Przy tych stolikach zazwyczaj odbywa się degustacja owoców (w rytmie karaoke) ale nasi holenderscy towarzysze mieli o 12 transfer do Kambodży i chcieli wrócić do homestay z zapasem czasu. Dlatego dostaliśmy owoce na wynos i wszamaliśmy w łodzi.
Mamy jeszcze chwilę zanim odpłyniemy więc wracam z córką do sklepiku na plantacji po lody. Nie może się zdecydować, nie do końca rozumiemy wietnamskie nazwy, więc mówię "weź waniliowe, będzie bezpiecznie". Córka rozpakowuje próbuje i ma prawie łzy w oczach. "Tata, to jest DURIAN". Dobra idziemy po czekoladowego. Tata zjada drugie durianowe lody w czasie tych wakacji i wprowadza zakaz żółtych lodów. To będzie najbezpieczniejsze
:D
Prawie kończymy i już tylko po drodze zahaczamy o mały kanał.
W międzyczasie rozmawiamy trochę z przewodnikiem i dowiadujemy się, dlaczego tak ciężko się z Wietnamczykami rozmawia po angielsku. Okazuje się, że oni w większości dialektów swojego języka wyeliminowali głoskę S. Dlatego wszystkie zbitki w języku angielski brzmią dla nas dziwnie, a czasami zupełnie niezrozumiale. Thin akurat mówił całkiem poprawnie, ale mówił że uczył się z native speaker.
Wracamy do pensjonatu tuż przed 11. Zamawiamy lunch (bo wiemy, że kuchnia pracuje powoli), a nawet okazuje się, że nie ma kucharki, bo pojechała po produkty. Zapomniałem dodać, że właściciele wyjechali do rodziny i homstay zarządzają przewodnicy. Oczekując na lunch idziemy nad basen. Jest tylko kilka miejsc na leżakach pod parasolem ale pod okupacją francuskiej rodziny, która całymi dniami siedzi jedynie nad basenem. W samo południe nie chcemy smażyć się w pełnym słońcu więc zajmujemy stolik pod drzewami. Na szczęście w porze lunchu Francuzi się w końcu zwijają więc szturmujemy leżaki. Drugi zestaw pod parasolem zajmuje rodzina mówiąca dziwnym językiem. Początku brzmiał z niemiecka, później jakby skandynawsko, więc wiedziony wrodzoną ciekawością spytałem i okazało się, że to Łotysze. Byli z trójką dzieci, a ich córka Austra była w tym samym wieku co nasza, więc szybko się zgadały. Zrobiliśmy krótką przerwę na lunch. Żona zamówiła zupę z krabów rzecznych (120k), ja chyba krewetki (130K), a córka skrzydełka (170k). Przewodnik zawołał nas z nad basenu i okazało się, że zamiast skrzydełek jest cały kurczak (z szyją i głową, co wygląda super na talerzu, a kosztuje 360k). Od razu wyjaśniłem, że zamawialiśmy skrzydełka. Obsługa była strasznie przejęta i zapytali czy przyjmiemy całego kurczaka w cenie skrzydełek? To się dobrze składało, bo zamierzaliśmy go gdzieś i kiedyś zamówić. Oczywiście mój plan na lekki lunch poszedł się walić, bo 8 latka nie poradzi całemu kurczakowi. Na szczęście lekcje gotowania są dopiero o 17 więc powinienem zgłodnieć. Zapomniałem dodać, że przy check-in zapomniano nam dać losy z noworocznego drzewka, więc zrywamy je teraz. Ja wygrywam piwo, żona miejscową nalewkę, a córka Sprite.
Po lunchu wracamy nad basen, a przed 16 idziemy do pokoju częściowo się spakować i przygotować do wieczornej atrakcji.
O 17 meldujemy się w restauracji. Naszym kucharzem ma być Kin, nasz wczorajszy przewodnik. W czasie przygotowań interesuje się kurnikiem nad rzeką. Ten ptaszek jest tutaj dominującym śpiewakiem.
