+2
Voitaz 26 maja 2016 19:27
Image

Orkiestra-niespodzianka w Meridzie:
Image

Wschód słońca nad Morzem Karaibskim, widok z Plaży Merlinów w Cancun:
Image

Dodaj Komentarz

Komentarze (20)

voitaz 26 maja 2016 23:07 Odpowiedz
Część I Cancun i przyległości17.02, dzień I, CancunWychodzimy z samolotu. Od razu rzuca nam się w oczy (w zasadzie to w usta i nozdrza) niesamowita wilgotność powietrza, jest niezwykle parno. W Polsce takie powietrze zwiastuje rychłą burzę. Jeszcze w samolocie otrzymujemy druczek deklaracji celnej, drugi (inny) bierzemy ze stoliczka już na lotnisku. Obydwa, wypełnione, podpisuje celnik (i należy je obowiązkowo przechować aż do końca wyjazdu!). Zgodnie z prawdą wpisaliśmy, że posiadamy przy sobie (w sumie to konkretnie ja) leki na receptę i antybiotyki (ząb), co jednak nie wzbudziło żadnych wątpliwości ani nie sprowokowało pytań ze strony celników. Trzeba też, co ważne, wpisać dane teleadresowe miejsca, w którym się zatrzymujemy. O ile sama kontrola celno-paszportowa jest szybka i bezproblemowa, prawdziwą katorgą było oczekiwanie na bagaż. Mimo że w hali jest bodaj 5 taśm bagażowych, wszystkie przyloty obsługiwane są przez jedną, co powoduje ogromny tłok i dyskomfort potęgowany jeszcze przez niesłychaną parnotę. Bagaż wjechał na taśmie po ok. godzinie (!) oczekiwania, czyli jakieś 1,5 h od przylotu. Spekulowaliśmy wręcz, że został zagubiony lub wzięty na kontrolę antynarkotykową, z drugiej jednak strony spora liczba pasażerów naszego lotu czekała wciąż wraz z nami (mimo że z drugiej strony wiele osób z późniejszego o 20 minut lotu z Manchesteru swoje bagaże już odebrało). Na ile tłumaczył nam potem polski ksiądz, posługujący w Meksyku, kontrole antynarkotykowe bagażu są na meksykańskich lotniskach czymś powszechnym, zawsze jednak służby zostawiać mają w bagażu informacyjną kartkę, że taka kontrola była dokonana (generalnie radził on nam inwestować w kłódki bagażowe). Po godzinie oczekiwania bagaż w końcu dotarł bez rzeczonej kartki, ale i na szczęście bez zmian w swojej zawartości. Obawa nasza była o tyle uzasadniona, że (z premedytacją i na jej prośbę) szmuglowaliśmy naszej koleżance... masę makową, której wwóz do Meksyku jest na mocy prawa antynarkotykowego również zabroniony (ale makowiec zrobił furorę porównywalną z Soplicą ;) ). No w każdym razie masa na szczęście przetrwała, a my, po jeszcze jednej, będącej formalnością, kontroli bagażu, mogliśmy wyjść z terminala.Pierwsze palmy i pierwsi naganiacze w ogromnych ilościach i o ogromnej determinacji (niektórzy potrafią się podawać za kierowców ADO). My bilety na ADO do centrum miasta kupujemy w oficjalnym punkcie ADO jeszcze w terminalu (jak się potem okazuje w kasie przy samym stanowisku autobusowym są tańsze bodaj o dolara na sztuce), zgarniamy przy okazji mapki z okolicznymi atrakcjami. Autobusy do centrum jeżdżą co 30-45 minut (w zależności od pory dnia) - wcześniejsze kupowanie biletu na konkretny kurs mija się w tę stronę z celem (nigdy nie wiesz czy lot się nie opóźni, bądź nie przyjdzie Ci czekać godzinę na bagaż :/ ), a autobusy (w obie strony) zapełnione były tak w 2/3, dojazd do dworca to jakieś 35-40 minut. Z dworca do naszego lokum (Hotel Ikaro Suites w części Cancun przeznaczonej dla miejscowych) udajemy się już na piechotę, budząc raczej życzliwe uśmiechy wśród miejscowych. Hostel rezerwowaliśmy na jedną noc, a przyszło nam w nim zostać na trzy, ale o tym za chwilę. W każdym razie