+1
abelincoln 20 lutego 2026 16:11
Miał być wstępniak, ale Austrian był na tyle miły, że odwołał mi lot pozycjonujący - gdy byłem w drodze na lotnisko - więc zamiast cieszenia się podróżą, szukam alternatyw. Bo jakoś nocna przesiadka w Belgradzie mnie nie kusi...

Ponoć dobra historia zaczyna się od trzęsienia ziemi. Więc będzie dobrze. Image

Sent from my SM-S911B using TapatalkNo cóż, wczoraj na 5 miejsc na które parzyłem, 3 miały czerwone ostrzeżenia... ale ma się poprawiać pogoda.

Ale z bieżących spraw, wygląda na to, że moje jedyne możliwości dotarcia do Sofii na czas lotu do NZ to Turek, Serb i na styk BA. Lufthansy nie ryzykuje. To nie Bydgoszcz by obrócić w tym samym samolocie :D

Serb ląduje nad ranem, więc czeka mnie kilka godzin nocnych w Lounge w Istambule. Moze uda się wykorzystać voucher na upgrade do C, który inaczej by się zmarnował?

...

15 min później
...

3 osoby w check-inie mnie obsługiwały - bo bilet Austriana, ale vouchera się nie udało wykorzystać. Mówią, żeby dzwonić na linię dla elit. Zobaczymy. Ale przynajmniej kolejka do kontroli mała była. Dzwonię i cieszę się koniaczkiem. Lounge w Non-Schengen zamknięte, więc korzystam wcześniej, pomimo tłoku. ImageOoo, cud się stał. To znaczy nie że dostałem upgrade, tylko że automatyczne bramki w CPH działają. Pierwszy raz to widzę...

Image

Wracając do moich przygód. Check-in powiedział że oni nie dadzą rady, bo obcy bilet i mam pytac na infolinii. Ponieważ lepszy wróbel... wziąłem karty i poszedłem do saloniku zadzwonić. Na elitarnej infolinii jedyne wyjście jakie wymyślili na początku - to check-out i powrót do check-in. A że było po zamknięciu tegoż, to po moim komentarzu pani wpadła na pomysł, że pod bramką się dogadam... cóż.

Przy bramce znowu 3 osoby się mną interesują. Z czego dwie znam z check-in. Tutaj mówią cos innego niz tam - niedasie. W końcu nie za bardzo mogą mnie sprawić dalej... za to trzeci, nowy, pan chociaż byl w stanie zmienić mi miejsce ze środka na korytarz.

Ale przynajmniej lecę w dobrym kierunku i jest szansa że zdąrzę na lot do NZ. Nad straconym noclegiem w Sofii nie ma co płakać.

Image

...

W międzyczasie Austrian wysłał voucher na "posiłek", 55 koron.
https://www.icouponworldwide.com/airport/CPH
Czyli niecała kawa. Mają gest [emoji3]Trochę się uspokoiło i mam przed sobą kilka godzin na krzesełku w lounge w Istambule, to mogę wkleić coś, co miało być wstępniakiem.

Jak pewnie każdy, kto nie ma miesięcy do dyspozycji, wie - że bardzo rzadko ma się możliwość ułożenia planu wyjazdu tak, aby móc odwiedzić wszystko, na co miałoby się ochotę. A jednocześnie móc sobie pozwolić na tyle elastyczny plan, że w razie jakiś problemów pogodowych czy też z sobą samym - mieć zapas czasu pozwalający na elastyczność. Szczególnie jeśli wyjeżdża się w rejon, w którym jest wiele ciekawych miejsc i od samego początku trzeba eliminować, godzić się powiększającą się listą miejsc których nie zobaczymy i żałować widoków.

Ponieważ ja zawsze jestem w niedoczasie urlopowym, to ten wyjazd znowu był planowany w stylu wydatków polskiego budżetu. Czyli nawet w przypadku idealnej realizacji pojawi się deficyt, a Komisja Europejska pogrozi palcem. A w moim przypadku oznacza to, że jeśli coś się posypie, jak na przykład pogoda, to nie będzie drugiego podejścia do zaplanowanej atrakcji - tylko kolejny punkt programu.

