Po wyjeździe do Zachodniej Australii w lutym 2025, wiedzieliśmy, że chcemy wrócić do tego kraju jak najszybciej. Moja obietnica do żony, że kupię bilety nie miała jakiejś konkretnej daty, aż do lipca, kiedy to żona powiedziała bym spojrzał w kalendarz jak układa się wolne na święta 2025. Ostatni tydzień roku u mnie w robocie przeważnie dają wolne za darmo, do tego wigilia wolna, wspaniale ułożone weekendy oraz 6 stycznia powodowały, że za 3 dni urlopu, 2 dni opieki na dziecko można było wyrwać 19 dni wolnego.
W tym czasie sam znalazłem deal BA do Sydney za 3500. Było na ferie 2026, ale wyloty wtorek, powroty piątek, więc na miejscu max 8 dni, a urlopu 10. Bez sensu. Za to w tym idealnym świąteczno-noworocznym terminie Turkish miał loty za 5600 w promocji. Ładna mi promocja, co nie? W życiu tyle za bilet nie wydałem, a tu jeszcze musiałem kupić 4. Chodziłem struty przez kilka dni, ale racjonalnie patrząc w tym terminie za taką kasę to były loty na jakieś totalnie popularne kierunki typu Tajlandia czy Filipiny. Może ta cena jednak nie jest taka zła? W końcu pomyślałem, że rodzina i tak znosi dużo moich samotnych wyjazdów, więc raz się żyje. Żona jeszcze chciała wziąć siostrę, tak jak przy naszych poprzednich wakacjach w USA i w Kostaryce/Nikaragui, więc koniec końców kupiliśmy 5 biletów.
Turkish miał tę zaletę, że rozkład był dobry, bagaż w cenie i fajne godziny. Do tego *A. Oczywiście za miesiąc zmienili rozkład i musieliśmy lecieć w piątek wieczór, zamiast soboty rano. Ale za to dali hotel oraz wskoczyłem na klasy A i Y, więc 20k mil od osoby za podróż. To lubię.
Pomny doświadczeniami z Perth, chciałem szybko zarezerwować loty i samochody. W Perth samochód miałem za 700 zł na 8 dni (Outlander), który na miesiąc przed podróżą był już za 2800. Australia może być znośna cenowo jak porezerwuje się na wiele miesięcy przed podróżą.
Nie chciałem jechać pomiędzy SYD i MEL, gdzie niewiele jest do zobaczenia, więc pomyślałem, że użyję Uluru jako przeskok. Koniecznie także chciałem zobaczyć Tasmanię i nie wracać się potem do MEL. Dokupiłem zatem loty: SYD-AYQ AYQ-MEL MEL-HBA HBA-SYD Wszystko Jetstarem po około 200-300 zł od osoby. Dobra cena.
Rezerwacja samochodów. Jako, że było nas 5, to musiałem wziąć większe samochody. W SYD najlepiej wychodził Land Cruiser Prado (!) za 800 zł na 3 dni (Thrifty) W AYQ lokalne wycieczki na 5 osób windowały koszty dużo, więc lepiej było wynająć Corollę na dobę za 300 zł i samemu objeździć. W MEL samochód na 8 dni wyszedł najdrożej - 2500 zł za Standard SUV (Outlander znowu) w Bargain car rental W HBA za to za 500 zł miałem pickupa typu Hilux (ale Mazda) za 3 dni, też w Bargain. Dobry deal.
Oczywiście były mniejsze i (niewiele) tańsze samochody, no ale ze względu na 5 osób i bagaż potrzebne były większe.
W planie także była Kangaroo Island. Chciałem tam zabrać wynajęty samochód, ale jak na 2 miesiące przed chciałem kupić prom to nie było już w ogóle miejsc pomiędzy świętami i sylwestrem! To czas kiedy wszyscy Australijczycy mają wakacje i ta wyspa jest popularna. Miałem farta z noclegiem zarezerwowanym za 500 zł/doba na tej wyspie, bo potem najtańszy był za 3k
:o Nocleg miałem, ale samochodu nie mogłem wziąć. Na terminalu promowym są jednak 2 wypożyczalnie. W lokalnej wziąłem Mitsu ASX za 1100 zł za 2 dni. Drogo, ale wzięcie samochodu na prom byłoby niewiele tańsze, więc już nie narzekałem.
Ogólnie noclegi wszystkie zrobiłem przez booking z promocji 15 mil/euro, więc mam nadzieję jeszcze skosić mil. Ceny za apartamenty/domki dla 5 osób kosztowały 500-600 zł średnio. Jedynie w Uluru było za 1000.
Jak to wszystko zacząłem liczyć to stwierdziłem, że podróżowanie to nie jest tanie hobby
:roll: , ale trzeba korzystać z życia póki można.
Mamy trochę latania, trochę roadtripa. Będzie super!
Ruszamy
:D
Wylot z Warszawy mamy w piątek wieczorem. Turkish ma dwa wieczorne loty i oba zapchane. Na 2h locie jest ciepły posiłek i na szczęście dolatujemy na czas. Odbieramy bagaż i udajemy się do hotel desk. Przysługuje nam hotel z uwagi na to, że wylot do SYD mamy dopiero o 15 następnego dnia. Bez problemu dostajemy 3 pokoje (2+2+1) i za chwilę prowadzą nas do busiku.
Do hotelu jest ponad 30 minut jazdy, dziwne, że nic wokół nowego lotniska nie wybudowali. Marzy się coś takiego jak w ET, gdzie hotel jest rzut beretem. Sam hotel natomiast bardzo fajny i mamy bardzo obfite śniadanie w cenie. Już o 11 zabiera nas bus z powrotem na lotnisko. Przy bramce naszego lotu jest bardzo duża kolejka. Szukają chętnych na lot jutrzejszy. Spotykamy kilka polskich rodzin, jedni z nich czekają na lot już trzeci dzień, bo wylecieli przymusowo z lotu... Nas jest piątka, więc TK raczej nie będzie ryzykował 3k euro odszkodowania. Wsiadamy bez problemu, a A350 oczywiście wypełniony jest do ostatniego miejsca.
Samolot nowy, ekran duży, ale miejsca nie jest niestety zbyt wiele. Szczególnie jak pasażer przed nami rozłoży fotel to robi się bardzo ciasno. Każdy dostaje amenity kit - piękna kolorowa torebeczka Lacoste. Wziąłem kilka sztuk na pamiątkę
;-). Do KUL lecimy 9h. W KUL wszyscy wysiadają z samolotu i niestety muszą przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, która jest przed bramką. Kompletny bezsens, ale ponoć to przepisy malezyjskie by kontrolować wszystkich na przesiadce. Do SYD leci się kolejne 7.5 i jakoś to zlatuje. Moje dzieciaki na szczęście dobrze znoszą długie loty. Mamy takie dmuchane wypełniacze, które wkłada się w miejsce na nogi, więc nasz 4.5 latek ma właściwie łóżeczko jak położy się bokiem.
Sprawnie przechodzimy immigration i witamy w Australii. Idę od razu do Hertz/Thrifty po samochód. Uzgadniam, że bez problemu mogę oddać na terminalu krajowym, który jest po drugiej stronie lotniska. Dostajemy prawie nówkę Land Cruisera Prado z silnikiem diesel 2.8l. Kloc straszny, ale całkiem dobrze się nim manewruje. Hotel mamy 10 km od lotniska, jeszcze szybkie zakupy i gaśniemy.
Nasz apartament jest mega fajny, ma chyba z 60 m2. Dwie duże sypialnie, salon, kuchnia, pralnia, dwie łazienki. Kosztował 560 zł za dobę, więc dobry deal. Dzisiaj chcieliśmy wziąć dzień na luzaka i zwiedzić Sydney. Parkowanie w mieście jest mega mega drogie, ale jak pisałem w wątku o transporcie jest na to sposób. W Secure parking robię prepaid i za 7 AUD mam parking w centrum na cały dzień.
Po drodze zwiedzamy jednak najpierw Enmore. To taka dzielnica Art Deco w Sydney z najstarszym teatrem w mieście. Z samego rana oczywiście jest bardzo spokojnie, ale jest kilka knajp otwartych, gdzie ludzie jedzą śniadanie.
Robimy szybki spacer i jedziemy do centrum. Miałem problem z zaparkowaniem Land Cruisera, bo parking w większości miał miejsca dla samochodów do wysokości 1.8m, a mój miał 1.85. Udało się jednak w końcu gdzieś wcisnąć, ale mało co dachem nie zawadziłem o sufit. Samochód miał czujniki i kamery z każdej strony, ale nie z góry
:)
Spacerujemy sobie The Rocks. Ładnie, czysto i tak nowocześnie. Stare budynki mają po 100 lat, nawet ruiny prawie przegapiliśmy
;-)
W końcu go widać! Harbour Bridge
No i najsłynniejszy budynek oczywiście... Zawsze myślałem, że jest biały, ale nie jest.
Decydujemy się przepłynąć po zatoce. Płyniemy do Manly, gdzie jest piękna plaża i możemy podziwiać operę z wody:
Manly to bardzo turystyczne miejsce. Jest duży deptak, gdzie możemy zjeść lunch, a także kąpiemy się na plaży. Woda zimna, ale nikomu to nie przeszkadza.
Przy powrocie zrobiła się pogoda i jest zupełnie inny odbiór downtown, opery i mostu
:)
Idziemy do opery. Żar leje się z nieba. Trochę szukamy jak tam w ogóle wejść.
Udało się wejść do środka, ale na salę już nie wpuścili. Trzeba było mieć bilety, a bilety na cokolwiek były wyprzedane na kilka dni do przodu.
Idziemy jeszcze w stronę pierwszego więzienia. W końcu Australia była początkowo miejscem dla skazańców i to dla wielu kobiet. Dostaje się audiobooka i można obejrzeć małe muzeum.
Wracamy do samochodu i padamy ze zmęczenia. Jet lag daje się we znaki.
Kolejny dzień przeznaczyliśmy na Blue Mountains. Nie wiedziałem jak do tego podejść i wklepałem w AI aby mi podał co muszę zobaczyć. Wyskoczyła mi lista 6 punktów widokowych i te zamierzaliśmy zrealizować. Planowanie w erze AI super
:)
W 1.5 godzinki jesteśmy już na pierwszym miejscu widokowym. Pogoda mega, więc spodziewamy się super widoków. Pierwszy punkt to Lincoln's Rock, spektakularna, otwarta panorama Jamison Valley z płaskiej skały. Na parkingu jesteśmy jedyni, a ścieżka to jedyne 5 minut.
No i faktycznie jest wow. Dolina wypełniona drzewami, pionowe uskoki i bezkres.
Jedyne co przeszkadza to muchy
:). Nie aż tak mocno, ale to taki znak rozpoznawczy Australii...
Drugie miejsce to Wentworth Falls lookout. Jest tu kilka samochodów, ale bez przesady. Widoczek super...
Schodzimy kilkanaście minut na dół do wodospadów. Dołem w ogóle biegnie fajny szlak i jak ktoś ma do spędzenia kilka dni to można sobie fajnie pospacerować.
Trzecie miejsce to Sublime Point. Nie ma tu prawie nikogo. Młody nam zgasł, więc dzielimy się na pół i idziemy osobno. Na szczęście wszystkie punkty widokowe są max 5 minut od parkingu, więc nie ma problemu.
Robiłam w listopadzie trek od Wentworth Falls (tam można zejść w dół wodospadu - strome schody) do 3 sióstr. Całość ok 20km fajny jest jeszcze Bridal Veil Lookout czy Elysian Rock Lookoutcałość opisana tutaj:https://www.nationalparks.nsw.gov.au/th ... f-top-walkspokojnie da sie zrobić komunikacja miejską z Sydney i lokalną - jak ktoś wczesnie wystartuje to pewnie nawet w 1 dzień
;) lepiej celowac w zachod słońca na 3 siostrach
W tym czasie sam znalazłem deal BA do Sydney za 3500. Było na ferie 2026, ale wyloty wtorek, powroty piątek, więc na miejscu max 8 dni, a urlopu 10. Bez sensu.
Za to w tym idealnym świąteczno-noworocznym terminie Turkish miał loty za 5600 w promocji. Ładna mi promocja, co nie? W życiu tyle za bilet nie wydałem, a tu jeszcze musiałem kupić 4. Chodziłem struty przez kilka dni, ale racjonalnie patrząc w tym terminie za taką kasę to były loty na jakieś totalnie popularne kierunki typu Tajlandia czy Filipiny. Może ta cena jednak nie jest taka zła? W końcu pomyślałem, że rodzina i tak znosi dużo moich samotnych wyjazdów, więc raz się żyje. Żona jeszcze chciała wziąć siostrę, tak jak przy naszych poprzednich wakacjach w USA i w Kostaryce/Nikaragui, więc koniec końców kupiliśmy 5 biletów.
Turkish miał tę zaletę, że rozkład był dobry, bagaż w cenie i fajne godziny. Do tego *A. Oczywiście za miesiąc zmienili rozkład i musieliśmy lecieć w piątek wieczór, zamiast soboty rano. Ale za to dali hotel oraz wskoczyłem na klasy A i Y, więc 20k mil od osoby za podróż. To lubię.
Pomny doświadczeniami z Perth, chciałem szybko zarezerwować loty i samochody. W Perth samochód miałem za 700 zł na 8 dni (Outlander), który na miesiąc przed podróżą był już za 2800. Australia może być znośna cenowo jak porezerwuje się na wiele miesięcy przed podróżą.
