Do napisania swojej pierwszej relacji na forum zbierałem się już od jakiegoś czasu. Listopadowy wyjazd do Turcji wydaje się idealnym do opisania na pierwszy raz, choć zdaję sobie sprawę, że dla forumowych weteranów przedstawione w tej relacji miejsca nie będą niczym nowym. Początkowo Turcja nie była rozważana jako cel tego konkretnego wyjazdu, jednak ostatecznie z różnych względów padło na nią. Jako że to pierwsza relacja, to oczywiście chętnie przyjmę wszelkie porady.
1 listopada z samego rana, kiedy większość ludzi szykowała się do wyjścia na groby, ja na lotnisku w Pyrzowicach rozpoczynałem swój wyjazd do Turcji. Chwilę po dotarciu na lotnisko okazało się, że mój samolot do Antalyi będzie opóźniony. Już kilka dni przed lotem Corendon przesunął godzinę wylotu i zamiast o 8:35, jak na bilecie, mieliśmy lecieć o 9:25.
Ostatecznie wylecieliśmy po 10:00. Sam lot był jednak bezproblemowy i niecałe 2,5 godziny później wylądowałem na lotnisku w Antalyi. Nie licząc Cypru, jest to mój pierwszy raz w Azji.
Teraz trzeba było jeszcze dotrzeć do miasta. Wiedziałem, że z lotniska dociera tam tramwaj, jednak na terminalu nie znalazłem żadnych oznakowań, które by mnie do niego doprowadziły. Wiedząc, że na lotnisku nie będę miał dostępu do internetu, przygotowałem sobie mapę offline, jednak nie spodziewałem się, że telefon nawet po wylądowaniu i odbiorze bagażu nie będzie łapał lokalizacji. Ruszyłem więc intuicyjnie przed siebie, omijając wszelkie taksówki. Nieco dalej, na parkingu wreszcie udało się złapać lokalizację i wtedy zorientowałem się, że tramwaj odjeżdża spod terminala krajowego, dość oddalonego od miejsca, w którym byłem. Nie chciało mi się już jednak wracać na autobus kursujący między terminalami, więc szedłem dalej, niezbyt dostosowaną do ruchu pieszego drogą, aż dotarłem pod przystanek tramwajowy. Nie mogłem jednak wejść dalej bez biletu, płatność kartą na bramce nie była możliwa, a automatów ani śladu.
Idę więc dalej pod terminal i z pomocą pracowników lotniska wreszcie znajduję automat biletowy. Okazało się, że musiałem obejść przystanek i wejść z drugiej strony. Zakupiłem więc AntalyaKart, po czym w końcu dotarłem do miasta, o wiele później niż zakładałem. Zajęło mi to łącznie jakieś 2,5 godziny od momentu wylądowania.
Już po wyjściu z autobusu, po drodze do hotelu mogłem się przekonać, po której stronie konfliktu izraelsko-palestyńskiego stoją Turcy
:D
Chwilę później docieram pod bramę Hadriana, a tuż za nią natrafiam na pierwszego tureckiego kota. Jako miłośnik tych zwierząt wykorzystywałem każdą okazję, by robić zdjęcia tym uroczym czworonogom. Dlatego też Turcja była dla mnie wyjątkowo atrakcyjnym kierunkiem.
Po zameldowaniu w hotelu, udałem się na spacer po jednym z najczęściej odwiedzanych miast świata. Jednak Antalya to nie tylko plaże, te właściwie niezbyt mnie interesowały.
Za to koty jak najbardziej. Ten wyjątkowo wtopił się w tło.
Podczas spaceru okazało się, że w tym czasie w Antalyi miał miejsce jakiś festiwal, w ramach którego odbywały się koncerty oraz inne wydarzenia kulturalne. Konkretnie to ten: https://kulturyolufestivali.com/
Następnie odwiedziłem pobliski park i kolejne miejsca w mieście.
Jak to w Turcji, nie mogło też zabraknąć Ataturka:
Następnego dnia trzeba było jednak wcześnie wstać, bowiem w planie była wycieczka do Pamukkale.Jako się rzekło, kolejnego dnia w planach była wycieczka do Pamukkale. Nie przepadam zbytnio za typowo turystycznymi miejscami, no ale skoro to atrakcja z listy UNESCO, to trzeba odwiedzić. Wycieczka z GYG w kameralnej grupie w postaci trzyosobowej rodziny z Litwy, francuskojęzycznej Kanadyjki, Chinki dzielącej życie między Hongkong i USA, Tajwańczyka, Turczynki oraz mnie i mojego znajomego. O samym Pamukkale nie ma co się rozpisywać, jako że jest to miejsce, którego nie trzeba przedstawiać, więc ograniczę się tylko do zdjęć.
Najpierw przedstawię jednak pewnego przystojniaka, który nas w tym miejscu (właściwie to na wejściu do Hierapolis) przywitał.
No to na początek właśnie czasy antyczne.
W teatrze natrafiamy na kolejnego słodziaka.
