Na kolację idziemy do Ben Nghe Street Food. Miejscówka jest dość turystyczna, ale jak się odpowiednio poszuka to jest sporo lokalnych perełek.
Dzień 17
Wylot mamy o 22.30. Już wiemy, że świat podróży się zawalił, ale my mamy loty Turkiem, więc czujemy się tylko lekko niepewnie i mamy nadzieję, że konflikt nie rozleje się bardziej. W tym momencie cieszę się, że nie wybraliśmy lotów QR w tej samej cenie - skusiłem się na M&M W hotelu mamy status silver i korzystamy z późnego wymeldowania. Tylko 13 ale zawsze coś.
Rano jemy śniadanie w sieciowej kawiarni Higlander Cafe. Córce tak się spodobało w teatrze, że chcemy zobaczyć ten drugi. Znajduje się koło ZOO, a dokładnie w budynku Muzeum Historii HCMC. Jak się powie na bramce "theatre" to ochroniarz wpuszcza bez biletów.
Pokazy są tylko w weekendy. Bilety są znacznie tańsze (150k) ale teatr jest mniejszy i nie ma muzyki na żywo. Sam pokaz jest bardzo podobny do wczorajszego.
Po pokazie jedziemy jeszcze na pocztę główną po pamiątkowe perfumy Miss Saigon. Wracamy do hotelu po 12 i odświeżamy się w hotelu. Cieplejsze ubrania do samolotu pakujemy w podręczny plecak, oddajemy bagaże do przechowalni, wymeldowujemy się, i jedziemy do Ben Nghe Street Food zabijać czas i szukać perełek, których jeszcze nie jedliśmy. Przy dwóch wizytach w tym miejscu próbujemy różności od szaszłyka strusia, przez naleśniczki z Hue po lody kokosowe. Największe zaskoczenie - naleśniki z Hue. Największe rozczarowanie - broken rice. To było tak do bólu zwyczajne na tle całej kuchni wietnamskiej, że aż żałowałem że zmarnowałem miejsca w żołądku - mogłem wykorzystać je lepiej. Żona się śmiała, że już się nie dziwi dlaczego nie zamówiliśmy tego przez 2 tygodnie. Późnym popołudniem wracamy do hotelu i idziemy na kawę. Na 18.30 mam zamówionego shuttle busa na lotnisko. Okazuje się, że cały samolot Turkish przybył na lotnisko 3 godziny przed lotem i kolejka do check-in jest na ponad godzinę. Nie jesteśmy głodni i czasu jest mało, dlatego odpuszczamy salonik. Córka tylko bierze burgera na lotnisku, bo mówi że zgłodniała.
Tak oto zakończyła się nasza wietnamska przygoda. Na pewno wrócimy do tego wspaniałego kraju zwiedzić północ. Wracamy do domu zakochani w kuchni wietnamskiej i zauroczeni miejscowym kontrolowanym chaosem
:)
W Polsce zastaje nas słoneczne przedwiośnie - misja wykonana, przetrwaliśmy zimę, teraz będzie już z górki. Byle do następnego wyjazdu.
P.S. jeśli ktoś będzie miał pytania o szczegóły i konkrety, można śmiało pisać tutaj lub na priv.
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Wracamy do teatru około 18 i zajmujemy miejsca.
Szczerze polecam. Bardzo ciekawe doświadczenie.
Na kolację idziemy do Ben Nghe Street Food. Miejscówka jest dość turystyczna, ale jak się odpowiednio poszuka to jest sporo lokalnych perełek.
Dzień 17
Wylot mamy o 22.30. Już wiemy, że świat podróży się zawalił, ale my mamy loty Turkiem, więc czujemy się tylko lekko niepewnie i mamy nadzieję, że konflikt nie rozleje się bardziej. W tym momencie cieszę się, że nie wybraliśmy lotów QR w tej samej cenie - skusiłem się na M&M
W hotelu mamy status silver i korzystamy z późnego wymeldowania. Tylko 13 ale zawsze coś.
Rano jemy śniadanie w sieciowej kawiarni Higlander Cafe. Córce tak się spodobało w teatrze, że chcemy zobaczyć ten drugi. Znajduje się koło ZOO, a dokładnie w budynku Muzeum Historii HCMC. Jak się powie na bramce "theatre" to ochroniarz wpuszcza bez biletów.
Pokazy są tylko w weekendy. Bilety są znacznie tańsze (150k) ale teatr jest mniejszy i nie ma muzyki na żywo. Sam pokaz jest bardzo podobny do wczorajszego.
Po pokazie jedziemy jeszcze na pocztę główną po pamiątkowe perfumy Miss Saigon. Wracamy do hotelu po 12 i odświeżamy się w hotelu. Cieplejsze ubrania do samolotu pakujemy w podręczny plecak, oddajemy bagaże do przechowalni, wymeldowujemy się, i jedziemy do Ben Nghe Street Food zabijać czas i szukać perełek, których jeszcze nie jedliśmy. Przy dwóch wizytach w tym miejscu próbujemy różności od szaszłyka strusia, przez naleśniczki z Hue po lody kokosowe. Największe zaskoczenie - naleśniki z Hue. Największe rozczarowanie - broken rice. To było tak do bólu zwyczajne na tle całej kuchni wietnamskiej, że aż żałowałem że zmarnowałem miejsca w żołądku - mogłem wykorzystać je lepiej. Żona się śmiała, że już się nie dziwi dlaczego nie zamówiliśmy tego przez 2 tygodnie. Późnym popołudniem wracamy do hotelu i idziemy na kawę. Na 18.30 mam zamówionego shuttle busa na lotnisko. Okazuje się, że cały samolot Turkish przybył na lotnisko 3 godziny przed lotem i kolejka do check-in jest na ponad godzinę. Nie jesteśmy głodni i czasu jest mało, dlatego odpuszczamy salonik. Córka tylko bierze burgera na lotnisku, bo mówi że zgłodniała.
Tak oto zakończyła się nasza wietnamska przygoda. Na pewno wrócimy do tego wspaniałego kraju zwiedzić północ. Wracamy do domu zakochani w kuchni wietnamskiej i zauroczeni miejscowym kontrolowanym chaosem :)
W Polsce zastaje nas słoneczne przedwiośnie - misja wykonana, przetrwaliśmy zimę, teraz będzie już z górki. Byle do następnego wyjazdu.
P.S.
jeśli ktoś będzie miał pytania o szczegóły i konkrety, można śmiało pisać tutaj lub na priv.