Echo Point (Three Sisters) to chyba najbardziej oblegane miejsce. Kilka autobusów, nie ma gdzie zaparkować, a jak już znalazłem to był w sporej cenie... Widok jednak powoduje, że zapominamy o tych przeciwnościach.
Schodzę na dół.
Obiektyw 10mm przydaje się do objęcia jednej z sióstr z bliska.
Pionowe schody w dół prowadzą do dołu doliny. Poszedłem dość sporo bo myślałem, że będą jakieś widoki, ale niestety nie było. Po tych schodach zmachałem się jednak jak wariat i potem walczyłem z zakwasami.
Szybki Cahill's lookout i danie dnia, czyli Govetts Leap Lookout. Mało tu ludzi, ale widok chyba najpiękniejszy. Ciężko oddać ten bezkres na zdjęciach.
Jesteśmy mega usatysfakcjonowani. Naprawdę piękne miejsca i bardzo dostępne do zwiedzania. A jak ktoś chce zrobić dłuższe trekkingi to też jak najbardziej można.
Wracamy do Sydney. Chciałem odwiedzić jeszcze Parramatta Female Factory. Wszyscy mi zasnęli w samochodzie, więc wyszedłem sam. Szkoda, że zamknięte i nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest tuż przed świętami?
Parramatta Female Factory to jedno z najważniejszych miejsc związanych z historią kolonialnej Australii i losem skazanych kobiet.
Powstała w 1821 roku w Parramatta (dzisiejsze przedmieście Sydney) i była pierwszą państwową instytucją w Australii przeznaczoną wyłącznie dla kobiet-skazańców. Mimo nazwy nie była typową fabryką i pełniła wiele funkcji jednocześnie. Trafiały tam skazane oraz chore kobiety. Czasami skazane za bardzo drobne przewinienia typu kradzież jedzenia.
Wracamy do hotelu na odpoczynek. Powoli żegnamy się z Sydney i jutro lecimy do Ayers Rock.Uluru - marzenie każdego podróżnika, także moje
:). Kiedyś latało się do Alice Springs i jechało kilka godzin. Teraz można wylądować na lotnisku Ayers Rock, na kilka kilometrów przed Uluru. Stworzono tu małe miasteczko z kilkoma hotelami i cenami z kosmosu. Nasz 4 osobowy unit to prawie 1000 złotych, dlatego zostajemy tu tylko na jedną noc. Rozkłady samolotów pozwalają na zobaczenie w tym czasie to co trzeba.
Lądujemy wczesnym popołudniem i wynajmujemy samochód w Avis. Ma niestety limit 150 km, ale może nie będzie tak źle jak przekroczymy. Na lotnisku jest jeszcze Hertz i jakaś lokalna wypożyczalnia. Meldujemy się w resorcie i tu jemy w barze jakiś szybki fast food. Zimna woda z polewaka w cenie. Zresztą generalnie wszędzie w AU, całkiem smaczna kranówa z lodem jest za darmo.
Żar leje się z nieba - jest 39 stopni i oczywiście wszędobylskie muchy. O 15 wyjeżdżamy na zwiedzanie. Stwierdziliśmy, że pojedziemy najpierw do Kata Tjuta na widoczek. Trzeba jednak najpierw zapłacić za park pass. Jest nas 3 dorosłych i 2 dzieci - dzieci do lat 18 na szczęście za darmo, ale i tak jestem lżejszy o 300 zł. Pass pozwala na wjazd na 3 kolejne dni.
Przy skręcie do Kata Tjuta nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić pierwszych zdjęć
:)
Kata Tjuta obejrzeliśmy z Dune view point. Skały są dużo bardziej rozległe niż Uluru i w sumie rzadko się o nich wspomina. Natomiast też są super.
Wracamy pod Uluru. Chcemy go objechać dookoła i zobaczyć zachód.
Uluru to ogromny monolit z piaskowca, wznoszący się na 348 metrów ponad równinę pustynną, a jego obwód u podstawy wynosi około 9,4 km. Góra słynie z niezwykłych zmian koloru - o świcie i o zachodzie słońca skała przybiera intensywne odcienie czerwieni, pomarańczu i purpury, więc pojawienie się na zachodzie i wschodzie to obowiązek.