miejscówka zgarnia ode mnie sążniste propsy za stosunek jakość/cena (wyszło jakieś 35 PLN/os.), za życzliwe i sympatyczne Panie na recepcji, za skuteczną klimatyzację w pokojach, za szachy na recepcji i za basen ;) (z którego nie wolno korzystać po 23, ale głównie wtedy korzystaliśmy ;) ). Przy okazji - nie zdziwcie jeśli przy płaceniu kartą otrzymacie dwa paragony - wzbudziło to we mnie, nieuzasadnioną jak się okazało, podejrzliwość co do pobieranych z konta kwot (dodatkowo jeden paragon dla kasjera podpisujemy; z samymi płatnościami polską kartą nie ma technicznego problemu). Po szybkim ogarnięciu wyskakujemy na kolację do jednej z pobliskich, dość licznych przy Av. Yaxchilan knajp (patrząc po google maps Los Arcos albo La Parilla, nie pamiętam). W wyborze kierujemy się nie ceną, lecz liczebnością miejscowych w środku. Żarcie (jak na warunki meksykańskie) nie jest najtańsze (ceny obiadowe może minimalnie niższe niż w polskich restauracjach), ale tego pierwszego dnia spróbowałem chyba najsmaczniejszych rzeczy spośród wszystkiego co jadłem przez kolejne dwa tygodnie (zamówiliśmy kilka różnych potraw "na środek", a dla nas czyste talerze i próbowaliśmy wszystkiego po trochu). Zacząłem też swoją przygodę z meksykańskimi piwami, które niestety zdecydowanie ustępują polskim (dopiero przed wylotem trafiłem w Cancun na sklep z regionalnymi piwami, po wschodniej stronie Av. Tulum, kawałek na północ od bazaru, nazwy nie pomnę).18.02, dzień I, CancunNastępny dzień rozpoczynamy od wizyty w kantorze (których jest tu pełno), gdzie wymieniamy przywiezione z kraju dolary. Standardową ceną w kantorach w Cancun było 17,50-17,60 MXN za dolara (w interiorze ten kurs jest nieco korzystniejszy), w Zona Hotelera mniej (ok. 17,20 - wiadomo, strefa turystyczna). Później łapiemy busa (R-1 lub R-2, nie pamiętam), by dojechać do Plaży Delfinów (południowa część Zona Hotelara, vis a vis strefy archeologicznej). Gorąco polecam komunikację miejską w Cancun nie tylko z uwagi na śmieszne ceny biletów (bodaj 6 czy 7 MXN za przejazd poza Zoną i 8,5 MXN w Zonie) i b. dużą częstotliwość kursów, ale jako atrakcję turystyczną samą w sobie. Przez wszystkie lata jazdy warszawskim ZTM-em nie dane mi było zobaczyć tylko ludzi wyskakujących i wskakujących do pędzącego z otwartymi drzwiami autobusu, co w trakcie jednego kursu R-ką. Paryż-Dakar powinien stworzyć dla tych pojazdów osobną kategorię. Graty, które nie mają prawa jeździć i nie jeżdżą - zap********ą aż miło - na trzeciego, między pojazdami, długimi odcinkami pod prąd. Bawiliśmy się jak nigdy wcześniej w autobusie B-) Po ok. pół godziny jazdy spod dworca byliśmy przy Plaży Delfinów. Kolor wody, którego nie zobaczyłem nigdy wcześniej. Na plaży luźno (tłok za to przy kolorowym, wielkim napisie Cancun - każdy chce sobie zrobić zdjęcie przy tej wizytówce miasta na tle morza). Te trzydzieści stopni to dla miejscowych żaden upał, w dodatku od morza dość znacznie wieje (pora gorąca, czyli 40+, jest tam jakoś bodaj właśnie teraz). Część z nas przypłaci potem ten dzień i zdradliwy, orzeźwiający wiaterek, całkiem przyzwoitymi poparzeniami skóry. Bez porządnego kremu (minimum 50-tki) ani rusz. Przebieramy się pod pustymi budkami ratowników, dopiero w drodze powrotnej orientujemy się, że przy głównym wejściu na plażę są natryski, przebieralnie i toalety. Podczas pluskania w wodzie nieco nieprzyjemne zdarzenie. Kieruję się spokojnie w stronę plaży i, gdy robię kolejny krok