Stanowisko gotowe. Myślałem, że taka lekcja to będzie makaron z kurczakiem w sosie rybnym w woku i do widzenia. Tymczasem to było chyba najlepsze przeżycie w całej podróży. Robiliśmy wietnamskie naleśniki bahn xeo w wersji deltowej. Ponoć czym dalej na północ tym naleśniki stają się bardziej chrupiące. Nadzienie do naleśników to kurczak i warzywa. Lepsze byłby krewetki (mogliśmy je wybrać), ale liczymy że córka zje z kurczakiem. Do tego ryba na drugie danie, a na deser owoce.
Pierwsze porcje są już gotowe. Sama metoda smażenia nie jest taka prosta, bo trzeba trochę machać wokiem, żeby dosmażyć boki.
Ryba też już dochodzi.
Naleśników wyszło zdecydowanie ze dużo, ale Kin zadeklarował, że co zostanie to obsługa chętnie dokończy
:) Najlepsze w wietnamskich naleśnikach jest sposób jedzenia. Naleśnik z nadzieniem tnie się na węższy pasek i zawija w dużego liścia. Takiego zawijańca macza się w sosie przygotowanym na bazie sosu rybnego i ani się nie orientujesz większość naleśników znika, a ty pękasz w szwach. Córka trochę kręciła nosem, bo w cieście na naleśniki był szczypiorek. Kto ma dzieci to, wie co i jak
:) Na szczęście przełamała swoje obawy i stwierdziła, że w sumie to nie było tego szczypiorku tak dużo i spróbowała. Tak jej posmakowały, że musieliśmy z naszych wyciągać warzywa. Ogrom tej kolacji to był dopiero początek problemów, bo okazało się, że nowa koleżanka córki ma dzisiaj urodziny i dostaliśmy w prezencie talerz owoców. Oprócz tego mieliśmy nasz własny talerz owoców. I muszę przyznać, że smoczy owoc mnie podbił. Próbowaliśmy białego i czerwonego. Biały był kozacki. Łotysze mieli ze sobą farbki, więc dziewczyny poszły malować, a ja powróciłem do tematu który poddałem badaniom rano, czyli Song Ngu Distillery. Nie mam miejsca na pełen zestaw 8 smaków, ale zanim zdążę zamówić Kin sam przynosi 3 shoty (jak się później okazało od firmy). Nie mieli żmijówki ale nalewki owocowe i korzenne były również niczego sobie. Ta z loterii (chyba pomarańczowa) była zalakowana, więc wróciła z nami jako pamiątka.
Dzieciaki się razem bawią, a my korzystamy, że nie musimy wcześniej wstawać więc relaksujemy się chwilę w hamakach.Dzień 5
Dzisiaj mamy transfer do Phan Thiet, na wybrzeżu. Kierowca jest umówiony na 9 więc spokojnie na 8 idziemy na śniadanie. Śniadanie jest skromne, ale w stylu europejskim. Kin smaży jajka i naleśniki. Sam rzadko jadam naleśniki na śniadanie ale skusił mnie domowy dżem ananasowy
:) Przed odjazdem idę nas rozliczyć i łącznie za nocleg, 2 wycieczki, lekcję gotowania, 2 dalekie transfery oraz jedzenie i napoje w restauracji wyszło 710$.
Kierowca przyjeżdża ten sam co poprzednio. Pakujemy nasze graty i okazuje się, że nawigacja pokazuje nieco ponad 4 godziny. Nie najgorzej jak na Tet, ale jak się okaże, konsekwencje tego dnia będą widoczne później. Droga idzie dość sprawnie, więc docieramy do celu około 14. W hotelu Tiffany Hotel & Restaurant (440 zł) meldujemy się wcześniej i widać, że jest pusto. Ogólnie budynek znajduje się w okolicy gdzie nowe hotele wyrastają jak grzyby po deszczu. Sam nasz hotel też jeszcze pachnie nowością.
Postanawiamy iść coś zjeść i ... zderzamy się z Tet. Jest 17 luty, czyli szczytowy dzień. W Wietnamie mówi się, że pierwszy dzień nowego roku jest dla rodziny, drugi dla znajomych, a trzeci dla nauczycieli, czy jakoś tak. Przez to, że to był dzień dla rodziny, to miasto było wymarłe, a knajpy pozamykane. Ludzie spotykali się w domach lub parkach. Zrobiliśmy rundę po mieście i po godzinnej wędrówce byliśmy na tyle zdesperowani, że wchodziliśmy nawet do hotelowych restauracji. Udało nam się w końcu trafić jakąś otwartą restaurację, w hotelu. Wprawdzie była kompletnie pusta, ale powiedzieli że są otwarci. Na jedzenie czekaliśmy dość długo, więc zakładam, że robili je na świeżo.
