Powoli planuję zimowy wyjazd - gdzie mnie jeszcze nie było, a chciałbym pojechać w ferie (póki je mam)? Maroko północne i rejon Cieśniny Gibraltarskiej. Poprzednim razem Maroko mnie nie zachwyciło - ale odbierałem je głównie przez pryzmat Agadiru, który był głównym punktem programu - jak miałem się przekonać w czasie tej podróży, ten kraj ma dużo więcej do zaoferowania
:lol:
Ale, żeby nie było nudno, szukam jakiegoś ciekawego powrotu (tzn. ciekawszego, niż standardowy lot z jedną przesiadką w Europie - jestem już w tak poważnym wieku, że mam ochotę na coś bardziej zwariowanego
:lol: ). Traf chce, że Pegasus ma akurat promocję, a bilety Sewilla - Stambuł - Kuwejt - Stambuł - Praga na początek marca kosztują ledwo ponad 400 zł. Oczywiście biorę. Kilka dni później dokładam dolot do Tangeru (przez Bergamo).
Z Maroka do Hiszpanii mam zamiar płynąć promem. Nieważne już, że to jest droższe i dłuższe niż samolot - wymyśliłem sobie prom, to ma być prom. Jakby nie było - popłynąć z Afryki do Europy to nie jest byle co.
i przypomina wracanie z Katowic do Krakowa przez Szczecin, czyli to, co tygryski lubią najbardziej
:lol: a przy tym, technicznie rzecz biorąc, zawiera 3 kontynenty w czasie 9-dniowej podróży. Bilety kupione, zostaje się przygotować.
Nadchodzi luty. W międzyczasie zdaję lekarski egzamin końcowy i wszystkie egzaminy na 6 roku, aż w końcu robi się wieczór 27 lutego. Jadę na lotnisko w Krakowie - ani przez moment nie przeczuwając, co wydarzy się za kilkanaście godzin.
Wieczorny lot Ryanaira z Krakowa do Bergamo jest boleśnie standardowy - może poza tym, że udaje mi się złapać trzy wolne miejsca obok siebie. Na lotnisku dowiaduję się na temat włoskiej logiki w praktyce: jeśli jest godzina 23, a mam lot o 6.40 następnego dnia, to nie mogę skorzystać z tranzytu - i muszę iść na landside (na którym nie ma ani wolnych krzeseł, ani nawet gniazdek do ładowania elektroniki)
Ale przynajmniej podłoga wydaje się czysta - cała błyszczy
:lol: - nie mając za bardzo innej opcji (security otwierają dopiero ok. 3), spędzam resztę nocy na landside. Wbrew pozorom nie jest tak tragicznie do nocowania. Sheraton to to oczywiście nie jest, ale i tak Bergamo nadaje się do nocowania lepiej, niż np. Luton - przynajmniej jest w miarę ciepło
cdn@szpaczny
24
;) btw autorowi
;)Poranny lot z Bergamo do Tangeru mija bez większych przygód. No, może poza tym, że znowu mam 3 wolne siedzenia - po 3h spania na podłodze w BGY każda minuta snu jest zbawienna
;) lądujemy o czasie na lotnisku Ibn Battuta. Plan na dzisiaj nie zakłada niczego, co by było specjalnie wyszukane - zjeść prawdziwe marokańskie śniadanie w jakiejś fajnej knajpce (jako że Maroko knajpkami stoi) i kierować się autobusem do Szafszawanu.
Dworzec kolejowy w Tangerze (bo to tam kończy swoją trasę autobus z miasta) jest ładny, nowoczesny i zupełnie nie przypomina, że jesteśmy w Maroku. Z racji już dość późnej pory (okolice 10) i tego, że dworzec kolejowy od autobusowego dzieli dobra godzina marszu pieszo - niewiele myśląc, idę na croissanta do Starbucksa (prawdziwe marokańskie śniadanie, nie ma co mówić
:lol: ).
Tanger zdaje się być dość nowoczesnym miastem z lekkim arabskim sznytem, ale nie do końca interesującym (tzn. teraz - bo do Tangeru jeszcze później wrócę i będzie tam zupełnie inaczej). Miejscami czuję się prawie jak w Krakowie - mają nawet swoje Szkieletory
:lol:
Mapy Google pokazują, że po drodze na dworzec jest multum knajp, więc na pewno w jakiejś się uda. No i tu okazuje się, że figa
:lol: - jest ramadan i przez 4 km drogi nie udaje mi się znaleźć ŻADNEJ (!) otwartej knajpy. Gdzie jak gdzie, ale w Tangerze to się tego nie spodziewałem - tym bardziej, że wszyscy pisali, że to nowoczesne i liberalne jak na Maroko miasto. Prędzej myślałbym, że taka sytuacja spotka mnie np. w raczej konserwatywnym Tetuanie.