Dla rdzennych mieszkańców Australii, ludu Anangu, Uluru jest świętym miejscem, nierozerwalnie związanym z opowieściami Czasu Snu, które opisują powstanie świata, prawa społeczne i relację ludzi z naturą. Każda szczelina, jaskinia i formacja skalna ma swoje znaczenie duchowe i kulturowe.
Ciekawa jest ilość dziur w górze, powstałych zapewne od krótkich i intensywnych opadów. Góra z każdej strony wygląda inaczej.
Co ciekawe, przez wierzenia, na niektórych odcinkach drogi są znaki by w tym miejscu nie robić zdjęć.
Przy Uluru jest kilka ścieżek, np. Mala Walk, która prowadzi do jaskiń z rysunkami. Doszliśmy tam kawałek, ale nie dało się wejść. Pewnie można tylko z przewodnikiem.
Są tu też znaki, że od 6 lat nie wolno wspinać się na górę. Można za to stąd obejść dookoła, jak ktoś wytrzyma w tym upale.
Idziemy do Waterhole. Spotykamy wycieczkę z naszego resortu, w tym po raz kolejny Polaków. Zwiedzanie w grupie 30 osób jednak nie jest zbyt fajne.
W czasie deszczu to jest tu niezły wodospad. Popatrzyłem akurat na zdjęcie z telefonu przewodniczki.
Szukamy powoli miejsca na zachód słońca. Jest wydzielone miejsce dla samochodów oraz dla wycieczek.
Pomimo zakazów, że samochody nie mogą jechać na miejsce dla wycieczek to wjeżdżam na parking i widzę kilka samochodów. Stajemy i my. To miejsce dla wycieczek jest jednak wyżej i wydaje mi się lepsze.
Kolory Uluru faktycznie kosmiczne, ale niebo już niestety nie to samo, więc w sumie warto odwiedzić górę o każdej porze dnia.
Idziemy wcześnie spać, bo pobudka o 5 by dojechać na wschód. Dzisiaj Wigilia, ale nasze dania to zwykłe kanapki
;-)Pobudka o 5, bo do punktu widokowego na wschód słońca jedzie się dobre pół godziny. Dojeżdżamy na kilka minut przed wschodem. Ludzi pełno, a platforma widokowa tak nabita, że nie damy rady się wcisnąć. Idziemy więc szlakiem, gdzie jest dużo spokojniej. Co ciekawe, stąd widać skały Kata Tjuta, które są prawie 50 km dalej.
Po wschodzie wszyscy się szybko rozjeżdżają, więc mogę wejść na platformę i jeszcze chwilę podziwiać kolory:
Obejrzenie Uluru to faktycznie coś wspaniałego.
Wracam na śniadanie i czas ruszać dalej. Samochodem zrobiłem 200 km, więc muszę dopłacić 50 zł za kilometry. Mały koszt biorąc pod uwagę piękno miejsc.
Na lotnisku z Jetstarem tym razem nie jest tak łatwo. Niepotrzebnie wszyscy podeszliśmy do check-in zdać duży bagaż, ponieważ pani zaczęła ważyć nasze podręczne. A mieliśmy ich łącznie 25 kg za dużo (limit 7kg na pasażera). Trochę kłótni i musimy nadać dwie walizki podręczne i zapłacić około 250 złotych.
Naszym samolotem przylatuje @pawfazi z rodziną. Czekam na nich w hali i dało radę przybić piątkę zanim musiałem pójść się boardować.
W Melbourne wita nas 18 stopni. Na szczęście jest słońce, ale naprawdę jest chłodno. Sami Australijczycy narzekają na zimno tego lata.
Jest Boże Narodzenie, dziś parkowanie w mieście za darmo, więc jedziemy na popołudniowy spacer. Ogólnie miasto jest bardzo ładne, czyste, nowoczesne i przemyślane. Jak nie lubię miast to Melbourne bardzo mi się podoba.
