Dodaj Komentarz
Komentarze (3)
oskiboski
19 kwietnia 2026 23:08
Odpowiedz
Świetne zdjęcia naprawdę. Z jednej strony odkrywamy rajskość Karaibów z drugiej strony najbardziej marudzący forumowicz przedstawia nam swoją rodzinę, miło, że z Tobą wytrzymują. Ja jednak chyba się nie wybiorę bo ten pająk przeraził. Ciebie nie zaatakował zgodnie ze staropolskim przysłowiem. Złego diabli...
mikolaj2206
21 kwietnia 2026 12:08
Odpowiedz
Super relacja i fotki, ja byłem tydzień na SXM i nawet mi się podobało, może wyspa poszła w złą stronę przez te 5 lat, a może wtedy pomagały czasy końcowo covidowe i ludzi było mniej.PS. Ta relacja utwierdza mnie w przekonaniu, że te wielkie wycieczkowce to jeden wielki dramat. Okropieństwa psujące krajobraz i wrzucające tysiące ludzi w jednym momencie na małe wyspy. Jestem wielkim antyfanem.
rob-sad
21 kwietnia 2026 17:08
Odpowiedz
Mikolaj2206 napisał:Super relacja i fotki, ja byłem tydzień na SXM i nawet mi się podobało, może wyspa poszła w złą stronę przez te 5 lat, a może wtedy pomagały czasy końcowo covidowe i ludzi było mniej.Przypuszczam, że gdybym zaczał od części francuskiej to miałbym lepszy odbiór. Pewnie sąsiednie wyspy też są fajniejsze. A tak na start wjechałem w rój quadów, kicz w Philipsburgu, a potem ten nieszczęsny wypadek. Dalej byłem już zły i zdołowany, do dziś jak widzę motor w lusterku to rośnie mi strach i ciągle myslę, że mogłem te 10-20cm spokojnie odbić i by we mnie nie wjechał. Słuchając wywodów policji o tym że mam lepsze ubezpieczenie zaczałem się bać, że koleś zacznie mnie jeszcze ścigać o uszczerbek na zdrowiu, bo bolało go ramię i całkiem możliwe, że coś sobie połamał.Nikomu takich emocji nie życzę. Czytałem później, że wypadki skuterów to poważny problem na Sint Maarten, zamknięto część ulic dla nich.Gość w wypożyczalni mówił, że i tak dziwne, że koleś nie uciekł, bo zwykle uciekają.Mikolaj2206 napisał:PS. Ta relacja utwierdza mnie w przekonaniu, że te wielkie wycieczkowce to jeden wielki dramat. Okropieństwa psujące krajobraz i wrzucające tysiące ludzi w jednym momencie na małe wyspy. Jestem wielkim antyfanem.Na Maarten statki sa nieco na uboczu, w Castries i Martynice też. Ale Roseau, Baseterre i St Johns statek staje praktycznie w centrum, kilka kwartałów to sklepy i knajpy dla pasażerów, a ulice są obstawione busami i taxi dla nich.Poza wyspami które mają połączenia promowe komunikacja międzywyspowa jest cieżka w planowaniu i droga. To wymusza na wielu te duże statki. Tak opowiadali nam ludzie z PL których spotkaliśmy na Dominice, też kupili rejs, a potem przerazili się jak zobaczyli koszty zwiedzania z tych statków. W okolicach St John's widzieliśmy starszych ludzi idących w słońcu na piechotę wzdłuż drogi kilka kilometrów od statku bo dojść do plaży, bo pewnie ceny dojazdu były zaporowe.Ale tak poza tym, to spodziewałem się tam większej komercji, a było dosyć dziko. Nawet Martynika w najciekawszych przyrodniczo miejscach nie jest komercyjna (bo ludzie wolą plaże). Ceny (poza połaczeniami między wyspami) też są przystępne, można znaleść fajne jakościowo noclegi za 100-150usd dla całej rodziny. Wkurzają te lokalne prawa jazdy i dziurawe drogi (tu plus dla Martyniki).Trochę mi szkoda, że pomineliśmy Gwadelupę, ale loty z Dominiki były znacznie tańsze, a na dodatkowy prom w obie strony nie mieliśmy już czasu. I tak na cały wypad poszło 3tyg bez 1 dnia, ale w zamian 6 różnych wysp, Niagara i Toronto, gdzie wcześniej nie byłem.
