Nie pisałem tutaj jeszcze żadnej relacji. Ta, którą właśnie czytacie trochę przeleżała niedokończona na moim dysku, więc podróż o której piszę odbyła się już jakiś czas temu. Teraz nie wiem czy tylko żeby sobie odświeżyć wspomnienia czy też szkoda żeby to co już napisane się zmarnowało postanowiłem dokończyć i zadebiutować w relacjach na f4f. Zatem zaczynajmy.
Pierwszy raz w życiu zrezygnowaliśmy z obchodów Świąt Wielkanocnych w domowym zaciszu i postanowiliśmy wyruszyć w podróż. Stało się tak po tym jak również pierwszy raz w życiu przyszło nam odwołać (na dzień przed) wyjazd na ferie zimowe na zachodnie wybrzeże stanu California.
W ramach rekompensaty chcieliśmy szybko gdzieś wyruszyć i padło na Azję południowowschodnią, a że był już luty, a wyjazd miał odbyć się na przełomie marca i kwietnia to ruszyła machina szybkiego planowania i szukania najlepszych opcji dolotów. W zasadzie miejsce docelowe nie miało znaczenia. Tajlandia, Wietnam, Indonezja, Malezja czy jeszcze inne kierunki były nam jak najbardziej na rękę. I tak szukając powstał w końcu plan, a oprócz wspomnianej już Azji SE jako (super)bonus wleciały dwa dodatkowe miasta.
Ostatecznie wszystko udało się zaplanować i co ważniejsze z pełnym sukcesem zrealizować. A było to tak:
Dzień 1 W godzinach popołudniowych wyruszamy z katowickiego lotniska rodzimym LOT-em i z krótkim transferem na Okęciu następnego dnia rano w okolicy 5:00 docieramy do Delhi.
Dzień 2 Po jakichś 2 następnych godzinach docieramy do hotelu. Wybieramy City Empire ze względu na lokalizację. Niedaleko centrum Nowego Delhi, stacji kolejowej i metra. Jemy szybkie śniadanie, które jest w cenie i udajemy się …na krótką drzemkę po podróży.
Przed południem ruszamy z hotelu. Wędrujemy na Connaught Place po drodze biorąc udział w pewnej zorganizowanej akcji. A mianowicie, przeszliśmy może z 200 metrów od hotelu, podszedł do nas Hindus. Grzeczny, zaczął wypytywać jak masz na imię? skąd przyleciałeś? ile tu będziesz? czy się podoba? gdzie idziesz? itd. Po czym mówi, że dobrze idziemy życzy miłego dnia i wspomina, że po drodze będzie oficjalne biuro informacji turystycznej, dostaniemy tam mapy i będziemy mogli dowiedzieć się co w Delhi zwiedzić, po czym odchodzi. Równolegle z drugiej strony podchodzi inny Hindus i słowo w słowo to samo. Kończy informacją o biurze informacji turystycznej. Akcja się powtarza ten odszedł, podszedł następny. Trochę mnie odpowiadanie na te same pytania już męczy, ale w końcu zbliżamy się do placu. Hindus każe wejść w bramę, żeby dotrzeć do równoległej uliczki na której to jest to oficjalne biuro informacji turystycznej. W sumie to przy samym placu. Myślę mapa się przyda więc idziemy. Szybko trafiamy do celu, wchodzimy, prosimy o te mapy, a gość pokazuje katalogi z wycieczkami ? Jak usłyszał, że nie chcemy żadnych wycieczek tylko mapę atrakcji, to nagle całkowicie traci nami zainteresowanie i podchodzi do innych klientów. A my stoimy przez nikogo niezauważani, jak w czapce niewidce.