w jej kierunku, woda, która sięgała mi nieco powyżej pasa, przykrywa mnie powyżej głowy (akurat z tyłu przyszła też spora fala). A pływać nie umiem. Na szczęście nie zachłysnąłem się, i gdy fala opadła, krzyknąłem do stojącego krok przede mną Meksykanina, który pociągnął mnie za rękę do siebie (gdzie woda znów była do pasa). Dopiero później dowiedziałem się od miejscowych, że Plaża Delfinów jest najniebezpieczniejszą z plaż w obrębie Zony, właśnie z uwagi na zdradliwe dno, które, nawet blisko brzegu, pełne jest dołów i zapadlin. Cóż, mądry Polak po szkodzie.Po zażyciu tak morskiej jak i słonecznej kąpieli, przechodzimy na drugą stronę ulicy, do strefy archeologicznej El Rey. W porównaniu ze strefami, które zobaczyliśmy później, El Rey nie robi wielkiego wrażenia. Dobre jest właśnie tak jak u nas, na pierwszy ogień, by dać ogólne pojęcie o tym co przyjdzie zobaczyć w kolejnych dniach. Tak przy okazji - wstęp do strefy kosztuje 50 MXN/os., aczkolwiek nam udało się za 6 osób zapłacić 200 MXN. Mieliśmy to szczęście, że jedna z naszych dziewczyn mówi w zasadzie płynnym hiszpańskim, co zresztą przydało się w negocjacjach jeszcze wielokrotnie i pozwoliło nam oszczędzić pewnie spore pieniążki ;) Jeśli chodzi o samą strefę - atrakcją porównywalną z ruinami są tu iguany. Choć w innych miejscach Jukatanu również ich nie brakowało, w El Rey było ich prawdziwe zatrzęsienie. Jakby to była ich główna siedziba, stolica iguaniego imperium. Nic sobie przy tym te gadziska nie robiły z obecności nielicznych (mimo, że byliśmy w sercu strefy turystycznej) gości, dumnie wypinając swe grzbiety w kierunku słońca. Zaraz po wejściu zaczepił nas mocno starszy Pan, proponując (dobrą angielszczyzną), że za 10 USD oprowadzi nas po obiekcie, tłumacząc przeznaczenie poszczególnych budowli. Grzecznie odmówiliśmy, tym niemniej wywiązała się krótka rozmowa, w której przewodnik z głębokim rozżaleniem opowiedział o złodziejskich Amerykanach, którzy przed stu laty rozkradli to miejsce (w ogóle na początku on, jak i wielu po nim, myślał, że jesteśmy z Kanady, nie wiedzieć czemu). Wybierając się do El Rey pamiętać trzeba, że teren jest mocno podmokły i śliski - pamiętać więc trzeba o odpowiednim obuwiu. Jedna rzecz (no może druga, bo jaszczury ;) ), która robi w El Rey wrażenie, a której nie uświadczymy w innych strefach to pewien szokujący kontrast - wprawny fotograf z odpowiednim obiektywem uchwycić może na jednym zdjęciu resztki majańskich zabytków z wieżowcami i nowoczesnymi hotelami w tle.Jako że robiło się coraz później (a wieczorem dołączyć miała do nas nasza kochana wolontariuszka ;) ), ze strefy udaliśmy się do Wal-Martu na większe zakupy. Jeśli idzie o ceny produktów - tańsze niż w Polsce były na pewno akcesoria typu kąpielówki czy klapki (b. tanie były też np. skutery i quady ;) ). Tani jest alkohol (duży wybór dobrych, mocnych alkoholi, dużo gorzej z dobrym piwem), zaopatrzyliśmy się więc w odpowiedni zapas tequili (Pani doradzająca na dziale z alkoholami polecała El Jimador - trochę w myśl polskiej zasady "tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie" - rzeczywiście dobra i do kupienia w Polsce, choć 5x drożej; pozostałych nazw trunków niestety nie pamiętam, Jimadora wypiliśmy na tym wyjeździe najwięcej). Droga i niezbyt smaczna jest plastrowana wędlina - nawet droższe gatunki wyglądają jak nasze najtańsze mielonki, a parówki wyglądają wręcz jakby już raz ktoś je przetrawił, tylko się nie