Nie wiem czy wy też tak macie, ale u nas cała nasza rodzina 2+1 szczerze nienawidzi zimy. Nie jeździmy na nartach, nie lubimy zimna i potrzebujemy energii ze słońca. Zima kojarzy mi się tylko z ciemnością, trudnymi warunkami na drodze i koniecznością odśnieżania podjazdu. Tegoroczna była wyjątkowo mroźna i śnieżna, więc jeszcze niecierpliwiej przebieraliśmy nogami w oczekiwaniu na wyjazd w ciepłe miejsce. Żeby nie było, że absolutnie nic w ziemie nie lubimy... święta są fajne. Tyle, że już na początku stycznia wszystko co fajne się skończyło, a do wiosny bardzo daleko.
W te ferie padło na Wietnam. To nasz prawdziwy debiut w Azji, bo wcześniej mieliśmy tylko stopovera w Hong-Kongu. Dlaczego Wietnam? Gdzieś zawsze za nami chodził. Nie jest tak popularny jak Tajlandia, a dodatkowo zachęciła nas kuzynka z Australii. Jako, że nie lubimy czekać na ostatnią chwilę, to klepnęliśmy bilety Turkish z Berlina już w kwietniu. W tej samej cenie była TK z WAW i QR z WAW. Ostatecznie padło na TK ze względu na M&M i okazało się to strzałem w "10" w kontekście zawieruchy na Bliskim Wschodzie podczas naszego powrotu.
Mieliśmy dużo czasu na planowanie. Od razu uznaliśmy, że dwa tygodnie to zdecydowanie za mało na cały kraj i dlatego dzielimy go na 2 razy. Szybko zaklepałem pierwszy tydzień w luksusowym Pullmanie w Vung Tau, później udało się trafić sensowną cenę na lot do DAD w połowie. W międzyczasie TK anulował nam powrót. Próbowałem pokombinować coś ze zmianą lotniska, ale niestety DAD był płatny, a jedynie SGN i HAN można było za free. Ostatecznie przesunęliśmy powrót o jeden dzień, żeby dać sobie dzień zapasu przy powrocie z Da Nang. Do jesieni nie było czasu, żeby coś intensywniej planować ale jak już ustaliliśmy względnie miejsca które chcemy odwiedzić uznaliśmy, że zatrudnimy cyfrowego asystenta w postaci czata GPT do zebrania tego w całość. Akurat chwilę wcześniej wprowadziłem mu wytyczne szczegółowe, żeby był bardziej krytyczny, czepialski i szukał dziury w całym
:) No to się doigrałem, bo AI uznała, że cały plan (zresztą słusznie) jest do bani. Nie da się dojeżdżać z Vung Tau do delty Mekongu, Sajgonu, czy Pan Thiet, o Da Lat nie wspominając. Jedna baza jest bez sensu. Do tego jest Tet. Wiedzieliśmy o tym, ale nie wiedzieliśmy jaki wpływ to ma na transport w Wietnamie. Na początku czat nie wierzy w nasze możliwości i proponuje nam tempo emerytów ale znamy swoje możliwości i tutaj wciskamy w plan ile się da. Uznajemy, że pierwszy tydzień dzielimy na 3 bazy, ze względu na odległości. Drugi tydzień w Da Nang wystarczy jedno miejsce. Do tego zarezerwowaliśmy większość przejazdów. Bo ze względu na Tet baliśmy się, że część firm będzie zajęta lub ma wolne.
Dzień 0 Odlot mamy z BER wieczorem, więc bez pośpiechu wyruszamy do Berlina. Parking mamy koło A10 Center, więc nawet nie trzeba zjeżdżać z ringu. Planujemy iść do saloniku więc zależy nam na sprawnej odprawie. Okazuje się, że TK właśnie odprawiło popołudniowy lot i jest jedno czynne okienko bez kolejki. W ostatniej chwili przypomina mi się, że córka nie miała jeszcze swojego konta M&M jak robiłem rezerwację i proszę pana w okienku o dopisanie nr. Szybkie przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i biegniemy do saloniku. Niestety, ale jesteśmy za wcześniej. Ponad 4h przed odlotem. Pan z rejestracji mówi, że możemy wrócić za niecałą, godzinę, to wpuści nas nieco wcześniej. Nie pamiętam już dokładnie gdzie poszliśmy, ale chyba na kawę i precla. Wróciliśmy i już na pełnym relaksie mogliśmy czekać na lot. W Stambule wylądowaliśmy już po północy miejscowego czasu. Salonik sobie odpuściliśmy, bo po Berlinie nie byliśmy głodni, a jeszcze TK karmił na krótkim odcinku. Wadą odlotu o 2 w nocy jest, to że my już chcemy iść spać, a serwis trwa dobre dwie godziny. Córka nie wytrzymała i zasnęła od razu. My szybko po jedzeniu. Udało się przespać kilka godzin.
Dzień 1 Po południu lądujemy w SGN. Kolejka do paszportów tak na 25-35 minut. Bagaże już stoją zdjęte z kołowrotka. Po wyjściu z lotniska od razu wita nas żar. Wklepuje adres pierwszego hotelu w District 1 w Graba i zamawiam większe auto. W hotelu wita nas boy hotelowy i od razu zgarnia naszą górą bagaży. Na recepcji dostajemy vouchery na drinka w barze przy basenowym na dachu. W pokoju znajdujemy jeszcze voucher na przekąski zostawiony z innego pokoju, więc od razu w tym miejscu chciałbym podziękować osobie która je zostawiła. Jest późne popołudnie, a właściwie już wieczór. Idziemy rozejrzeć się po mieście i coś zjeść. Lokalizacja hotelu jest super, bo większość miejsc w centrum możemy odwiedzić piechotą. Po wyjściu z hotelu i dojściu do głównej drogi dociera do nas znaczenie powiedzenia ale Sjagon. Zobaczyliśmy skuterową szarańczę i stanęliśmy przed problemem - jak przejść na drugą stronę? Szybka obserwacja, jak to robią miejscowi i szok. Oni sobie po prostu idą, a szarańcza ich mija. Ewentualnie zatrzymują się między pasami ruchu. Bierzemy córkę za ręce i próbujemy. Udało się i nikt nas nie potrącił.
Hotel mieści się koło Ben Thanh Market i tam kierujemy swoje pierwsze kroki. Wszędzie dekoracje noworoczne.
Nie wiem czy to tylko domena Wietnamczyków, czy całej Azji ale oni tutaj kochają pozowane sesje fotograficzne. Zwłaszcza Tet jest okazją do przebrania się w odświętny strój i zrobienia foci na jednym z wielu udekorowanych stanowisk.
W końcu dopada nas mały głód i idziemy do małej restauracji. Ceny zwaliły nas z nóg, a w pierwszy dzień jeszcze używaliśmy przelicznika, zanim zakodowało nam się to w głowach. Danie za 40k dongów wklepywałem w kalkulator walutowy 3 razy zanim uwierzyłem, że jemy za 5,5 zł.
Córka zjadła kurczak w popkornowej panierce, a my z żoną zupę - chociaż oni nazywali to bardziej gulaszem. Litościwie dano nam widelce i łyżki
:D W pierwszy dzień w ramach pierwszego zderzenia z kuchnią wietnamską nawet nie potrafię przypomnieć sobie nazwy potrawy. Ale za to smak nas oczarował i wsiąknęliśmy na dobre. Odtąd jak się dało to szukaliśmy knajpek bardzo lokalnych, z dala od głównego nurtu i z jak najmniejszą ilością turystów.
Mówiąc mała restauracja miałem na myśli naprawdę małą. Małą w sensie, mniejszą niż dziecięce krzesełka z ikei. Później już przez cały pobyt w Wietnamie śmialiśmy się, że czym mniejsze stoliki tym bardziej swojsko.
Po kolacji powrót do hotelu. Po drodze przebiegł nam przez chodnik spory szczur. Zanim córka wpadnie w panikę próbujemy odwrócić uwagę, że to chyba wiewiórka lub coś w tym stylu. Na co córka: " nie, to był szczur. Jak Ratatuj. Jaki słodki" W hotelu wjeżdżamy na dach zobaczyć basen i zrealizować vouchery. Okazało się, że przekąsek się nie da, bo kuchnia już nie działa, ale bierzemy darmowego drinka. Kuponów mamy jeszcze sporo więc przyjdziemy tutaj jutro.
Nawet bufet w hotelu jest odpowiednio przygotowany na nowy rok.
Jeszcze kilka fotek z telefonu:
Wejście i lobby hotelowe. Wszyscy gotowi na Tet.
Idziemy spać, na wypadek jakby pojawił się jet lag.
P.S. Jakość nocnych zdjęć nie powala, ale później większość będzie za dnia
:)Dzień 2
W każdym hotelu mamy śniadanie (poza ostatnią nocą przy lotnisku). Wprawdzie w większości przypadków to jest śniadanie azjatyckie z jakimś skromnym dodatkiem europejskim, to 4 gwiazdkowy Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar miał całkiem spory wybór dań obiadowych na śniadanie
:D Córka była zadowolona, że oni tutaj jedzą żeberka i skrzydełka na śniadanie. My też znaleźliśmy jakieś ciekawostki wśród lokalnych przysmaków i ruszamy dalej.
Po wyjściu z hotelu od razu natykamy się na szarańczę
Idziemy w kierunku Ben Thanh Market, bo chcemy zobaczyć go w ciągu dnia.
Dajemy się namówić na przejażdżkę rikszą. Chcieliśmy się dostać pod Pałac Zjednoczenia, a rikszarz zaproponował względną stawkę więc wsiadamy i jedziemy. Swoją drogą dzisiaj to już tylko rozrywka dla turystów w kilku najbardziej popularnych miejscach w kraju. Nie zauważyłem żeby riksze były wykorzystywane jako środek transportu powszechnego.
Właśnie poznałem nowe znaczenie słowa skuter cargo.
Docieramy do imponującego gmachu pałacu zjednoczenia. Miejsca symbolu zwycięstwa w wojnie domowej i pokonania Amerykanów w wojnie wietnamskiej.
Od razu wpadamy na miejscowe rodziny i pary, które przyszły sobie tutaj zrobić noworoczną sesje foto
Wchodzimy do środka i od razu wpadamy do imponujących pomieszczeń. Jak mawiał Siara: "mają rozmach S..."
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
W te ferie padło na Wietnam. To nasz prawdziwy debiut w Azji, bo wcześniej mieliśmy tylko stopovera w Hong-Kongu. Dlaczego Wietnam? Gdzieś zawsze za nami chodził. Nie jest tak popularny jak Tajlandia, a dodatkowo zachęciła nas kuzynka z Australii. Jako, że nie lubimy czekać na ostatnią chwilę, to klepnęliśmy bilety Turkish z Berlina już w kwietniu. W tej samej cenie była TK z WAW i QR z WAW. Ostatecznie padło na TK ze względu na M&M i okazało się to strzałem w "10" w kontekście zawieruchy na Bliskim Wschodzie podczas naszego powrotu.
Mieliśmy dużo czasu na planowanie. Od razu uznaliśmy, że dwa tygodnie to zdecydowanie za mało na cały kraj i dlatego dzielimy go na 2 razy. Szybko zaklepałem pierwszy tydzień w luksusowym Pullmanie w Vung Tau, później udało się trafić sensowną cenę na lot do DAD w połowie. W międzyczasie TK anulował nam powrót. Próbowałem pokombinować coś ze zmianą lotniska, ale niestety DAD był płatny, a jedynie SGN i HAN można było za free. Ostatecznie przesunęliśmy powrót o jeden dzień, żeby dać sobie dzień zapasu przy powrocie z Da Nang. Do jesieni nie było czasu, żeby coś intensywniej planować ale jak już ustaliliśmy względnie miejsca które chcemy odwiedzić uznaliśmy, że zatrudnimy cyfrowego asystenta w postaci czata GPT do zebrania tego w całość. Akurat chwilę wcześniej wprowadziłem mu wytyczne szczegółowe, żeby był bardziej krytyczny, czepialski i szukał dziury w całym :) No to się doigrałem, bo AI uznała, że cały plan (zresztą słusznie) jest do bani. Nie da się dojeżdżać z Vung Tau do delty Mekongu, Sajgonu, czy Pan Thiet, o Da Lat nie wspominając. Jedna baza jest bez sensu. Do tego jest Tet. Wiedzieliśmy o tym, ale nie wiedzieliśmy jaki wpływ to ma na transport w Wietnamie. Na początku czat nie wierzy w nasze możliwości i proponuje nam tempo emerytów ale znamy swoje możliwości i tutaj wciskamy w plan ile się da. Uznajemy, że pierwszy tydzień dzielimy na 3 bazy, ze względu na odległości. Drugi tydzień w Da Nang wystarczy jedno miejsce. Do tego zarezerwowaliśmy większość przejazdów. Bo ze względu na Tet baliśmy się, że część firm będzie zajęta lub ma wolne.
Dzień 0
Odlot mamy z BER wieczorem, więc bez pośpiechu wyruszamy do Berlina. Parking mamy koło A10 Center, więc nawet nie trzeba zjeżdżać z ringu. Planujemy iść do saloniku więc zależy nam na sprawnej odprawie. Okazuje się, że TK właśnie odprawiło popołudniowy lot i jest jedno czynne okienko bez kolejki. W ostatniej chwili przypomina mi się, że córka nie miała jeszcze swojego konta M&M jak robiłem rezerwację i proszę pana w okienku o dopisanie nr. Szybkie przejście przez kontrolę bezpieczeństwa i biegniemy do saloniku. Niestety, ale jesteśmy za wcześniej. Ponad 4h przed odlotem. Pan z rejestracji mówi, że możemy wrócić za niecałą, godzinę, to wpuści nas nieco wcześniej. Nie pamiętam już dokładnie gdzie poszliśmy, ale chyba na kawę i precla. Wróciliśmy i już na pełnym relaksie mogliśmy czekać na lot. W Stambule wylądowaliśmy już po północy miejscowego czasu. Salonik sobie odpuściliśmy, bo po Berlinie nie byliśmy głodni, a jeszcze TK karmił na krótkim odcinku. Wadą odlotu o 2 w nocy jest, to że my już chcemy iść spać, a serwis trwa dobre dwie godziny. Córka nie wytrzymała i zasnęła od razu. My szybko po jedzeniu. Udało się przespać kilka godzin.
Dzień 1
Po południu lądujemy w SGN. Kolejka do paszportów tak na 25-35 minut. Bagaże już stoją zdjęte z kołowrotka. Po wyjściu z lotniska od razu wita nas żar. Wklepuje adres pierwszego hotelu w District 1 w Graba i zamawiam większe auto. W hotelu wita nas boy hotelowy i od razu zgarnia naszą górą bagaży. Na recepcji dostajemy vouchery na drinka w barze przy basenowym na dachu. W pokoju znajdujemy jeszcze voucher na przekąski zostawiony z innego pokoju, więc od razu w tym miejscu chciałbym podziękować osobie która je zostawiła. Jest późne popołudnie, a właściwie już wieczór. Idziemy rozejrzeć się po mieście i coś zjeść. Lokalizacja hotelu jest super, bo większość miejsc w centrum możemy odwiedzić piechotą. Po wyjściu z hotelu i dojściu do głównej drogi dociera do nas znaczenie powiedzenia ale Sjagon. Zobaczyliśmy skuterową szarańczę i stanęliśmy przed problemem - jak przejść na drugą stronę? Szybka obserwacja, jak to robią miejscowi i szok. Oni sobie po prostu idą, a szarańcza ich mija. Ewentualnie zatrzymują się między pasami ruchu. Bierzemy córkę za ręce i próbujemy. Udało się i nikt nas nie potrącił.
Hotel mieści się koło Ben Thanh Market i tam kierujemy swoje pierwsze kroki. Wszędzie dekoracje noworoczne.