Lecimy dalej ze starożytnością.
Na sam koniec Hierapolis napotykamy kogucika, ponoć symbol tej okolicy.
Teraz już Pamukkale.
Po powrocie do Antalyi jeszcze odrobina funu w wesołym miasteczku Aktur Park.
1 listopada z samego rana, kiedy większość ludzi szykowała się do wyjścia na groby, ja na lotnisku w Pyrzowicach rozpoczynałem swój wyjazd do Turcji. Chwilę po dotarciu na lotnisko okazało się, że mój samolot do Antalyi będzie opóźniony. Już kilka dni przed lotem Corendon przesunął godzinę wylotu i zamiast o 8:35, jak na bilecie, mieliśmy lecieć o 9:25.
Ostatecznie wylecieliśmy po 10:00. Sam lot był jednak bezproblemowy i niecałe 2,5 godziny później wylądowałem na lotnisku w Antalyi. Nie licząc Cypru, jest to mój pierwszy raz w Azji.
Teraz trzeba było jeszcze dotrzeć do miasta. Wiedziałem, że z lotniska dociera tam tramwaj, jednak na terminalu nie znalazłem żadnych oznakowań, które by mnie do niego doprowadziły. Wiedząc, że na lotnisku nie będę miał dostępu do internetu, przygotowałem sobie mapę offline, jednak nie spodziewałem się, że telefon nawet po wylądowaniu i odbiorze bagażu nie będzie łapał lokalizacji. Ruszyłem więc intuicyjnie przed siebie, omijając wszelkie taksówki. Nieco dalej, na parkingu wreszcie udało się złapać lokalizację i wtedy zorientowałem się, że tramwaj odjeżdża spod terminala krajowego, dość oddalonego od miejsca, w którym byłem. Nie chciało mi się już jednak wracać na autobus kursujący między terminalami, więc szedłem dalej, niezbyt dostosowaną do ruchu pieszego drogą, aż dotarłem pod przystanek tramwajowy. Nie mogłem jednak wejść dalej bez biletu, płatność kartą na bramce nie była możliwa, a automatów ani śladu.
Idę więc dalej pod terminal i z pomocą pracowników lotniska wreszcie znajduję automat biletowy. Okazało się, że musiałem obejść przystanek i wejść z drugiej strony. Zakupiłem więc AntalyaKart, po czym w końcu dotarłem do miasta, o wiele później niż zakładałem. Zajęło mi to łącznie jakieś 2,5 godziny od momentu wylądowania.
Już po wyjściu z autobusu, po drodze do hotelu mogłem się przekonać, po której stronie konfliktu izraelsko-palestyńskiego stoją Turcy :D
Chwilę później docieram pod bramę Hadriana, a tuż za nią natrafiam na pierwszego tureckiego kota. Jako miłośnik tych zwierząt wykorzystywałem każdą okazję, by robić zdjęcia tym uroczym czworonogom. Dlatego też Turcja była dla mnie wyjątkowo atrakcyjnym kierunkiem.
Po zameldowaniu w hotelu, udałem się na spacer po jednym z najczęściej odwiedzanych miast świata. Jednak Antalya to nie tylko plaże, te właściwie niezbyt mnie interesowały.
Za to koty jak najbardziej. Ten wyjątkowo wtopił się w tło.
Podczas spaceru okazało się, że w tym czasie w Antalyi miał miejsce jakiś festiwal, w ramach którego odbywały się koncerty oraz inne wydarzenia kulturalne. Konkretnie to ten: https://kulturyolufestivali.com/
Następnie odwiedziłem pobliski park i kolejne miejsca w mieście.
Jak to w Turcji, nie mogło też zabraknąć Ataturka:
Następnego dnia trzeba było jednak wcześnie wstać, bowiem w planie była wycieczka do Pamukkale.Jako się rzekło, kolejnego dnia w planach była wycieczka do Pamukkale. Nie przepadam zbytnio za typowo turystycznymi miejscami, no ale skoro to atrakcja z listy UNESCO, to trzeba odwiedzić. Wycieczka z GYG w kameralnej grupie w postaci trzyosobowej rodziny z Litwy, francuskojęzycznej Kanadyjki, Chinki dzielącej życie między Hongkong i USA, Tajwańczyka, Turczynki oraz mnie i mojego znajomego. O samym Pamukkale nie ma co się rozpisywać, jako że jest to miejsce, którego nie trzeba przedstawiać, więc ograniczę się tylko do zdjęć.
Najpierw przedstawię jednak pewnego przystojniaka, który nas w tym miejscu (właściwie to na wejściu do Hierapolis) przywitał.
No to na początek właśnie czasy antyczne.
W teatrze natrafiamy na kolejnego słodziaka.
Lecimy dalej ze starożytnością.
Na sam koniec Hierapolis napotykamy kogucika, ponoć symbol tej okolicy.
Teraz już Pamukkale.
Po powrocie do Antalyi jeszcze odrobina funu w wesołym miasteczku Aktur Park.