przyjęły (i też są drogie). Generalnie Meksyk stał się kolejnym po Gruzji krajem, gdzie bardziej opłaca się jeść na mieście (szukajcie szyldów "la cocinera economica"). Nieco droższe niż w Polsce są słodycze i chipsy (za to nachosy i sosy do nich śmiesznie tanie). Dojmujący przez te dwa tygodnie był też brak polskiego pieczywa, Meksykanie nawet kanapki na zimno jedzą z chlebem tostowym. Z każdym kolejnym wyjazdem zagranicę coraz bardziej zaczynam doceniać polski chleb i nasze rodzime tradycje piekarnicze.Dalsza część wieczora (która mooocno się przeciągnęła), to już tylko czułe powitania - chlebem tostowym, solą i wspominaną już Soplicą, a potem toasty przeplatane śpiewami i zabawami w hotelowym basenie. Który to na szczęście miał stałą i stabilną wysokość dna ;)
manumission88 28 maja 2016 11:04 Odpowiedz
Ciekawy i szczegółowy opis. Czekamy na resztę! :)
manumission88 28 maja 2016 11:04 Odpowiedz
Ciekawy i szczegółowy opis. Czekamy na resztę! :)
voitaz 6 czerwca 2016 15:34 Odpowiedz
19.02, Dzień III, Isla MujeresPo śniadanku przyrządzonym z pozostałości po wczorajszej posiadówce udajemy się na Wyspę Kobiet. Auto, którym przyjechała wieczór wcześniej koleżanka, zostawiamy jednak pod hostelem. Okolica Av. Sunyaxchen wydaje się być bezpieczna, zresztą nikt z nas nie nadawał się raczej tego ranka do prowadzenia auta, a do Puerto Juarez podjechaliśmy za grosze komunikacją miejską wprost spod hostelu, bez przejmowania się o parking. Trasy komunikacji miejskiej w Cancun można znaleźć tutaj:http://cancun.rutadirecta.com/Aczkolwiek, jak wszystkiego w Meksyku, nie można tych tras traktować zobowiązująco. W przypadku jakiegoś zastoju (albo i bez) kierowca może po prostu wybrać najbliższą równoległą uliczkę i tyle. W obu przejazdach (tam i z powrotem) trasa nie pokrywała się w 100% z tą opisaną na stronie (w osiedlu, głównymi ulicami jechaliśmy wedle rozpiski). Na Isla Mujeres można płynąć z Cancun z trzech przystani (Gran Puerto, Puerto Juarez - obok siebie i Punta Sam - daleko na północy, tam jest zdaje się przeprawa samochodowa), z każdej operuje inny przewoźnik. My zdecydowaliśmy się na kurs Ultramarem z Gran Puerto (pływa zdaje się najczęściej, co pół godziny, oferuje szybkie, dwupokładowe, dość nowoczesne statki z barkiem i muzyką). Warto pamiętać, by kupić bilety od razu na kurs powrotny (nie trzeba na konkretną godzinę), wtedy jest zawsze o parę groszy taniej. Sam kurs trwa ok. 35 minut.Na Wyspie Kobiet wita nas baner z napisami powitalnymi w licznych językach, w tym polskim. Ot, przyjemny akcent na dobry początek dnia. Po wejściu do budynku terminala zaczną Was zapewne zaczepiać przedstawiciele lokalnych "touroperatorów" (cudzysłów, bo słowo mocno na wyrost), proponując nurkowanie/snorkelling i krótkie tournee po głównych atrakcjach wyspy. Po ostrych negocjacjach (zależało nam, by mieć łódkę na wyłączność) udajemy się z jednym z nich na rozklekotaną nieco, pachnącą intensywnie benzyną, motorówkę. Nie pamiętam już po ile zapłaciliśmy (ostatniego dnia, już na lotnisku, rozwaliłem tableta z pełną rozpiską naszych wydatków), ale było to zdaje się po jakieś 80 PLN na głowę (przy czym płaciliśmy za jedno puste miejsce w łódce). W cenie oprócz rejsu i snorkellingu również obiad oraz przerwa na zwiedzanie ochronki dla żółwi. Jeśli idzie o bogactwo świata podwodnego - widoczne jest nawet gołym okiem znad poziomu wody. Bogactwo właścicieli hacjend nad Morzem Karaibskim - również. Później