My idziemy na długi spacer po rzeczywiście przepięknej plaży – ale o opalaniu się nie ma tu mowy.
Miejscowi wjeżdżają pojazdami na wydmy, piknikują masowo oraz bezkarnie szaleją po plaży terenówkami
Mewy prawie wcale nie boją się ludzi
Ten dzień jest na relaksie po nocy sylwestrowej więc bez napinki wracamy. Ale zahaczymy jeszcze na powrocie o Takię – przedmieścia Maskatu, gdzie mieści się Pałac Sułtana i ciekawe zabytki. Po drodze widok ze wzgórza na Al Bustan
Parking przy pałacu jest na szczęście darmowy, teraz zwracam na to podwójną uwagę. Idziemy już po zmroku na spacer wśród bogatych pałaców, meczetów muzeów i budynków rządowych.
Piękne ogrody przy pałacu
Niedaleko stoi twierdza Al Mirani
Można ją zwiedzać, niestety odpłatnie. Przy wejściu wita nas sułtan
Ale nie będziemy wchodzić po schodach – w tej baszcie jest winda!
Twierdza jest pięknie odnowiona, na dziedzińcu atrakcje: możliwość popróbowania lokalnych potraw, potrzymanie sokoła i terraria z ciekawymi gadami.
Z góry piękne widoki, jest tak trochę „cukierkowo”. Widać, że włożono w ten teren duże pieniądze na nowoczesne odnowienie
Niedaleko jest największy bazar w Maskacie – Mutrah Souk. Tu już parkowanie płatne i korzystamy z pomocy Ahmeda, który zdalnie opłaca nam ten parking. Na miejscu raczej typowy arabski souq czyli bazar
W przeciwieństwie do wielu innych krajów arabskich nie ma tu żadnego nachalnego nagabywania ani agresywnej promocji towarów. Nas najbardziej interesuje street food, jest sporo głównie hinduskich punktów ze smacznymi przegryzkami.
Ale one tylko wzmagają nasz apetyt. Namierzamy w pobliżu dobrze ocenianą restaurację z owocami morza – Arouse al Bahar. Knajpa ma ciekawą formułę – najpierw zdobywamy stolik (była spora kolejka), następnie idziemy do lady wybrać co chcemy zjeść. Lada wygląda tak:
Obok na ścianie są propozycję podania
Wybraliśmy sporą lokalną rybę, kalmary i krewetki. Ustaliliśmy jak mają je przyrządzić i pan nam to wszystko zważył i dał kwitek dla kelnera.
Dawno nie jadłem tak dobrych rzeczy! No mega to było.
Rachunek na 6 osób – 27 OMR.
Wracamy do naszego hotelu przezornie wjeżdżając do podziemnego garażu. Jutro rano wymeldowanie i jedziemy na pustynię!
Stay tuned…No dzisiaj się dopiero zaczyna prawdziwe zwiedzanie Omanu! Ruszamy w pustynię naszą dzielną terenówką. Robiliśmy research gdzie pojechać i wyszło, że najwięcej ciekawych campów jest na południe od wioski Bidiyah w regionie Sharqiya Sands. Tak to właśnie wygląda na mapie:
Nazwy poszczególnych campów są naprawdę fantazyjne, patrząc na rekomendacje wybieramy Camp Moonlight. Mamy świetny kontakt z gospodarzem przez whatsapaa i poleca on nam dojechanie w miarę wcześnie, bo będzie sporo atrakcji przez zachodem słońca ?.
Wyjechaliśmy więc z hotelu bardzo wcześnie rano aby zdążyć jeszcze po drodze wpaść do Wadi Bani Khalid. Jedziemy na południe autostradą nr 23. Parking przed wejściem do kanionu zawalony po kokardę samochodami i autobusami więc spodziewamy się dzikich tłumów. Wejście jest całkowicie darmowe, na początku wita nas jezioro:
Idziemy spacerkiem wzdłuż kanionu, którego dnem biegnie rzeka:
Mnóstwo ludzi opala się na brzegach (nawet w strojach kąpielowych pomimo wielkich tablic zabraniających europejskich bikini) lub tapla się w tej pięknej turkusowej wodzie
Nie zamierzamy jakoś tutaj spędzać wiele czasu ale przechodzimy w głąb kanionu. Woda zanika i idziemy surowym starym kamienistym korytem. Widoczki są przepiękne
Po drodze mała jaskinia pilnowana przez miejscowych chłopaków, sporo ludzi robi sobie tu fotki
Kanion zwęża się, ściany robią się coraz bardziej wysokie a gładkie dno zastępują coraz większe głazy.
