0
Bulusia 6 stycznia 2023 20:21
Nie spadają tu bomby ani rakiety, nie ma wypalonych ruin ani rosyjskich wojsk. Nie ma też prądu, ogrzewania i ciepłej wody. Milionowa Odessa wydaje się bezpieczna. O ile na wojnie gdziekolwiek jest bezpiecznie.
Od mołdawskiej granicy w stronę Odessy co kilka kilometrów Ukraińcy ustawili posty. Betonowe zapory wstrzymują ruch, uzbrojeni żołnierze kontrolują dokumenty i bagażniki samochodów. Jeśli z Naddniestrza ruszy rosyjska ofensywa Ukraińcy natychmiast będą o tym wiedzieć. Póki co jest spokojnie. Odessa miała być, obok Kijowa, głównym rosyjskim celem zaraz na początku inwazji. Plany Moskwy przewidywały odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego i utworzenie korytarza łączącego Krym z okupowaną częścią Mołdawii. Z tych planów nic nie wyszło, rosyjski desant na odeskich plażach nigdy nie wylądował, a zachodnia Ukraina stała się stosunkowo bezpiecznym azylem dla tysięcy uchodźców z Donbasu.
Jak niepewny to jednak azyl pokazał atak dronów z grudnia zeszłego roku. Zgodnie z nową rosyjską taktyką maszyny nie uderzyły w blokowiska czy wojskowe instalacje, ale zaatakowały elektrownie i przepompownię wody. W mieście zgasło światło.
Wiele lat temu furorę w Polsce robiły prześmiewcze pocztówki. Czarna kartka podpisana była Zakopane by night, Warsaw by night itd. w zależności od tego z jakiego miasta pochodziła. Przypomniałem sobie tę historię wjeżdżając po zmroku do miasta, którego ulice rozświetlały wyłącznie światła samochodów. W hotelu, w którym się zatrzymałem elektryczności nie było trzy doby. Nie działała więc winda, nie było ciepłych posiłków, ciepłej wody ani ogrzewania. W pokojach na gości czekały dwie grube kołdry i koc. Temperatura wynosiła kilka stopni powyżej zera, woda w rurach nie zamarzła, zatem było dobrze. Dobrze jak na wojnie oczywiście, choć nocami miałem wątpliwości czy jeszcze jest chłodno czy może już zimno.
Nie było elektryczności, nie można było więc zapłacić kartą, bo nie działał terminal. W Odessie płaci się gotówką, ale i jej nie ma, bo przecież nie działają bankomaty. Nie można również wymienić waluty, bo bez prądu kantory nie mają łączności z systemem i nie znają kursu. Na przekór wszystkim na wielu z nich zamiast aktualnych notowań zawieszono więc hasło Ukraina peremoże (Ukraina zwycięży).
Walka idei
Uderzenia w infrastrukturę krytyczną ludzi nie zabijają, ale morale jak najbardziej. – Do czego to wszystko doprowadzi – załamuje ręce Wadim. – My chcemy tylko żyć w pokoju, niczego więcej.
Tyle, że Wadim nietutejszy. Urodził się w Azerbejdżanie a rodzinę rozsianą ma po całym byłym Sajuzie. Dlatego wierzy po trochę w azerskiego prezydenta Alijewa („choć to szaleniec”), i w prawdę głoszoną przez Putina (choć rozumie, że to wszystko propaganda). Ale w zwycięstwo Ukrainy nad mateczką Rossiją już nie. – A ty wierzysz? – pyta powątpiewająco. – Gdy pewnego dnia Zachód zakręci kurek z bronią Ukraina padnie w trzy dni – nie ma wątpliwości. – Może to i lepiej, całe to zło się wtedy skończy.
Gdy pytam Wadima o cenę takiego pokoju – milczy. Bo co można powiedzieć. To przecież odwieczny dylemat człowieka: lepiej żyć bez godności, pod butem, ale w świecie bez bomb i śmierci czy wciąż walczyć, ginąć tysiącami w imię idei, która być może nigdy się nie ziści?
Gdy kilka dni później tuż przy Muzeum Archeologicznym spotykam Irinę i przekazuję jej słowa Wadima, mało mi oczu nie chce wydrapać. – Przyjechał z Kaukazu i nic o nas nie wie – krzyczy oburzona. A Irina wie. Do Odessy uciekła z Charkowa, bombardowanego dniem i nocą od początku wojny. Charkowa, w którym niemal wszyscy mówią po rosyjsku, a mer, Igor Terechow, znany z prorosyjskich sympatii rzekomo miał propozycję objęcia wysokich stanowisk w nowym marionetkowym rządzie Ukrainy. Dziś on sam jest ikoną oporu a Rosjanom nigdy nie udało się wejść do miasta. Irina wie co znaczy siedzieć w piwnicy kilka dni z rzędu, rozróżnia rosyjskie rakiety i po dźwięku jakie wydają, wie gdzie uderzą. Irina nie ma też żadnych wątpliwości. – To nie jest kwestia wiary – przekonuje mnie żarliwie. – Ja nie wierzę w zwycięstwo Ukrainy, ja po prostu wiem, że zwyciężymy – przekonuje.
