Jedziemy jeszcze pod Crémaillère Railway Station i kręcimy się po okolicy jeziora.
Jest już po 15 i czas ruszać w drogę. Przed wyjazdem chcemy coś zjeść. Próbujemy wytłumaczyć kierowcy, że nie interesują nas restauracje tylko coś lokalnego. Zawozi nas w wąską uliczkę i kieruje do lokalu. Nauczeni doświadczeniem dnia wczorajszego i grilla wiemy, że google lens w tłumaczeniu jest beznadziejny i doszliśmy do wniosku, że skoro AI jest pod ręką, zna nasze nawyki i zwyczaje, bo nasze rozmowy o Wietnamie w międzyczasie stały się długą dyskusją, więc dlaczego to nie jemu zlecić tłumaczenia. To był strzał w dziesiątkę, bo oprócz tłumaczenia dostaliśmy jeszcze opisy i rekomendacje, np. że to jest przysmak z tego regionu. Tak oto wylądowaliśmy w restauracji smażącej mini naleśniki ryżowe Banh Can. Wzięliśmy dwie wersje - z jajkiem przepiórczym i kurzym. Do picia mleko sojowe na ciepło i standardowo bulion do maczania naleśników. Pyszności. Przy okazji po kilku dniach coraz sprawniej poruszamy się w świecie pałeczek. Córka odmówiła naleśników z jajkami ale tuż obok wzięliśmy jej frytki z posypką serową. My skusiliśmy się jeszcze na panierowany ser. Panierka była kokosowa i muszę przyznać, że uwielbiam ich wariację na ten temat - ten kokos jest przyjemną nuta i nie dominuje.
Jedziemy do Phan Thiet. Droga jest długa i męcząca. Do miasta docieramy około 19 i prosimy, żeby nas wysadziła pod Water Tower. Stamtąd chcemy poszukać czegoś do jedzenia. Mamy kilka knajp na oku, ale pytamy czata czy jest jakieś miejsce gdzie będzie dużo knajp. Okazuje się, że wszyscy miejscowi siedzą za następnym skrzyżowaniem wzdłuż rzeki, koło łodzi rybackich. Jest ogrom knajp ze świeżymi rybami i owocami morza. Wszystko pływa sobie w akwariach i na świeżo ląduje na talerzu.
Zasada mówi, że nie ma takiej ilości ludzi, których nie obsłużymy. Stoliki dokłada się wszędzie, nawet na chodniku po drugiej stronie drogi, a i spore kawałki asfaltu są zajęte.
Wracamy do hotelu i pakujemy się, bo czas kończyć południe Wietnamu. Jutro wracamy do HCMC i lecimy do Da Nang. Auto mamy zamówione na 6, bo boimy się korków. Jutro też częściowo wyjaśni się tytuł tej relacjiDzień 8
Mamy dziś transfer do HCMC na lot Vietnam Airlines do Da Nang. Auto jest umówione na 6 rano, bo nie wiadomo jak będzie po drodze. Patrząc wstecz żałuję dwóch rzeczy niezobaczonych w Phan Thiet - wieży Chamów i fabryki sosu rybnego. Jakoś tak się nam trasy ułożyły, że oba te miejsca minęliśmy i już nie było kiedy wrócić.
Wyjeżdżamy wcześniej, więc nie ma czasu na śniadanie, zresztą w tym hotelu nie było ono rewelacyjne więc żadna strata. Jemy po drodze w czymś podobnym do naszych MOP przy autostradach i ekspresówkach. My z żoną wybieramy bahn mi, a córka chce odpocząć od wietnamskich smaków i zamawia burgera. Godzinę później stajemy jeszcze na toaletę. W sklepie obok zauważam fajny 6-pak małych sosów rybnych. Kupujemy na pamiątki i na razie wrzucam go luzem do samochodu. Po przyjeździe na lotnisko w HCMC trzeba go gdzieś przepakować, bo nie przejdzie kontroli. Mamy dwie sztywne walizki i plecak 90L do nadania. Butelki są plastikowe więc nie boję się, że się zbiją i wrzucam do plecaka.