kurs w pobliże ochronki na obiad i drinka pod palemką. W pobliżu baru jest również basen, w którym, za symboliczną opłatą, można sobie zrobić zdjęcie trzymając rekina. Atrakcja sama w sobie byłaby nawet ciekawa (abstrahując od sensu męczenia rekina przez cały dzień), gdyby nie burakowaty, poganiający wszystkich Meksykanin o znudzonej twarzy. Nie ma nawet czasu, by zrobić porządne zdjęcie, żenada. Na obiad przyrządzona przez naszych "opiekunów" na naszych oczach ryba o aromatycznym i niesamowicie smacznym pomarańczowawym mięsie. Trochę się po tym wszystkim rozleniwiliśmy i gdy finalnie dotarliśmy do ochronki dla żółwików, teoretycznie było już nieco po godz. otwarcia (ochronka czynna do 17), ale bez problemu kupiliśmy bilety (kilka PLN) i weszliśmy. Sama w sobie ochronka nie robi wielkiego wrażenia - ot kilka zaniedbanych zbiorników dla żółwi i parę akwariów dla przerośniętego frutti di mare (zawsze fascynowała mnie nieziemska anatomia langusty), ale wdaliśmy się za to w rozmowę z Panem, który przez szparę w bramie wypuszczał nas z kompleksu. Z ogromną (i bezinteresowną, a to nie jest w Meksyku oczywiste!) życzliwością zaczął nam on opowiadać jak to ten obiekt, w którym on pracuje, uratował istnienie żółwi w Morzu Karaibskim, które wciąż pozostają tu przedmiotem nielegalnych polowań. Nieziemskich wrażeń dostarczył nam zachód słońca nad morzem w momencie, gdy my powracaliśmy motorówką na przystań, zahaczając jeszcze z zewnątrz o delfinarium (aczkolwiek delfiny, w przeciwieństwie do żółwi, nie były zbyt chętne, by eksponować przed nami swe wdzięki).To, co tego dnia działo się dalej, to historia, którą (gdybym jej nie przeżył) sam spuentowałbym mówiąc, że "Kierowca autobusu wstał i klaskał". Restauracja Pescaditos przy Av. Yaxchilan. Owoce morza. Idziemy tylko na kolację, solidnie zmęczeni po całym dniu. Jest muzyka na żywo. Dwie godziny, kilka karafek i piw później, cała sala (plus połowa obsługi) tańczy i gra w berka. Gospodarz przynosi tequilę od firmy. Są miejscowi (jeden nawet proponuje nam DMT), Brytyjczyk, czterech Japończyków i dwie pijane w 3 d*py Rosjanki, z których jedna wyraża żywe zainteresowanie jednym z kolegów ;) Jako że nie odwzajemnił jej pijackich umizgów (wierz mi, nic straconego), znalazła ona finalnie pocieszenie w ramionach jednego z miejscowych. My na "nasze" dziewczyny też musieliśmy mieć baczenie, gdyż miejscowi wodzili za nimi wzrokiem bez opamiętania (tak było zresztą przez całe 2 tygodnie). No ale do puenty. Godzina ok. 1:30 w nocy, od dobrej godziny meksykańskie przeboje przeplatają się z naszymi rodzimymi "Sokołami", "Małgośką" i co tam jeszcze gospodarzom zaprezentujemy. I teraz - postawcie się w roli dwóch polskich dwudziestokilkulatków, którzy włócząc się po nocy pustawymi ulicami Cancun, przeszło 9 tys. kilometrów od domu, słyszą nagle chór głosów z jednej z knajp, śpiewających na całe gardło "Jesteś szalona". No zdarzyło się. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy w środku nocy do meksykańskiej knajpy wchodzi chłopak w moim wieku i płynną polszczyzną pyta: "Ej, sorry, tu są jacyś Polacy?". Dość powiedzieć, że ta noc jeszcze trooochę potrwała, a z chłopakami spotkaliśmy się później przypadkowo jeszcze w Chichen Itza.
tom971 6 czerwca 2016 15:44 Odpowiedz
Czy spotkałeś się może z jakimiś ofertami transferow na Holbox ?Mujeres dla nas zbyt skomercjalizowany.
voitaz 6 czerwca 2016 16:34 Odpowiedz
Oj, niestety, nie pomogę tutaj...
