+1
thurin.cz 30 grudnia 2025 21:00
Dawno już nie jechałem na żaden wyjazd tak całkowicie nieprzygotowany, bilety kupiłem wiele miesięcy temu i spokojnie o nich zapomniałem. I tak mijał miesiąc za miesiącem, a ja beztrosko zajmowałem się innymi rzeczami, głównie pracą i turystyka górską...jak to górnolotnie brzmi(!) W zasadzie mieliśmy jechać w czwórkę, dopiero w okolicach andrzejek jedna z osób zaczęła przejawiać sygnały, że może jednak...nie pojedzie, cóż, nic na siłę, wiadomo. Gwoli ścisłości nie był to pierwszy raz, lecz raczej powtórka sprzed roku, gdzie ostatecznie ta sama osoba-był to facet, nie pojechała do Zambii, Zimbabwe i Botswany. Ale wracając do głównego nurtu narracji, dwa tygodnie przed wylotem zająłem się wizami, a tydzień przed zarezerwowałem dwa noclegi w Ugandzie i jeden w Budapeszcie i zakupiwszy miejsce parkingowe na lotnisku w Budapeszcie i winiety na Słowację i Węgry, znowu zagłębiłem się w codzienność. Nie będę opowiadał o zaletach latania z Budapesztu, bo choć do stolicy Węgier mam bliżej niż do Warszawy to podróż zajęła mi prawie pięć godzin, ale dla pocieszenia mogę podać przewagę Budapesztu nad Krakowem w okresie jesienno-zimowym, albo lepiej nie, czeka mnie sporo lotów z Krakowa w najbliższym czasie. Wylot Brussels Airlines planowany był na szóstą pięć rano, a że nie miałem zamiaru jechać nocą zarezerwowałem nocleg blisko lotniska w Hotelu Ferihegy za 358 zł za trójkę. Hotel poza tym, że był naprawdę blisko lotniska nie warty jest omówienia, ani bardzo dobry, ani bardzo zły, ma jakiś parking długoterminowy ale nie korzystałem- wziąłem Smart Parking na lotnisku. Wcześnie rano udałem się na lotnisko, nie miałem bagażu rejestrowanego, więc po szybkim przejściu security udaliśmy się do saloniku- wstęp na PP i po szybkim śniadaniu (o płynach nie wspomnę) do bramki.
Image Image Image Image Image ImageAirbus A321 Brussels Airlines do Brukseli był prawie całkowicie wypełniony. O samym locie trudno powiedzieć coś więcej niż to, że się odbył i trwał prawie dwie godziny, sprawny boarding, miejsca system przydzielił w układzie środek i przejście oraz przejście, SN w trakcie lotu po Europie nie oferuje nawet wody, przynajmniej miejsca na nogi było dosyć sporo. Po przylocie do Brukseli skierowaliśmy się wprost do bramek T, gdyż za godzinę miał rozpocząć się boarding. W samolocie- tym razem Boeing 330- system przydzielił nam miejsca w środku, słychać było, że leci trochę naszych rodaków, wypełnienie na poziomie około osiemdziesięciu kilku procent. Sama rotacja jest dosyć ciekawa, podróż do Entebbe odbywa się z międzylądowaniem w Bużumburze, gdzie część pasażerów wysiada i dosiadają się nowi a następnie potem następuje spryskiwanie kabiny aerozolami. W Entebbe schemat się powtarza a samolot leci dalej prosto do Brukseli. Po godzinie podano obiad a przed lądowaniem w Bużumburze "pizzę margarita", zdjęcia posiłków zamieściłem w stosownym wątku, byłem głodny i zjadłem oba posiłki. Po przylocie odstaliśmy ok 30 minut w kolejce do immigration a potem wymieniliśmy po 100 dolarów na szylingi ugandyjskie (na lotnisku znajduje się kilka kantorów oferujących bardzo zbliżony kurs, z perspektywy wymieniłbym trochę więcej bo lokalna waluta jest przydatna) wyszliśmy przed lotnisko. Zaskoczyło mnie , że praktycznie nikt nas nie nagabywał, trochę ludzi z karteczkami oczekiwało na gości, kierowcy leniwie przechadzali się oczekując na klientów. Ja sam zarezerwowałem nocleg z możliwością transferu, ale nikogo z karteczką z moim imieniem lub nazwiskiem nie spostrzegłem. Zapytałem więc pierwszego z brzegu kierowcę o cenę za kurs do mojego lokum, zaproponował 15 dolarów, ja 10- i tak za dużo, ale że była już północ zwyczajnie chciałem się położyć. Avilo Home, który wybrałem, nocleg ze śniadaniem 227 zł za trzy osobowy pokój ze śniadaniem okazał się być miejscem szczególnym, ale o tym później.Avilo house ma naprawdę przemiłą obsługę, wszyscy starają się, by goście czuli się po prostu zaopiekowani. Dziewczyny z obsługi były zdziwione, gdy nie chciałem oddać im plecaka, by mogły go zanieść, jedna patrząc mi głęboko w oczy powiedziała- to moja praca, cóż racja, ale jakoś czułem się niekomfortowo. A i byłbym zapomniał, Brussels Airlines zasługuje na pochwałę, załoga na locie do EBB była naprawdę niesamowicie przyjazna i naturalnie, niewymuszenie uśmiechnięta i pomocna. Niby uśmiech to tak niewiele ale zdecydowanie wolę go od zimnego profesjonalizmu w niektórych liniach, każdy sam sobie dopowie w których ;)
Wnętrze domu urządzono w stylu nieco kolonialnym, trochę rustykalnie, klimatyzacji brak ale wiatrak przynajmniej powoduje ruch powietrza.
