Na koniec atrakcja prosto z gabinetów beauty. Masaż stóp w wykonaniu rybek. Łącznie były 3 rodzaje masażu i najfajniejszy był ten z najmniejszymi rybkami.
Wracamy do homestay po 17. Zamawiamy kolację w restauracji od razu po przyjściu, bo czas oczekiwania to ponad godzina i idziemy odpocząć do pokoju. Ja zamówiłem sneak head fish
Po kolacji dość sprawnie ewakuowaliśmy się do pokoju, bo jutro wycieczka na floating market - start o 5 rano.@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.
P.S. Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.@piwili
zgodnie z życzeniem: - Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar 670 zł za 2 noce - Song Ngư Riverside Homestay 450 zł za 2 noce
Resztę podam na bieżąco. Postaram się też podawać więcej cen jedzenia. Weź tylko po uwagę, że ceny za noclegi są nieco podbite przez Tet. Do tego rozrzut cenowy jest ogromny w zależności od lokalizacji i standardu.
Dzień 4 Pobudka w środku nocy do najprzyjemniejszych nie należy, ale większość wycieczek na floating market startuje o 5 rano. Śniadanie teoretycznie powinno być na rzece ale przez Tet 2/3 barek (w tym śniadaniowa) odpłynęła. Oczywiście widziałem tam barki z jedzeniem, ale domyślam się, że homestay ma jakieś umowy z konkretnymi miejscami. Przewodnik obiecał, że coś wymyśli. Z nami płynie jeszcze dwóch Holendrów. Do dyspozycji mamy mały sampan więc jest kameralnie.
Zanim wyruszymy robię dokładne oględziny, na wypadek jakby wieczorem trafiła się okazja na degustację
:)
Ruszamy, a droga zajmuje nam ok 45 minut. Nasz przewodnik Thin jest dość gadatliwy, więc sporo informacji można od niego wyciągnąć. Jakbyście zastanawiali się dlaczego wycieczki na market startują o tej godzinie, to odpowiedź jest w pływach. Różnica poziomów dochodzi do ponad 1m i dwa razy dziennie odwraca się kierunek rzeki. W dawnych czasach jak łódki były napędzane ręcznie, a nawet później jak silniki były słabsze, nie dało się płynąć pod prąd, więc trzeba było planować tak, żeby zawsze było z prądem. Teraz łódka dałaby radę, ale zużycie paliwa drastycznie wzrasta. Holendrzy przytomnie zauważyli, że rośliny w kanale płyną w różnych kierunkach. My w jeden dzień nie mieliśmy okazji tego zaobserwować, ale zanotowaliśmy w pamięci żeby zwrócić na to uwagę.
Bladym świtem docieramy na rynek w wersji lądowej i wysiadamy przy nabrzeżu w mieście.
Ruszamy za naszym przewodnikiem prosto w stragany
Jak widać, żadna część nie może się zmarnować
:)
Świt już w pełni więc i ruch się zagęszcza.
Niektóre okazy muszą być w klatkach bo potrafią podskoczyć. Czasami klatki aż się trzęsły od próbujących się wyrwać więźniów.
W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję natury komunikacyjnej. Wietnamczykom udało się spełnić mokry sen Amerykanów, czyli wszystko drive-in. Wprawdzie w wersji skuterowej, ale tutaj wszyscy podjeżdżają skuterem prosto pod stoisko i kupują bez zsiadania z niego. To samo wiedzieliśmy wielokrotnie z budkami z jedzeniem czy napojami. Podjeżdżasz, zamawiasz, odbierasz, odjeżdżasz, a wszystko z tyłkiem na skuterze.
Czasami w wąskich uliczkach targowiska powstawał konkretny korek, kiedy dwa skutery były zbyt obładowane, żeby minąć się na szerokość.
Dział z ozdobami na Tet. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale były też stoiska z papierowymi makietami różnych rzeczy (samochody/pieniądze/domy/meble) które można składać w ofierze. Przewodnik tłumaczył nam, że w okolicy Tet z wietnamskich domów wzywany jest bożek kuchenny, który głównemu bóstwu ma zdać relację jak dana rodzina radziła sobie w ciągu minionego roku.
Opuściliśmy teren targowiska, a wjazd robi się jeszcze bardziej zatłoczony.
Nasza kameralna łódka jest mniej więcej tej wielkości. Czekamy jeszcze chwilę, aż nasza zacumuje do nabrzeża.
Thin wytłumaczył nam dlaczego wszystkie łodzie mają kolorowe oczy. To jest zwyczaj z czasów kiedy w rzece były krokodyle i sumy powyżej 2m. Łódź musiała udawać, że jest większym zwierzem, żeby zmniejszyć ryzyko ataku.
Docieramy do łódki kawowej. Po jednym napoju mamy w cenie i każdy chętnie bierze kawę z rana. Jedni ciepłą, inni zimną, a córka kokosa. Pan od kawy ma ponoć 30 lat doświadczenia.
