My idziemy do drugiej, dostępnej dla turystów. Na dziedzińcu częstują ziołową herbatą i można za 10k kupić 3 ciastka w liściu bananowca. My jemy je z apetytem, aż Rosjanka podchodzi i pyta się czy to jadalne? Zapewniamy, że tak.
Mamy jeszcze 15 minut więc idziemy na kawę. Po szybkiej kawie ładujemy się na łódź i lądujemy na plaży. Tam mamy chwilę na toaletę i przebranie się. Chętni na snoorkling wracają na łódź, a reszta zostaje na wyspie. Wydaje mi się, że wszyscy wracają na łódź, nawet jeśli nie chcą pływać. Sama rafa jest przeciętna pod względem rybek, ale ma dość ciekaw koralowce. Szkoda, że obsługa łodzi i przewodnik nie wytłumaczyli ludziom, że po rafie się nie depta. My byliśmy dumni z córki, bo pierwszy raz się zdecydowała wejść z maską do wody. Pod koniec miała trochę problemów, bo poluzował jej się but ale sprawnie dopłynęła do łodzi. Drabinka była trudna nawet dla dorosłych, ale ja podsadziłem ją z wody, a Hindus na pokładzie pociągnął i się udało. Wróciliśmy z żoną na pokład i po ogarnięciu córki wróciliśmy do wody jeszcze na 10 minut.
Po powrocie na ląd mieliśmy lunch w cenie. Ryby, owoce morza, kurczak i dodatki. Dokupowaliśmy tylko napoje. Po lunchu poszliśmy na plaże. Po pływaniu z maską, średnio chciało nam się moczyć jeszcze z plaży, więc wykorzystaliśmy ten czas na relaks.
To nie statek - to jest hotel w Hoi An.
Wczesnym popołudniem wracamy do portu w Hoi An i wszyscy zmęczeni ale zadowoleni wsiadamy do busa. Pod koniec jazdy zagaduje mnie jeden z grupy Hindusów, zainteresowany naszym dziwnym językiem i ucinamy sobie pogawędkę.
Po południu robimy krótką sjestę. Z recepcji odbieramy czysty i pachnący plecak i kosmetyczki. Ostatnim śmierdzącym problemem jest głowica od lokówki. Ma włosie które przesiąkło sosem. Sytuacja wygląda kiepsko ale uznajemy, że skoro ta część miałaby być do wyrzucenia, a nie ma bezpośredniego kontaktu z elektryką to wrzucamy do wody z mydłem na dłużej i niech się moczy.
Na kolację postanawiamy pokręcić się po okolicy i poszukać knajpek gdzieś dalej od głównej drogi. Najpierw trafiamy do jednej z akwariami ale o ile weszliśmy dość głęboko w lokalną kuchnię, to tutaj odpuściliśmy, bo okazało się, że zamawianie odbywa się w formie targowiska. Idziesz i mówisz co chcesz, wrzucają to na wagę i ustalasz jak mają zrobić. O ile przetłumaczenie menu z wietnamskiego w czacie nie stanowiło problemu to dogadywanie się już tak.
Dalej znaleźliśmy knajpkę z menu w formie papierowej. Ja zamówiłem rybę, a żona kalmary. Okazało się, że żona wzięła hot pota z sosem pomidorowym i surowy półmisek kalmarów
:D córka na ich widok prawie uciekła od stołu
:)
Dzień 12 Dzisiaj mamy wycieczkę do Hoi An z kierowcą który wiózł nas z lotniska. Umówiliśmy się z nim na 8, więc dzisiaj nie było pośpiechu z rana. Jakby ktoś chciał skorzystać z usług to +84935760885 Oczywiście pierwszym punktem programu jest fabryka jedwabiu, ale że ją zaliczyliśmy to chcemy coś innego i jedziemy do fabryki marmuru. Fabryka to hucznie powiedziane, bo to bardziej sklep.
Kolejnym punktem są góry marmurowe. Zaczynamy od jaskini.
Do wchodzenia te schody są jeszcze gorsze niż wyglądają
:)
Na górze mieścił się taras widokowy
Jak to zwykle bywa, schodzenie jest gorsze niż wchodzenie
:)
Na dole jest coś na kształt piekła, a przynajmniej azjatyckiego wyobrażenia piekła.
Po wyjściu z jaskini idziemy na kawę. Żona próbuje kawy jajecznej. Jest smaczna, ale nadal nie przebija słonej. Z kawiarni idziemy do kolejki do windy. Jest duża kolejka i trzeba kupić bilety w osobnej kasie. Dziewczyny zajmują kolejkę, a ja idę po bilety. Winda ładuje się dość sprawnie więc nie czekamy bardzo długo.
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Świątynia tylko dla mieszkańców
My idziemy do drugiej, dostępnej dla turystów. Na dziedzińcu częstują ziołową herbatą i można za 10k kupić 3 ciastka w liściu bananowca. My jemy je z apetytem, aż Rosjanka podchodzi i pyta się czy to jadalne? Zapewniamy, że tak.
Mamy jeszcze 15 minut więc idziemy na kawę. Po szybkiej kawie ładujemy się na łódź i lądujemy na plaży. Tam mamy chwilę na toaletę i przebranie się. Chętni na snoorkling wracają na łódź, a reszta zostaje na wyspie. Wydaje mi się, że wszyscy wracają na łódź, nawet jeśli nie chcą pływać. Sama rafa jest przeciętna pod względem rybek, ale ma dość ciekaw koralowce. Szkoda, że obsługa łodzi i przewodnik nie wytłumaczyli ludziom, że po rafie się nie depta. My byliśmy dumni z córki, bo pierwszy raz się zdecydowała wejść z maską do wody. Pod koniec miała trochę problemów, bo poluzował jej się but ale sprawnie dopłynęła do łodzi. Drabinka była trudna nawet dla dorosłych, ale ja podsadziłem ją z wody, a Hindus na pokładzie pociągnął i się udało. Wróciliśmy z żoną na pokład i po ogarnięciu córki wróciliśmy do wody jeszcze na 10 minut.
Po powrocie na ląd mieliśmy lunch w cenie. Ryby, owoce morza, kurczak i dodatki. Dokupowaliśmy tylko napoje. Po lunchu poszliśmy na plaże. Po pływaniu z maską, średnio chciało nam się moczyć jeszcze z plaży, więc wykorzystaliśmy ten czas na relaks.
To nie statek - to jest hotel w Hoi An.
Wczesnym popołudniem wracamy do portu w Hoi An i wszyscy zmęczeni ale zadowoleni wsiadamy do busa. Pod koniec jazdy zagaduje mnie jeden z grupy Hindusów, zainteresowany naszym dziwnym językiem i ucinamy sobie pogawędkę.
Po południu robimy krótką sjestę. Z recepcji odbieramy czysty i pachnący plecak i kosmetyczki. Ostatnim śmierdzącym problemem jest głowica od lokówki. Ma włosie które przesiąkło sosem. Sytuacja wygląda kiepsko ale uznajemy, że skoro ta część miałaby być do wyrzucenia, a nie ma bezpośredniego kontaktu z elektryką to wrzucamy do wody z mydłem na dłużej i niech się moczy.
Na kolację postanawiamy pokręcić się po okolicy i poszukać knajpek gdzieś dalej od głównej drogi. Najpierw trafiamy do jednej z akwariami ale o ile weszliśmy dość głęboko w lokalną kuchnię, to tutaj odpuściliśmy, bo okazało się, że zamawianie odbywa się w formie targowiska. Idziesz i mówisz co chcesz, wrzucają to na wagę i ustalasz jak mają zrobić. O ile przetłumaczenie menu z wietnamskiego w czacie nie stanowiło problemu to dogadywanie się już tak.
Dalej znaleźliśmy knajpkę z menu w formie papierowej. Ja zamówiłem rybę, a żona kalmary. Okazało się, że żona wzięła hot pota z sosem pomidorowym i surowy półmisek kalmarów :D córka na ich widok prawie uciekła od stołu :)
Dzień 12
Dzisiaj mamy wycieczkę do Hoi An z kierowcą który wiózł nas z lotniska. Umówiliśmy się z nim na 8, więc dzisiaj nie było pośpiechu z rana. Jakby ktoś chciał skorzystać z usług to +84935760885
Oczywiście pierwszym punktem programu jest fabryka jedwabiu, ale że ją zaliczyliśmy to chcemy coś innego i jedziemy do fabryki marmuru. Fabryka to hucznie powiedziane, bo to bardziej sklep.
Kolejnym punktem są góry marmurowe. Zaczynamy od jaskini.
Do wchodzenia te schody są jeszcze gorsze niż wyglądają :)
Na górze mieścił się taras widokowy
Jak to zwykle bywa, schodzenie jest gorsze niż wchodzenie :)
Na dole jest coś na kształt piekła, a przynajmniej azjatyckiego wyobrażenia piekła.
Po wyjściu z jaskini idziemy na kawę. Żona próbuje kawy jajecznej. Jest smaczna, ale nadal nie przebija słonej. Z kawiarni idziemy do kolejki do windy. Jest duża kolejka i trzeba kupić bilety w osobnej kasie. Dziewczyny zajmują kolejkę, a ja idę po bilety. Winda ładuje się dość sprawnie więc nie czekamy bardzo długo.