Jedynym otwartym miejscem okazuje się targ z owocami. Do czasu, aż nie dojdę do dworca - szczęśliwie kawiarnia na dworcu jest otwarta i ma nawet wifi (!). Witam to miejsce jak Ziemię Obiecaną, zamawiam (śniadanie jest bardziej francuskie, niż marokańskie, ale w Maroku też się z tym wcześniej spotkałem - więc powiedzmy, że ten punkt programu zaliczony
:lol: ), podłączam się do internetu... i nagłówki wiadomości krzyczą, że Iran został zaatakowany przez Izrael, a połowa krajów Zatoki Perskiej zamknęła swoją przestrzeń powietrzną. Nie czarując się - zostałem bez lotu powrotnego (nie wierzę, że sytuacja uspokoi się w tydzień; jest sobota, a miałem lądować w Kuwejcie w piątek nad ranem) - sprawdzam na szybko alternatywne wyloty z Sewilli, tak, aby jednocześnie wracać do Polski dopiero w niedzielę, z racji, że zajęcia zaczynają się dopiero w poniedziałek za tydzień.
Udaje mi się znaleźć: Sewilla - Rabat, Marrakesz - Lizbona i Lizbona-Kraków. Z powrotem w niedzielę wieczorem. Kupuję od razu, nie ma się nad czym zastanawiać. Kilkanaście minut później podjeżdża autobus CTM do Szafszawanu. Jedziemy przez góry Rif - nigdy nie myślałem, że Maroko może być takie zielone (poprzednim razem skupiłem się na południu i moja wycieczka sprowadzała się głównie do trzech miejsc: Agadir, Legzira i Marrakesz). Za Tetuanem przymusowy postój - autobus się zepsuł i czekamy godzinę na kolejny.
W końcu po południu docieram do Szafszawanu. Dworzec autobusowy jest położony relatywnie spory kawałek od medyny (na której mam nocleg) - więc siłą rzeczy przechodzę przez "nową" część miasteczka. Tu już jest dużo bardziej marokańsko - np. prowadzenie koni na sznurku środkiem ulicy nikogo nie dziwi
;) i nawet niektóre nowoczesne budynki są pomalowane na niebiesko - bo Szafszawan to tak zwane niebieskie miasteczko. Wkrótce docieram na medynę - faktycznie, kolor niebieski króluje.
Ale zanim zacznę zwiedzać, to pierwsze kroki kieruję do hostelu (Dar Dadicilef). Staram się szukać w miarę ciekawych miejsc noclegowych - najczęściej relatywnie tanich i do tego klimatycznych, zwłaszcza, jeśli jestem poza Europą. I ten hostel bardzo dobrze się w to wpisuje - bo jest urządzony w riadzie. Wnętrze rzecz jasna też jest w kolorze niebieskim
;)
Robi się wieczór. Nie mam w planach na dzisiaj wielkiego zwiedzania - raczej chłonięcie klimatu Szafszawanu i zjedzenie tażinu. Oczywiście w miejscu, które nie jest typową "knajpą pod turystów"*. Zostaję na medynie do wieczora. Tażin udaje się zjeść - pada na wersję z suszonymi śliwkami (jedyna wada: to, że te tażiny są zawsze za małe
:lol: - bo na ogół smakują świetnie).
A dodatkowo poprawiam naleśnikami w budce dla miejscowych - mała rzecz, a bardzo cieszy. Maroko w takim wydaniu bardzo mi się podoba
:D wracam do hostelu planując kolejny dzień - mam plan wybrania się na niezbyt odległe wodospady Akchour.
