Po kolacji lekko niepewni idziemy do pokoju szykować się do spania. Jutro wyjazd o 6, a jak nasz jaszczurzy potwór nadal grasuje to będzie słabo. Okazało się, że hotel jednak znalazł rozwiązanie. Nie... nie udało im się go złapać/wypłoszyć ale o wieczorem włączyli jakąś hałasującą dmuchawę. Jednostajny hałas był dla nas znośny, a intruz przeniósł się gdzieś dalej, bo było go słychać ale dźwięk był stłumiony. Dodatkowo stopery w uszy i udało się przespać noc bez problemów.Dzień 7
Na początek drobne sprostowanie od żony, bo napisałem głupoty - że Wietnamczycy nie używają głoski S. Chodziło o R
:) coś tam zapamiętałem ale tak nie do końca
Dzisiaj mamy wycieczkę do Da Lat, czyli dawnego francuskiego uzdrowiska górskiego. Wstajemy wcześniej i po 6 podjeżdża po nas auto. Liczyliśmy, że będzie ten sam ogarnięty kierowca, ale trafia nam się wyjątkowo kobieta. Z komunikacją tak średnio i poniesiemy za chwilę tego konsekwencje. Zaczynamy od zostawionych z wczoraj białych wydm. Mieliśmy zaznaczony nieco inny punkt ale brak komunikacji powoduje, że lądujemy w dużym parku rozrywki zamiast gdzieś na samych wydmach. Z tego miejsca startują wycieczki quadami i na wielbłądach. Żadna z tych atrakcji nas nie interesuje ale ostatecznie kupujemy owoce na patykach do karmienia wielbłądów.
Pokręciliśmy się po wydmach i nasz dzień zaczął się nieco sypać, głównie z powodów braku komunikacji z kierowcą. Znaleźliśmy ją jak jadła śniadanie. Ona kończyła zupę, a my przeglądaliśmy menu. Kierowca założyła, że tam usiądziemy i ma sporo czasu i sobie "gdzieś" poszła. Tymczasem tam były tylko zupy. O ile my byśmy jeszcze się najedli to córki na pho na śniadanie nie namówimy. Uznajemy że jedziemy dalej. Podchodzimy do auta i nikogo nie ma. Szukam w poczekalni dla kierowców i też jej nie ma. Biegamy po całym ośrodku i nigdzie jej nie ma. Czas ucieka, droga daleka, a my kręcimy się szukając kierowcy. W końcu zdesperowany piszę na Whats App wiadomość do jej szefa. Po kilku minutach się odnajduje.
Nadal jesteśmy głodni i zaczynamy szukać czegoś po drodze. Kierowca twierdzi, że przez dwie godziny nic nie będzie. Trochę wydaje mi się to dziwne i oczywiście po 15 minutach wjeżdżamy do miasteczka gdzie są budki przy drodze. Pokazuję jej, że tutaj będzie ok. Było nawet lepiej niż ok. Ceny na prowincji zwalają z nóg. My bierzemy bahn mi, a córka bun bao. Te udekorowane w kształcie zwierzątek są na słodko.
Droga do Da Lat to jest tragedia i w mojej wyobraźnie nie spodziewałem się, że miejscami będziemy jechać górską szutrówką. Po drodze takie widoki spotykaliśmy
Droga jest na tyle długa, że robimy jeszcze szybki postój na kawę.
Docieramy w końcu w okolicę Da Lat i stajemy przy wodospadzie. Miejsce nazywa się Datanla i w zasadzie okazuje się górskim parkiem rozrywki. Wszędzie dziki tłum, bo jest przerwa noworoczna. Kolejka do biletów wygląda na pół godziny. Sprawdzam czy uda się zamówić on-line. Znalazłem stronę Klook, na której sprzedają bilety na Alpine Coaster. Kupujemy bilety i zadowoleni idziemy dalej, a tam ktoś z obsługi nas zawraca, bo bilety on-line trzeba odebrać w okienku. Serio? O tyle przyspieszyłem, że mogłem przejść do kolejki dla grup i wycieczek. Decydujemy, że dziewczyny idą już do właściwej kolejki. Całość nie przesuwa się prawie wcale. Ja odbieram bilety, a żona mówi, że to jeszcze godzina stania. Kasa już wydana i utknęliśmy. Wpadam na pomysł, że może spróbujemy sprzedać gotowe bilety. Kolejka do kasy jest nadal na 30 minut więc może ktoś się skusi. Ustalamy, że jak pozbędziemy się biletów, to spadamy, a jak się nie uda to trudno - zostajemy. Chwilę negocjuje z Niemcami ale jest ich tylko dwoje i sami nie wiedzą czy chcą iść czy nie. Chyba nie nadaję się na zawód konika i wracam do kolejki. Córka zadowolona, a my uznajemy, że ostatecznie zasłużyła na odrobinę frajdy, bo zwiedza bardzo dzielnie. Kolejka przesuwa się bardzo powoli. Swoją drogą w kolejce Wietnamczycy interesowali się urodą córki. Była dla nich na tyle egzotyczna, że robili sobie zdjęcia. Trochę nas to zdziwiło, ale czat twierdził, że jeśli to byli wietnamscy turyści z miasteczek/wiosek z dala od głównych miejsc dla zagranicznych turystów, to mogli nie widzieć białego człowieka, a zwłaszcza dziecka.