Jakoś się przyzwyczaiłem do takiego układania wyjazdów i na myśl o zaplanowaniu dnia bez niczego, gdzie mógłbym "nadrobić" włącza mi się krakowski centusizm połączony z wrodzonym optymizmem - po pierwsze, to strata urlopu, czasu na miejscu i odpoczywać mogę w domu, a po drugie, będzie dobrze. Dotychczasowe doświadczenia uczą, że czasem jest dobrze (ostatnio miałem jeden dzień na odwiedziny Torres Del Paine - dzień przed lało i wiało, dzień po wiało i lało, a mi się udało ustrzelić fotkę z tylko lekko zamglonym widokiem), a czasem nie (do teraz żałuję, że z powodu pogody zamknięto szlak na najwyższy szczyt Portugalii).

Tak więc z góry powinienem zapowiedzieć osobom czytającym, że o ile plan jest dość (dla mnie) ciekawy, to może się okazać, że główną czynnością będzie korzystanie z owoców tutejszego przemysłu winiarskiego - w końcu można to robić w każdą pogodę i nawet będąc kontuzjowanym. A propos, zaplanowałem sobie z pięć intensywnych pod względem pieszym dni oraz tyle samo lżejszych. Znaczy się, intensywnych dla osoby prowadzącej siedzący tryb życia, z kilkoma kilogramami zbędnego balastu i będącej bliżej piątki z przodu licznika, więc może się równie dobrze okazać, że drugiego dnia kolana zastrajkują i z atrakcji pozostanie sok z winogrona użyźniony drożdżami...

Ale, więcej o wyjeździe - bodajże - jutro. Póki co cieszę się, że chyba zdążę na właściwą cześć wyjazdu. Aczkolwiek jest szansa że będę na tyle zmęczony, że w końcu zasnę w samolocie. ImageZanim zacznie się "właściwa" część wyjazdu, najpierw był czas na upozycjonowanie się. Ponieważ promocyjny bilet był z Sofii, to tam się dzisiaj znajdujemy. Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, pod względem urlopowym zawsze jestem pod kreską, więc trzeba było znaleźć lot, który nie będzie nachodził na godziny pracy. Tak na dobrą sprawę nie udało mi się wyklikać rozsądnego połączenia tanimi liniami, które nie wymagałoby dodatkowego noclegu gdzieś po drodze - więc miałem dwie opcje. Jedna to był Nasz Narodowy Przewoźnik, z całodziennym salonikowaniem się w Polonezie, by odbębnić zdalnie dniówkę lub popołudniowy wylot do Wiednia.

Jako że nie jestem fanem - a czasem niestety muszę z LO460 korzystać - pojawiania się na lotnisku w okolicach 6 rano i nie chce mi się brać służbowego laptopa, tylko po by go przez 2 tygodnie nosić na Antypodach, więc wybór padł na Austriana. Co prawda saloniki tam są średnie, ale na kolację starczy. No i przy okazji miała być okazja przetestowania lokalnej nocnej komunikacji miejskiej.

Jak widać po poprzednich wpisach, plany planami, a życie sobą. Lot do Turcji bez większej historii, lounge tamże niezbyt ciekawy - jedyny plus to nowa oferta miejsc do spania na kilka godzin przed odlotem, no i potanny tłok.

Image

Przy bramce czekała mnie niespodzianka w postaci upgrade'u do C. Lot na tyle krótki, że można było mieć odpięte pasy przez nie więcej niż 10 min...

Image

Sofia przywitała mnie padającym śniegiem oraz świetnym rozwiązaniem logistycznym- wyszliśmy z samolotu rękawem, by zejść pietro niżej do autobusu. Wot obyczaj.