Dość szybko odprawiamy się na stanowisku VA i idziemy przez kontrolę bezpieczeństwa do saloniku na drugie śniadanie. Na lotnisko dotarliśmy bez korków więc mamy sporo czasu na relaks. Sam lot też sprawnie. Lądujemy w Da Nang po 15 i idziemy po bagaże. Czekamy przy kołowrotku. Widzę na ekranie jak wykładają bagaże z wózka i wrzucają na taśmę. Aż nagle widzę jak leci mój plecak i wali w ścianę przy kołowrotku. Odbieramy graty, pakujemy na wózek i jedziemy na graba. Zamawiam auto i zastanawiam się co tak śmierdzi. Jakby sosem rybnym. I dlaczego walizka jest brudna. Patrzę a tam cały plecak mokry. Otwieram a tam worek pełen tłuczonego szkła i 6x100ml sosu rybnego wylane na zawartość plecaka. Wywalam resztki i czyścimy co się da mokrymi chusteczkami. Nie wiem dlaczego byłem taki pewny, że to plastik i że nic się nie stanie. Teraz już mam nauczkę i zasadę ZERO płynów w plecaku. Podjeżdża kierowca i jedziemy do Seashore Hotel & Apartment (915 zł)
Po drodze trafia nam się bardzo aktywny kierowca, który nie mówi po angielsku ale jak dowiedział się, że jesteśmy Ba Lan to od razu przełączył translator na polski i zaczął tłumaczyć na nasze. Zaproponował wycieczkę do Hoi An. Mieliśmy już umówioną podobną wycieczkę, ale trochę inną trasę, co do której nie byliśmy przekonani. Wziąłem od niego nr Whatsapp i poszliśmy z naszymi śmierdzącymi gratami do hotelu. Już w pokoju wypakowaliśmy nieszczęsny plecak. Szczęście w nieszczęściu, w plecaku była zużyta bielizna w workach, buty wodne też w workach i to nie ucierpiało. Gorzej z kosmetyczką i suszarko lokówką żony. Do tego sam plecak. Zastanawiamy się co z nim zrobić. Do wyboru albo wyrzucić albo spróbować wyczyścić. Idę na recepcję i opisuję problem. Panie recepcjonistki obiecują przysłać "ekspertkę". Po 10 minutach przychodzi pani ekspert obejrzeć plecak. Patrzy, ogląda, podnosi i mówi, że to będzie 100k dongów. Spojrzeliśmy z żoną na siebie i szybko potwierdziliśmy, że akceptujemy. Po 5 minutach telefon z recepcji. Od razu pomyśleliśmy, że jednak nie da się go wyczyścić. Ale na szczęście dzwonili tylko powiedzieć że ze względu na Tet będzie nieco drożej, bo 21 zł a nie 14 zł
:) Po chwili odnoszę jeszcze na recepcję 2 kosmetyczki. Zawartość ochroniły ale z wierzchu śmierdzą. Większy problem stanowi lokówka. Próbujemy ją wyczyścić ale dalej śmierdzi sosem rybnym.
To teraz już wiecie skąd ten tytuł. I zapewniam, że to nie koniec przygód o tym zapachu
:D
To jest widok z dachu hotelu:
Jest już późne popołudnie więc idziemy się rozejrzeć po okolicy. Tuż obok hotelu są dwie fajne knajpki z akwariami ale zanim kolacja to idziemy jeszcze kawałek główną ulicą i oglądamy sklepy z pamiątkami. Jemy ostatecznie w knajpie obok hotelu ale zdecydowanie dla miejscowych. Menu tylko po wietnamsku, plastikowe stoliki i same ryby i owoce morza. Decydujemy się na hot - pot. Ciekawa potrawa ale jest przy tym na tyle dużo zabawy, że nie wchodzi to do kanonu naszych ulubionych dań.
Po kolacji prosto do hotelu i szykujemy się na jutro.
Dzień 9
Jemy śniadanie o 7 i ruszamy na The Monkey Mountain. Od czata GPT wiemy, że małpy grasują głównie z rana. Później jak robi się większy ruch to się chowają. Zamawiam graba ale aplikacja źle zlokalizowała punkt i kierowca zawiózł nas pod Lady Budda. Musimy się kawałek cofnąć. Jak dochodzimy do głównej drogi to zamawiam znów grab żeby wjechać pod górkę. Jest ich dużo a koszt to 4 zł. Z góry schodzimy w dół polując na małpy. Długo czekać nie musimy
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Jedziemy jeszcze pod Crémaillère Railway Station i kręcimy się po okolicy jeziora.
Jest już po 15 i czas ruszać w drogę. Przed wyjazdem chcemy coś zjeść. Próbujemy wytłumaczyć kierowcy, że nie interesują nas restauracje tylko coś lokalnego. Zawozi nas w wąską uliczkę i kieruje do lokalu. Nauczeni doświadczeniem dnia wczorajszego i grilla wiemy, że google lens w tłumaczeniu jest beznadziejny i doszliśmy do wniosku, że skoro AI jest pod ręką, zna nasze nawyki i zwyczaje, bo nasze rozmowy o Wietnamie w międzyczasie stały się długą dyskusją, więc dlaczego to nie jemu zlecić tłumaczenia. To był strzał w dziesiątkę, bo oprócz tłumaczenia dostaliśmy jeszcze opisy i rekomendacje, np. że to jest przysmak z tego regionu.
Tak oto wylądowaliśmy w restauracji smażącej mini naleśniki ryżowe Banh Can. Wzięliśmy dwie wersje - z jajkiem przepiórczym i kurzym. Do picia mleko sojowe na ciepło i standardowo bulion do maczania naleśników. Pyszności. Przy okazji po kilku dniach coraz sprawniej poruszamy się w świecie pałeczek. Córka odmówiła naleśników z jajkami ale tuż obok wzięliśmy jej frytki z posypką serową. My skusiliśmy się jeszcze na panierowany ser. Panierka była kokosowa i muszę przyznać, że uwielbiam ich wariację na ten temat - ten kokos jest przyjemną nuta i nie dominuje.
Jedziemy do Phan Thiet. Droga jest długa i męcząca. Do miasta docieramy około 19 i prosimy, żeby nas wysadziła pod Water Tower. Stamtąd chcemy poszukać czegoś do jedzenia. Mamy kilka knajp na oku, ale pytamy czata czy jest jakieś miejsce gdzie będzie dużo knajp. Okazuje się, że wszyscy miejscowi siedzą za następnym skrzyżowaniem wzdłuż rzeki, koło łodzi rybackich. Jest ogrom knajp ze świeżymi rybami i owocami morza. Wszystko pływa sobie w akwariach i na świeżo ląduje na talerzu.
Zasada mówi, że nie ma takiej ilości ludzi, których nie obsłużymy. Stoliki dokłada się wszędzie, nawet na chodniku po drugiej stronie drogi, a i spore kawałki asfaltu są zajęte.
Wracamy do hotelu i pakujemy się, bo czas kończyć południe Wietnamu. Jutro wracamy do HCMC i lecimy do Da Nang. Auto mamy zamówione na 6, bo boimy się korków.
Jutro też częściowo wyjaśni się tytuł tej relacjiDzień 8
Mamy dziś transfer do HCMC na lot Vietnam Airlines do Da Nang. Auto jest umówione na 6 rano, bo nie wiadomo jak będzie po drodze. Patrząc wstecz żałuję dwóch rzeczy niezobaczonych w Phan Thiet - wieży Chamów i fabryki sosu rybnego. Jakoś tak się nam trasy ułożyły, że oba te miejsca minęliśmy i już nie było kiedy wrócić.
Wyjeżdżamy wcześniej, więc nie ma czasu na śniadanie, zresztą w tym hotelu nie było ono rewelacyjne więc żadna strata. Jemy po drodze w czymś podobnym do naszych MOP przy autostradach i ekspresówkach. My z żoną wybieramy bahn mi, a córka chce odpocząć od wietnamskich smaków i zamawia burgera.
Godzinę później stajemy jeszcze na toaletę. W sklepie obok zauważam fajny 6-pak małych sosów rybnych. Kupujemy na pamiątki i na razie wrzucam go luzem do samochodu. Po przyjeździe na lotnisko w HCMC trzeba go gdzieś przepakować, bo nie przejdzie kontroli. Mamy dwie sztywne walizki i plecak 90L do nadania. Butelki są plastikowe więc nie boję się, że się zbiją i wrzucam do plecaka.
Dość szybko odprawiamy się na stanowisku VA i idziemy przez kontrolę bezpieczeństwa do saloniku na drugie śniadanie. Na lotnisko dotarliśmy bez korków więc mamy sporo czasu na relaks. Sam lot też sprawnie. Lądujemy w Da Nang po 15 i idziemy po bagaże. Czekamy przy kołowrotku. Widzę na ekranie jak wykładają bagaże z wózka i wrzucają na taśmę. Aż nagle widzę jak leci mój plecak i wali w ścianę przy kołowrotku. Odbieramy graty, pakujemy na wózek i jedziemy na graba. Zamawiam auto i zastanawiam się co tak śmierdzi. Jakby sosem rybnym. I dlaczego walizka jest brudna. Patrzę a tam cały plecak mokry. Otwieram a tam worek pełen tłuczonego szkła i 6x100ml sosu rybnego wylane na zawartość plecaka. Wywalam resztki i czyścimy co się da mokrymi chusteczkami. Nie wiem dlaczego byłem taki pewny, że to plastik i że nic się nie stanie. Teraz już mam nauczkę i zasadę ZERO płynów w plecaku. Podjeżdża kierowca i jedziemy do Seashore Hotel & Apartment (915 zł)
Po drodze trafia nam się bardzo aktywny kierowca, który nie mówi po angielsku ale jak dowiedział się, że jesteśmy Ba Lan to od razu przełączył translator na polski i zaczął tłumaczyć na nasze. Zaproponował wycieczkę do Hoi An. Mieliśmy już umówioną podobną wycieczkę, ale trochę inną trasę, co do której nie byliśmy przekonani. Wziąłem od niego nr Whatsapp i poszliśmy z naszymi śmierdzącymi gratami do hotelu. Już w pokoju wypakowaliśmy nieszczęsny plecak. Szczęście w nieszczęściu, w plecaku była zużyta bielizna w workach, buty wodne też w workach i to nie ucierpiało. Gorzej z kosmetyczką i suszarko lokówką żony. Do tego sam plecak. Zastanawiamy się co z nim zrobić. Do wyboru albo wyrzucić albo spróbować wyczyścić. Idę na recepcję i opisuję problem. Panie recepcjonistki obiecują przysłać "ekspertkę". Po 10 minutach przychodzi pani ekspert obejrzeć plecak. Patrzy, ogląda, podnosi i mówi, że to będzie 100k dongów. Spojrzeliśmy z żoną na siebie i szybko potwierdziliśmy, że akceptujemy. Po 5 minutach telefon z recepcji. Od razu pomyśleliśmy, że jednak nie da się go wyczyścić. Ale na szczęście dzwonili tylko powiedzieć że ze względu na Tet będzie nieco drożej, bo 21 zł a nie 14 zł :) Po chwili odnoszę jeszcze na recepcję 2 kosmetyczki. Zawartość ochroniły ale z wierzchu śmierdzą.
Większy problem stanowi lokówka. Próbujemy ją wyczyścić ale dalej śmierdzi sosem rybnym.
To teraz już wiecie skąd ten tytuł. I zapewniam, że to nie koniec przygód o tym zapachu :D
To jest widok z dachu hotelu:
Jest już późne popołudnie więc idziemy się rozejrzeć po okolicy. Tuż obok hotelu są dwie fajne knajpki z akwariami ale zanim kolacja to idziemy jeszcze kawałek główną ulicą i oglądamy sklepy z pamiątkami. Jemy ostatecznie w knajpie obok hotelu ale zdecydowanie dla miejscowych. Menu tylko po wietnamsku, plastikowe stoliki i same ryby i owoce morza. Decydujemy się na hot - pot. Ciekawa potrawa ale jest przy tym na tyle dużo zabawy, że nie wchodzi to do kanonu naszych ulubionych dań.
Po kolacji prosto do hotelu i szykujemy się na jutro.
Dzień 9
Jemy śniadanie o 7 i ruszamy na The Monkey Mountain. Od czata GPT wiemy, że małpy grasują głównie z rana. Później jak robi się większy ruch to się chowają. Zamawiam graba ale aplikacja źle zlokalizowała punkt i kierowca zawiózł nas pod Lady Budda. Musimy się kawałek cofnąć. Jak dochodzimy do głównej drogi to zamawiam znów grab żeby wjechać pod górkę. Jest ich dużo a koszt to 4 zł.
Z góry schodzimy w dół polując na małpy. Długo czekać nie musimy