Chyba każdy kto lubi podróżować chciałby polecieć na koniec świata i ja zaliczam się do tego grona. Rodzi się jednak zasadnicze pytanie – na koniec świata, czyli właściwie dokąd? Gdyby uwierzyć płaskoziemcom i przyjąć, że Ziemia to płaski dysk, który niosą na grzbietach cztery słonie stojące na wielkim żółwiu płynącym przez nieskończony ocean, jak można przeczytać w niektórych źródłach, to, teoretycznie, znalezienie końca świata, czyli, jak można założyć, krawędzi tego dysku, nie powinno być takie trudne. Okazuje się jednak, że jest. Jeżeli zaś przyjąć, że jest dyskiem, z biegunem północnym w centrum i ścianą lodu – Antarktydą, na krawędzi, jak mówią inne źródła, to najbliżsi celu mogą być Ci szczęśliwcy, którym udało się stanąć na tym kontynencie. Konia z rzędem jednak temu, kto tę krawędź odnalazł i sprawdził czy coś za nią jest. Wszystko wskazuje więc na to, że ten wątek rozważań należy porzucić. Zakładając zatem, że Ziemia jednak nie jest płaska tylko ma kształt kuli, jak nas uczono w szkole, sprawa wcale nie staje się prostsza, bo jak zdefiniować i wskazać jednoznacznie na tej kuli miejsce, które będzie można nazwać Końcem Świata? Jeżeli więc chciałbym się tam wybrać, to muszę najpierw jakoś odnaleźć cel mojej podroży. Zacząłem szukać tu i tam i co? I okazuje się, że jest! W dodatku całkiem blisko, bo pomiędzy Sieradzem i Ostrowem Wielkopolskim, w miejscowości Głuszyna, gm. Kraszewice. Nasz, polski Koniec Świata! ? Czyżbym znalazł cel moich podróżniczych marzeń? Wsiadam więc w auto i jadę. Czytelne oznakowania prowadzą mnie na miejsce.
I w końcu jestem!
Fajne miejsce, ale widać, że nie tylko ja je znalazłem. Jest tu Chata na Końcu Świata, można zrobić grilla, a baner na tablicy informuje, że w ubiegłym roku odbył się tu I Zlot Motocyklowy.
Niby wszystko się zgadza, asfalt się skończył, ludzi nie ma, znak jest, tylko co to za las za tym znakiem? I dokąd prowadzi ta piaszczysta droga? Czyżby tam były jeszcze jakieś zabudowania? Czy Koniec Świata nie powinien jednak wyglądać inaczej? Nie spodziewałem się co prawda zobaczyć głowy żółwia sunącej przez nieskończony ocean, ale żeby las, droga i ślady opon? Chyba to jednak nie tu i wygląda na to, że trzeba będzie szukać dalej. Może więc należy uznać, że koniec świata to takie miejsce, gdzie kończy się ląd i zaczyna wielka woda? Historycznie miało to jakieś uzasadnienie, ale już dawno temu udowodniono, że za taką wodą też jest jakiś ląd i tym sposobem za koniec świata należałoby uznać jednak inne miejsce. A może przyjąć, że koniec świata jest tam gdzie kończy się mapa? To brzmi trochę lepiej, ale też ma poważny mankament, ponieważ jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy znamy z lekcji geografii mapę świata z Europą i Afryką na środku, obu Amerykami z lewej i Azją, Australią i Oceanią z prawej strony. Ale kto widział mapę jaka wisi w szkołach w Australii czy Nowej Zelandii ten wie w jakim położeniu jesteśmy my, tu w Polsce. Toż to prawie koniec świata! A wydawałoby się, że to oni mieszkają tam gdzie diabeł mówi dobranoc.
Ponieważ sprawa wyjazdu na koniec świata wydawała się być prawie nie do rozwiązania, postanowiłem zmienić podejście i zacząłem szukać miejsca które jest najbardziej oddalone od Polski i mojego rodzinnego Krakowa i gdzie możliwe będzie postawienie stopy na suchym lądzie. Mówiąc krótko, odnaleźć i polecieć na antypody Krakowa. Jak wiadomo, antypody to miejsce leżące dokładnie po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Antypody wybranego miejsca mają szerokość geograficzną o tej samej wartości liczbowej, ale przeciwnej półkuli (północna – południowa), a długość geograficzna ma wartość liczbową dopełniającą do 180°, również przeciwnej półkuli (wschodnia – zachodnia). Współrzędne geograficzne Krakowa to w przybliżeniu 50°N, 20°E czyli antypody znajdują się w punkcie o współrzędnych 50°S, 160°W – a to jest na południowym Oceanie Spokojnym! Czyli kicha! Nie da się tam stanąć, nie mówiąc już o tym jak się tam dostać.