* - z uwagi na ramadan i doświadczenie z Tangeru, ograniczam się z jedzeniem do medyny. Sformułowania "knajpa pod turystów" używam tutaj w znaczeniu "knajpa z drogim i średnim jakościowo jedzeniem, typowo pod wycieczki zorganizowane" - zdaję sobie sprawę, że w większości miejsc na medynie jedzą głównie osoby z zagranicy, a niekoniecznie miejscowi
;)
Powoli planuję zimowy wyjazd - gdzie mnie jeszcze nie było, a chciałbym pojechać w ferie (póki je mam)? Maroko północne i rejon Cieśniny Gibraltarskiej. Poprzednim razem Maroko mnie nie zachwyciło - ale odbierałem je głównie przez pryzmat Agadiru, który był głównym punktem programu - jak miałem się przekonać w czasie tej podróży, ten kraj ma dużo więcej do zaoferowania :lol:
Ale, żeby nie było nudno, szukam jakiegoś ciekawego powrotu (tzn. ciekawszego, niż standardowy lot z jedną przesiadką w Europie - jestem już w tak poważnym wieku, że mam ochotę na coś bardziej zwariowanego :lol: ). Traf chce, że Pegasus ma akurat promocję, a bilety Sewilla - Stambuł - Kuwejt - Stambuł - Praga na początek marca kosztują ledwo ponad 400 zł. Oczywiście biorę. Kilka dni później dokładam dolot do Tangeru (przez Bergamo).
Z Maroka do Hiszpanii mam zamiar płynąć promem. Nieważne już, że to jest droższe i dłuższe niż samolot - wymyśliłem sobie prom, to ma być prom. Jakby nie było - popłynąć z Afryki do Europy to nie jest byle co.
Całościowy plan przedstawia się tak:
27.02 KRK - BGY [FR]
28.02 BGY - TNG [FR]
05/06.03 SVQ - SAW - KWI [PC]
08.03 KWI - SAW - PRG [PC]
i przypomina wracanie z Katowic do Krakowa przez Szczecin, czyli to, co tygryski lubią najbardziej :lol: a przy tym, technicznie rzecz biorąc, zawiera 3 kontynenty w czasie 9-dniowej podróży. Bilety kupione, zostaje się przygotować.
Nadchodzi luty. W międzyczasie zdaję lekarski egzamin końcowy i wszystkie egzaminy na 6 roku, aż w końcu robi się wieczór 27 lutego. Jadę na lotnisko w Krakowie - ani przez moment nie przeczuwając, co wydarzy się za kilkanaście godzin.
Wieczorny lot Ryanaira z Krakowa do Bergamo jest boleśnie standardowy - może poza tym, że udaje mi się złapać trzy wolne miejsca obok siebie. Na lotnisku dowiaduję się na temat włoskiej logiki w praktyce: jeśli jest godzina 23, a mam lot o 6.40 następnego dnia, to nie mogę skorzystać z tranzytu - i muszę iść na landside (na którym nie ma ani wolnych krzeseł, ani nawet gniazdek do ładowania elektroniki)
Ale przynajmniej podłoga wydaje się czysta - cała błyszczy :lol: - nie mając za bardzo innej opcji (security otwierają dopiero ok. 3), spędzam resztę nocy na landside. Wbrew pozorom nie jest tak tragicznie do nocowania. Sheraton to to oczywiście nie jest, ale i tak Bergamo nadaje się do nocowania lepiej, niż np. Luton - przynajmniej jest w miarę ciepło
cdn@szpaczny
24 ;) btw autorowi ;)Poranny lot z Bergamo do Tangeru mija bez większych przygód. No, może poza tym, że znowu mam 3 wolne siedzenia - po 3h spania na podłodze w BGY każda minuta snu jest zbawienna ;) lądujemy o czasie na lotnisku Ibn Battuta. Plan na dzisiaj nie zakłada niczego, co by było specjalnie wyszukane - zjeść prawdziwe marokańskie śniadanie w jakiejś fajnej knajpce (jako że Maroko knajpkami stoi) i kierować się autobusem do Szafszawanu.
Dworzec kolejowy w Tangerze (bo to tam kończy swoją trasę autobus z miasta) jest ładny, nowoczesny i zupełnie nie przypomina, że jesteśmy w Maroku. Z racji już dość późnej pory (okolice 10) i tego, że dworzec kolejowy od autobusowego dzieli dobra godzina marszu pieszo - niewiele myśląc, idę na croissanta do Starbucksa (prawdziwe marokańskie śniadanie, nie ma co mówić :lol: ).