popcarol 6 czerwca 2016 16:46 Odpowiedz
Fajna relacja z jajem :) Byłam rok temu, podobne ujęcia;) Czekam na CD i podsumowanie kosztów - będzie? :) musze poszukac jakie jeszcze kierunki robi Thomson - z dobrym polaczeniem z WAW :)
krzysztof76 6 czerwca 2016 17:16 Odpowiedz
Musisz jechać ado bus z Cancun do Chiquila ze 3 autobusy dziennie. Z tamtąd łodzią na wyspę.tom971 napisał:Czy spotkałeś się może z jakimiś ofertami transferow na Holbox ?Mujeres dla nas zbyt skomercjalizowany.
tom971 6 czerwca 2016 18:15 Odpowiedz
@Voitaz pisz ;) i poprosze o foty jedzenia z orientacyjnymi cenamiPoki co nie pokazuje nic zonie.. ale ferie w lutym do zagospodarowania :)
voitaz 6 czerwca 2016 18:24 Odpowiedz
20.02, Dzień IV, Tulum & Playa del CarmenDzień głodówki. Dość późna i bolesna pobudka, co zrozumiałe z uwagi na poprzedzającą noc. Pakujemy się w pożyczonego przez naszą wolontariuszkę od zaprzyjaźnionej rodziny Chryslera Voyagera i jedziemy do Tulum. Na rogatkach Cancun mijamy pierwszy posterunek policji, tym razem nie zatrzymywani. Trasa Cancun-Tulum to jakieś 150-170 km bezpłatnej autostrady w świetnym stanie, czyli jakieś 1,5-2 h drogi. Obszerny płatny parking, ale po drugiej stronie drogi dość miejsca na poboczu, by zaparkować kilkadziesiąt samochodów, z czego wiele osób korzysta (zauważyłem, że Meksykanie, mimo że nie są zamożnym narodem, skłonni są dopłacać, by zaoszczędzić sobie nawet krótkiego spaceru - nader chętnie korzystają z taniutkich taksówek, starają się podjechać zawsze jak najbliżej wejścia). Bilet podstawowy na przejście Zony to bodaj 65 pesos, aczkolwiek można również kupić warianty rozszerzone zawierające przepłynięcie łódką i sesję foto na tle ruin od strony morza, a nawet snorkelling. Samo Tulum to, obok Chichen, najbardziej skomercjalizowana ze stref archeologicznych, co przekłada się na ceny (kurs dolara w kantorze - 15,50, ceny kubków itp. pamiątek w granicach 20-30 PLN/szt., tekla 3-4x droższa niż w Wal-Marcie i brak możliwości targowania w głównym sklepie) i ilość turystów. Przestrzegam przy okazji przed, powszechnymi w miejscach turystycznych, sklepami oferującymi możliwość płatności w dolarach po bardzo korzystnym kursie (18,00-20,00) - mimo pozornej opłacalności, ceny są zawyżone na tyle, że takie zakupy stają się kompletnie nieopłacalne. Szczęście w nieszczęściu, że, w przeciwieństwie do Chichen, przynajmniej wnętrze wolne jest od straganów. Przy wejściu spotykamy grupę Polaków na wycieczce zorganizowanej (40+). Same ruiny robią wrażenie absolutnie piorunujące, w duże mierze dzięki malowniczemu położeniu na kilkudziesięciometrowej skarpie nad brzegiem morza (jak dla mnie jest to miejsce nieporównywalnie piękniejsze od przereklamowanego Chichen) i dostępnemu do zwiedzania obszarowi.Powrót do Playa del Carmen do pierwszej z zaprzyjaźnionych rodzin, u których będziemy nocować. Po drodze pierwsze tankowanie w PEMEX-ie (ichniejszy narodowy monopolista paliwowy), ceny paliw niższe od polskich o ok. 20%. Jeżdżąc własnym autem po kraju warto zresztą pamiętać o regularnym tankowaniu, bo poza miastami odległości pomiędzy stacjami mogą być spore. Prysznic i wraz z gospodarzami wychodzimy na miasto. Najpierw obfita kolacja (dla nas będąca również śniadaniem i obiadem) w jednym z barów dla miejscowych (ceny 2-3-krotnie niższe od restauracyjnych, a jedzenie przepyszne). Nazwy i lokalizacji niestety nie podam, nie było to w ścisłym centrum. Głodni po całym dniu zdecydowanie się przejadamy, idziemy więc spalić nadliczbowe