Z Iriną rozmawiam po rosyjsku, Charków, cały Donbas i oczywiście też Odessa są rosyjskojęzyczne, ale dziś to ukraińskość jest szeroko manifestowana. Billboardy i patriotyczne plakaty są wyłącznie w języku ukraińskim, nawet słynne hasło z 2014 – Ukraina jeden kraj – zapisywane jest wyłącznie po ukraińsku. Wtedy, 8 lat temu widziałem ten slogan w Donbasie i na Krymie zapisywany w obydwu językach, a dowodzić miał, że wbrew propagandzie Kremla rosyjskojęzyczni obywatele, to nie są po prostu Rosjanie, ale Ukraińcy mówiący tym językiem. Dziś w obliczu agresji na takie niuanse nie ma miejsca. To walka idei – język ma być jednym z elementów budujących narodową tożsamość, jest identyfikacją i emanacją ukraińskiego narodu. Kto patriota i prawdziwy Ukrainiec mówi po ukraińsku, a przynajmniej uczy się tego języka; piąta kolumna mówi (i myśli) po rosyjsku. Takie podejście to oczywiście gotowy scenariusz na podziały i nowy konflikt, ale dziś o tym się nie mówi, to temat na „powojnie”, zadanie na czas po peremohe, a nie żadnej pabiedie. Tyle, że w założonej przez carycę Katarzynę Odessie ukraiński jest językiem obcym i pewnie jeszcze długo to się nie zmieni. Póki co więc drażliwego tematu się unika, bo Służba Bezpieczeństwa (też przecież w znacznej mierze rosyjskojęzyczna) słucha… Na ulicy więc ludzie mówią językiem okupanta, ale publiczną przestrzeń – reklamy, patriotyczne odezwy, nawet przedświąteczne oferty – zawłaszczył całkowicie język ukraiński. Sklepy prześcigają się więc w wysokości zniżki a nie żadnej skidki. – Nie przejmuj się, jak zapytasz o skidkę to też dostaniesz – śmieje się sprzedawca w jednym ze sklepów w centrum miasta. Sam po ukraińsku nie mówi płynnie, ale zapewnia, że robi postępy. – Na razie mnie i wielu klientom wychodzi z tego surżyk (mieszanka ukraińskiego i rosyjskiego) – śmieje się.
Zimą zmrok zapada szybko. Ulice pustoszeją mimo że ledwie minęła 4 popołudniu. Nie działa sygnalizacja na skrzyżowaniach, miejskie latarnie, ciemności nie rozświetlają sklepowe witryny. W bocznych uliczkach, gdzie z rzadka przejeżdża samochód nie widać zupełnie nic. W pochmurną noc, gdy nie ma gwiazd i księżyca ciemność obezwładnia i oszałamia. Brak jakichkolwiek punktów odniesienia zaburza orientację, dekoncentruje. Pod nogami nierówne chodniki, wyrwy, uliczne wykopy – labirynt, który każdego dnia wygląda inaczej. Kto musi iść oświetla sobie drogę latarką albo komórką. Ale z baterii trzeba korzystać rozważnie, nie wiadomo kiedy znów będzie okazja podładować telefon. Szczęśliwi ci, którzy mają samochód, a w nim mobilną ładowarkę. Szczęśliwi ci, którzy mają generator – dziś w Ukrainie na wagę złota. Nieszczęśliwi zaś ci, którzy mają auto elektryczne. Tego, że prąd można zwyczajnie wyłączyć ekolodzy nie przewidzieli. Lekcja ukraińska daje więc nam wszystkim do myślenia. Również w aspekcie ochrony środowiska.
Ukraińcy są solidarni. Telefony czy laptopy można za darmo ładować wszędzie tam gdzie jest prąd. – Gdy w biurze nie było światła braliśmy laptopy i szli od jednej restauracji do drugiej, tam gdzie była elektryczność i Internet – opowiada Irina. – Dzień pracy czasem spędzaliśmy w dwóch albo i trzech knajpach.
Przyjezdnym wojenna Odessa niewiele ma dziś do zaproponowania. Niemal wszystkie atrakcje są zamknięte. W oknach wspomnianego Muzeum Archeologii ustawiono worki z piaskiem, na piętrze szyby zaklejono taśmą. W pobliskim Muzeum Literatury całe framugi zasłonięto pilśniowymi płytami. Podobnie jak pomnik Katarzyny II. Niszczony i oblewany co rusz czerwoną farbą został całkowicie przykryty i przygotowany do rozbiórki. Decyzją radnych zostanie przeniesiony do muzeum. Nadmorski bulwar ze słynnymi Schodami Potiomkinowskimi też jest niedostępny. Nie można oglądać ani portu ani plaży. To tu, zdaniem wojskowych, miałby lądować rosyjski desant. Żołnierze ustawili więc zasieki i punkty kontrolne. Ci, którzy tu mieszkają dostali przepustki, reszta nie ma wstępu. W Odessie wojna wciąż trwa, nawet jeśli na głowę nie spadają bomby.

Dodaj Komentarz