Nie chciałem jechać pomiędzy SYD i MEL, gdzie niewiele jest do zobaczenia, więc pomyślałem, że użyję Uluru jako przeskok. Koniecznie także chciałem zobaczyć Tasmanię i nie wracać się potem do MEL.
Dokupiłem zatem loty:
SYD-AYQ
AYQ-MEL
MEL-HBA
HBA-SYD
Wszystko Jetstarem po około 200-300 zł od osoby. Dobra cena.
Rezerwacja samochodów. Jako, że było nas 5, to musiałem wziąć większe samochody.
W SYD najlepiej wychodził Land Cruiser Prado (!) za 800 zł na 3 dni (Thrifty)
W AYQ lokalne wycieczki na 5 osób windowały koszty dużo, więc lepiej było wynająć Corollę na dobę za 300 zł i samemu objeździć.
W MEL samochód na 8 dni wyszedł najdrożej - 2500 zł za Standard SUV (Outlander znowu) w Bargain car rental
W HBA za to za 500 zł miałem pickupa typu Hilux (ale Mazda) za 3 dni, też w Bargain. Dobry deal.
Oczywiście były mniejsze i (niewiele) tańsze samochody, no ale ze względu na 5 osób i bagaż potrzebne były większe.
W planie także była Kangaroo Island. Chciałem tam zabrać wynajęty samochód, ale jak na 2 miesiące przed chciałem kupić prom to nie było już w ogóle miejsc pomiędzy świętami i sylwestrem! To czas kiedy wszyscy Australijczycy mają wakacje i ta wyspa jest popularna. Miałem farta z noclegiem zarezerwowanym za 500 zł/doba na tej wyspie, bo potem najtańszy był za 3k :o
Nocleg miałem, ale samochodu nie mogłem wziąć. Na terminalu promowym są jednak 2 wypożyczalnie. W lokalnej wziąłem Mitsu ASX za 1100 zł za 2 dni. Drogo, ale wzięcie samochodu na prom byłoby niewiele tańsze, więc już nie narzekałem.
Ogólnie noclegi wszystkie zrobiłem przez booking z promocji 15 mil/euro, więc mam nadzieję jeszcze skosić mil.
Ceny za apartamenty/domki dla 5 osób kosztowały 500-600 zł średnio. Jedynie w Uluru było za 1000.
Jak to wszystko zacząłem liczyć to stwierdziłem, że podróżowanie to nie jest tanie hobby :roll: , ale trzeba korzystać z życia póki można.
Mamy trochę latania, trochę roadtripa. Będzie super!
Ruszamy :D
Wylot z Warszawy mamy w piątek wieczorem. Turkish ma dwa wieczorne loty i oba zapchane. Na 2h locie jest ciepły posiłek i na szczęście dolatujemy na czas. Odbieramy bagaż i udajemy się do hotel desk. Przysługuje nam hotel z uwagi na to, że wylot do SYD mamy dopiero o 15 następnego dnia. Bez problemu dostajemy 3 pokoje (2+2+1) i za chwilę prowadzą nas do busiku.
Do hotelu jest ponad 30 minut jazdy, dziwne, że nic wokół nowego lotniska nie wybudowali. Marzy się coś takiego jak w ET, gdzie hotel jest rzut beretem. Sam hotel natomiast bardzo fajny i mamy bardzo obfite śniadanie w cenie. Już o 11 zabiera nas bus z powrotem na lotnisko. Przy bramce naszego lotu jest bardzo duża kolejka. Szukają chętnych na lot jutrzejszy. Spotykamy kilka polskich rodzin, jedni z nich czekają na lot już trzeci dzień, bo wylecieli przymusowo z lotu... Nas jest piątka, więc TK raczej nie będzie ryzykował 3k euro odszkodowania. Wsiadamy bez problemu, a A350 oczywiście wypełniony jest do ostatniego miejsca.
Samolot nowy, ekran duży, ale miejsca nie jest niestety zbyt wiele. Szczególnie jak pasażer przed nami rozłoży fotel to robi się bardzo ciasno. Każdy dostaje amenity kit - piękna kolorowa torebeczka Lacoste. Wziąłem kilka sztuk na pamiątkę ;-). Do KUL lecimy 9h. W KUL wszyscy wysiadają z samolotu i niestety muszą przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, która jest przed bramką. Kompletny bezsens, ale ponoć to przepisy malezyjskie by kontrolować wszystkich na przesiadce. Do SYD leci się kolejne 7.5 i jakoś to zlatuje. Moje dzieciaki na szczęście dobrze znoszą długie loty. Mamy takie dmuchane wypełniacze, które wkłada się w miejsce na nogi, więc nasz 4.5 latek ma właściwie łóżeczko jak położy się bokiem.