A wszystko to przez to, że ok. 70% powierzchni kuli ziemskiej pokrywają morza i oceany, co oznacza, że większość obszarów lądowych nie ma lądowych antypodów, a kontynent australijski to największy ląd, którego antypody znajdują się w całości na oceanie. Zdecydowana większość Europy (w tym Polska), Afryki, Azji i Ameryki północnej również nie ma antypodów lądowych. Największymi obszarami wzajemnie antypodalnymi, jeśli można tak powiedzieć, są natomiast fragmenty Azji Wschodniej i Ameryki Południowej. Nie zamierzałem jednak tak łatwo się poddać. Skoro nie da się stanąć na antypodach Krakowa to sprawdźmy gdzie się da stanąć najbliżej tego miejsca. I takim okazały się, należące do Nowej Zelandii, wyspy Chatham. Żadne tam Auckland, czy Christchurch, ani tym bardziej jakiekolwiek miejsce w Australii, na wyspach Tonga, Fiji, czy Polinezji Francuskiej. Mimo, że do nich też jest od nas kawał drogi, to jednak wszędzie tam jest bliżej z Krakowa, Polski i ogólnie naszej części Europy, niż na archipelag Chatham. Współrzędne geograficzne Chatham Islands to około 44°S, 176°W, czyli ich antypody to 44°N, 4°E , a to jest w południowej Francji, a dokładniej ok. 40 km na północny zachód od Nîmes. To pokazuje jak daleko od antypodów Krakowa są te wyspy (ok. 1400 km). Ale i tak, skoro nie da się z Polski dalej postawić stopy, to będąc na Chatham, będzie można chyba uznać, że to właśnie ten Koniec Świata na który chciałbym polecieć? Ta mała zielona plamka pomiędzy czerwoną łezką oznaczająca antypody Krakowa i Nową Zelandią, to właśnie wyspy Chatham.
Plan aby polecieć na tak zdefiniowany koniec świata zaczął się krystalizować w dniu zakupu biletów do Nowej Zelandii. Ponieważ byłem już tam kilka lat temu i nawet popełniłem jakieś relacje na Fly4Free (dla zainteresowanych: dwa-wulkany-w-dwa-dni-hellip-czyli-szukajac-mordoru,217,157528 oraz weekend-w-abel-tasman-national-park,217,157631 ) ten wyjazd miał mieć charakter „zwiedzania uzupełniającego”, a przez to dawał możliwość wygospodarowania kilku dni na realizację innych podróżniczych celów. Ponieważ Chatham Islands to kierunek mało komu znany, na początek kilka podstawowych informacji. Jest to grupa 25 rozproszonych wysp położonych około 860 km na wschód od Christchurch na południowej wyspie Nowej Zelandii. Razem zajmują ok. 966 km2 z czego ok. 900 km2 to Chatham Island i 63 km2 Pitt Island i tylko te dwie wyspy są zamieszkałe. Chatham Island ma ok. 600 mieszkańców, a Pitt Island ok. 40. Międzynarodowa linia zmiany daty została tu przesunięta na wschód od południka 180, tak aby wyspy były w tej samej strefie daty co Nowa Zelandia. Ciekawostką jest jednak to, że obowiązuje tu inna niż w NZ strefa czasowa, a przesunięcie wynosi nieoczywiste +45 minut. Wyspiarze określają to miejsce jako „First to see the sun” i coś w tym jest. Podstawę ekonomiczną wysp stanowi rolnictwo i rybołówstwo, ale także turystyka. Pogoda jest typowo oceaniczna, z chłodnymi i wietrznymi warunkami. Krajobraz jest zróżnicowany, od wygasłych wulkanów i wysokich klifów, poprzez rozległe, podmokłe obszary torfowe, po piaszczyste wydmy. Po zakupie biletów do NZ szybko zacząłem rozglądać się za możliwością dotarcia na Chatham i znalezienia opcji noclegowych, a jak należy się domyślać, wiele ich nie ma. Jedynym przewoźnikiem jest mała, lokalna linia lotnicza, Air Chathams, wykonująca połączenia z Chatham do Auckland, Wellington i Christchurch. Loty do każdego z tych miast odbywają się generalnie raz w tygodniu, w sezonie znalazłem max. dwa, a ilość biletów jest ograniczona z uwagi na małe samoloty i ich równoczesne wykorzystywanie do transportu towarowego. Przed zakupem biletów należy też bezwzględnie sprawdzić i zarezerwować noclegi, ponieważ na wyspach nie ma wielu takich miejsc. Nie ma tam także pól kempingowych i nie ma możliwości swobodnego biwakowania. Nie ma też żadnego transportu publicznego, dlatego konieczne jest wypożyczenie w hotelu samochodu, bo innych wypożyczalni nie ma. Chatham Island nie jest małą wyspą, a drogi, poza kilkoma krótkimi odcinkami z nawierzchnią asfaltową, wszędzie są żwirowe lub nawet gruntowe. Większość wyspy stanowią tereny prywatne, co widać na poniższej mapce. W przypadku wielu miejsc konieczne jest więc uzyskanie zgody właścicieli na wejście na ich teren.
