0
bruce09lili 5 marca 2026 13:40
Image

Image

Do tego jeszcze świeże piwo
Image

Po kolacji lekko niepewni idziemy do pokoju szykować się do spania. Jutro wyjazd o 6, a jak nasz jaszczurzy potwór nadal grasuje to będzie słabo. Okazało się, że hotel jednak znalazł rozwiązanie. Nie... nie udało im się go złapać/wypłoszyć ale o wieczorem włączyli jakąś hałasującą dmuchawę. Jednostajny hałas był dla nas znośny, a intruz przeniósł się gdzieś dalej, bo było go słychać ale dźwięk był stłumiony. Dodatkowo stopery w uszy i udało się przespać noc bez problemów.Dzień 7

Na początek drobne sprostowanie od żony, bo napisałem głupoty - że Wietnamczycy nie używają głoski S. Chodziło o R :) coś tam zapamiętałem ale tak nie do końca

Dzisiaj mamy wycieczkę do Da Lat, czyli dawnego francuskiego uzdrowiska górskiego. Wstajemy wcześniej i po 6 podjeżdża po nas auto. Liczyliśmy, że będzie ten sam ogarnięty kierowca, ale trafia nam się wyjątkowo kobieta. Z komunikacją tak średnio i poniesiemy za chwilę tego konsekwencje. Zaczynamy od zostawionych z wczoraj białych wydm. Mieliśmy zaznaczony nieco inny punkt ale brak komunikacji powoduje, że lądujemy w dużym parku rozrywki zamiast gdzieś na samych wydmach. Z tego miejsca startują wycieczki quadami i na wielbłądach. Żadna z tych atrakcji nas nie interesuje ale ostatecznie kupujemy owoce na patykach do karmienia wielbłądów.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Pokręciliśmy się po wydmach i nasz dzień zaczął się nieco sypać, głównie z powodów braku komunikacji z kierowcą. Znaleźliśmy ją jak jadła śniadanie. Ona kończyła zupę, a my przeglądaliśmy menu. Kierowca założyła, że tam usiądziemy i ma sporo czasu i sobie "gdzieś" poszła. Tymczasem tam były tylko zupy. O ile my byśmy jeszcze się najedli to córki na pho na śniadanie nie namówimy. Uznajemy że jedziemy dalej. Podchodzimy do auta i nikogo nie ma. Szukam w poczekalni dla kierowców i też jej nie ma. Biegamy po całym ośrodku i nigdzie jej nie ma. Czas ucieka, droga daleka, a my kręcimy się szukając kierowcy. W końcu zdesperowany piszę na Whats App wiadomość do jej szefa. Po kilku minutach się odnajduje.

Nadal jesteśmy głodni i zaczynamy szukać czegoś po drodze. Kierowca twierdzi, że przez dwie godziny nic nie będzie. Trochę wydaje mi się to dziwne i oczywiście po 15 minutach wjeżdżamy do miasteczka gdzie są budki przy drodze. Pokazuję jej, że tutaj będzie ok. Było nawet lepiej niż ok. Ceny na prowincji zwalają z nóg. My bierzemy bahn mi, a córka bun bao. Te udekorowane w kształcie zwierzątek są na słodko.
Image

Droga do Da Lat to jest tragedia i w mojej wyobraźnie nie spodziewałem się, że miejscami będziemy jechać górską szutrówką. Po drodze takie widoki spotykaliśmy
Image

Image

Image

Image

Droga jest na tyle długa, że robimy jeszcze szybki postój na kawę.
Image

Docieramy w końcu w okolicę Da Lat i stajemy przy wodospadzie. Miejsce nazywa się Datanla i w zasadzie okazuje się górskim parkiem rozrywki. Wszędzie dziki tłum, bo jest przerwa noworoczna. Kolejka do biletów wygląda na pół godziny. Sprawdzam czy uda się zamówić on-line. Znalazłem stronę Klook, na której sprzedają bilety na Alpine Coaster. Kupujemy bilety i zadowoleni idziemy dalej, a tam ktoś z obsługi nas zawraca, bo bilety on-line trzeba odebrać w okienku. Serio? O tyle przyspieszyłem, że mogłem przejść do kolejki dla grup i wycieczek. Decydujemy, że dziewczyny idą już do właściwej kolejki. Całość nie przesuwa się prawie wcale. Ja odbieram bilety, a żona mówi, że to jeszcze godzina stania. Kasa już wydana i utknęliśmy. Wpadam na pomysł, że może spróbujemy sprzedać gotowe bilety. Kolejka do kasy jest nadal na 30 minut więc może ktoś się skusi. Ustalamy, że jak pozbędziemy się biletów, to spadamy, a jak się nie uda to trudno - zostajemy. Chwilę negocjuje z Niemcami ale jest ich tylko dwoje i sami nie wiedzą czy chcą iść czy nie. Chyba nie nadaję się na zawód konika i wracam do kolejki. Córka zadowolona, a my uznajemy, że ostatecznie zasłużyła na odrobinę frajdy, bo zwiedza bardzo dzielnie.
Kolejka przesuwa się bardzo powoli. Swoją drogą w kolejce Wietnamczycy interesowali się urodą córki. Była dla nich na tyle egzotyczna, że robili sobie zdjęcia. Trochę nas to zdziwiło, ale czat twierdził, że jeśli to byli wietnamscy turyści z miasteczek/wiosek z dala od głównych miejsc dla zagranicznych turystów, to mogli nie widzieć białego człowieka, a zwłaszcza dziecka.
Image

Jedzie się takim bolidem. Można nim samodzielnie hamować lub przyspieszać.
Image

Image

Ruszamy. Trasa jest dość długa ale ruch jest też spory i są miejsca gdzie trzeba zwolnić lub całkiem się zatrzymać.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Na dole jest wodospad. Dziewczyny ustawiają się w kolejkę powrotną, a ja idę zrobić zdjęcia. Później się wymieniamy. Kolejka idzie powoli, więc wykorzystujemy czas na konsumpcję. Oprócz kiełbaski bierzemy też truskawki z Da Lat. Jest tutaj klimat jak z południa Europy, więc są truskawki i winogrona oraz wino z Da Lat.
Image

Image

Image

Image

Jazda pod górę nie jest jakąś większą frajdą, bo większą część czasu bolid jest wciągany liną.
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Biegniemy do auta i tym razem nasza pani kierowca była przy samochodzie. Ruszamy do świątyni Thiền Viện Trúc lâm Đà Lạt
Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Image

Wjeżdżamy w końcu do samego miasta Da Lat. Kierujemy się do Crazy House. Dom zaprojektowała w latach 90 wietnamska architekt, córka premiera... chyba można śmiało założyć, że miała wolną rękę w kwestii stylu i postanowiła zainspirować się Gaudim.
Image

Image


Dodaj Komentarz

Komentarze (4)

fux 7 marca 2026 12:08 Odpowiedz
Cieszę się, że wyjazd udany.
dryblas 13 marca 2026 23:08 Odpowiedz
Z kronikarskiego obowiązku dodam tylko ze opera juz była odsłonięta z rusztowania 20.02 , to nie był remont tylko scena na noworoczny koncert,
bruce09lili 14 marca 2026 12:08 Odpowiedz
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
dryblas 19 marca 2026 12:08 Odpowiedz
Fajnie się czyta, i wracają wspomnienia, bo byliśmy w praktycznie tym samym czasie i w podobnych miejscach