kalorie dłuższym spacerem po słynnym, reprezentacyjnym deptaku 5 Avenue. Cóż można rzec - takie Krupówki, tylko 5x bardziej i zamiast Rosjan nadreprezentacja Amerykanów. Poza cenami w sklepach i restauracjach (nie wszystkich), nic nie robimy jednak na nas większego wrażenia. Ulica ta to po prostu wycinek zachodniego miasta przeniesiony na Jukatan. Który jednak nie jest w stanie wiele powiedzieć nam o kraju, do którego przybyliśmy.21.02, Dzień V, PaamulW końcu bardziej leniwy dzień, po porannym kościele spędzony wraz z gospodarzami na plaży w Paamul (kilkanaście kilometrów na południe od Playa del Carmen). Atmosfera i typ plaży zgoła odmienne od tego co widzieliśmy w Cancun i PdC. Plaża kamienista, położona w obrębie zamkniętej wioski, nieprzesiąknięta komercją. Raptem jeden bar i niezbyt wielu turystów. Dzień spędzamy pluskając się w wodzie, robiąc zawody w rozłupywaniu kokosów, zbierając liczne tam kamienie i muszle o wymyślnych kształtach (świetne jako ładne, oryginalne i darmowe upominki, zwłaszcza dla dziewczyn ;) ). Późnym popołudniem pakujemy się w auto i ruszamy do Meridy, do kolejnej zaprzyjaźnionej rodziny (przypominam, że stan Quintana Roo znajduje się w strefie czasowej +1 względem reszty Jukatanu i Chiapas). Kolację (głodni po kolejnym dniu bez obiadu) jemy na miejscu, w lokalu Tortas y Cocina Económica de Emmanuel przy dworcu ADO. Jedzenie nie jest może wykwintne, ale śmiesznie tanie (jeden z tych lokali, w których żywią się miejscowi, polecony przez naszych kolejnych gospodarzy). Wsadzamy naszą wolontariuszkę w ADO do Campeche, a sami udajemy się na nocleg.
jacekwoj16 6 czerwca 2016 19:26 Odpowiedz
Też wybieram się w lutym w przyszłym roku do Meksyku i pewnie również Thomsonem, więc czytam relację z wielkim zainteresowaniem. Pozdrawiam i czekam na więcej.
voitaz 17 sierpnia 2016 01:59 Odpowiedz
Trochę mnie nie było, ale wiadomo... Proza życia...Część II Interior22.02, Dzień VI, Chichen Itza & IzamalPo śniadaniu przyrządzonym przez naszych gospodarzy i objeździe najważniejszych punktów Meridy (jak już mówiłem, Meksykanie fanami długich spacerów raczej nie są ;) ) udajemy się do bodaj najbardziej rozpoznawalnego miejsca na Jukatanie - Chichen Itza. Wraz z nami, jako tłumacze-ogarniacze, wyruszają syn i najmłodsza siostra naszej gospodyni. Problem z Chichen Itza jest taki, że nawet mając świadomość tego, jak bardzo miejsce to jest przereklamowane, głupio jest być na Jukatanie i go nie odwiedzić. I choć jest to bodaj największe z zachowanych majańsko-tolteckich miast, obszar dostępny dla zwiedzających jest niezwykle ograniczony. Zwłaszcza w stosunku do liczby przemierzających go jednocześnie turystów. Stan Yucatan pobiera przy tym od zwiedzających niezależną od państwowej opłatę, która podwaja realną cenę biletu. Jedynym przyjemnym akcentem było w tym momencie powtórne spotkanie w kolejce do kas (nastawcie się na kolejki) naszych nowych polskich znajomych z Cancun ;)Co ważne - w okolicach kas obsiądą Was również proponujący horrendalne stawki przewodnicy (w granicach, o ile dobrze pamiętam, 3000 MXN). Udało nam się jednak i tę niedogodność obejść - podłączyliśmy się za bodaj 500 MXN do grupy wycieczkowej w większości złożonej z Rosjan. Poszczęściło się nam przy tym, gdyż ich sympatyczny przewodnik płynnym (co wcale nie jest nawet w takim miejscu oczywiste) angielskim, z dużym poczuciem humoru objaśniał historię i znaczenie poszczególnych budowli i umiejscowionych na nich symboli ze świątynią Kukulkana na czele. Jeśli zaś