Miałem na tyle czasu, żeby wyskoczyć na miasto na kawę i krótki spacer przy uroczo padającym śniegu.
Image
Image
ImageJuż jestem w Singapurze - o lotach na lochach (ekhem, longach) wspomnę jutro z Auckland, dzisiaj czas na plan wycieczki, o którym jeszcze nie napisałem. A I przepraszam za małą nieaktualność w mapie. Jestem za stary by takie rzeczy ogarniać na telefonie, więc używam wcześniejszego obrazka...

Pewnie nikt z forum nie był w New Plymouth (no może poza @bim-bam - on siępochwalił...)? Ba, pewnie mało kto słyszał o tej na pewno uroczej mieścinie na wyspie północnej Nowej Zelandii przed opublikowaniem promocyjnej oferty https://www.fly4free.pl/forum/sof-npl-od-9100-zl,234,176714. Ja z pewnością nie słyszałem, kojarzyłem tylko stare Plymouth. No ale, miałem potrzebę kilkunastu tysięcy mil dla odnowienia statusu - więc dlaczego by ich nie zdobyć odwiedzając jakieś miasto na drugim końcu świata? Start ze znanej i lubianej Sofii. Do której się tak wybierałem, że w końcu mi Turkish zakończył promocję na loty do Melbourne oraz Singapuru, które były pierwotnym pomysłem na dorobienie odpowiedniej ilości mil. Plan po dodaniu dolotów oraz lotów lokalnych wygląda następująco

32.jpg



Tutaj dokładniejsza rozpiska, bo przy RTW troszkę słabo widać krótkie przeloty

31.jpg



Hola, hola - jakie RTW ktoś zapyta, przecież oferta obejmowała przesiadki w Azji (chyba tylko Singapur lub Szanghaj). No cóż, kupując lot wieloodcinkowy z wyprzedzeniem 10-11 miesięcy, można się spodziewać jakiś zmian, albo i odwołań. I takie mi się trafiło - i to od razu na pierwszym odcinku SOF-FRA. A oferowane alternatywy były dużo ciekawsze, i długo mi zajęło zastanawianie się, czy wolę odwiedzić lounge United Polaris w LAX oraz bardzo ceniony salonik Star Alliance tamże, czy może zaliczyć lot (coraz rzadziej dostępnym) A343 LH lecąc przez Kanadę...To ostatni wpis "wypełniający" - jestem już w Auckland. Kilka słów o lotach, które mnie tutaj dowiozły.


Muszę powiedzieć, że Lufthansa na longu to jednak mocna popelina jest. Od startu nie działa jedna z toalet dla C, a w drugiej nie ma wody. Czyli jest jedna czynna. U mnie nie działa ładowanie usb (i trochę jest rozwalony fotel). Za to u mojego sąsiada nie działa monitor. A rząd wczesniej fotel się nie rozkłada...

Image

A wisienką na torcie było to, że panie stewardesy się zagadaly i nie sprzątnęły u mnie i mojej sasiadki po drugiej stronie przejścia- zgaslo światło i już. Moj film się skończył wcześniej niż jej, więc po jakiś 45 min poszedłem poszukać kogoś by zabrał naczynia by moc rozłożyć łóżko.

Natomiast SQ to zupełnie inna liga. Zaczynając od twardego produktu - świetny fotel, duża prywatność, wygodne łóżko, poprzez pesonel, który bardzo stara uprzyjemnić życie, aż po jedzenie. Mogłem sobie zamówić coś z dużego menu, a nie tylko liczyć na kilka opcji. Świetne doświadczenie.

Jeszcze tylko skok do New Plymouth...

ImageFajny jest ten kraj. Wypożyczyłem samochód bez pokazania paszportu czy prawa jazdy. Zresztą, wejście do samolotu bez kontroli bezpieczeństwa też jest niecodzienną przyjemnością.

Ponieważ jestem po trzech średnio przespanych nocach (mój mądry zegarek dwa razy mi pisał, że taki krótki i rwany sen nie regeneruje - trzeciej nocy się poddał i twierdzi że w ogóle nie spałem), to nie mam żadnych ambitnych planów na wieczór. Jako że najbliższy hotelu wine bar otworzą dopiero w czwartek, to poszedłem do brewpubu.