Wychodzimy i dalej już zbywając kolejnych miłych doradców kontynuujemy zwiedzanie. Po obejściu placu idziemy do metra i jedziemy do Starego Delhi. Tam zwiedzamy Red Fort, Lajpat Rai Market, Wielki Meczet i okolice. Tuk-tukiem, a dalej metrem wracamy do hotelu. Po drodze jeszcze znajdujemy fajną restaurację i testujemy kuchnię indyjską w trochę bardziej przystępnym dla turystów wydaniu (czystość, otoczenie – bardzo dobre jedzenie, więc jakby ktoś nie chciał korzystać ze street food-u to polecam https://maps.app.goo.gl/SRP4R685BMvJQEUB7
Dzień 3 Śniadanie w hotelu jest. Serwowane w stołówce na dachu Hotelu Empire. Jakby ktoś choć raz od nowości umył okna można by powiedzieć, że nawet z jakimś widokiem ? Czystość i sposób podania zbliżone bardziej do tych serwowanych na ulicach niż w restauracji, którą poleciłem powyżej. Ale tak naprawdę jesteśmy zadowoleni, są chlebki, sosy, coś na słodko a i omleta obsługa zrobi. Kawę i sok też dostajemy. Dzisiejszy plan to przejazd metrem do Świątyni Lotosu, a później powrót do hotelu również metrem ze wsparciem tuk-tuków z postojami w miejscach, które chcemy odwiedzić. Zatem ruszamy na stację metra New Delhi, przechodząc po drodze przez główny dworzec kolejowy. Kupujemy całodzienne bilety i jedziemy.
Kilkadziesiąt minut później stoimy już w kolejce do świątyni. Przy wejściu kontrola torebek i plecaków. I niespodzianka. Strażnik znalazł u mnie paczkę fajek i kazał dać komuś na przechowanie bo z papierosami nie wpuszczają. Mówię trudno, idę do kosza wyrzucić, ale znajduje się jakiś uczynny Hindus, bierze pudełko i mówi, że mam się nie martwić on popilnuje. Zwiedzamy.
Po wyjściu chcemy się kierować w stronę metra, ale nagle z tłumu wyłania się powiernik moich fajek. Tak się jakoś składa, że jest kierowcą tuk tuka i chętnie mnie podwiezie. W tym momencie zastanawiam się czy znowu mnie wkręcili czy rzeczywiście z fajkami na teren świątyni nie wpuszczają. Rozpoczęliśmy ogólną konwersację na temat jak zamierzamy spędzić dalej dzień i w sumie fajnie się gadało. Wzięliśmy go, żeby podwiózł nas do tej stacji metra (choć było to tylko kilkaset metrów i to jeszcze z górki). Po drodze zaczął opowiadać jak on by to zorganizował i jakie punkty po drodze do hotelu odhaczył i wymienił w sumie wszystkie, które były w naszym planie ? Jako, że rozmowa dalej dobrze się układała to zamiast metra, tuk-tuka i łażenia wynajęliśmy go, żeby podwiózł nas do pierwszego punktu z listy czyli Humayun’s Tomb. A jako, że dalej się fajnie gadało to wiózł nas dalej czyli m.in do Lodhi Garden, parku z czasów brytyjskich, ze starymi grobowcami, ogrodami różanymi i ziołowymi, drzewkami bonsai i jeziorem, India Gate, studni schodkowej Agrasen ki Aboli itd., a koniec końców podwiózł nas pod sam hotel.
W ten oto sposób zakupione całodzienne bilety na metro okazały się zbędne. Tak czy inaczej podróż Tuk-tukiem była znacznie przyjemniejsza, a i pewnie szybsza. Kierowca w każdym miejscu czekał tak długo jak nam pasowało. Przy tym nie kosztowało to fortuny (niecałe 50pln za 3 osoby). Więc jeśli z tymi fajkami to był ich przebiegły plan na złowienie pasażerów, to w tym przypadku nie miałem nic przeciwko ?
Dzień kończymy w naszej restauracji na obfitej kolacji. Jutro lecimy dalej.
Delhi bardzo nam się spodobało. Chaos i tradycja Old Delhi zdecydowanie stoi tam w kontraście z architekturą i przestrzenią New Delhi. Do tego droższe restauracje vs kuchnia uliczna, nowoczesne metro vs tuk tuki i riksze, czysto vs brudno. To wszystko powoduje, że czas leci tutaj naprawdę szybko i kiedy trzeba się pakować wychodzi, że było za krótko.(...)