Pobudka o 4:20. Samolot o 6:15 i przesiadka w MUC, tam mamy sporo czasu na odpoczynek. Przez chwilę miałem stres, bo FR24 pokazywał opóźnienie na wylocie ponad 1h, co by nam popsuło plany podczas przesiadki w Toronto, ale to był tylko chwilowy bład i żadnego opóźnienia nie było. Do Toronto lecimy 777-300 Air Canada i siedzimy mocno z tyłu, ale 9h upływa całkiem sprawnie. W Toronto jest jeszcze sporo sniegu:
Po przylocie staramy się wyprzedzić jak najwięcej osób i na szczęście nie ma jeszcze dużej kolejki do imigration, większość pasażerów odbiera bagaże. Dzięki różnicy czasu mamy dluższe o 6h popołudnie którego nie można było zmarnować. Dlatego odbieramy samochód i robimy skok nad skutą lodem Niagare. Pierwotnie tego nie planowałem bojąc się zmęczenia i pogody, ale prognozy pogody były przyjazne, a Niagara w zimowej aurze podobno wygląda ciekawie, więc pomyślałem, że to może się udać. Tym bardziej, że samochód można pożyczyć za nieco ponad 100zł, do tego dojdzie paliwo za około 40zł i jakiś parking (wyszedł niecałe 30zł). Razem niewiele jak na Niagarę dla 4 osób, tym bardziej, że wszyscy sobie pośpią (poza mna). Zdążyliśmy dojechać do miasta Niagara Falls przed zachodem słońca. Miasto jest malutkie, duże budynki są tylko przy wodposadach, głównie centra handlowe i kasyna. Strona amerykańska wygląda jeszcze gorzej.
Dziś jest sobota i są walentynki, więc trafiamy na korki i zapchane parkingi. W efekcie gdy dochodzimy do wodospadów są już w cieniu. Ale to nic, bo i tak jest fajnie:
Wodospady mają kolorową iluminacje, ale szybko robi się zimno i nie chce nam się czekać aż tak długo. Spacerujemy około 1h i wracamy. Powrót jest dla mnie cieżki, bo czuję zmęczenie, na szczęście ruch jest mniejszy. Odstawiam rodzinę do hotelu, a sam tankuję i oddaję samochód, a potem hotelowym shuttle docieram do hotelu. Plan na dziś zakończony przed 21:00 czasu lokalnego, ale to 3:00 czasu w Polsce, więc jestem mocno zmęczony. Dobra robota.
Następnego dnia śniadanie od 6:00. Nie mamy problemu z tym by wstać, bo różnica czasu bardzo pomaga. Idziemy na śniadanie, a tam już spory ruch. To najtańszy przylotniskowy hotel (poniżej 400zł dla 4 osób z sniadaniem to bardzo dobra cena). Jest dużo ludzi z Polski i zachowują się bardzo głośno. Szybko uciekamy i ponieważ nie mamy w zasadzie co pakować szybko jestesmy w recpecji by sie wymeldować. Czekamy na busik do terminala, który ma być za chwilę.. czekamy, czekamy. Po 30minutach pytamy w recepcji o co chodzi i jaki mają plan, bo gołym okiem widać, że wszyscy sie do tego busa nie zmieszczą. Słyszy to kilka osób i pomimo mrozu wychodzą na zewnątrz by w razie czego być z przodu. Niektórzy mają bardzo niewiele czasu do wylotu i szczerze im współczuję. Po kolejnych 10minutach napięcie jest ogromne, a większość oczekujących zamawia Ubery. My nie musimy, bo nam się nie spieszy. Skończyło się na tym, że gdy bus przyjechał, to połowa już pojechała na lotnisko we własnym zakresie, a kolejni czekali na swoje taxi, więc miejsce dla nas było. Nauczka, by hotelowym shuttle nie ufać.