Po posiłku w drodze powrotnej do hotelu idziemy zobaczyć jak wygląda plaża. Pomijając fakt, że plaża to kawałek betonu, to fala nie zachęca do kąpieli.
Ogarniamy się w hotelu i ruszamy obejrzeć miasto. Bierzemy graba i zaczynamy od Van Thuy Tu Temple. Niestety ale brama była zamknięta i nie mogliśmy zobaczyć szkieletu wieloryba.
To nie jest często spotykany widok Wietnamskiej ulicy
Domowa kapliczka
Pojedyncze kawiarnie były otwarte.
Dalej udaliśmy się w stronę rzeki, żeby zobaczyć kolorowe łodzie rybackie.
W tle, za mostem widać Phan Thiet Water Tower
Ilość kolorowych łodzi jest ogromna.
Pod wieżą odbywała się jakaś noworoczna impreza
Bliżej centrum pojawiło się nieco ruchu. Udało nam się znaleźć sklep. Nie wiem czy był czynny bo właściciele leżeli w hamakach, ale widząc zdesperowane dziecko lody sprzedali
:) Przy okazji córka poleca lody kokosowe. Takie w fioletowej polewie. Są bezpieczne, niedurianowe.
Kawałek dalej jest Dục Thanh School i Muzeum Hồ Chí Minha. W tej szkole Wujek Ho był nauczycielem przez kilka lat, jako młody człowiek. Bardzo ciekawe i w ten dzień (nie wiem jak w inne) darmowe miejsce
Po drugiej stronie szkoły mieście się świątynia Chùa Thiền Quang
@Dryblas Dzięki za info. Urok święta Tet.P.S.Sorki za ślamazarne tempo ale miałem sajgon w robocie [emoji6] Po weekendzie wracam do regularnego pisania.
Przy tych stolikach zazwyczaj odbywa się degustacja owoców (w rytmie karaoke) ale nasi holenderscy towarzysze mieli o 12 transfer do Kambodży i chcieli wrócić do homestay z zapasem czasu. Dlatego dostaliśmy owoce na wynos i wszamaliśmy w łodzi.
Mamy jeszcze chwilę zanim odpłyniemy więc wracam z córką do sklepiku na plantacji po lody. Nie może się zdecydować, nie do końca rozumiemy wietnamskie nazwy, więc mówię "weź waniliowe, będzie bezpiecznie". Córka rozpakowuje próbuje i ma prawie łzy w oczach. "Tata, to jest DURIAN". Dobra idziemy po czekoladowego. Tata zjada drugie durianowe lody w czasie tych wakacji i wprowadza zakaz żółtych lodów. To będzie najbezpieczniejsze :D
Prawie kończymy i już tylko po drodze zahaczamy o mały kanał.
W międzyczasie rozmawiamy trochę z przewodnikiem i dowiadujemy się, dlaczego tak ciężko się z Wietnamczykami rozmawia po angielsku. Okazuje się, że oni w większości dialektów swojego języka wyeliminowali głoskę S. Dlatego wszystkie zbitki w języku angielski brzmią dla nas dziwnie, a czasami zupełnie niezrozumiale. Thin akurat mówił całkiem poprawnie, ale mówił że uczył się z native speaker.