Image

I miałem deja vu. Ostatnim razem jak byłem w krainie kiwi, to też się wybrałem na przedmieściach do brewpubu (było to w Christchurch). I też szło się po jakiś zatyłkowiach, nikogo nie było widać, a wokół same magazyny i warsztaty samochodowe. Może taka lokalizacja to tutejszy narodowy zwyczaj brewpubów?

Image
Image
Image
Image Image
Image

Ps. Tak, wiem, tytuł relacji zapowiadał wino. Poprawię się w następnych dniach.

Ps 2. Chyba się dowiedzieli, że miasteczko wzbudziło zainteresowanie w Polsce...
Image

Ps 3. Globalizacja... piwo z północy na południu
ImageKorzystając z okazji, że w okolicy New Plymouth jest jeden z bardziej instagramowych widoczków, czyli Pouakai Tarns - i miałem dzisiaj pół dnia do dyspozycji, wybrałem się też strzelić sobie fotkę. I przy okazji rozgrzać troszkę mięśnie przed jutrem.

Szlak do tego widoczku nie jest trudny, przez prawie cały czas idzie się po drewnianych pomostach. Problemem jest bardziej ilość schodów na które trzeba wejść po drodze... Najpierw idzie się w lesie, a potem zboczem aż do Pouakai hut, gdzie są toalety, ale nie bylo możliwości kupienia czegokolwiek.

Z tego miejsca jest już niedługo do stawu w którym można zobaczyć odbicie wulkanu. Jeśli oczywiście nie jest on zasłonięty chmurami, i nie ma wiatru marszczacego powierzchnie lustra. Ja miałem połowiczne szczęście- ale i tak widoki wynagrodziły mi wysiłek


Image
Image
Image
Image
Image
Image
Image

No i wisienka na torcie...
ImagePotem powoli się zacząłem przemieszczać w kierunku punktu startu na jutro. Ponieważ miałem czas, to zatrzymałem się w kilku miasteczkach po drodze. Bardzo podobne do siebie - przynajmniej ich główne ulice. Kilka domów z początku XX wieku, trochę plomb z lat 70-80 tych, ale ogólnie niezbyt chciałoby się tam spędzić więcej niż kilka godzin. A i w każdym miasteczku jest lokalny ośrodek kultury z galerią i biblioteką- wyglądające na prężnie działające.


Stratford - chyba mi się najbardziej podobało.
Image
Image

Hawera - świetna biblioteka i kiepsko wyglądające restauracja
Image
Image

Whangunui - nie dość, że nad morzem, to jeszcze mają dużą rzekę...
Image
Image
Image
Image

Kilka zdjęć z drogi
Image
Image
Image
Image
Image


No i zgodnie z tematem wątku
ImageMuszę przyznać, że Waimarino aka National Park Village jest dla mnie pewnym rozczarowaniem. Niby jest to miejsce na końcu świata, baza do wypadów do parku narodowego, ale też znajduje się przy tutejszym odpowiedniku autostrady i nie dość że jest duży ruch ciężarówek, to jeszcze często zatrzymują się tutaj na przerwę. Co powoduje że regularnie w nocy słychać stuki, rzęrzenie i silnik pracujący na luzie... średnio "przyrodnicze" okoliczności...

No ale, 5:45, zaczynamy. Spodziewałem się więcej osób rano, ale najwyraźniej ludzie mają mniej zapakowany plan dnia (albo są rozsadniejsi i wiedzą że jadąc drugim autobusem też zdarzy się na pierwszy powrotny - ja czekałem 1,5h, a i tak drugą część dystansu szedłem spacerowo). Z tego co mówił kierowca powrotnego busa, dzisiaj jest spokojnie - 1000 osob na szlaku, w weekendy jest ponad dwa razy więcej. Nie wyobrażam sobie przyjemności z takich Krupówkach. Jak dla mnie i tak w kilku miejscach było za głośno i tłoczno- szczególnie jak szuka się kontaktu z naturą...