Tanger zdaje się być dość nowoczesnym miastem z lekkim arabskim sznytem, ale nie do końca interesującym (tzn. teraz - bo do Tangeru jeszcze później wrócę i będzie tam zupełnie inaczej). Miejscami czuję się prawie jak w Krakowie - mają nawet swoje Szkieletory :lol:
Mapy Google pokazują, że po drodze na dworzec jest multum knajp, więc na pewno w jakiejś się uda. No i tu okazuje się, że figa :lol: - jest ramadan i przez 4 km drogi nie udaje mi się znaleźć ŻADNEJ (!) otwartej knajpy. Gdzie jak gdzie, ale w Tangerze to się tego nie spodziewałem - tym bardziej, że wszyscy pisali, że to nowoczesne i liberalne jak na Maroko miasto. Prędzej myślałbym, że taka sytuacja spotka mnie np. w raczej konserwatywnym Tetuanie.
Jedynym otwartym miejscem okazuje się targ z owocami. Do czasu, aż nie dojdę do dworca - szczęśliwie kawiarnia na dworcu jest otwarta i ma nawet wifi (!). Witam to miejsce jak Ziemię Obiecaną, zamawiam (śniadanie jest bardziej francuskie, niż marokańskie, ale w Maroku też się z tym wcześniej spotkałem - więc powiedzmy, że ten punkt programu zaliczony :lol: ), podłączam się do internetu... i nagłówki wiadomości krzyczą, że Iran został zaatakowany przez Izrael, a połowa krajów Zatoki Perskiej zamknęła swoją przestrzeń powietrzną. Nie czarując się - zostałem bez lotu powrotnego (nie wierzę, że sytuacja uspokoi się w tydzień; jest sobota, a miałem lądować w Kuwejcie w piątek nad ranem) - sprawdzam na szybko alternatywne wyloty z Sewilli, tak, aby jednocześnie wracać do Polski dopiero w niedzielę, z racji, że zajęcia zaczynają się dopiero w poniedziałek za tydzień.
Udaje mi się znaleźć: Sewilla - Rabat, Marrakesz - Lizbona i Lizbona-Kraków. Z powrotem w niedzielę wieczorem. Kupuję od razu, nie ma się nad czym zastanawiać. Kilkanaście minut później podjeżdża autobus CTM do Szafszawanu. Jedziemy przez góry Rif - nigdy nie myślałem, że Maroko może być takie zielone (poprzednim razem skupiłem się na południu i moja wycieczka sprowadzała się głównie do trzech miejsc: Agadir, Legzira i Marrakesz). Za Tetuanem przymusowy postój - autobus się zepsuł i czekamy godzinę na kolejny.
W końcu po południu docieram do Szafszawanu. Dworzec autobusowy jest położony relatywnie spory kawałek od medyny (na której mam nocleg) - więc siłą rzeczy przechodzę przez "nową" część miasteczka. Tu już jest dużo bardziej marokańsko - np. prowadzenie koni na sznurku środkiem ulicy nikogo nie dziwi ;) i nawet niektóre nowoczesne budynki są pomalowane na niebiesko - bo Szafszawan to tak zwane niebieskie miasteczko. Wkrótce docieram na medynę - faktycznie, kolor niebieski króluje.
Ale zanim zacznę zwiedzać, to pierwsze kroki kieruję do hostelu (Dar Dadicilef). Staram się szukać w miarę ciekawych miejsc noclegowych - najczęściej relatywnie tanich i do tego klimatycznych, zwłaszcza, jeśli jestem poza Europą. I ten hostel bardzo dobrze się w to wpisuje - bo jest urządzony w riadzie. Wnętrze rzecz jasna też jest w kolorze niebieskim ;)
Robi się wieczór. Nie mam w planach na dzisiaj wielkiego zwiedzania - raczej chłonięcie klimatu Szafszawanu i zjedzenie tażinu. Oczywiście w miejscu, które nie jest typową "knajpą pod turystów"*. Zostaję na medynie do wieczora. Tażin udaje się zjeść - pada na wersję z suszonymi śliwkami (jedyna wada: to, że te tażiny są zawsze za małe :lol: - bo na ogół smakują świetnie).
A dodatkowo poprawiam naleśnikami w budce dla miejscowych - mała rzecz, a bardzo cieszy. Maroko w takim wydaniu bardzo mi się podoba :D wracam do hostelu planując kolejny dzień - mam plan wybrania się na niezbyt odległe wodospady Akchour.
* - z uwagi na ramadan i doświadczenie z Tangeru, ograniczam się z jedzeniem do medyny. Sformułowania "knajpa pod turystów" używam tutaj w znaczeniu "knajpa z drogim i średnim jakościowo jedzeniem, typowo pod wycieczki zorganizowane" - zdaję sobie sprawę, że w większości miejsc na medynie jedzą głównie osoby z zagranicy, a niekoniecznie miejscowi ;)
cdn