Naszą podróż na Chatham zaczynamy pod koniec lutego na lotnisku w Christchurch, gdzie dotarliśmy po kilku dniach eksploracji nowozelandzkiej wyspy południowej. Samolot mamy o 14.00. Oddajemy bagaż i odbieramy karty pokładowe. Miejsca nie są przydzielane. Nasz samolot to ATR-72 z 68 miejscami na pokładzie. Pasażerów jest jednak mniej, ponieważ pierwsze kilka rzędów zajęte jest przez zainstalowane na siedzeniach boxy z jakimiś towarami. Wolnych miejsc nie ma. Pogoda dopisuje, lecimy nad bezkresnym południowym Pacyfikiem w kierunku, w którym nic więcej nie lata! Po godzinie i 45 minutach wlatujemy nad Chatham Island i bezpiecznie lądujemy na niewielkim lotnisku. Budynek terminala jest obecnie w rozbudowie.
Przed terminalem czeka już na nas Pani z hotelu w którym mamy zarezerwowane noclegi. Czeka na nas też terenowe Mitsubishi, którym będziemy poruszać się po wyspie, a wychodząc z terminala wita nas taki oto sielski widoczek.
Odbieramy bagaże, samochód i jedziemy do Waitangi. Z lotniska do hotelu jest ok. 20 km, a z uwagi na szutrową drogę, jedzie się prawie pół godziny. Ruch oczywiście lewostronny. Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami na wyspie. Pani zarządzająca hotelem nie pamięta też żeby był tam już kiedykolwiek ktoś z Polski, wspomina tylko, że kilka lat wcześniej był jakiś człowiek ze Skandynawii. Odwiedzającymi wyspę są praktycznie tylko Nowozelandczycy i to w większości w zorganizowanych niewielkich grupach. Na pamiątkę dostaje więc od nas niedużą polską flagę i anglojęzyczny przewodnik Pascala po Krakowie. Uważam, że zawsze warto mieć takie drobiazgi ze sobą jak jedzie się gdzieś daleko, a już szczególnie na Koniec Świata ? Mimowolnie staliśmy się też swego rodzaju atrakcją. Wiele osób pytało nas skąd, jak i dlaczego? Było to dla nas miłe i ciekawe doświadczenie, szczególnie, że z ich punktu widzenia, to my przylecieliśmy przecież z końca świata. Ponieważ większość terenów na wyspie jest prywatnych, uzgodniliśmy w hotelu kiedy i gdzie chcielibyśmy pojechać. Poinformowano nas też, że na poprawę i utrzymanie infrastruktury turystycznej na wyspach ustalona została „donation” w wysokości 25 NZD/osobę i taką doliczono nam na koniec do rachunku. Jest już późne popołudnie, zegarki przesunięte o +45 minut, mamy więc niewiele czasu na rozpoznanie najbliższej okolicy za dnia. Waitangi jest największą osadą na Chatham Island. Nie jest jednak zbyt rozległa, przez co nietrudno szybko zorientować się gdzie co jest.
Nie omieszkaliśmy też przejść się po jednej z dwóch publicznych plaż na wyspie - Waitangi Beach, przy której widzimy wyrzucone przez kogoś muszle pāua.