Wracamy do pensjonatu tuż przed 11. Zamawiamy lunch (bo wiemy, że kuchnia pracuje powoli), a nawet okazuje się, że nie ma kucharki, bo pojechała po produkty. Zapomniałem dodać, że właściciele wyjechali do rodziny i homstay zarządzają przewodnicy. Oczekując na lunch idziemy nad basen. Jest tylko kilka miejsc na leżakach pod parasolem ale pod okupacją francuskiej rodziny, która całymi dniami siedzi jedynie nad basenem. W samo południe nie chcemy smażyć się w pełnym słońcu więc zajmujemy stolik pod drzewami. Na szczęście w porze lunchu Francuzi się w końcu zwijają więc szturmujemy leżaki. Drugi zestaw pod parasolem zajmuje rodzina mówiąca dziwnym językiem. Początku brzmiał z niemiecka, później jakby skandynawsko, więc wiedziony wrodzoną ciekawością spytałem i okazało się, że to Łotysze. Byli z trójką dzieci, a ich córka Austra była w tym samym wieku co nasza, więc szybko się zgadały. Zrobiliśmy krótką przerwę na lunch. Żona zamówiła zupę z krabów rzecznych (120k), ja chyba krewetki (130K), a córka skrzydełka (170k). Przewodnik zawołał nas z nad basenu i okazało się, że zamiast skrzydełek jest cały kurczak (z szyją i głową, co wygląda super na talerzu, a kosztuje 360k). Od razu wyjaśniłem, że zamawialiśmy skrzydełka. Obsługa była strasznie przejęta i zapytali czy przyjmiemy całego kurczaka w cenie skrzydełek? To się dobrze składało, bo zamierzaliśmy go gdzieś i kiedyś zamówić. Oczywiście mój plan na lekki lunch poszedł się walić, bo 8 latka nie poradzi całemu kurczakowi. Na szczęście lekcje gotowania są dopiero o 17 więc powinienem zgłodnieć. Zapomniałem dodać, że przy check-in zapomniano nam dać losy z noworocznego drzewka, więc zrywamy je teraz. Ja wygrywam piwo, żona miejscową nalewkę, a córka Sprite.
Po lunchu wracamy nad basen, a przed 16 idziemy do pokoju częściowo się spakować i przygotować do wieczornej atrakcji.
O 17 meldujemy się w restauracji. Naszym kucharzem ma być Kin, nasz wczorajszy przewodnik. W czasie przygotowań interesuje się kurnikiem nad rzeką. Ten ptaszek jest tutaj dominującym śpiewakiem.
Stanowisko gotowe. Myślałem, że taka lekcja to będzie makaron z kurczakiem w sosie rybnym w woku i do widzenia. Tymczasem to było chyba najlepsze przeżycie w całej podróży. Robiliśmy wietnamskie naleśniki bahn xeo w wersji deltowej. Ponoć czym dalej na północ tym naleśniki stają się bardziej chrupiące. Nadzienie do naleśników to kurczak i warzywa. Lepsze byłby krewetki (mogliśmy je wybrać), ale liczymy że córka zje z kurczakiem. Do tego ryba na drugie danie, a na deser owoce.
Pierwsze porcje są już gotowe. Sama metoda smażenia nie jest taka prosta, bo trzeba trochę machać wokiem, żeby dosmażyć boki.
Ryba też już dochodzi.
Naleśników wyszło zdecydowanie ze dużo, ale Kin zadeklarował, że co zostanie to obsługa chętnie dokończy :) Najlepsze w wietnamskich naleśnikach jest sposób jedzenia. Naleśnik z nadzieniem tnie się na węższy pasek i zawija w dużego liścia. Takiego zawijańca macza się w sosie przygotowanym na bazie sosu rybnego i ani się nie orientujesz większość naleśników znika, a ty pękasz w szwach. Córka trochę kręciła nosem, bo w cieście na naleśniki był szczypiorek. Kto ma dzieci to, wie co i jak :) Na szczęście przełamała swoje obawy i stwierdziła, że w sumie to nie było tego szczypiorku tak dużo i spróbowała. Tak jej posmakowały, że musieliśmy z naszych wyciągać warzywa. Ogrom tej kolacji to był dopiero początek problemów, bo okazało się, że nowa koleżanka córki ma dzisiaj urodziny i dostaliśmy w prezencie talerz owoców. Oprócz tego mieliśmy nasz własny talerz owoców. I muszę przyznać, że smoczy owoc mnie podbił. Próbowaliśmy białego i czerwonego. Biały był kozacki. Łotysze mieli ze sobą farbki, więc dziewczyny poszły malować, a ja powróciłem do tematu który poddałem badaniom rano, czyli Song Ngu Distillery. Nie mam miejsca na pełen zestaw 8 smaków, ale zanim zdążę zamówić Kin sam przynosi 3 shoty (jak się później okazało od firmy). Nie mieli żmijówki ale nalewki owocowe i korzenne były również niczego sobie. Ta z loterii (chyba pomarańczowa) była zalakowana, więc wróciła z nami jako pamiątka.