Dzień 4 Lot mamy o 09:35. Dzień wcześniej proszę o taksówkę w hotelu na godzinę 07:00. Recepcjonista pyta o której wylot i stwierdza, że taksówka będzie czekać o 05:00 ? Na lotnisku w Delhi musi pan być minimum 4 godziny przed odlotem.
Piąta rano, jedziemy. Przechodzimy wzdłuż terminalu szukając najkrótszej kolejki do kontroli przed wejściem do terminalu. Oczywiście podchodzi jakiś ziomek i pyta domestic or international? Odpowiadam grzecznie international i idziemy dalej. On obok nas. W końcu wybieram wejście i ustawiam się w kolejce. Gość wyciąga rękę i coś wspomina o kasie za pomoc. Tłumaczę, że nie zauważyłem żadnej pomocy poza tym nie mam kasy bo właśnie wylatuję do domu i wszystko wydałem. Chyba oprócz intrnational, domestic i pay for help nic więcej nie potrafił powiedzieć, bo przyszedł ponownie z jakimś kumplem, któremu powtórzyłem to co już mówiłem „pomocnikowi” i sobie poszli.
Kontrola bezpieczeństwa i siedzimy przy gate, oczekując na nasz samolot do Singapuru. To był ostatni odcinek jaki zakupiłem na tą wyprawę. Lecimy IndiGO. Miałem trochę obaw wybierając tanią linię na prawie 6 godzinny lot, głównie jeśli chodzi o ilość miejsca na nogi. Podróżujemy z pełnym bagażem podręcznym więc wykupiliśmy dodatkową usługę (na rezerwacji napisali Fast Forward, Super 6E i AGSW) co spowodowało, że mogliśmy wziąć nasz bagaż, wybrać miejsca przy wyjściu awaryjnym i jakąś przekąskę. Podstawili bardzo świeżego a320n wypełnionego pasażerami może w 50% i muszę powiedzieć, że podróż minęła bardzo komfortowo.
Późnym popołudniem lądujemy w Singapurze. Cóż za odmiana. Spokój, porządek, nikt się nie wpycha, nikt nie trąbi, samochody zatrzymują się przed pasami, przepuszczając pieszych i do tego to naprawdę nowoczesne miasto. Do hotelu jedziemy metrem. Podoba mi się, że można płacić bezpośrednio kartą. System sam przelicza jaki odcinek się pokonało i następuje obciążenie. Bardzo wygodne. Śpimy w dzielnicy Bras Basah w bezpośrednim sąsiedztwie niebieskiej linii metra i Narodowego Muzeum Singapuru. Bardzo dobra lokalizacja z dobrym dojazdem w każdą część miasta. Wieczorem wyskakujemy do pobliskiej tajskiej restauracji Zenso. Pyszne jedzenie i jest nawet Chang ?
Dzień 5 No to zwiedzamy. Zaczynamy od Marina Bay i Gardens by the Bay.
Są i gadżety wielkanocne.
Następnie udajemy się na wyspę Sentosa. Na wyspę i po wyspie jeździmy kolejkami linowymi. Fajne miejsce na chillout.
Wieczorem wracamy jeszcze do ogrodów nad zatoką i podziwiamy podświetlone obiekty.
Dzień 6 To już ostatni dzień w Singapurze, ale mamy jeszcze trochę czasu. Do Denpasar wylatujemy dopiero o 16:50. Zatem po śniadaniu idziemy do Chinatown, które to dopiero budzi się do życia. Sprzedawcy powoli otwierają swoje stoiska, a wokół tylko pojedyncze osoby. Wieczorem pewnie wygląda to znacznie lepiej, żyje. Przyznać jednak trzeba, że w Singapurze nawet w chińskiej dzielnicy panuje ład i porządek.
W drodze do hotelu wysiadamy jeszcze w Downtown i krótko spacerujemy pomiędzy wieżowcami.