Plan na kolejny dzień zakłada przejazd do Owenga, w południowo-wschodniej części wyspy, a następnie na jej północno-wschodni kraniec, do Point Munning, gdzie znajduje się duża kolonia fok. Jedziemy zatem najpierw w kierunku Owenga. Po drodze mijamy namalowane ręcznie znaki informujące o możliwości spotkania pingwinów – ich samych jednak nie udaje nam się zobaczyć.
Na końcu drogi stoi pomnik Tommy Solomona – uważanego za ostatniego pełnokrwistego Moriori, który zmarł w 1933 roku. Trudne warunki atmosferyczne zniszczyły pomnik i jest on obecnie zasłonięty. Moriori natomiast, to lud który przybył na wyspy Chatham około 800 lat temu z Polinezji. Europejczycy dotarli tu dopiero pod koniec XVIII wieku. Około 600 lat temu Moriori złożyli uroczystą przysięgę pokoju, znaną jako Prawo Nunuku. Ich decyzja o przestrzeganiu tego prawa w obliczu agresji Maorysów w 1835 roku miała jednak dla nich samych tragiczne konsekwencje, zostali bowiem w znacznej części wymordowani, zniewoleni i pozbawieni swoich ziem.
W drodze powrotnej do Waitangi zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w małym porcie w Owenga.
Następnie kierujemy się na północ, mijamy skręt na lotnisko i docieramy do początku szlaku Te Whanga Walk, nad zajmującą znaczną część wyspy słonowodną laguną - Te Whanga Lagoon. Po krótkim spacerze, ale bez przechodzenia całego szlaku, jedziemy na Point Munning.
W pewnym momencie droga się kończy wjazdem na farmę, zatrzymujemy się więc i zastanawiamy co dalej robić. Spotykamy na szczęście jej właściciela, który pozwala nam przejechać przez swoje podwórko i kieruje na polną drogę, w stronę kolonii.
Fajna relacja. Kiedyś podróżując po Francji minąłem znak informujący, że są to dokładnie antypody Wysp Chatham. Nie było to na autostradzie, ale na pewno da się znaleźć.
Dzięki za tę relację i jej zabawny początek ;-) Lubię czytać o takich niestandardowych miejscach, może kiedyś skuszę się na NZ, na razie inne kierunki są bardziej kuszące ...
Dzięki za tę relację i jej zabawny początek
;-) Lubię czytać o takich niestandardowych miejscach, może kiedyś skuszę się na NZ, na razie inne kierunki są bardziej kuszące ...
Chyba każdy kto lubi podróżować chciałby polecieć na koniec świata i ja zaliczam się do tego grona. Rodzi się jednak zasadnicze pytanie – na koniec świata, czyli właściwie dokąd? Gdyby uwierzyć płaskoziemcom i przyjąć, że Ziemia to płaski dysk, który niosą na grzbietach cztery słonie stojące na wielkim żółwiu płynącym przez nieskończony ocean, jak można przeczytać w niektórych źródłach, to, teoretycznie, znalezienie końca świata, czyli, jak można założyć, krawędzi tego dysku, nie powinno być takie trudne. Okazuje się jednak, że jest. Jeżeli zaś przyjąć, że jest dyskiem, z biegunem północnym w centrum i ścianą lodu – Antarktydą, na krawędzi, jak mówią inne źródła, to najbliżsi celu mogą być Ci szczęśliwcy, którym udało się stanąć na tym kontynencie. Konia z rzędem jednak temu, kto tę krawędź odnalazł i sprawdził czy coś za nią jest. Wszystko wskazuje więc na to, że ten wątek rozważań należy porzucić.
Zakładając zatem, że Ziemia jednak nie jest płaska tylko ma kształt kuli, jak nas uczono w szkole, sprawa wcale nie staje się prostsza, bo jak zdefiniować i wskazać jednoznacznie na tej kuli miejsce, które będzie można nazwać Końcem Świata? Jeżeli więc chciałbym się tam wybrać, to muszę najpierw jakoś odnaleźć cel mojej podroży. Zacząłem szukać tu i tam i co? I okazuje się, że jest! W dodatku całkiem blisko, bo pomiędzy Sieradzem i Ostrowem Wielkopolskim, w miejscowości Głuszyna, gm. Kraszewice. Nasz, polski Koniec Świata! ? Czyżbym znalazł cel moich podróżniczych marzeń? Wsiadam więc w auto i jadę. Czytelne oznakowania prowadzą mnie na miejsce.