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Na koniec atrakcja prosto z gabinetów beauty. Masaż stóp w wykonaniu rybek. Łącznie były 3 rodzaje masażu i najfajniejszy był ten z najmniejszymi rybkami.
Wracamy do homestay po 17. Zamawiamy kolację w restauracji od razu po przyjściu, bo czas oczekiwania to ponad godzina i idziemy odpocząć do pokoju. Ja zamówiłem sneak head fish
Po kolacji dość sprawnie ewakuowaliśmy się do pokoju, bo jutro wycieczka na floating market - start o 5 rano.@Dryblas
Dzięki za info. Urok święta Tet.
P.S.
Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.@piwili
zgodnie z życzeniem:
- Happy Life Grand Hotel & Rooftop Skybar 670 zł za 2 noce
- Song Ngư Riverside Homestay 450 zł za 2 noce
Resztę podam na bieżąco. Postaram się też podawać więcej cen jedzenia. Weź tylko po uwagę, że ceny za noclegi są nieco podbite przez Tet. Do tego rozrzut cenowy jest ogromny w zależności od lokalizacji i standardu.
Dzień 4
Pobudka w środku nocy do najprzyjemniejszych nie należy, ale większość wycieczek na floating market startuje o 5 rano. Śniadanie teoretycznie powinno być na rzece ale przez Tet 2/3 barek (w tym śniadaniowa) odpłynęła. Oczywiście widziałem tam barki z jedzeniem, ale domyślam się, że homestay ma jakieś umowy z konkretnymi miejscami. Przewodnik obiecał, że coś wymyśli. Z nami płynie jeszcze dwóch Holendrów. Do dyspozycji mamy mały sampan więc jest kameralnie.
Zanim wyruszymy robię dokładne oględziny, na wypadek jakby wieczorem trafiła się okazja na degustację :)
Ruszamy, a droga zajmuje nam ok 45 minut. Nasz przewodnik Thin jest dość gadatliwy, więc sporo informacji można od niego wyciągnąć. Jakbyście zastanawiali się dlaczego wycieczki na market startują o tej godzinie, to odpowiedź jest w pływach. Różnica poziomów dochodzi do ponad 1m i dwa razy dziennie odwraca się kierunek rzeki. W dawnych czasach jak łódki były napędzane ręcznie, a nawet później jak silniki były słabsze, nie dało się płynąć pod prąd, więc trzeba było planować tak, żeby zawsze było z prądem. Teraz łódka dałaby radę, ale zużycie paliwa drastycznie wzrasta. Holendrzy przytomnie zauważyli, że rośliny w kanale płyną w różnych kierunkach. My w jeden dzień nie mieliśmy okazji tego zaobserwować, ale zanotowaliśmy w pamięci żeby zwrócić na to uwagę.
Bladym świtem docieramy na rynek w wersji lądowej i wysiadamy przy nabrzeżu w mieście.
Ruszamy za naszym przewodnikiem prosto w stragany
Jak widać, żadna część nie może się zmarnować :)
Świt już w pełni więc i ruch się zagęszcza.
Niektóre okazy muszą być w klatkach bo potrafią podskoczyć. Czasami klatki aż się trzęsły od próbujących się wyrwać więźniów.
W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję natury komunikacyjnej. Wietnamczykom udało się spełnić mokry sen Amerykanów, czyli wszystko drive-in. Wprawdzie w wersji skuterowej, ale tutaj wszyscy podjeżdżają skuterem prosto pod stoisko i kupują bez zsiadania z niego. To samo wiedzieliśmy wielokrotnie z budkami z jedzeniem czy napojami. Podjeżdżasz, zamawiasz, odbierasz, odjeżdżasz, a wszystko z tyłkiem na skuterze.
Czasami w wąskich uliczkach targowiska powstawał konkretny korek, kiedy dwa skutery były zbyt obładowane, żeby minąć się na szerokość.
Dział z ozdobami na Tet. Nie mam odpowiedniego zdjęcia, ale były też stoiska z papierowymi makietami różnych rzeczy (samochody/pieniądze/domy/meble) które można składać w ofierze. Przewodnik tłumaczył nam, że w okolicy Tet z wietnamskich domów wzywany jest bożek kuchenny, który głównemu bóstwu ma zdać relację jak dana rodzina radziła sobie w ciągu minionego roku.
Opuściliśmy teren targowiska, a wjazd robi się jeszcze bardziej zatłoczony.
Nasza kameralna łódka jest mniej więcej tej wielkości. Czekamy jeszcze chwilę, aż nasza zacumuje do nabrzeża.
Thin wytłumaczył nam dlaczego wszystkie łodzie mają kolorowe oczy. To jest zwyczaj z czasów kiedy w rzece były krokodyle i sumy powyżej 2m. Łódź musiała udawać, że jest większym zwierzem, żeby zmniejszyć ryzyko ataku.
Docieramy do łódki kawowej. Po jednym napoju mamy w cenie i każdy chętnie bierze kawę z rana. Jedni ciepłą, inni zimną, a córka kokosa. Pan od kawy ma ponoć 30 lat doświadczenia.