Poza lekkim wiatrem mam też szczęście do pogody, z tego co pamiętam, wczoraj było jedne ostrzeżenie, jutro ma być silna mgła. Ale ja mam tylko kilka chmur.

Sam szlak oferuje swoetne widoki i nic dziwnego że Frodo tak bardzo chciał zobaczyć ten wulkan... i bardzo sie cieszę, ze standardowa trasa prowadzi z Mangatepopo do Ketetahi, a nie odwrotnie. Zaczynać od bodajże 8 kilometrów pod górkę (prawie 1000 metrów przewyzszenia) w słońcu - raczej by mnie zbyt przyjaznie do świata nie nastawiło. A tak słońce nie rozgrzewało mnie dodatkowo przy dwóch najgorszych odcinkach pod górę.

Swoją drogą, obawiałem się podejść- pod red crater i devil's staircase, i były mocno męczące. Ale najwięcej adrenaliny przysporzyło mi zejscie z najwyższego punktu trasy. Ten "zjazd" w luźnym żwirze, gdzie jak wpadnie w zły poślizg, to pojedzie się sporo w dół- albo w złą stronę i w urwisko, zapadnie mi w pamięć. No i potem można pokontemplować swiat idąc ten wspomniany wcześniej dlugi i monotonny kawałek.

To byla wymagająca - dla mnie - trasa i bardzo się cieszę, ze dałem radę.

Image
Image
Image
Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (6)

tropikey 20 lutego 2026 17:08 Odpowiedz
Ostatnio widywałem informacje, że pogoda w niektórych częściach NZ jest/była paskudna, więc życzę Ci żebyś się dobrze wstrzelił. Dobre prognozy pogody + auto i będzie w porządku. Mi się w listopadzie udało doskonale (a też były warunki różne).
tropikey 27 lutego 2026 12:08 Odpowiedz
No to teraz już wiem, co było na końcu :DJa poszedłem tam na początku mojego pobytu, tyle że rozpocząłem marsz późno - o ile pamiętam ok. 14:00 - więc nie miałem czasu na całość i przeszedłem jakieś 60%. Nurtowało mnie, co straciłem, no i widzę, że sporo.... Na szczęście, podobne krajobrazy widziałem potem w innych miejscach, do których - jak podejrzewam - dotrzesz pewnie i Ty (przynajmniej częściowo) :D
abelincoln 27 lutego 2026 23:09 Odpowiedz
Dzięki, ale jakoś nigdy nie byłem fanem czerwonych i staram się unikać jeśli nie są parowane do posiłku przez kogoś kto się na tym zna...
leitoo 1 marca 2026 12:18 Odpowiedz
Świetną pogodę masz jak na NZ - zazdro. Zwłaszcza w Milford Sound trafić słoneczny dzień to nie lada sztuka.
tropikey 2 marca 2026 12:08 Odpowiedz
No i znowu miejsce, które miałem w planach, ale nie dotarłem. Pojechałem tam nawet autem z zamiarem pójścia na ten szlak, ale po kilku kilometrach, widząc, że pogoda w górach robi się coraz gorsza (a kłębiło się, jak w kotle), odpuściłem.Co do tych błędów w zdjęciach, to zdarza się. Im więcej chce się przesłać jednym wrzutem, tym większe ryzyko. A temat schodów i stromych podejść w NZ, to temat rzeka... Swoją relacją zachęciłeś mnie do napisania kilku słów (zamiast relacji) o atrakcjach z mojego listopadowego pobytu napiszę tam i o schodach ;)
tropikey 4 marca 2026 12:08 Odpowiedz
Ależ pusto na szczycie! Niesamowite, bo o tej porze roku spodziewałbym się co najmniej tylu ludzi, co w listopadzie, a widzę duuużo mniej.