I w końcu jestem!
Fajne miejsce, ale widać, że nie tylko ja je znalazłem. Jest tu Chata na Końcu Świata, można zrobić grilla, a baner na tablicy informuje, że w ubiegłym roku odbył się tu I Zlot Motocyklowy.
Niby wszystko się zgadza, asfalt się skończył, ludzi nie ma, znak jest, tylko co to za las za tym znakiem? I dokąd prowadzi ta piaszczysta droga? Czyżby tam były jeszcze jakieś zabudowania? Czy Koniec Świata nie powinien jednak wyglądać inaczej? Nie spodziewałem się co prawda zobaczyć głowy żółwia sunącej przez nieskończony ocean, ale żeby las, droga i ślady opon? Chyba to jednak nie tu i wygląda na to, że trzeba będzie szukać dalej.
Może więc należy uznać, że koniec świata to takie miejsce, gdzie kończy się ląd i zaczyna wielka woda? Historycznie miało to jakieś uzasadnienie, ale już dawno temu udowodniono, że za taką wodą też jest jakiś ląd i tym sposobem za koniec świata należałoby uznać jednak inne miejsce. A może przyjąć, że koniec świata jest tam gdzie kończy się mapa? To brzmi trochę lepiej, ale też ma poważny mankament, ponieważ jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszyscy znamy z lekcji geografii mapę świata z Europą i Afryką na środku, obu Amerykami z lewej i Azją, Australią i Oceanią z prawej strony. Ale kto widział mapę jaka wisi w szkołach w Australii czy Nowej Zelandii ten wie w jakim położeniu jesteśmy my, tu w Polsce. Toż to prawie koniec świata! A wydawałoby się, że to oni mieszkają tam gdzie diabeł mówi dobranoc.
Ponieważ sprawa wyjazdu na koniec świata wydawała się być prawie nie do rozwiązania, postanowiłem zmienić podejście i zacząłem szukać miejsca które jest najbardziej oddalone od Polski i mojego rodzinnego Krakowa i gdzie możliwe będzie postawienie stopy na suchym lądzie. Mówiąc krótko, odnaleźć i polecieć na antypody Krakowa.
Jak wiadomo, antypody to miejsce leżące dokładnie po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Antypody wybranego miejsca mają szerokość geograficzną o tej samej wartości liczbowej, ale przeciwnej półkuli (północna – południowa), a długość geograficzna ma wartość liczbową dopełniającą do 180°, również przeciwnej półkuli (wschodnia – zachodnia). Współrzędne geograficzne Krakowa to w przybliżeniu 50°N, 20°E czyli antypody znajdują się w punkcie o współrzędnych 50°S, 160°W – a to jest na południowym Oceanie Spokojnym! Czyli kicha! Nie da się tam stanąć, nie mówiąc już o tym jak się tam dostać.
A wszystko to przez to, że ok. 70% powierzchni kuli ziemskiej pokrywają morza i oceany, co oznacza, że większość obszarów lądowych nie ma lądowych antypodów, a kontynent australijski to największy ląd, którego antypody znajdują się w całości na oceanie. Zdecydowana większość Europy (w tym Polska), Afryki, Azji i Ameryki północnej również nie ma antypodów lądowych. Największymi obszarami wzajemnie antypodalnymi, jeśli można tak powiedzieć, są natomiast fragmenty Azji Wschodniej i Ameryki Południowej.
Nie zamierzałem jednak tak łatwo się poddać. Skoro nie da się stanąć na antypodach Krakowa to sprawdźmy gdzie się da stanąć najbliżej tego miejsca. I takim okazały się, należące do Nowej Zelandii, wyspy Chatham. Żadne tam Auckland, czy Christchurch, ani tym bardziej jakiekolwiek miejsce w Australii, na wyspach Tonga, Fiji, czy Polinezji Francuskiej. Mimo, że do nich też jest od nas kawał drogi, to jednak wszędzie tam jest bliżej z Krakowa, Polski i ogólnie naszej części Europy, niż na archipelag Chatham.
Współrzędne geograficzne Chatham Islands to około 44°S, 176°W, czyli ich antypody to 44°N, 4°E , a to jest w południowej Francji, a dokładniej ok. 40 km na północny zachód od Nîmes. To pokazuje jak daleko od antypodów Krakowa są te wyspy (ok. 1400 km). Ale i tak, skoro nie da się z Polski dalej postawić stopy, to będąc na Chatham, będzie można chyba uznać, że to właśnie ten Koniec Świata na który chciałbym polecieć? Ta mała zielona plamka pomiędzy czerwoną łezką oznaczająca antypody Krakowa i Nową Zelandią, to właśnie wyspy Chatham.
Plan aby polecieć na tak zdefiniowany koniec świata zaczął się krystalizować w dniu zakupu biletów do Nowej Zelandii. Ponieważ byłem już tam kilka lat temu i nawet popełniłem jakieś relacje na Fly4Free (dla zainteresowanych: dwa-wulkany-w-dwa-dni-hellip-czyli-szukajac-mordoru,217,157528 oraz weekend-w-abel-tasman-national-park,217,157631 ) ten wyjazd miał mieć charakter „zwiedzania uzupełniającego”, a przez to dawał możliwość wygospodarowania kilku dni na realizację innych podróżniczych celów.
Ponieważ Chatham Islands to kierunek mało komu znany, na początek kilka podstawowych informacji. Jest to grupa 25 rozproszonych wysp położonych około 860 km na wschód od Christchurch na południowej wyspie Nowej Zelandii. Razem zajmują ok. 966 km2 z czego ok. 900 km2 to Chatham Island i 63 km2 Pitt Island i tylko te dwie wyspy są zamieszkałe. Chatham Island ma ok. 600 mieszkańców, a Pitt Island ok. 40. Międzynarodowa linia zmiany daty została tu przesunięta na wschód od południka 180, tak aby wyspy były w tej samej strefie daty co Nowa Zelandia. Ciekawostką jest jednak to, że obowiązuje tu inna niż w NZ strefa czasowa, a przesunięcie wynosi nieoczywiste +45 minut. Wyspiarze określają to miejsce jako „First to see the sun” i coś w tym jest. Podstawę ekonomiczną wysp stanowi rolnictwo i rybołówstwo, ale także turystyka. Pogoda jest typowo oceaniczna, z chłodnymi i wietrznymi warunkami. Krajobraz jest zróżnicowany, od wygasłych wulkanów i wysokich klifów, poprzez rozległe, podmokłe obszary torfowe, po piaszczyste wydmy.
Po zakupie biletów do NZ szybko zacząłem rozglądać się za możliwością dotarcia na Chatham i znalezienia opcji noclegowych, a jak należy się domyślać, wiele ich nie ma. Jedynym przewoźnikiem jest mała, lokalna linia lotnicza, Air Chathams, wykonująca połączenia z Chatham do Auckland, Wellington i Christchurch. Loty do każdego z tych miast odbywają się generalnie raz w tygodniu, w sezonie znalazłem max. dwa, a ilość biletów jest ograniczona z uwagi na małe samoloty i ich równoczesne wykorzystywanie do transportu towarowego. Przed zakupem biletów należy też bezwzględnie sprawdzić i zarezerwować noclegi, ponieważ na wyspach nie ma wielu takich miejsc. Nie ma tam także pól kempingowych i nie ma możliwości swobodnego biwakowania. Nie ma też żadnego transportu publicznego, dlatego konieczne jest wypożyczenie w hotelu samochodu, bo innych wypożyczalni nie ma. Chatham Island nie jest małą wyspą, a drogi, poza kilkoma krótkimi odcinkami z nawierzchnią asfaltową, wszędzie są żwirowe lub nawet gruntowe. Większość wyspy stanowią tereny prywatne, co widać na poniższej mapce. W przypadku wielu miejsc konieczne jest więc uzyskanie zgody właścicieli na wejście na ich teren.
Naszą podróż na Chatham zaczynamy pod koniec lutego na lotnisku w Christchurch, gdzie dotarliśmy po kilku dniach eksploracji nowozelandzkiej wyspy południowej. Samolot mamy o 14.00. Oddajemy bagaż i odbieramy karty pokładowe. Miejsca nie są przydzielane. Nasz samolot to ATR-72 z 68 miejscami na pokładzie. Pasażerów jest jednak mniej, ponieważ pierwsze kilka rzędów zajęte jest przez zainstalowane na siedzeniach boxy z jakimiś towarami. Wolnych miejsc nie ma. Pogoda dopisuje, lecimy nad bezkresnym południowym Pacyfikiem w kierunku, w którym nic więcej nie lata! Po godzinie i 45 minutach wlatujemy nad Chatham Island i bezpiecznie lądujemy na niewielkim lotnisku. Budynek terminala jest obecnie w rozbudowie.
