktowi i generalnie uczciwi (cecha, którą bardzo cenię). Faktycznie na plaży kręciło się sporo różnych sprzedawców, naganiaczy i przewodników, ale w porównaniu do wielu innych krajów, w których byłem, można ich było relatywnie szybko i bezboleśnie spławić. Dla mnie w ogóle, największą atrakcją tego wyjazdu była pozytywna atmosfera i fajny klimat, które wytwarzali przede wszystkim miejscowi ludzie :) irae - no też mi się bardzo podobało, co mam nadzieję będę umiał przekazać w relacji.
nelson-1974 23 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Czekamy na ciąg dalszy ;).
chris-peen 27 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
Dzień 2 Wstajemy o 9.00 i szybko zbieramy się z naszej mety. Nie było to zbyt przytulne miejsce i bez żalu go żegnamy. Na zewnątrz – niespodzianka. To przecież koniec października, a tu słońce i prawie 20 stopni. Decydujemy, że na dworzec w Bergamo idziemy na piechotę. To w końcu tylko 3 km. Po drodze robimy jeszcze zakupy w Lidlu. Dojazd z Bergamo do lotniska Mediolan – Malpensa jest dosyć drogi i trzeba trochę pokombinować, żeby koszty obniżyć. Najtańszą opcją, którą znalazłem jest dojazd pociągiem z Bergamo do miejscowości Busto Arsizio za 8,30 Euro, a stamtąd także pociągiem za 4,00 Euro już bezpośrednio na lotnisko. Na lotnisku od razu zonk :oops: . Podczas odprawy w TAP Airlines oznajmiono nam, że samolot do Lizbony będzie na pewno sporo opóźniony. Biorąc pod uwagę, iż w Lizbonie mieliśmy tylko 1h i 20 min na przesiadkę do Banjulu zaczęliśmy przeczuwać problemy. Cały lot siedzimy jak na szpilkach, licząc na cud :roll: . Ostatecznie wylądowaliśmy w Lizbonie z prawie 1,5h opóźnieniem, ale na szczęście nasz następny samolot nie tylko, że czekał na nas, ale jeszcze na kilka innych osób z innych opóźniających się samolotów. Wreszcie mogliśmy się trochę wyluzować, a nawet się trochę wyciągnąć, bo pomimo, że lecieliśmy wąskokadłubowym Embraerem 190 to było sporo wolnych miejsc :) . No i wreszcie po niecałych 4h lotu lądujemy w Gambii. Jesteśmy w Afryce! Na dzień dobry uderza nas fala gorąca, wilgoci, tajemnicy i tropikalnych zapachów. Jesteśmy szczęśliwi, ale równocześnie czujni. Każdy lądujący (i startujący) na lotnisku w Banjulu musi zapłacić opłatę w wysokości 20 USD, 20 Euro lub 1.000 Dalasi. Oczywiście najtaniej jest zapłacić w Dalasi (1.000 Dalasi to około 16 Euro), ale kto z obcokrajowców przylatując do Gambii ma miejscową walutę? Warto natomiast o tym pamiętać odlatując. Próbujemy zapłacić 100 USD licząc, że dostaniemy z powrotem 60 USD (co wydaje się być dosyć logicznym założeniem). Jak się jednak okazało, pani przyjmująca od nas opłatę próbuje nam resztę wydać w Dalasi po jakimś bandyckim kursie, więc wycofujemy nasze 100 USD i płacimy zgodne 40 USD. O dziwo, jeszcze na lotnisku wymieniamy u jakiegoś półoficjalnego cinkciarza 100 USD po bardzo dobrym kursie (1 USD = 65 Dalasi), którego później już nigdzie nie uzyskaliśmy (raz było to 64 Dalasi, a raz 62 Dalasi). Od razu w tym miejscu należy zauważyć, że zdecydowanie bardziej chodliwą walutą w Gambii jest Euro, które podczas naszego pobytu było zazwyczaj wymieniane w relacji (1 Euro = 64 Dalasi). Po wyjściu przed lotnisko przyglądam się mężczyznom z karteczkami licząc, że na którejś przeczytam swoje nazwisko. Na próżno… Mieliśmy zarezerwowany nocleg w pensjonacie Ous and Buwa, a nawet uzgodniliśmy z naszym hostem, że po nas wyjedzie za 10 Euro, co było całkiem dobrą ceną, biorąc pod uwagę, że samolot miał lądować o północy, a w końcu wylądował o 2 w nocy. Ale… na lotnisku nikt na nas nie czekał… Poprosiliśmy miejscowego o użyczenie telefonu i zadzwoniliśmy po naszego hosta, który obiecał, że zaraz przyjedzie, co też faktycznie miało miejsce. Dowiózł nas do swojego pensjonatu, który byłby całkiem ok, gdyby był trochę bardziej czysty… :oops: Moja Pani, nie chcąc się do czegoś przykleić, na wszelki wypadek niczego nie dotykała, a ja tylko sprawdziłem czy w łazience jest woda (była). Pożegnaliśmy się z naszym gospodarzem, rozłożyliśmy śpiwory i około 3 w nocy wreszcie położyliśmy się spać.
justynakodajko 30 listopada 2022 23:08 Odpowiedz
irae napisał:Byłem parę lat temu, było mega :) Powodzenia :)PokolorujtoJ też byłam i wspomnienia są wyśmienite. Planuję w przyszłym roku się wybrać o ile zdrowie pozwoli.