A tutaj już jesteśmy na dole i jedziemy meleksem do bramy wyjściowej. Niektóre zdjęcia z parku po drodze mogą być nieco rozmyte, bo były robione przy sporej prędkości.
Następny punkt to latarnia morska Kê Gà
Kierowca chciał nas władować do tej łódki, ale ciężko było się porozumieć z obsługą i ustalić jaka jest cena. Ich wymowa czasami naprawdę jest straszna. Ostatecznie uznajemy, że najlepsze zdjęcie latarni to zdjęcie z daleka i tylko chwilę kręcimy się po okolicy.
Córka wpada w lekką panikę
:)
Ruszamy dalej i kolejnym punktem jest Fairy Stream w Mui Ne. Jesteśmy już lekko głodni więc przed zejściem w strumień korzystamy z okolicznej knajpy. W sumie to żona mnie namawia na spróbowanie żaby
:) Stwierdzam, że czemu nie? Jednocześnie popełniam największy błąd wyjazdu... nie chodzi o żabę, ale o zawartość słoja na zdjęciu. Uznaję że shot w południe, a później spacer w słońcu to zły pomysł. Później strasznie tego żałowałem, bo jakoś żmijówka nie rzuciła mi się już w oczy i jej nie spróbowałem
:(
Córka zamawia kotlety, żona naleśniki, a ja wspomnianą żabę i wszyscy zadowoleni. Ceny dość zacne, bo żaba to chyba 120k a naleśniki 100k gdzie porcja nie do okiełznania.
Dziewczyny przebierają buty na wodne, a ja mam uniwersalne. Widok na wejściu nie zachwyca, ale nadal dziwię się ludziom którzy pokonywali kamienisty strumyk na boso. Czasami nawet robił się przez to korek.
Muszę przyznać, że Wietnamczycy są bardzo przedsiębiorczy. Jak są gdzieś ludzie, to rozkładają stolik i coś sprzedają.
Formacje skalne robią wrażenie
Naszym kolejnym celem jest wioska rybacka w Mui Ne. Upał daje się we znaki więc kolejne lody.
Następnie udajemy się do Red Sand Dunes Beach. Tam jest okazja pozjeżdżać. Pani wypożycza nam maty do zjeżdżania i pilnuje żebyśmy nie uszkodzili.
Po czerwonych wydmach mieliśmy jechać jeszcze na białe, ale jesteśmy cali w piachu, a kierowca mówi że teraz jest tam absurdalny upał i możemy wpaść tam jutro rano po drodze do Da Lat. Zgadzamy się na to i wracamy do hotelu. Ogarniamy się i robimy krótką sjestę. Raz czy dwa słychać naszego kolegę w suficie więc jak wychodzimy na kolację to zgłaszamy to w recepcji.
Na kolację mieliśmy jechać do miasta ale najpierw robimy rekonesans w okolicy hotelu. W ten oto sposób trafiamy do miejsca z grillem w stole. Jesteśmy trochę przerażeni perspektywą samodzielnego smażenia na stole potraw zamawianych w ciemno, ale ostatecznie z pomocą google lens i jedynej kelnerki znającej angielski ogarniamy co i jak
:) Cała kolacja okazała się nawet fajną przygodą. Poniżej wrzucam menu
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
A tutaj już jesteśmy na dole i jedziemy meleksem do bramy wyjściowej. Niektóre zdjęcia z parku po drodze mogą być nieco rozmyte, bo były robione przy sporej prędkości.
Następny punkt to latarnia morska Kê Gà
Kierowca chciał nas władować do tej łódki, ale ciężko było się porozumieć z obsługą i ustalić jaka jest cena. Ich wymowa czasami naprawdę jest straszna. Ostatecznie uznajemy, że najlepsze zdjęcie latarni to zdjęcie z daleka i tylko chwilę kręcimy się po okolicy.
Córka wpada w lekką panikę :)
Ruszamy dalej i kolejnym punktem jest Fairy Stream w Mui Ne. Jesteśmy już lekko głodni więc przed zejściem w strumień korzystamy z okolicznej knajpy. W sumie to żona mnie namawia na spróbowanie żaby :) Stwierdzam, że czemu nie? Jednocześnie popełniam największy błąd wyjazdu... nie chodzi o żabę, ale o zawartość słoja na zdjęciu. Uznaję że shot w południe, a później spacer w słońcu to zły pomysł. Później strasznie tego żałowałem, bo jakoś żmijówka nie rzuciła mi się już w oczy i jej nie spróbowałem :(
Córka zamawia kotlety, żona naleśniki, a ja wspomnianą żabę i wszyscy zadowoleni. Ceny dość zacne, bo żaba to chyba 120k a naleśniki 100k gdzie porcja nie do okiełznania.
Dziewczyny przebierają buty na wodne, a ja mam uniwersalne. Widok na wejściu nie zachwyca, ale nadal dziwię się ludziom którzy pokonywali kamienisty strumyk na boso. Czasami nawet robił się przez to korek.
Muszę przyznać, że Wietnamczycy są bardzo przedsiębiorczy. Jak są gdzieś ludzie, to rozkładają stolik i coś sprzedają.
Formacje skalne robią wrażenie
Naszym kolejnym celem jest wioska rybacka w Mui Ne. Upał daje się we znaki więc kolejne lody.
Następnie udajemy się do Red Sand Dunes Beach. Tam jest okazja pozjeżdżać. Pani wypożycza nam maty do zjeżdżania i pilnuje żebyśmy nie uszkodzili.
Po czerwonych wydmach mieliśmy jechać jeszcze na białe, ale jesteśmy cali w piachu, a kierowca mówi że teraz jest tam absurdalny upał i możemy wpaść tam jutro rano po drodze do Da Lat. Zgadzamy się na to i wracamy do hotelu. Ogarniamy się i robimy krótką sjestę. Raz czy dwa słychać naszego kolegę w suficie więc jak wychodzimy na kolację to zgłaszamy to w recepcji.
Na kolację mieliśmy jechać do miasta ale najpierw robimy rekonesans w okolicy hotelu. W ten oto sposób trafiamy do miejsca z grillem w stole. Jesteśmy trochę przerażeni perspektywą samodzielnego smażenia na stole potraw zamawianych w ciemno, ale ostatecznie z pomocą google lens i jedynej kelnerki znającej angielski ogarniamy co i jak :) Cała kolacja okazała się nawet fajną przygodą. Poniżej wrzucam menu