Sprawnie przechodzimy immigration i witamy w Australii. Idę od razu do Hertz/Thrifty po samochód. Uzgadniam, że bez problemu mogę oddać na terminalu krajowym, który jest po drugiej stronie lotniska. Dostajemy prawie nówkę Land Cruisera Prado z silnikiem diesel 2.8l. Kloc straszny, ale całkiem dobrze się nim manewruje. Hotel mamy 10 km od lotniska, jeszcze szybkie zakupy i gaśniemy.
Nasz apartament jest mega fajny, ma chyba z 60 m2. Dwie duże sypialnie, salon, kuchnia, pralnia, dwie łazienki. Kosztował 560 zł za dobę, więc dobry deal.
Dzisiaj chcieliśmy wziąć dzień na luzaka i zwiedzić Sydney. Parkowanie w mieście jest mega mega drogie, ale jak pisałem w wątku o transporcie jest na to sposób. W Secure parking robię prepaid i za 7 AUD mam parking w centrum na cały dzień.
Po drodze zwiedzamy jednak najpierw Enmore. To taka dzielnica Art Deco w Sydney z najstarszym teatrem w mieście. Z samego rana oczywiście jest bardzo spokojnie, ale jest kilka knajp otwartych, gdzie ludzie jedzą śniadanie.
Robimy szybki spacer i jedziemy do centrum. Miałem problem z zaparkowaniem Land Cruisera, bo parking w większości miał miejsca dla samochodów do wysokości 1.8m, a mój miał 1.85. Udało się jednak w końcu gdzieś wcisnąć, ale mało co dachem nie zawadziłem o sufit. Samochód miał czujniki i kamery z każdej strony, ale nie z góry :)
Spacerujemy sobie The Rocks. Ładnie, czysto i tak nowocześnie. Stare budynki mają po 100 lat, nawet ruiny prawie przegapiliśmy ;-)
W końcu go widać! Harbour Bridge
No i najsłynniejszy budynek oczywiście... Zawsze myślałem, że jest biały, ale nie jest.
Decydujemy się przepłynąć po zatoce. Płyniemy do Manly, gdzie jest piękna plaża i możemy podziwiać operę z wody:
Manly to bardzo turystyczne miejsce. Jest duży deptak, gdzie możemy zjeść lunch, a także kąpiemy się na plaży. Woda zimna, ale nikomu to nie przeszkadza.
Przy powrocie zrobiła się pogoda i jest zupełnie inny odbiór downtown, opery i mostu :)
Idziemy do opery. Żar leje się z nieba. Trochę szukamy jak tam w ogóle wejść.
Udało się wejść do środka, ale na salę już nie wpuścili. Trzeba było mieć bilety, a bilety na cokolwiek były wyprzedane na kilka dni do przodu.
Idziemy jeszcze w stronę pierwszego więzienia. W końcu Australia była początkowo miejscem dla skazańców i to dla wielu kobiet. Dostaje się audiobooka i można obejrzeć małe muzeum.
Wracamy do samochodu i padamy ze zmęczenia. Jet lag daje się we znaki.
Planowanie w erze AI super :)
W 1.5 godzinki jesteśmy już na pierwszym miejscu widokowym. Pogoda mega, więc spodziewamy się super widoków. Pierwszy punkt to Lincoln's Rock, spektakularna, otwarta panorama Jamison Valley z płaskiej skały. Na parkingu jesteśmy jedyni, a ścieżka to jedyne 5 minut.
No i faktycznie jest wow. Dolina wypełniona drzewami, pionowe uskoki i bezkres.
Jedyne co przeszkadza to muchy :). Nie aż tak mocno, ale to taki znak rozpoznawczy Australii...
Drugie miejsce to Wentworth Falls lookout. Jest tu kilka samochodów, ale bez przesady. Widoczek super...
Schodzimy kilkanaście minut na dół do wodospadów. Dołem w ogóle biegnie fajny szlak i jak ktoś ma do spędzenia kilka dni to można sobie fajnie pospacerować.
Trzecie miejsce to Sublime Point. Nie ma tu prawie nikogo. Młody nam zgasł, więc dzielimy się na pół i idziemy osobno. Na szczęście wszystkie punkty widokowe są max 5 minut od parkingu, więc nie ma problemu.