Oglądamy najpierw Budynek Wystawy Królewskiej z XIX wieku. Budynek powstał w 1880 roku z okazji Międzynarodowej Wystawy w Melbourne, która miała pokazać światu potęgę gospodarczą i kulturalną kolonialnej Australii. To właśnie w tym budynku w 1901 roku odbyła się uroczysta inauguracja Parlamentu Australii. Zbudowany w stylu wiktoriańskim, z wyraźnymi wpływami renesansu i architektury klasycznej. Najbardziej charakterystycznym elementem jest centralna kopuła, inspirowana katedrą Santa Maria del Fiore we Florencji. Ogromna Great Hall była jedną z największych na świecie w chwili powstania.
Z uwagi na święto, niestety jest zamknięte i do środka nie wejdziemy...
Możemy stad pooglądać kilka ciekawych budynków downtown.
Niedaleko znajduje się Old Melbourne Gaol. To dawne więzienie, które dziś jest muzeum i ważnym symbolem kolonialnej przeszłości Australii. To największe byłe więzienie w stanie Victoria, gdzie wykonano 130 egzekucji. Dzisiaj to muzeum, a niestety znowu z uwagi na święto, jest zamknięte.
Jeździmy jeszcze trochę po pięknym centrum i dojeżdżamy do Shrine of Remembrance, narodowego pomniku poświęconego żołnierzom poległym w służbie kraju. Początkowo pomnik upamiętniał ofiary I wojny światowej, lecz dziś dedykowany jest wszystkim Australijczykom, którzy służyli i polegli w konfliktach zbrojnych.
Stąd jest piękny widok na downtown:
Jeszcze szybki rzut oka na Archikatedrę św. Patryka i możemy wracać. Do Melbourne jeszcze wrócimy, więc nie ma ciśnienia.
Dzisiaj jedno z piękniejszych miejsc, czyli Great Ocean Road. Z Melbourne to spory kawałek i jak dojeżdżamy do 12 Apostołów to w szoku jestem ile jest samochodów. Kierują nas w ogóle na drugi parking i idziemy w tłumie ludzi. Trzeba się trochę poprzepychać, poczekać na swoją kolej i można obejrzeć to:
W takich momentach to opieram się o barierki i oglądam.
Są dwa punkty widokowe, z drugiego dobrze widać Gibson's steps.
Robiłam w listopadzie trek od Wentworth Falls (tam można zejść w dół wodospadu - strome schody) do 3 sióstr. Całość ok 20km fajny jest jeszcze Bridal Veil Lookout czy Elysian Rock Lookoutcałość opisana tutaj:https://www.nationalparks.nsw.gov.au/th ... f-top-walkspokojnie da sie zrobić komunikacja miejską z Sydney i lokalną - jak ktoś wczesnie wystartuje to pewnie nawet w 1 dzień
;) lepiej celowac w zachod słońca na 3 siostrach
Echo Point (Three Sisters) to chyba najbardziej oblegane miejsce. Kilka autobusów, nie ma gdzie zaparkować, a jak już znalazłem to był w sporej cenie... Widok jednak powoduje, że zapominamy o tych przeciwnościach.
Schodzę na dół.
Obiektyw 10mm przydaje się do objęcia jednej z sióstr z bliska.
Pionowe schody w dół prowadzą do dołu doliny. Poszedłem dość sporo bo myślałem, że będą jakieś widoki, ale niestety nie było. Po tych schodach zmachałem się jednak jak wariat i potem walczyłem z zakwasami.
Szybki Cahill's lookout i danie dnia, czyli Govetts Leap Lookout. Mało tu ludzi, ale widok chyba najpiękniejszy. Ciężko oddać ten bezkres na zdjęciach.
Jesteśmy mega usatysfakcjonowani. Naprawdę piękne miejsca i bardzo dostępne do zwiedzania. A jak ktoś chce zrobić dłuższe trekkingi to też jak najbardziej można.
Wracamy do Sydney. Chciałem odwiedzić jeszcze Parramatta Female Factory. Wszyscy mi zasnęli w samochodzie, więc wyszedłem sam. Szkoda, że zamknięte i nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest tuż przed świętami?
Parramatta Female Factory to jedno z najważniejszych miejsc związanych z historią kolonialnej Australii i losem skazanych kobiet.
Powstała w 1821 roku w Parramatta (dzisiejsze przedmieście Sydney) i była pierwszą państwową instytucją w Australii przeznaczoną wyłącznie dla kobiet-skazańców. Mimo nazwy nie była typową fabryką i pełniła wiele funkcji jednocześnie. Trafiały tam skazane oraz chore kobiety. Czasami skazane za bardzo drobne przewinienia typu kradzież jedzenia.
Wracamy do hotelu na odpoczynek. Powoli żegnamy się z Sydney i jutro lecimy do Ayers Rock.Uluru - marzenie każdego podróżnika, także moje :). Kiedyś latało się do Alice Springs i jechało kilka godzin. Teraz można wylądować na lotnisku Ayers Rock, na kilka kilometrów przed Uluru. Stworzono tu małe miasteczko z kilkoma hotelami i cenami z kosmosu. Nasz 4 osobowy unit to prawie 1000 złotych, dlatego zostajemy tu tylko na jedną noc. Rozkłady samolotów pozwalają na zobaczenie w tym czasie to co trzeba.
Lądujemy wczesnym popołudniem i wynajmujemy samochód w Avis. Ma niestety limit 150 km, ale może nie będzie tak źle jak przekroczymy. Na lotnisku jest jeszcze Hertz i jakaś lokalna wypożyczalnia.
Meldujemy się w resorcie i tu jemy w barze jakiś szybki fast food. Zimna woda z polewaka w cenie. Zresztą generalnie wszędzie w AU, całkiem smaczna kranówa z lodem jest za darmo.
Żar leje się z nieba - jest 39 stopni i oczywiście wszędobylskie muchy. O 15 wyjeżdżamy na zwiedzanie. Stwierdziliśmy, że pojedziemy najpierw do Kata Tjuta na widoczek.
Trzeba jednak najpierw zapłacić za park pass. Jest nas 3 dorosłych i 2 dzieci - dzieci do lat 18 na szczęście za darmo, ale i tak jestem lżejszy o 300 zł. Pass pozwala na wjazd na 3 kolejne dni.
Przy skręcie do Kata Tjuta nie mogliśmy sobie oczywiście odmówić pierwszych zdjęć :)
Kata Tjuta obejrzeliśmy z Dune view point. Skały są dużo bardziej rozległe niż Uluru i w sumie rzadko się o nich wspomina. Natomiast też są super.
Wracamy pod Uluru. Chcemy go objechać dookoła i zobaczyć zachód.
Uluru to ogromny monolit z piaskowca, wznoszący się na 348 metrów ponad równinę pustynną, a jego obwód u podstawy wynosi około 9,4 km.
Góra słynie z niezwykłych zmian koloru - o świcie i o zachodzie słońca skała przybiera intensywne odcienie czerwieni, pomarańczu i purpury, więc pojawienie się na zachodzie i wschodzie to obowiązek.
Dla rdzennych mieszkańców Australii, ludu Anangu, Uluru jest świętym miejscem, nierozerwalnie związanym z opowieściami Czasu Snu, które opisują powstanie świata, prawa społeczne i relację ludzi z naturą. Każda szczelina, jaskinia i formacja skalna ma swoje znaczenie duchowe i kulturowe.
Ciekawa jest ilość dziur w górze, powstałych zapewne od krótkich i intensywnych opadów. Góra z każdej strony wygląda inaczej.
Co ciekawe, przez wierzenia, na niektórych odcinkach drogi są znaki by w tym miejscu nie robić zdjęć.
Przy Uluru jest kilka ścieżek, np. Mala Walk, która prowadzi do jaskiń z rysunkami. Doszliśmy tam kawałek, ale nie dało się wejść. Pewnie można tylko z przewodnikiem.
Są tu też znaki, że od 6 lat nie wolno wspinać się na górę. Można za to stąd obejść dookoła, jak ktoś wytrzyma w tym upale.
Idziemy do Waterhole. Spotykamy wycieczkę z naszego resortu, w tym po raz kolejny Polaków. Zwiedzanie w grupie 30 osób jednak nie jest zbyt fajne.
W czasie deszczu to jest tu niezły wodospad. Popatrzyłem akurat na zdjęcie z telefonu przewodniczki.
Szukamy powoli miejsca na zachód słońca. Jest wydzielone miejsce dla samochodów oraz dla wycieczek.
Pomimo zakazów, że samochody nie mogą jechać na miejsce dla wycieczek to wjeżdżam na parking i widzę kilka samochodów. Stajemy i my. To miejsce dla wycieczek jest jednak wyżej i wydaje mi się lepsze.