Lotnisko w Toronto jest bardzo duże, lounge z dostępem PP dla odlotów międzynarodowych jest aktualnie zamknięte z powodu remontu, dostępne jest w strefie dla odlotów lokalnych. Ponieważ w Kanadzie nie ma bramek imigration na odlocie można swobodnie przechodzić pomiędzy odlotami domestic i international (choć odległości są spore). A to jakaś lotniskowa instalacja:
Wreszcie ruszamy:
Lecimy Air Canada Rouge - biedniejszą wersją Air Canada do lotów międzynarodowych bez serwisu na pokładzie (jest płatny, przystępny cenowo, ale bez wcześniejszej rezerwacji dostępność posiłków jest znikoma).
Lądujemy na St Lucia 2h przed zachodem słońca. Lotnisko jest niewielkie wiec wszystko idzie sprawnie i szybko. Wymieniam w kantorze 200usd na lokalne dolary wschodnio-karaibskie (które będziemy mogli wykorzystać także na Dominice, St Kitts i Antigle). Czeka na nas ktoś z wypożyczalni samochodów. Jest niedziela, biuro mają zamknięte, ale klientów obsługuje mobilne biuro w bagażniku na parkingu. St. Lucia ma 2 lotniska. Jedno w stolicy kraju Castries (kod SLU), ale pas ma długość wystarczającą tylko dla małych samolotów, więc obsługuje ono tylko połączenia karaibskie, drugie na południowym skraju wyspy w Vieux Fort, gdzie latają wszystkie inne linie, także Air Canada (kod UVF).
W tej części karaibów większość wysp będących niepodległymi krajami wymaga wyrobienia lokalnego prawa jazdy. Jest to forma podatku, bo to lokalne prawo jazdy jest i tak wirtualne. Czytałem wczesniej, że akurat w St Lucia udaje się niektórym z międzynarodowym prawem jazdy, to oszczędność około 20usd. Pisałem o tym do wypożyczalni, ale nie potwierdzili. Na miejscu jednak się udało. Super. Dostaliśmy samochód taki jak był zamówiony, więc mały. Nie jest nowy, ale działa sprawnie. Wreszcie wyjeżdżamy, jest dziko i soczyście zielono.
Po drodze do noclegu zatrzymaliśmy się przy jednej z plaż w miejscu o nazwie Rudy John Beach Park. Trwa tu jakaś lokalna impreza. Piękny zachód słońca.
Robimy jeszcze jakieś podstawowe zakupy w jednym z niewielu otwartych sklepów (jest niedziela). Symbolem St Lucia są Pitony: 2 bliźniacze strome szczyty wystające z morza na około 750m. Widzimy je coraz bliżej, mamy nocleg bardzo blisko:
Gdy słońce zachodzi zaczynam odczuwać wady mocno przyciemnianych szyb. Pomimo włączonych świateł widzę bardzo niewiele, szczególnie w gęstej zieleni, a takich miejsc jest coraz więcej. Na szczęście dojeżdżamy zanim zrobiło się zupełnie ciemno.
-- 18 Kwi 2026 16:58 --
To była dziwna noc, po długiej podrózy, jetlag, no i odwykliśmy od ciepłych nocy. Tu temperatury są bardzo stabilne, za dnia 25-28C, w nocy 22-23C. Różnica może być w tym czy pada lub czy wieje. Otwieramy okna ciesząc się świeżym powietrzem, ale ignorujemy moskitiery i w nocy dobierają sie do nas komary. Interwencyjnie musimy rozłożyć siatki, a przy okazji podziwiamy nieco, jest piękne, bo niezanieczyszczone światłem i smogiem. Budzimy się oczywiście bardzo wcześnie.