Nie wiem czy to tylko domena Wietnamczyków, czy całej Azji ale oni tutaj kochają pozowane sesje fotograficzne. Zwłaszcza Tet jest okazją do przebrania się w odświętny strój i zrobienia foci na jednym z wielu udekorowanych stanowisk.
W końcu dopada nas mały głód i idziemy do małej restauracji. Ceny zwaliły nas z nóg, a w pierwszy dzień jeszcze używaliśmy przelicznika, zanim zakodowało nam się to w głowach. Danie za 40k dongów wklepywałem w kalkulator walutowy 3 razy zanim uwierzyłem, że jemy za 5,5 zł.
Córka zjadła kurczak w popkornowej panierce, a my z żoną zupę - chociaż oni nazywali to bardziej gulaszem. Litościwie dano nam widelce i łyżki :D W pierwszy dzień w ramach pierwszego zderzenia z kuchnią wietnamską nawet nie potrafię przypomnieć sobie nazwy potrawy. Ale za to smak nas oczarował i wsiąknęliśmy na dobre. Odtąd jak się dało to szukaliśmy knajpek bardzo lokalnych, z dala od głównego nurtu i z jak najmniejszą ilością turystów.
Mówiąc mała restauracja miałem na myśli naprawdę małą. Małą w sensie, mniejszą niż dziecięce krzesełka z ikei. Później już przez cały pobyt w Wietnamie śmialiśmy się, że czym mniejsze stoliki tym bardziej swojsko.
Po kolacji powrót do hotelu. Po drodze przebiegł nam przez chodnik spory szczur. Zanim córka wpadnie w panikę próbujemy odwrócić uwagę, że to chyba wiewiórka lub coś w tym stylu. Na co córka: " nie, to był szczur. Jak Ratatuj. Jaki słodki" W hotelu wjeżdżamy na dach zobaczyć basen i zrealizować vouchery. Okazało się, że przekąsek się nie da, bo kuchnia już nie działa, ale bierzemy darmowego drinka. Kuponów mamy jeszcze sporo więc przyjdziemy tutaj jutro.
Nawet bufet w hotelu jest odpowiednio przygotowany na nowy rok.
Jeszcze kilka fotek z telefonu:
Wejście i lobby hotelowe. Wszyscy gotowi na Tet.
Idziemy spać, na wypadek jakby pojawił się jet lag.
P.S.
Jakość nocnych zdjęć nie powala, ale później większość będzie za dnia :)Dzień 2
W każdym hotelu mamy śniadanie (poza ostatnią nocą przy lotnisku). Wprawdzie w większości przypadków to jest śniadanie azjatyckie z jakimś skromnym dodatkiem europejskim, to 4 gwiazdkowy Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar miał całkiem spory wybór dań obiadowych na śniadanie :D Córka była zadowolona, że oni tutaj jedzą żeberka i skrzydełka na śniadanie. My też znaleźliśmy jakieś ciekawostki wśród lokalnych przysmaków i ruszamy dalej.
Po wyjściu z hotelu od razu natykamy się na szarańczę
Idziemy w kierunku Ben Thanh Market, bo chcemy zobaczyć go w ciągu dnia.
Dajemy się namówić na przejażdżkę rikszą. Chcieliśmy się dostać pod Pałac Zjednoczenia, a rikszarz zaproponował względną stawkę więc wsiadamy i jedziemy. Swoją drogą dzisiaj to już tylko rozrywka dla turystów w kilku najbardziej popularnych miejscach w kraju. Nie zauważyłem żeby riksze były wykorzystywane jako środek transportu powszechnego.
Właśnie poznałem nowe znaczenie słowa skuter cargo.
Docieramy do imponującego gmachu pałacu zjednoczenia. Miejsca symbolu zwycięstwa w wojnie domowej i pokonania Amerykanów w wojnie wietnamskiej.
Od razu wpadamy na miejscowe rodziny i pary, które przyszły sobie tutaj zrobić noworoczną sesje foto
Wchodzimy do środka i od razu wpadamy do imponujących pomieszczeń. Jak mawiał Siara: "mają rozmach S..."