Mam ambicję dojść do końca aż do momentu, kiedy dalsza droga jest już zablokowana głazami.
To nam wystarcza, taplamy się jeszcze w chłodnej wodzie na powrocie. Pływające wszędzie małe rybki podskubują nam pięty więc jest wesoło.
Ogólnie to bardzo fajne doświadczenie, spokojny spacer na 2 godziny bez żadnego wysiłku. Niestety szczyt sezonu spowodował, że przybywają to spore tłumy. Nie żałujemy, odbijemy sobie pływanie w Wadi Shab następnego dnia. Tymczasem trzeba dojechać do Bidiyah i namierzyć nasz camp. Kończy się asfalt i naszym oczom ukazuje się księżycowy krajobraz setek namiotów i osad na skraju pustyni:
Po drodze mnóstwo małych campów, niektóre iście kosmiczne
Na szczęście googlemapa działa i wskazuje nam mniej więcej miejsce campu Moonlight. Wszyscy inni kierowcy zatrzymują się i spuszczają trochę powietrza z opon. Patrzymy po siebie – my nie damy rady? Przecież mamy dzielną terenówkę z napędem 4x4 i reduktorem a piach wydaje się ubity. Jedziemy dalej w pustynię w takiej konfiguracji jak zjechaliśmy z asfaltu…. Nie ma to jak pycha i zadufanie, że wie się lepiej:
Taa, na szczęście ruch na pustyni jest spory i jadący za nami arab wysiada aby pomóc nam spuścić powietrze – wystarczyło tak mniej więcej zostawienie około 1,5 bara na koło i nagle nasza Acura nabiera nowych właściwości terenowych w piachu na pustyni ?
No ja nie mogę, znowu relacja Hiszpana! :-) Powinni chyba wprowadzić jakiś limit roczny czy co .... Szczerze zazdroszczę takich możliwości wyjazdowych i grupy przyjaciół gotowych podążać razem :-)
No ja nie mogę, znowu relacja Hiszpana!
:-) Powinni chyba wprowadzić jakiś limit roczny czy co .... Szczerze zazdroszczę takich możliwości wyjazdowych i grupy przyjaciół gotowych podążać razem
:-)
Dla facetów oczywiście pełna dowolność. Wypada tylko założyć koszulkę jak idziesz do knajpki przy plaży. I tak jak pisałem, jest kilka plaż, daleko od miasta, gdzie się przymyka oko na "europejski" strój kąpielowy - dotyczy dziewczyn oczywiście.
My idziemy na długi spacer po rzeczywiście przepięknej plaży – ale o opalaniu się nie ma tu mowy.
Miejscowi wjeżdżają pojazdami na wydmy, piknikują masowo oraz bezkarnie szaleją po plaży terenówkami
Mewy prawie wcale nie boją się ludzi
Ten dzień jest na relaksie po nocy sylwestrowej więc bez napinki wracamy. Ale zahaczymy jeszcze na powrocie o Takię – przedmieścia Maskatu, gdzie mieści się Pałac Sułtana i ciekawe zabytki. Po drodze widok ze wzgórza na Al Bustan
Parking przy pałacu jest na szczęście darmowy, teraz zwracam na to podwójną uwagę. Idziemy już po zmroku na spacer wśród bogatych pałaców, meczetów muzeów i budynków rządowych.
Piękne ogrody przy pałacu
Niedaleko stoi twierdza Al Mirani
Można ją zwiedzać, niestety odpłatnie. Przy wejściu wita nas sułtan
Ale nie będziemy wchodzić po schodach – w tej baszcie jest winda!
Twierdza jest pięknie odnowiona, na dziedzińcu atrakcje: możliwość popróbowania lokalnych potraw, potrzymanie sokoła i terraria z ciekawymi gadami.
Z góry piękne widoki, jest tak trochę „cukierkowo”. Widać, że włożono w ten teren duże pieniądze na nowoczesne odnowienie
Niedaleko jest największy bazar w Maskacie – Mutrah Souk. Tu już parkowanie płatne i korzystamy z pomocy Ahmeda, który zdalnie opłaca nam ten parking. Na miejscu raczej typowy arabski souq czyli bazar
W przeciwieństwie do wielu innych krajów arabskich nie ma tu żadnego nachalnego nagabywania ani agresywnej promocji towarów.