Południowa część wyspy jest bardziej dzika i zielona. Wybrałem nocleg na odludziu, ale nie doceniłem jakości dróg przez co już przy pierwszym dojeździe do cywilizacji bałem się, czy samochód wytrzyma do końca pobytu (przejechanie 3km zajęło mi prawie 30min). Już wiem, że powinienem pożyczyć większy samochód, ale różnice w kosztach były spore. Nawet główne drogi zapewniaja spore emocje, duże stromizny, ciasne zakrety, wieczne remonty i tunele w zieleni. Zaczynamy zwiedzanie od szlaku "Tet Paul" z widokami na Pitony (szlak jest krótki, płatny i drogi, bo 10usd od osoby i połowę od dziecka). Nie ma za bardzo innych miejsc by zobaczyć Pitony z tej perspektywy, jest jeszcze drugi szlak w pobliżu "Tet Paul Stairway to heaven", ale płatny dodatkowo, a widoki są podobne, więc skupiamy się na jednym.
Szlak kończy się platformą widokową, gdzie na lewo jest jeden piton, na prawo drugi.
Pomiędzy nimi, na dole, jest najbardziej znana na St.Lucia plaża: Sugar Beach, oczywiście z drogimi resortami, ale zapewniono by była też dostępna publicznie. Później ją odwiedzimy, ale najpierw Soufriere, to największe miasto w tej częsci wyspy, dawna stolica z czasów gdy wyspa należała jeszcze do Francji. Musimy zrobić zakupy, zdobyć kartę sim (nie było na to czasu na lotnisku) i coś zjeść. Miasto wyglada biednie, wręcz rozczarowująco:
Turystów nie ma w ogóle, zapewne siedzą w enklawach drogich kurortów, w pobliżu Pitonów lub z widokiem na Pitony. Próbowałem pojechać nieco w strone plaży Anse Chastanet, gdzie jest fajny widok na Pitony z innej, morskiej perspektywy, ale droga jest fatalnej jakości i musiałem zawrócić. Większość turystów raczej tam płynie, a nie dojeżdża ladem.
W pobliżu Soufriere jest też miejsce większej aktywności geotermalnej, gotujące się błoto z unoszącymi się dookoła zapachami siarki, ale to bardzo komercyjne miejsce, widzieliśmy już podobne, więc je pomijamy. To pierwszy dzień i na dziś wystarczy większych aktywności. Jedziemy do Sugar Beach. Dojazd to duże stromizny, przy plaży przestrzeń jest ograniczona, a dostępność parkingów monitorowana. Trzeba zostawić samochód daleko i wysoko, a potem schodzić w dół.
Plaża robi wrażenie, podwodne widoki z kolorowymi rybkami także. Jednak tutejsze hotele są wyraźnie pod turystów w grubym portfelem:
Nie mamy siły wracać pod górę na piechotę. Jest opcja płatnego dojazdu: 5usd, dzieci gratis - korzystamy. Powrót do noclegu jest już łatwiejszy bo przewidywalny:
Śpimy w airBnB, właściciele dobudowali przy domu apartament (część po lewej) który udostępniają. Mamy ogromny salon, 2 sypialnie, taras. Dostaliśmy ogromną ilość owoców do przetestowania. Jest fajnie:
Zachód słońca z tarasu:
Rano ponownie wstajemy wcześnie, mamy już z czego zrobić lepsze śniadanie. To ostatni nocleg tutaj, więc nie spieszymy się. Pani u której śpimy pokazuje nam ogród i rozłupuje kilka kokosów:
Dziś nieco jest bardziej zachmurzone, momentami nawet kropi deszcz. Pani mówi, że to normalne, bo mamy nów i że zawsze tak jest. Żegnamy się i wyjedżamy, kolejne 2 noce będą w Castries, aktualnej stolicy St Lucia. To nie jest daleko, ale przy tutejszych drogach z postojami na zwiedzanie to wyprawa na pół dnia. Zatrzymujemy się najpierw przy punkcie widokowym na Soufriere z Pitonami w tle.