Jedzie się takim bolidem. Można nim samodzielnie hamować lub przyspieszać.
Ruszamy. Trasa jest dość długa ale ruch jest też spory i są miejsca gdzie trzeba zwolnić lub całkiem się zatrzymać.
Na dole jest wodospad. Dziewczyny ustawiają się w kolejkę powrotną, a ja idę zrobić zdjęcia. Później się wymieniamy. Kolejka idzie powoli, więc wykorzystujemy czas na konsumpcję. Oprócz kiełbaski bierzemy też truskawki z Da Lat. Jest tutaj klimat jak z południa Europy, więc są truskawki i winogrona oraz wino z Da Lat.
Jazda pod górę nie jest jakąś większą frajdą, bo większą część czasu bolid jest wciągany liną.
Biegniemy do auta i tym razem nasza pani kierowca była przy samochodzie. Ruszamy do świątyni Thiền Viện Trúc lâm Đà Lạt
Wjeżdżamy w końcu do samego miasta Da Lat. Kierujemy się do Crazy House. Dom zaprojektowała w latach 90 wietnamska architekt, córka premiera... chyba można śmiało założyć, że miała wolną rękę w kwestii stylu i postanowiła zainspirować się Gaudim.
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Do tego jeszcze świeże piwo
Po kolacji lekko niepewni idziemy do pokoju szykować się do spania. Jutro wyjazd o 6, a jak nasz jaszczurzy potwór nadal grasuje to będzie słabo. Okazało się, że hotel jednak znalazł rozwiązanie. Nie... nie udało im się go złapać/wypłoszyć ale o wieczorem włączyli jakąś hałasującą dmuchawę. Jednostajny hałas był dla nas znośny, a intruz przeniósł się gdzieś dalej, bo było go słychać ale dźwięk był stłumiony. Dodatkowo stopery w uszy i udało się przespać noc bez problemów.Dzień 7
Na początek drobne sprostowanie od żony, bo napisałem głupoty - że Wietnamczycy nie używają głoski S. Chodziło o R :) coś tam zapamiętałem ale tak nie do końca
Dzisiaj mamy wycieczkę do Da Lat, czyli dawnego francuskiego uzdrowiska górskiego. Wstajemy wcześniej i po 6 podjeżdża po nas auto. Liczyliśmy, że będzie ten sam ogarnięty kierowca, ale trafia nam się wyjątkowo kobieta. Z komunikacją tak średnio i poniesiemy za chwilę tego konsekwencje. Zaczynamy od zostawionych z wczoraj białych wydm. Mieliśmy zaznaczony nieco inny punkt ale brak komunikacji powoduje, że lądujemy w dużym parku rozrywki zamiast gdzieś na samych wydmach. Z tego miejsca startują wycieczki quadami i na wielbłądach. Żadna z tych atrakcji nas nie interesuje ale ostatecznie kupujemy owoce na patykach do karmienia wielbłądów.
Pokręciliśmy się po wydmach i nasz dzień zaczął się nieco sypać, głównie z powodów braku komunikacji z kierowcą. Znaleźliśmy ją jak jadła śniadanie. Ona kończyła zupę, a my przeglądaliśmy menu. Kierowca założyła, że tam usiądziemy i ma sporo czasu i sobie "gdzieś" poszła. Tymczasem tam były tylko zupy. O ile my byśmy jeszcze się najedli to córki na pho na śniadanie nie namówimy. Uznajemy że jedziemy dalej. Podchodzimy do auta i nikogo nie ma. Szukam w poczekalni dla kierowców i też jej nie ma. Biegamy po całym ośrodku i nigdzie jej nie ma. Czas ucieka, droga daleka, a my kręcimy się szukając kierowcy. W końcu zdesperowany piszę na Whats App wiadomość do jej szefa. Po kilku minutach się odnajduje.