Image Image
Śniadanie było proste, zamówiłem jajecznicę, do tego owoce i african tea w wielkim termosie- umożliwił co najmniej trzy folewki, prawie jak w KFC. Przy śniadaniu pogadaliśmy trochę z obsługą i zamówiliśmy taxi do Kampali, nie wiem dlaczego nie zamówiłem jej samodzielnie, aplikacja ubera działa bez zarzutu, ale skorzystałem z uprzejmości właścicielki i mam wrażenie, że trochę przepłaciłem. No nic, przynajmniej sprawnie przemieściliśmy się na drugi nocleg, tym razem trafiło na Da White Residence Makerere- 177 zł za dwa pokoje dwuosobowe ze śniadaniem. Wielkim plusem wszystkich rezerwowanych noclegów w Ugandzie było to, że mogliśmy meldować się od razu po przyjeździe, nawet wcześnie rano. Pokoje bardzo proste, część mieszkalna od prysznica i toalety oddzielała tylko zasłonka, więc o prywatności nie było mowy, ale przynajmniej na terenie jest mały bar z piwem i sokami.
I właścicielka Tinah zdecydowanie jest ponad standardowo pomocna, opowiedziała nam o wszystkim istotnym dotyczącym Kampali i miejsc wartych zobaczenia, zadzwoniła do najbliższej restauracji i w ogóle chciała pomóc we wszystkim, a potem przez kolejne dni pytała, czy wszystko się nam udało. W Kampali najpierw zdecydowaliśmy się na spacer do wpisanego w 2001 roku na listę UNESCO Kasubi Tombs. Wstęp do obiektu 20 dolarów od osoby, w tym przewodnik, któremu na końcu można ;) dodatkowo podziękować w zielonych.
Image Image Image Image
Następnie pokręciliśmy się trochę po okolicy, zakupiliśmy w celach poznawczych 200ml lokalnego ginu- bardzo dobry i trochę lokalnego piwa Nil i Tusker, i wróciliśmy do pokoju. Image Image Image
Schłodziwszy się trochę poszliśmy do wspomnianej restauracji na lokalne jedzenie- dwa rodzaje ryby, wołowinka w śladowych ilościach, do tego zapychacze ryż, proso i matoke- danie z bananów pastewnych trochę przypominające w konsystencji ziemniaki i sosy. Do picia Nil, wiadomo. Kulinarnie bez szału ale i tak z pełnym żołądkiem jakoś lepiej się żyje.