Na lotnisko jedziemy oczywiście metrem, a tam czeka już na nas b77w wysłany do Singapuru przez KLM, żeby dostarczyć nas do Denpasar.
Pierwszy raz w życiu zrezygnowaliśmy z obchodów Świąt Wielkanocnych w domowym zaciszu i postanowiliśmy wyruszyć w podróż. Stało się tak po tym jak również pierwszy raz w życiu przyszło nam odwołać (na dzień przed) wyjazd na ferie zimowe na zachodnie wybrzeże stanu California.
W ramach rekompensaty chcieliśmy szybko gdzieś wyruszyć i padło na Azję południowowschodnią, a że był już luty, a wyjazd miał odbyć się na przełomie marca i kwietnia to ruszyła machina szybkiego planowania i szukania najlepszych opcji dolotów. W zasadzie miejsce docelowe nie miało znaczenia. Tajlandia, Wietnam, Indonezja, Malezja czy jeszcze inne kierunki były nam jak najbardziej na rękę. I tak szukając powstał w końcu plan, a oprócz wspomnianej już Azji SE jako (super)bonus wleciały dwa dodatkowe miasta.
Ostatecznie wszystko udało się zaplanować i co ważniejsze z pełnym sukcesem zrealizować. A było to tak:
Dzień 1
W godzinach popołudniowych wyruszamy z katowickiego lotniska rodzimym LOT-em i z krótkim transferem na Okęciu następnego dnia rano w okolicy 5:00 docieramy do Delhi.
Dzień 2
Po jakichś 2 następnych godzinach docieramy do hotelu. Wybieramy City Empire ze względu na lokalizację. Niedaleko centrum Nowego Delhi, stacji kolejowej i metra. Jemy szybkie śniadanie, które jest w cenie i udajemy się …na krótką drzemkę po podróży.
Przed południem ruszamy z hotelu. Wędrujemy na Connaught Place po drodze biorąc udział w pewnej zorganizowanej akcji. A mianowicie, przeszliśmy może z 200 metrów od hotelu, podszedł do nas Hindus. Grzeczny, zaczął wypytywać jak masz na imię? skąd przyleciałeś? ile tu będziesz? czy się podoba? gdzie idziesz? itd. Po czym mówi, że dobrze idziemy życzy miłego dnia i wspomina, że po drodze będzie oficjalne biuro informacji turystycznej, dostaniemy tam mapy i będziemy mogli dowiedzieć się co w Delhi zwiedzić, po czym odchodzi. Równolegle z drugiej strony podchodzi inny Hindus i słowo w słowo to samo. Kończy informacją o biurze informacji turystycznej. Akcja się powtarza ten odszedł, podszedł następny. Trochę mnie odpowiadanie na te same pytania już męczy, ale w końcu zbliżamy się do placu. Hindus każe wejść w bramę, żeby dotrzeć do równoległej uliczki na której to jest to oficjalne biuro informacji turystycznej. W sumie to przy samym placu. Myślę mapa się przyda więc idziemy. Szybko trafiamy do celu, wchodzimy, prosimy o te mapy, a gość pokazuje katalogi z wycieczkami ? Jak usłyszał, że nie chcemy żadnych wycieczek tylko mapę atrakcji, to nagle całkowicie traci nami zainteresowanie i podchodzi do innych klientów. A my stoimy przez nikogo niezauważani, jak w czapce niewidce.
Wychodzimy i dalej już zbywając kolejnych miłych doradców kontynuujemy zwiedzanie. Po obejściu placu idziemy do metra i jedziemy do Starego Delhi. Tam zwiedzamy Red Fort, Lajpat Rai Market, Wielki Meczet i okolice. Tuk-tukiem, a dalej metrem wracamy do hotelu.