Nas najbardziej interesuje street food, jest sporo głównie hinduskich punktów ze smacznymi przegryzkami.
Ale one tylko wzmagają nasz apetyt. Namierzamy w pobliżu dobrze ocenianą restaurację z owocami morza – Arouse al Bahar. Knajpa ma ciekawą formułę – najpierw zdobywamy stolik (była spora kolejka), następnie idziemy do lady wybrać co chcemy zjeść. Lada wygląda tak:
Obok na ścianie są propozycję podania
Wybraliśmy sporą lokalną rybę, kalmary i krewetki. Ustaliliśmy jak mają je przyrządzić i pan nam to wszystko zważył i dał kwitek dla kelnera.
Dawno nie jadłem tak dobrych rzeczy! No mega to było.
Rachunek na 6 osób – 27 OMR.
Wracamy do naszego hotelu przezornie wjeżdżając do podziemnego garażu. Jutro rano wymeldowanie i jedziemy na pustynię!
Stay tuned…No dzisiaj się dopiero zaczyna prawdziwe zwiedzanie Omanu! Ruszamy w pustynię naszą dzielną terenówką. Robiliśmy research gdzie pojechać i wyszło, że najwięcej ciekawych campów jest na południe od wioski Bidiyah w regionie Sharqiya Sands. Tak to właśnie wygląda na mapie:
Nazwy poszczególnych campów są naprawdę fantazyjne, patrząc na rekomendacje wybieramy Camp Moonlight. Mamy świetny kontakt z gospodarzem przez whatsapaa i poleca on nam dojechanie w miarę wcześnie, bo będzie sporo atrakcji przez zachodem słońca ?.
Wyjechaliśmy więc z hotelu bardzo wcześnie rano aby zdążyć jeszcze po drodze wpaść do Wadi Bani Khalid. Jedziemy na południe autostradą nr 23.
Parking przed wejściem do kanionu zawalony po kokardę samochodami i autobusami więc spodziewamy się dzikich tłumów. Wejście jest całkowicie darmowe, na początku wita nas jezioro:
Idziemy spacerkiem wzdłuż kanionu, którego dnem biegnie rzeka:
Mnóstwo ludzi opala się na brzegach (nawet w strojach kąpielowych pomimo wielkich tablic zabraniających europejskich bikini) lub tapla się w tej pięknej turkusowej wodzie
Nie zamierzamy jakoś tutaj spędzać wiele czasu ale przechodzimy w głąb kanionu. Woda zanika i idziemy surowym starym kamienistym korytem. Widoczki są przepiękne
Po drodze mała jaskinia pilnowana przez miejscowych chłopaków, sporo ludzi robi sobie tu fotki
Kanion zwęża się, ściany robią się coraz bardziej wysokie a gładkie dno zastępują coraz większe głazy.
Mam ambicję dojść do końca aż do momentu, kiedy dalsza droga jest już zablokowana głazami.
To nam wystarcza, taplamy się jeszcze w chłodnej wodzie na powrocie. Pływające wszędzie małe rybki podskubują nam pięty więc jest wesoło.
Ogólnie to bardzo fajne doświadczenie, spokojny spacer na 2 godziny bez żadnego wysiłku. Niestety szczyt sezonu spowodował, że przybywają to spore tłumy. Nie żałujemy, odbijemy sobie pływanie w Wadi Shab następnego dnia.
Tymczasem trzeba dojechać do Bidiyah i namierzyć nasz camp. Kończy się asfalt i naszym oczom ukazuje się księżycowy krajobraz setek namiotów i osad na skraju pustyni:
Po drodze mnóstwo małych campów, niektóre iście kosmiczne
Na szczęście googlemapa działa i wskazuje nam mniej więcej miejsce campu Moonlight. Wszyscy inni kierowcy zatrzymują się i spuszczają trochę powietrza z opon. Patrzymy po siebie – my nie damy rady? Przecież mamy dzielną terenówkę z napędem 4x4 i reduktorem a piach wydaje się ubity. Jedziemy dalej w pustynię w takiej konfiguracji jak zjechaliśmy z asfaltu….
Nie ma to jak pycha i zadufanie, że wie się lepiej:
Taa, na szczęście ruch na pustyni jest spory i jadący za nami arab wysiada aby pomóc nam spuścić powietrze – wystarczyło tak mniej więcej zostawienie około 1,5 bara na koło i nagle nasza Acura nabiera nowych właściwości terenowych w piachu na pustyni ?
Trafiamy w końcu do Campu Moonlight