Image Image Image

Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu więc postanowiliśmy przejść się w kierunku Meczetu Narodowego w Kampali. Samo poruszanie się stanowi atrakcję sama w sobie, Ugandyjczycy zagadują, uśmiechają się, pozdrawiają. A ruch pieszy, samochodowy a zwłaszcza motorowerowy jest w Kampali ogromny i stanowi wyzwanie dla europejczyków. Ludność Kampali potroiła się w ciągu ostatnich 10 lat i wynosi obecnie ok. 4,5 miliona. I to widać, na ulicach panuje chaos, pomimo tego, że na niektórych skrzyżowaniach funkcjonuje sygnalizacja świetlna, wszystko równocześnie jedzie i trąbi lub stoi, zasada, że duży może więcej funkcjonuje w całej rozciągłości. Na ulicach Kampali nie widzieliśmy turystów, poza Kasubi Tombs, tam cztery osoby, przez dwa dnie nie spotkaliśmy ani jednego białego człowieka. Wejście do meczetu okazało się płatne, uznaliśmy zgodnie, że nie chcemy wydać gotówki i udaliśmy się na nocleg, na który dotarliśmy wraz z ostatnimi promieniami zachodzcego słońca. Na ulicach czuliśmy się bezpiecznie, widoczne były uzbrojone patrole policji, jeden z policjantów gdy przechodziliśmy zaproponował byśmy zjedli smażone chrzaszcze. Były całkiem dobre. Wszyscy na miejscu mówili, by uważać na telefony, bo zwłaszcza w okresie przedświątecznym są atrakcyjnym towarem prezentowym.
Image Image Image ImageWe wstępnym planie zakładałem, że z Kampali pojedziemy do Parku Narodowego Murchinsona, gdzie spędzimy kilka dni na safari i zobaczeniu wodospadu Murchinsona a potem wrócimy do Entebbe, gdzie zrobimy rejs po Jeziorze Wiktorii z poszukiwaniem trzewikodzioba. Goryle spróbuję zobaczyć w Rwandzie, wodospad był jakoś tak naturalnym wyborem, po ostatnich Iguazu, Niagarze czy Wodospadach Wiktorii, pozatym ten reklamowany jest jako "the most powerful waterfall in the world". I do tego oczywiście clue programu- safari, po zeszłorocznych wrażeniach z Botswany, zdecydowanie miałem na to wielką ochotę. Nie w celu porównania, gdzie lepiej, po prostu cudownie jest obcować tak blisko z naturą i oglądać jej mieszkańców inaczej niż w zoo. Pisałem, że Tinah była bardzo pomocna, zamówiła nam ubera na dworzec, mi wcześniej nie udało się kupić biletów na autobus on-line jeszcze z Polski, jej zresztą w przeddzień też nie. Poinstruowała nawet kierowcę, by ten pomógł w zakupie biletu i dopilnował byśmy wsiedli do właściwego autobusu :D Link Bus Terminal znajduje się w samym centrum Kampali, naprawdę trudno zaparkować gdzieś w bezpośrednim sąsiedztwie ale kierowca najpierw załatwił, że na chwilę otwarto mu bramę, potem poszedł ze mną do kasy a na koniec pogadał z policjantem/ochroniarzem, by powiedział kiedy mamy pójść do autobusu. Oczywiście te zabiegi nie były niezbędne, aczkolwiek miło gdy ktoś o nas dba. Bilet na kurs do Masindi kosztował 20tys. szylingów na osobę (ok 20zł)- miałem zamiar po powrocie zrobić zdjęcie tablicy z cenami kursów ale wtedy już ich nie było :evil: Sam terminal wypełniony był bardzo szczelnie ludźmi wraz z bagażami, teren jest ogrodzony i zamykany dwiema bramami, przez które co jakiś czas przejeżdżają autobusy, żaden system informacji pasażerskiej nie funkcjonuje, brak też rozkładów jazdy , aczkolwiek kierowcy wraz z kontrolerami zdecydowanie porządkują ten ludzki tłum w kolejki i pilnują porządku przy wchodzeniu do autobusu. Koniec końców znaleźliśmy się we właściwym autobusie i ruszyliśmy w podróż. Już sama podróż autobusem jest atrakcją samą w sobie, byliśmy jedynymi turystami na pokładzie. Trasa liczy tylko 212 km ale przejazd trwał prawie 6 godzin, najpierw 1,5 godziny jechaliśmy przez Kampalę, potem kierowca wymieniał lusterko na bazie, po czym w końcu ruszyliśmy zatrzymując się po drodze na postojach żywieniowych, w trakcie których można było zakupić przez okna różnego rodzaju żywność i napoje. Przez całą drogę towarzyszyła nam bardzo głośno puszczana lokalna muzyka. W trakcie jazdy korespondowałem ze znalezioną dzień wcześniej w internecie, znajdującą się w Masindi agencją turystyczną, w celu dogadania się odnośnie safari- Eshandi Safari's Tour and Travel okazała się być świetnym wyborem, świetny kontakt przez whats up. Po przyjeździe gość już czekał na nas na dworcu, na motorach pojechaliśmy do biura, gdzie dokonaliśmy niezbędnych formalności wraz z zapłatą za całość. Umówiliśmy się na trzydniowe safari od rana kolejnego dnia, zawierające rejs po Nilu Błękitnym aż pod wodospad, trzy game drive oraz wyjazd do wodospadu, do tego dwa noclegi i pełne wyżywienie. Pozostało nam zatem tylko udać się do hotelu, tym razem był to Petal Palace w cenie 22 zł za nocleg ze śniadaniem. Zaletą obiektu jest to, iż w bezpośrednim sąsiedztwie ma restaurację Petal Restaurant, w której nota bene spożywa się śniadania, zlokalizowany praktycznie w samym centrum, łatwo trafić bo to jeden z wyższych budynków w mieście.