Dzieciaki się razem bawią, a my korzystamy, że nie musimy wcześniej wstawać więc relaksujemy się chwilę w hamakach.Dzień 5
Dzisiaj mamy transfer do Phan Thiet, na wybrzeżu. Kierowca jest umówiony na 9 więc spokojnie na 8 idziemy na śniadanie. Śniadanie jest skromne, ale w stylu europejskim. Kin smaży jajka i naleśniki. Sam rzadko jadam naleśniki na śniadanie ale skusił mnie domowy dżem ananasowy :)
Przed odjazdem idę nas rozliczyć i łącznie za nocleg, 2 wycieczki, lekcję gotowania, 2 dalekie transfery oraz jedzenie i napoje w restauracji wyszło 710$.
Kierowca przyjeżdża ten sam co poprzednio. Pakujemy nasze graty i okazuje się, że nawigacja pokazuje nieco ponad 4 godziny. Nie najgorzej jak na Tet, ale jak się okaże, konsekwencje tego dnia będą widoczne później. Droga idzie dość sprawnie, więc docieramy do celu około 14. W hotelu Tiffany Hotel & Restaurant (440 zł) meldujemy się wcześniej i widać, że jest pusto. Ogólnie budynek znajduje się w okolicy gdzie nowe hotele wyrastają jak grzyby po deszczu. Sam nasz hotel też jeszcze pachnie nowością.
Postanawiamy iść coś zjeść i ... zderzamy się z Tet. Jest 17 luty, czyli szczytowy dzień. W Wietnamie mówi się, że pierwszy dzień nowego roku jest dla rodziny, drugi dla znajomych, a trzeci dla nauczycieli, czy jakoś tak. Przez to, że to był dzień dla rodziny, to miasto było wymarłe, a knajpy pozamykane. Ludzie spotykali się w domach lub parkach. Zrobiliśmy rundę po mieście i po godzinnej wędrówce byliśmy na tyle zdesperowani, że wchodziliśmy nawet do hotelowych restauracji. Udało nam się w końcu trafić jakąś otwartą restaurację, w hotelu. Wprawdzie była kompletnie pusta, ale powiedzieli że są otwarci. Na jedzenie czekaliśmy dość długo, więc zakładam, że robili je na świeżo.
Po posiłku w drodze powrotnej do hotelu idziemy zobaczyć jak wygląda plaża. Pomijając fakt, że plaża to kawałek betonu, to fala nie zachęca do kąpieli.
Ogarniamy się w hotelu i ruszamy obejrzeć miasto. Bierzemy graba i zaczynamy od Van Thuy Tu Temple. Niestety ale brama była zamknięta i nie mogliśmy zobaczyć szkieletu wieloryba.
To nie jest często spotykany widok Wietnamskiej ulicy
Domowa kapliczka
Pojedyncze kawiarnie były otwarte.
Dalej udaliśmy się w stronę rzeki, żeby zobaczyć kolorowe łodzie rybackie.
W tle, za mostem widać Phan Thiet Water Tower
Ilość kolorowych łodzi jest ogromna.
Pod wieżą odbywała się jakaś noworoczna impreza
Bliżej centrum pojawiło się nieco ruchu. Udało nam się znaleźć sklep. Nie wiem czy był czynny bo właściciele leżeli w hamakach, ale widząc zdesperowane dziecko lody sprzedali :) Przy okazji córka poleca lody kokosowe. Takie w fioletowej polewie. Są bezpieczne, niedurianowe.
Kawałek dalej jest Dục Thanh School i Muzeum Hồ Chí Minha. W tej szkole Wujek Ho był nauczycielem przez kilka lat, jako młody człowiek. Bardzo ciekawe i w ten dzień (nie wiem jak w inne) darmowe miejsce
Po drugiej stronie szkoły mieście się świątynia Chùa Thiền Quang