Nadal jesteśmy głodni i zaczynamy szukać czegoś po drodze. Kierowca twierdzi, że przez dwie godziny nic nie będzie. Trochę wydaje mi się to dziwne i oczywiście po 15 minutach wjeżdżamy do miasteczka gdzie są budki przy drodze. Pokazuję jej, że tutaj będzie ok. Było nawet lepiej niż ok. Ceny na prowincji zwalają z nóg. My bierzemy bahn mi, a córka bun bao. Te udekorowane w kształcie zwierzątek są na słodko.
Droga do Da Lat to jest tragedia i w mojej wyobraźnie nie spodziewałem się, że miejscami będziemy jechać górską szutrówką. Po drodze takie widoki spotykaliśmy
Droga jest na tyle długa, że robimy jeszcze szybki postój na kawę.
Docieramy w końcu w okolicę Da Lat i stajemy przy wodospadzie. Miejsce nazywa się Datanla i w zasadzie okazuje się górskim parkiem rozrywki. Wszędzie dziki tłum, bo jest przerwa noworoczna. Kolejka do biletów wygląda na pół godziny. Sprawdzam czy uda się zamówić on-line. Znalazłem stronę Klook, na której sprzedają bilety na Alpine Coaster. Kupujemy bilety i zadowoleni idziemy dalej, a tam ktoś z obsługi nas zawraca, bo bilety on-line trzeba odebrać w okienku. Serio? O tyle przyspieszyłem, że mogłem przejść do kolejki dla grup i wycieczek. Decydujemy, że dziewczyny idą już do właściwej kolejki. Całość nie przesuwa się prawie wcale. Ja odbieram bilety, a żona mówi, że to jeszcze godzina stania. Kasa już wydana i utknęliśmy. Wpadam na pomysł, że może spróbujemy sprzedać gotowe bilety. Kolejka do kasy jest nadal na 30 minut więc może ktoś się skusi. Ustalamy, że jak pozbędziemy się biletów, to spadamy, a jak się nie uda to trudno - zostajemy. Chwilę negocjuje z Niemcami ale jest ich tylko dwoje i sami nie wiedzą czy chcą iść czy nie. Chyba nie nadaję się na zawód konika i wracam do kolejki. Córka zadowolona, a my uznajemy, że ostatecznie zasłużyła na odrobinę frajdy, bo zwiedza bardzo dzielnie.
Kolejka przesuwa się bardzo powoli. Swoją drogą w kolejce Wietnamczycy interesowali się urodą córki. Była dla nich na tyle egzotyczna, że robili sobie zdjęcia. Trochę nas to zdziwiło, ale czat twierdził, że jeśli to byli wietnamscy turyści z miasteczek/wiosek z dala od głównych miejsc dla zagranicznych turystów, to mogli nie widzieć białego człowieka, a zwłaszcza dziecka.
Jedzie się takim bolidem. Można nim samodzielnie hamować lub przyspieszać.
Ruszamy. Trasa jest dość długa ale ruch jest też spory i są miejsca gdzie trzeba zwolnić lub całkiem się zatrzymać.
Na dole jest wodospad. Dziewczyny ustawiają się w kolejkę powrotną, a ja idę zrobić zdjęcia. Później się wymieniamy. Kolejka idzie powoli, więc wykorzystujemy czas na konsumpcję. Oprócz kiełbaski bierzemy też truskawki z Da Lat. Jest tutaj klimat jak z południa Europy, więc są truskawki i winogrona oraz wino z Da Lat.
Jazda pod górę nie jest jakąś większą frajdą, bo większą część czasu bolid jest wciągany liną.
Biegniemy do auta i tym razem nasza pani kierowca była przy samochodzie. Ruszamy do świątyni Thiền Viện Trúc lâm Đà Lạt
Wjeżdżamy w końcu do samego miasta Da Lat. Kierujemy się do Crazy House. Dom zaprojektowała w latach 90 wietnamska architekt, córka premiera... chyba można śmiało założyć, że miała wolną rękę w kwestii stylu i postanowiła zainspirować się Gaudim.