Image
Image
Image
ImageNo to jedziemy dalej...
@M_Karol wypożyczenie samochodu rozważałem, ostatecznie nie zdecydowałem się, gdyż nie zaobserwowałem entuzjazmu u współpodróżujących a niekoniecznie chciałem cały czas spędzić za kółkiem, dlatego nie pomogę Ci odnośnie wynajmu. Na terenie parku widziałem kilka aut prowadzonych przez przyjezdnych, na pewno jest to możliwe, dobrze mieć jakiegoś przewodnika, bo oni kontaktują się ze sobą w przypadku dostrzeżenia jakiegoś interesującego zwierzęcia, co przy dużej powierzchni parku ma znaczenie. Co do porównań- Chobe w Botswanie i Murchison Falls NP to zupełnie inne miejsca, w Botswanie bardzo dużo zwierząt skoncentrowanych blisko rzeki, Murchison Falls NP to o wiele większe przestrzenie i one robią ogromne wrażenie. Na pewno w Botswanie widzieliśmy więcej słoni, tutaj więcej żyraf. Widzieliśmy ponadto hieny i lamparty, których tam nie było, widzieliśmy tez koronnika szarego- ptaka znajdującego się w herbie Ugandy, mnie podobało się i tu i tu. Botswana to było moje pierwsze safari i mnóstwo zwierząt, w Ugandzie na pewno się nie zawiodłem i ani minuty nie zastanawiałbym się czy jechać znowu w każde z tych miejsc.
Rano szybkie śniadanie, można je zamówić naprawdę wcześnie rano, rzeczywiście jeszcze przedświtem hotelowa restauracja się otwarła i po kilku minutach oczekiwania na stole pojawiły się omlety, african tea, kawa i owoce. O ósmej oczekiwaliśmy przed hotelem i po chwili Toyotą Rav4 podjechał Tito. Po około 40 minutach jazdy zatrzymaliśmy się przed bramą parku. Poza nami były jeszcze może ze dwa samochody, ale i tak wypełnianie zezwoleń trwało około pół godziny. A potem ruszyliśmy drogą przez największy park narodowy Ugandy o powierzchni 3893 km2- główna droga jest asfaltowa- naprawdę świetna nawierzchnia z ograniczeniami prędkości i fotoradarami i nawet w jednym punkcie policja z suszarką [emoji38]
Z tego co wyczytałem na tablicach przy bramie można tu uprawiać różne formy aktywności, m.in piesze wędrówki z przewodnikiem przez Las Botongo, my jednak skierowaliśmy się prosto nad Nil Błękitny, gdzie czekał stateczek płynący w górę rzeki aż po wodospad. To była sporych rozmiarów łajba z dwoma pokładami, trochę ludzi przywiezionych przez różne agencje się zjechało. Sam rejs trwał około 3,5 do 4 godzin- widzieliśmy trochę słoni, sporo hipopotamów, pawiany, poza tym różne gatunki ptaków- od drapieźnych takich jak orły i kanie, poprzez czaple, wężówki, zimorodki i inne. Gdy pomyślę o zdjęciach od razu przed oczyma mam zdjęcia @cart i trochę przykro mi zamieszczać swoje, zrobione telefonem. Być może na podobną refleksję wpadł jeden z płynących statkiem, gdyż jego telefon znalazł się w Nilu. Stateczek płynął od mostu prawie pod wodospad a potem wracał z nurtem rzeki. Wodospad wygląda nieźle ale zdecydowanie warto zobaczyć go z brzegu.
Po rejsie zjedliśmy lunch w pobliżu mostu- taki fajny lokal, do którego trochę trzeba się cofnąć ale jest bardzo blisko głównej drogi, mieli całkiem dobre jedzenie. Potem pojechaliśmy na game drive skręcając w lewo od głównej drogi, przejeżdżaliśmy obok lotniska i nowo budowanej drogi umożliwiającej dojazd do miejsc wydobycia ropy. Tego dnia widzieliśmy przede wszystkim słonie, żyrafy, impale, antylopy; impale, antylopy juksona, koby i inne.
Gdy zaczęło się ściemniać pojechaliśmy na nocleg , tym razem wypadło Gipir & Labongo Safari Lodge, miejsce poza parkiem nad Nilem Białym.
Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

thurin-cz 31 grudnia 2025 17:08 Odpowiedz
Airbus A321 Brussels Airlines do Brukseli był prawie całkowicie wypełniony. O samym locie trudno powiedzieć coś więcej niż to, że się odbył i trwał prawie dwie godziny, sprawny boarding, miejsca system przydzielił w układzie środek i przejście oraz przejście, SN w trakcie lotu po Europie nie oferuje nawet wody, przynajmniej miejsca na nogi było dosyć sporo. Po przylocie do Brukseli skierowaliśmy się wprost do bramek T, gdyż za godzinę miał rozpocząć się boarding. W samolocie- tym razem Boeing 330- system przydzielił nam miejsca w środku, słychać było, że leci trochę naszych rodaków, wypełnienie na poziomie około osiemdziesięciu kilku procent. Sama rotacja jest dosyć ciekawa, podróż do Entebbe odbywa się z międzylądowaniem w Bużumburze, gdzie część pasażerów wysiada i dosiadają się nowi a następnie potem następuje spryskiwanie kabiny aerozolami. W Entebbe schemat się powtarza a samolot leci dalej prosto do Brukseli. Po godzinie podano obiad a przed lądowaniem w Bużumburze "pizzę margarita", zdjęcia posiłków zamieściłem w stosownym wątku, byłem głodny i zjadłem oba posiłki. Po przylocie odstaliśmy ok 30 minut w kolejce do immigration a potem wymieniliśmy po 100 dolarów na szylingi ugandyjskie (na lotnisku znajduje się kilka kantorów oferujących bardzo zbliżony kurs, z perspektywy wymieniłbym trochę więcej bo lokalna waluta jest przydatna) wyszliśmy przed lotnisko. Zaskoczyło mnie , że praktycznie nikt nas nie nagabywał, trochę ludzi z karteczkami oczekiwało na gości, kierowcy leniwie przechadzali się oczekując na klientów. Ja sam zarezerwowałem nocleg z możliwością transferu, ale nikogo z karteczką z moim imieniem lub nazwiskiem nie spostrzegłem. Zapytałem więc pierwszego z brzegu kierowcę o cenę za kurs do mojego lokum, zaproponował 15 dolarów, ja 10- i tak za dużo, ale że była już północ zwyczajnie chciałem się położyć. Avilo Home, który wybrałem, nocleg ze śniadaniem 227 zł za trzy osobowy pokój ze śniadaniem okazał się być miejscem szczególnym, ale o tym później.
m-karol 3 stycznia 2026 17:08 Odpowiedz
Interesująca relacja, czekam na dalszy ciąg z wizyty w PN.Kilka pytań z góry:Czy rozważałeś wynajem auta?Czy po PN mozna jeździć własnym autem? Ewentualnie ile kosztuje wynajem sensownego auta 4x4?Jakie jest Twoje porównanie sfari w Ugandzie do tego które miałeś okazję dotychczas odwiedzić?
j-a 6 stycznia 2026 23:08 Odpowiedz
Dopytam też o auto, bo napisałeś RAV4. Na zdjęciu jest Landcruser, to wasz samochód? Pytam, bo RAV4 w Afryce słabo się sprawdza poza miejscami z utwardzonymi drogami, szkoda bo wynajem jest z połowę tańszy niż dobrego 4x4.Ps. Park wygląda świetnie, a relacja bardzo ciekawa :)
qbaqba 7 stycznia 2026 23:08 Odpowiedz
Jeździłem RAV4 I generacji (a w większości przypadków to te właśnie oferowały wypożyczalnie) po Ugandzie, także po bezdrożach po deszczu i dzięki niskiej masie zdecydowanie dawała radę - ważne tylko żeby była manualna skrzynia, bo te z automatem nie mają blokady centralnego dyferencjału o ile dobrze pamiętam.