Przed terminalem czeka już na nas Pani z hotelu w którym mamy zarezerwowane noclegi. Czeka na nas też terenowe Mitsubishi, którym będziemy poruszać się po wyspie, a wychodząc z terminala wita nas taki oto sielski widoczek.
Odbieramy bagaże, samochód i jedziemy do Waitangi. Z lotniska do hotelu jest ok. 20 km, a z uwagi na szutrową drogę, jedzie się prawie pół godziny. Ruch oczywiście lewostronny. Wygląda na to, że jesteśmy jedynymi obcokrajowcami na wyspie. Pani zarządzająca hotelem nie pamięta też żeby był tam już kiedykolwiek ktoś z Polski, wspomina tylko, że kilka lat wcześniej był jakiś człowiek ze Skandynawii. Odwiedzającymi wyspę są praktycznie tylko Nowozelandczycy i to w większości w zorganizowanych niewielkich grupach. Na pamiątkę dostaje więc od nas niedużą polską flagę i anglojęzyczny przewodnik Pascala po Krakowie. Uważam, że zawsze warto mieć takie drobiazgi ze sobą jak jedzie się gdzieś daleko, a już szczególnie na Koniec Świata ? Mimowolnie staliśmy się też swego rodzaju atrakcją. Wiele osób pytało nas skąd, jak i dlaczego? Było to dla nas miłe i ciekawe doświadczenie, szczególnie, że z ich punktu widzenia, to my przylecieliśmy przecież z końca świata.
Ponieważ większość terenów na wyspie jest prywatnych, uzgodniliśmy w hotelu kiedy i gdzie chcielibyśmy pojechać. Poinformowano nas też, że na poprawę i utrzymanie infrastruktury turystycznej na wyspach ustalona została „donation” w wysokości 25 NZD/osobę i taką doliczono nam na koniec do rachunku. Jest już późne popołudnie, zegarki przesunięte o +45 minut, mamy więc niewiele czasu na rozpoznanie najbliższej okolicy za dnia. Waitangi jest największą osadą na Chatham Island. Nie jest jednak zbyt rozległa, przez co nietrudno szybko zorientować się gdzie co jest.
Nie omieszkaliśmy też przejść się po jednej z dwóch publicznych plaż na wyspie - Waitangi Beach, przy której widzimy wyrzucone przez kogoś muszle pāua.
Plan na kolejny dzień zakłada przejazd do Owenga, w południowo-wschodniej części wyspy, a następnie na jej północno-wschodni kraniec, do Point Munning, gdzie znajduje się duża kolonia fok. Jedziemy zatem najpierw w kierunku Owenga. Po drodze mijamy namalowane ręcznie znaki informujące o możliwości spotkania pingwinów – ich samych jednak nie udaje nam się zobaczyć.
Na końcu drogi stoi pomnik Tommy Solomona – uważanego za ostatniego pełnokrwistego Moriori, który zmarł w 1933 roku. Trudne warunki atmosferyczne zniszczyły pomnik i jest on obecnie zasłonięty. Moriori natomiast, to lud który przybył na wyspy Chatham około 800 lat temu z Polinezji. Europejczycy dotarli tu dopiero pod koniec XVIII wieku. Około 600 lat temu Moriori złożyli uroczystą przysięgę pokoju, znaną jako Prawo Nunuku. Ich decyzja o przestrzeganiu tego prawa w obliczu agresji Maorysów w 1835 roku miała jednak dla nich samych tragiczne konsekwencje, zostali bowiem w znacznej części wymordowani, zniewoleni i pozbawieni swoich ziem.
W drodze powrotnej do Waitangi zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w małym porcie w Owenga.
Następnie kierujemy się na północ, mijamy skręt na lotnisko i docieramy do początku szlaku Te Whanga Walk, nad zajmującą znaczną część wyspy słonowodną laguną - Te Whanga Lagoon. Po krótkim spacerze, ale bez przechodzenia całego szlaku, jedziemy na Point Munning.
W pewnym momencie droga się kończy wjazdem na farmę, zatrzymujemy się więc i zastanawiamy co dalej robić. Spotykamy na szczęście jej właściciela, który pozwala nam przejechać przez swoje podwórko i kieruje na polną drogę, w stronę kolonii.