Po drodze jeszcze znajdujemy fajną restaurację i testujemy kuchnię indyjską w trochę bardziej przystępnym dla turystów wydaniu (czystość, otoczenie – bardzo dobre jedzenie, więc jakby ktoś nie chciał korzystać ze street food-u to polecam https://maps.app.goo.gl/SRP4R685BMvJQEUB7
Dzień 3
Śniadanie w hotelu jest. Serwowane w stołówce na dachu Hotelu Empire. Jakby ktoś choć raz od nowości umył okna można by powiedzieć, że nawet z jakimś widokiem ? Czystość i sposób podania zbliżone bardziej do tych serwowanych na ulicach niż w restauracji, którą poleciłem powyżej. Ale tak naprawdę jesteśmy zadowoleni, są chlebki, sosy, coś na słodko a i omleta obsługa zrobi. Kawę i sok też dostajemy.
Dzisiejszy plan to przejazd metrem do Świątyni Lotosu, a później powrót do hotelu również metrem ze wsparciem tuk-tuków z postojami w miejscach, które chcemy odwiedzić. Zatem ruszamy na stację metra New Delhi, przechodząc po drodze przez główny dworzec kolejowy. Kupujemy całodzienne bilety i jedziemy.
Kilkadziesiąt minut później stoimy już w kolejce do świątyni. Przy wejściu kontrola torebek i plecaków. I niespodzianka. Strażnik znalazł u mnie paczkę fajek i kazał dać komuś na przechowanie bo z papierosami nie wpuszczają. Mówię trudno, idę do kosza wyrzucić, ale znajduje się jakiś uczynny Hindus, bierze pudełko i mówi, że mam się nie martwić on popilnuje.
Zwiedzamy.
Po wyjściu chcemy się kierować w stronę metra, ale nagle z tłumu wyłania się powiernik moich fajek. Tak się jakoś składa, że jest kierowcą tuk tuka i chętnie mnie podwiezie. W tym momencie zastanawiam się czy znowu mnie wkręcili czy rzeczywiście z fajkami na teren świątyni nie wpuszczają.
Rozpoczęliśmy ogólną konwersację na temat jak zamierzamy spędzić dalej dzień i w sumie fajnie się gadało. Wzięliśmy go, żeby podwiózł nas do tej stacji metra (choć było to tylko kilkaset metrów i to jeszcze z górki). Po drodze zaczął opowiadać jak on by to zorganizował i jakie punkty po drodze do hotelu odhaczył i wymienił w sumie wszystkie, które były w naszym planie ? Jako, że rozmowa dalej dobrze się układała to zamiast metra, tuk-tuka i łażenia wynajęliśmy go, żeby podwiózł nas do pierwszego punktu z listy czyli Humayun’s Tomb. A jako, że dalej się fajnie gadało to wiózł nas dalej czyli m.in do Lodhi Garden, parku z czasów brytyjskich, ze starymi grobowcami, ogrodami różanymi i ziołowymi, drzewkami bonsai i jeziorem, India Gate, studni schodkowej Agrasen ki Aboli itd., a koniec końców podwiózł nas pod sam hotel.
W ten oto sposób zakupione całodzienne bilety na metro okazały się zbędne.
Tak czy inaczej podróż Tuk-tukiem była znacznie przyjemniejsza, a i pewnie szybsza. Kierowca w każdym miejscu czekał tak długo jak nam pasowało. Przy tym nie kosztowało to fortuny (niecałe 50pln za 3 osoby). Więc jeśli z tymi fajkami to był ich przebiegły plan na złowienie pasażerów, to w tym przypadku nie miałem nic przeciwko ?
Dzień kończymy w naszej restauracji na obfitej kolacji. Jutro lecimy dalej.
Delhi bardzo nam się spodobało. Chaos i tradycja Old Delhi zdecydowanie stoi tam w kontraście z architekturą i przestrzenią New Delhi. Do tego droższe restauracje vs kuchnia uliczna, nowoczesne metro vs tuk tuki i riksze, czysto vs brudno. To wszystko powoduje, że czas leci tutaj naprawdę szybko i kiedy trzeba się pakować wychodzi, że było za krótko.(...)