To znane miejse i pewnie lepszy widok jest przy zachodzie słońca, ale to za daleko od naszego noclegu, by później wracać w nocy. Następnie zatrzymujemy się na chwilę w miasteczku Canaries. Jest tu dziwnie, bo uliczki są tak wąskie, że cieżko przejechać, a zaparkować już w ogóle się nie da. Wszyscy mieszkańcy nas obserwuja ze zdziwieniem, więc turyści tu raczej nie wpadają. Uciekamy.
Kolejny przystanek to Anse La Raye. Miasteczko jest większe, ale poza rybakami nie widać tu życia:
Podjeżdzamy do Marigot. Jedna z niewielu spokojnych zatoczek w któych mogą ukryć się jachty. Zrobiono z niej taką oaze dla turystów, raczej tych bogatych (patrzać na łodzie i ceny noclegów). Na szczęście restauracje są na różną kieszeń i da się coś zjeść względnie tanio. Czekając na jedzenie idziemy na spacer po pomostach:
Przed Castries robimy spore zakupy, mamy nocleg na wzgórzach w dzielnicy Morne. Zatrzymujemy się jeszcze na znanym punkcie widokowym przygotowanym na wieksze ilości turystów (co widać po ilości sklepików). Do Castries przypływają ogromne turystyczne statki i tych turystów widać. Panorama miasta jest fajna. W oddali widać zbudowany wzdłuż plaży pas startowy, a nieco za nim cmentarz i plaża (ciekawa konfiguracja).
Nasz hotel jest nieco dalej od centrum i wyżej, widok z naszego balkonu tez jest fajny. Widać zachodni koniec pasa startowego i wejście do portu Castries. W 1942 niemiecki U-161 w nocy wpłynał przez ten przesmyk do portu i niewykryty zatopił w nim 2 statki. Na pierwszym planie dzika soczysta zieleń:
Odpoczywamy, a wieczorem jedziemy na pobliską plażę, tę nietypową za pasem startowym, obok cmentarza. Niestety trafiamy na ogromne korki w mieście z powodu zamkniętych ulic na uroczystości z okazji dnia niepodległości. Dojeżdżamy już prawie po ciemku, ale pomimo wszystko robimy krótki spacer.
Nie chcę znowu stać w korkach w centrum, więc szukamy innej drogi dookoła. Niby się da, jest tylko nieco dalej, ale szybko okazuje się, że problemem nie jest odległość, ale różnice wysokości. Przeciskamy się przez krętą sieć wąskich uliczek, często bez oświetlenia i z głębokimi betonowymi rowami po obu stronach. Jakoś udało się to przejechać, a po powrocie odpoczywamy na balkonie. Wieczorem statki odpływają:
Nasz widok z tarasu jest rewelacyjny. To nigdy się nie znudzi. Nie tylko dzika zieleń, ale widzimy też cały ruch lotniczy morski. Rano przypływają nowe statki z turystami:
Gdy jestesmy cicho przez okno balkonowe wlatują małe ptaki, dobrze już wiedzą gdzie jest kuchnia, podlatują tam i szukają okruszków. Widocznie zwykle coś jest, bo nie są nawet jakoś specjalnie zestresowane naszą obecnością.
Potem jedziemy na Pigeon Island. Pierwszy park narodowy na St. Lucia. Dawno temu były tu siedliska pierwotnych mieszkańców, potem baza piratów, później fort francuski, następnie brytyjski (Fort Rodney). W latach 30 XX osiedlił się tu na 4 dekady brytyjski aktor, budował tu jachty i prowadził restaurację. Dopiero w 1972 wyspę połączono z lądem zasypując przesmyk ziemią, dziś w tym miejscu znajdują się duże kurorty, przez które widoki są takie sobie. Nieco dziwi, że roślinność tutaj jest bardziej sucha:
Północna część wyspy jest mocno skomercjalizowana i mniej ciekawa. Zaczyna padać deszcz, więc idziemy na zakupy, nie poprawia się, więc wracamy do Castries. Tu chyba cały czas jest więcej słońca, zostajemy więc na znanej już plaży przy lotnisku i cmentarzu: