Okazało się, że świątynia jest niedaleko lotniska i można polować na fotki samolotów.
Chùa Nam Sơn okazało się wielkim zaskoczeniem, bo to nie jest miejsce gdzie docierają turyści, a jest bardzo ciekawe. Wracamy do auta i jedziemy do Field Coffee. Brzmi jak idealne miejsce na sesję na instagrama, ale nie mam instagrama. Kawa w normalnej cenie, a widok robi wrażenie.
Następny punkt to już głębokie google maps - Nhà Cổ Tích Thiện Đường. Trafiłem na to dość przypadkiem i jak to Wietnamczycy mają w zwyczaju - nazywają to Ancient House. Jak dojechaliśmy, to okazuje się że nikogo nie ma, ale jest otwarte, kręcimy się po posesji i w końcu słyszę głosy w środku. Nieśmiało wchodzę i chyba właściciel jadł śniadanie. Pomachał tylko, że mamy sobie pochodzić.
Kierowca w drodze powrotnej przyznaje się, że mieszka w Da Nang całe życie i nigdy nie był w tych miejscach. Wracamy do hotelu koło południa i po chwili odpoczynku szykujemy się na lunch i plażowanie. Zakładamy, że to już nasze ostatnie plażowanie, żeby nie wracać z mokrymi gratami. Na lunch idziemy do beach clubu gdzieś przy China Beach. Jeśli dobrze pamiętam to był Esco Beach, Bar Lounge & Restaurant. Klimat nieco australijski i pewnie do takiego klienta lokal był skierowany. Po lunchu idziemy na plażę. Fala jak zwykle spora ale ludzi dość dużo w okolicy miejsca z ratownikiem i żółtą flagą.
Około 17 zwijamy się z plaży, bo słońce jest coraz niżej i większa część plaży pokrywa się cieniem, co przy wietrze nie jest przyjemne.
Na kolację idziemy do budek z przekąskami i robimy sobie ucztę. Naleśniki, kulki mięsne, suszone mięso. Za kilka rund przekąsek i piwo płacimy 200k
Dzień 14 Dzisiaj mamy wycieczkę do My Son. Wyjeżdżamy standardowo o 7. Jesteśmy na miejscu jako jedni z pierwszych i to daje nam przewagę, bo nie ma jeszcze wycieczek i upału. Nie ma też kolejek do meleksów, które dowożą do punktu startowego.
Mrówki przy pracy.
Kompleks Chamskich świątyń zajmuje spory teren, więc do pierwszej z nich idziemy spory kawałek.
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Okazało się, że świątynia jest niedaleko lotniska i można polować na fotki samolotów.
Chùa Nam Sơn okazało się wielkim zaskoczeniem, bo to nie jest miejsce gdzie docierają turyści, a jest bardzo ciekawe. Wracamy do auta i jedziemy do Field Coffee. Brzmi jak idealne miejsce na sesję na instagrama, ale nie mam instagrama. Kawa w normalnej cenie, a widok robi wrażenie.
Następny punkt to już głębokie google maps - Nhà Cổ Tích Thiện Đường. Trafiłem na to dość przypadkiem i jak to Wietnamczycy mają w zwyczaju - nazywają to Ancient House. Jak dojechaliśmy, to okazuje się że nikogo nie ma, ale jest otwarte, kręcimy się po posesji i w końcu słyszę głosy w środku. Nieśmiało wchodzę i chyba właściciel jadł śniadanie. Pomachał tylko, że mamy sobie pochodzić.
Kierowca w drodze powrotnej przyznaje się, że mieszka w Da Nang całe życie i nigdy nie był w tych miejscach.
Wracamy do hotelu koło południa i po chwili odpoczynku szykujemy się na lunch i plażowanie. Zakładamy, że to już nasze ostatnie plażowanie, żeby nie wracać z mokrymi gratami. Na lunch idziemy do beach clubu gdzieś przy China Beach. Jeśli dobrze pamiętam to był Esco Beach, Bar Lounge & Restaurant. Klimat nieco australijski i pewnie do takiego klienta lokal był skierowany.
Po lunchu idziemy na plażę. Fala jak zwykle spora ale ludzi dość dużo w okolicy miejsca z ratownikiem i żółtą flagą.
Około 17 zwijamy się z plaży, bo słońce jest coraz niżej i większa część plaży pokrywa się cieniem, co przy wietrze nie jest przyjemne.
Na kolację idziemy do budek z przekąskami i robimy sobie ucztę. Naleśniki, kulki mięsne, suszone mięso. Za kilka rund przekąsek i piwo płacimy 200k
Dzień 14
Dzisiaj mamy wycieczkę do My Son. Wyjeżdżamy standardowo o 7. Jesteśmy na miejscu jako jedni z pierwszych i to daje nam przewagę, bo nie ma jeszcze wycieczek i upału. Nie ma też kolejek do meleksów, które dowożą do punktu startowego.
Mrówki przy pracy.
Kompleks Chamskich świątyń zajmuje spory teren, więc do pierwszej z nich idziemy spory kawałek.