Dzień 4
Lot mamy o 09:35. Dzień wcześniej proszę o taksówkę w hotelu na godzinę 07:00. Recepcjonista pyta o której wylot i stwierdza, że taksówka będzie czekać o 05:00 ? Na lotnisku w Delhi musi pan być minimum 4 godziny przed odlotem.
Piąta rano, jedziemy. Przechodzimy wzdłuż terminalu szukając najkrótszej kolejki do kontroli przed wejściem do terminalu. Oczywiście podchodzi jakiś ziomek i pyta domestic or international? Odpowiadam grzecznie international i idziemy dalej. On obok nas. W końcu wybieram wejście i ustawiam się w kolejce. Gość wyciąga rękę i coś wspomina o kasie za pomoc. Tłumaczę, że nie zauważyłem żadnej pomocy poza tym nie mam kasy bo właśnie wylatuję do domu i wszystko wydałem. Chyba oprócz intrnational, domestic i pay for help nic więcej nie potrafił powiedzieć, bo przyszedł ponownie z jakimś kumplem, któremu powtórzyłem to co już mówiłem „pomocnikowi” i sobie poszli.
Kontrola bezpieczeństwa i siedzimy przy gate, oczekując na nasz samolot do Singapuru. To był ostatni odcinek jaki zakupiłem na tą wyprawę. Lecimy IndiGO. Miałem trochę obaw wybierając tanią linię na prawie 6 godzinny lot, głównie jeśli chodzi o ilość miejsca na nogi. Podróżujemy z pełnym bagażem podręcznym więc wykupiliśmy dodatkową usługę (na rezerwacji napisali Fast Forward, Super 6E i AGSW) co spowodowało, że mogliśmy wziąć nasz bagaż, wybrać miejsca przy wyjściu awaryjnym i jakąś przekąskę. Podstawili bardzo świeżego a320n wypełnionego pasażerami może w 50% i muszę powiedzieć, że podróż minęła bardzo komfortowo.
Późnym popołudniem lądujemy w Singapurze. Cóż za odmiana. Spokój, porządek, nikt się nie wpycha, nikt nie trąbi, samochody zatrzymują się przed pasami, przepuszczając pieszych i do tego to naprawdę nowoczesne miasto.
Do hotelu jedziemy metrem. Podoba mi się, że można płacić bezpośrednio kartą. System sam przelicza jaki odcinek się pokonało i następuje obciążenie. Bardzo wygodne. Śpimy w dzielnicy Bras Basah w bezpośrednim sąsiedztwie niebieskiej linii metra i Narodowego Muzeum Singapuru. Bardzo dobra lokalizacja z dobrym dojazdem w każdą część miasta. Wieczorem wyskakujemy do pobliskiej tajskiej restauracji Zenso. Pyszne jedzenie i jest nawet Chang ?
Dzień 5
No to zwiedzamy. Zaczynamy od Marina Bay i Gardens by the Bay.
Są i gadżety wielkanocne.
Następnie udajemy się na wyspę Sentosa. Na wyspę i po wyspie jeździmy kolejkami linowymi. Fajne miejsce na chillout.
Wieczorem wracamy jeszcze do ogrodów nad zatoką i podziwiamy podświetlone obiekty.
Dzień 6
To już ostatni dzień w Singapurze, ale mamy jeszcze trochę czasu. Do Denpasar wylatujemy dopiero o 16:50. Zatem po śniadaniu idziemy do Chinatown, które to dopiero budzi się do życia. Sprzedawcy powoli otwierają swoje stoiska, a wokół tylko pojedyncze osoby. Wieczorem pewnie wygląda to znacznie lepiej, żyje. Przyznać jednak trzeba, że w Singapurze nawet w chińskiej dzielnicy panuje ład i porządek.
W drodze do hotelu wysiadamy jeszcze w Downtown i krótko spacerujemy pomiędzy wieżowcami.
Na lotnisko jedziemy oczywiście metrem, a tam czeka już na nas b77w wysłany do Singapuru przez KLM, żeby dostarczyć nas do Denpasar.