Kolory Uluru faktycznie kosmiczne, ale niebo już niestety nie to samo, więc w sumie warto odwiedzić górę o każdej porze dnia.
Idziemy wcześnie spać, bo pobudka o 5 by dojechać na wschód. Dzisiaj Wigilia, ale nasze dania to zwykłe kanapki ;-)Pobudka o 5, bo do punktu widokowego na wschód słońca jedzie się dobre pół godziny. Dojeżdżamy na kilka minut przed wschodem. Ludzi pełno, a platforma widokowa tak nabita, że nie damy rady się wcisnąć.
Idziemy więc szlakiem, gdzie jest dużo spokojniej.
Co ciekawe, stąd widać skały Kata Tjuta, które są prawie 50 km dalej.
Po wschodzie wszyscy się szybko rozjeżdżają, więc mogę wejść na platformę i jeszcze chwilę podziwiać kolory:
Obejrzenie Uluru to faktycznie coś wspaniałego.
Wracam na śniadanie i czas ruszać dalej. Samochodem zrobiłem 200 km, więc muszę dopłacić 50 zł za kilometry. Mały koszt biorąc pod uwagę piękno miejsc.
Na lotnisku z Jetstarem tym razem nie jest tak łatwo. Niepotrzebnie wszyscy podeszliśmy do check-in zdać duży bagaż, ponieważ pani zaczęła ważyć nasze podręczne. A mieliśmy ich łącznie 25 kg za dużo (limit 7kg na pasażera). Trochę kłótni i musimy nadać dwie walizki podręczne i zapłacić około 250 złotych.
Naszym samolotem przylatuje @pawfazi z rodziną. Czekam na nich w hali i dało radę przybić piątkę zanim musiałem pójść się boardować.
W Melbourne wita nas 18 stopni. Na szczęście jest słońce, ale naprawdę jest chłodno. Sami Australijczycy narzekają na zimno tego lata.
Jest Boże Narodzenie, dziś parkowanie w mieście za darmo, więc jedziemy na popołudniowy spacer. Ogólnie miasto jest bardzo ładne, czyste, nowoczesne i przemyślane. Jak nie lubię miast to Melbourne bardzo mi się podoba.
Oglądamy najpierw Budynek Wystawy Królewskiej z XIX wieku. Budynek powstał w 1880 roku z okazji Międzynarodowej Wystawy w Melbourne, która miała pokazać światu potęgę gospodarczą i kulturalną kolonialnej Australii. To właśnie w tym budynku w 1901 roku odbyła się uroczysta inauguracja Parlamentu Australii. Zbudowany w stylu wiktoriańskim, z wyraźnymi wpływami renesansu i architektury klasycznej.
Najbardziej charakterystycznym elementem jest centralna kopuła, inspirowana katedrą Santa Maria del Fiore we Florencji. Ogromna Great Hall była jedną z największych na świecie w chwili powstania.
Z uwagi na święto, niestety jest zamknięte i do środka nie wejdziemy...
Możemy stad pooglądać kilka ciekawych budynków downtown.
Niedaleko znajduje się Old Melbourne Gaol. To dawne więzienie, które dziś jest muzeum i ważnym symbolem kolonialnej przeszłości Australii. To największe byłe więzienie w stanie Victoria, gdzie wykonano 130 egzekucji.
Dzisiaj to muzeum, a niestety znowu z uwagi na święto, jest zamknięte.
Jeździmy jeszcze trochę po pięknym centrum i dojeżdżamy do Shrine of Remembrance, narodowego pomniku poświęconego żołnierzom poległym w służbie kraju. Początkowo pomnik upamiętniał ofiary I wojny światowej, lecz dziś dedykowany jest wszystkim Australijczykom, którzy służyli i polegli w konfliktach zbrojnych.
Stąd jest piękny widok na downtown:
Jeszcze szybki rzut oka na Archikatedrę św. Patryka i możemy wracać. Do Melbourne jeszcze wrócimy, więc nie ma ciśnienia.
W takich momentach to opieram się o barierki i oglądam.
Są dwa punkty widokowe, z drugiego dobrze widać Gibson's steps.