nie zdecydujecie się na przewodnika, polecam przynajmniej dokładnie oczytać się wcześniej w symbolice i architekturze znajdujących się w Chichen budowli (ilość stopni, ułożenie względem słońca). Jeśli niemałe pieniądze na bilet tu mają być wydane sensownie, warto widzieć w nich coś więcej niż kawał starego kamienia.Polecam również, jeśli będziecie w tym miejscu kilkuosobową grupą, wykonać przed świątynią Kukulkana eksperyment z klaskaniem, który pozwoli i Wam usłyszeć głos majańskiego bożka. W skrócie sprowadza się to do tego, że jedna grupa staje po jednej stronie "wejścia" do świątyni, a druga, pod tym samym kątem względem otworu na górze, po drugiej stronie zaczyna klaskać (co chwila powtarzają to kolejne grupy, więc łatwo załapać co i jak). Do dziś nie mogę wyjść z podziwu dla talentu architektonicznego (i manipulatorskiego), jakim wykazali się Majowie już tysiąc lat temu. Gdyby wywalić stąd 90% turystów (i stragany, skąd co i rusz ktoś krzyczał do nas, że "taniej niż w Biedronce!"), miejsce to rzeczywiście miałoby klimat.Co do straganów zaś - koledze w jednym z nich niemal od ręki (to znaczy po prostu odchodząc od stoiska) udało się zmniejszyć cenę magnesów o 50% (z 5 do 2,5 USD). Ale i tak pozostawała ona znacznie wyższa niż w innych mniej popularnych wśród turystów miejscach. Jeśli zaś nie interesują Cię magnesy, amulety, ani wyroby krawieckie, zawsze można w Chichen kupić jeszcze figurkę Predatora. Polecam przy tym dwa żelazne zwroty, które mogą pomóc w negocjacjach "Por qué es tan caro" ("Dlaczego tak drogo?") i "Para mí más barato" ("Dla mnie taniej"). Często Meksykanie doceniają trud włożony w nauczenie się czegokolwiek w ich języku i w tym momencie schodzą już lekko z ceny (a targowanie się jest czymś absolutnie koniecznym!), być może dostrzegają wtedy również, że niekoniecznie jesteś kolejnym zarozumiałym Jankesem (czyt. chodzącym bankomatem).Z Chichen Itza z mieszanymi uczuciami (a przede wszystkim z dojmującym uczuciem głodu) wyruszamy do Izamal. Zdjęć za dnia za wielu z tego miasteczka nie mam (bo w pierwszej kolejności pobiegliśmy na obiad), ale urzekło nas ono zdecydowanie bardziej niż wyskakujące z turystycznych katalogów Chichen (może dlatego, że byliśmy tu niemal jedynymi turystami). Nie skłamię przy tym zbytnio, gdy powiem, że główną atrakcją miasteczka jest... żółta farba, którą pokryto wszystkie zabudowania w centrum. Atrakcja to niezbyt zabytkowa - jest bowiem (obok pomnika) pamiątką wizyty, jaką odbył w tym mieście w 1993 r. Jan Paweł II - ale tworzy niepowtarzalny klimat miejsca. Po tutejszych uliczkach można snuć się bez wyraźnego celu przez cały dzień. Do postawionego na szczycie dawnej świątyni franciszkańskiego klasztoru wchodzimy już po godzinach otwarcia - na kościelnego (czy kogoś w tym rodzaju) działają nieporadne nawoływania "Polonia! Juan Pablo segundo!". Prosi jedynie, byśmy w środku kościoła nie robili już zdjęć.W tym miejscu pochylę się jeszcze na moment nad lokalnymi przysmakami. Obiad jedliśmy w restauracji Kinich Izamal (ma fanpage'a). Nie jest ona może na warunki meksykańskich miasteczek najtańsza, ale ceny potraw są jak najbardziej adekwatne do ich jakości i smaku. Restauracja jest przy tym mocno nastawiona na dania regionalne, można spróbować więc przysmaków, których nie widziałem nawet w pobliskich Meridzie i Campeche. W szczególności zaś polecam dania i napoje z dodatkiem liści chaya - surowe są ponoć trujące, ale jako składnik lemoniady czy lokalnego odpowiednika naszych gołąbków sprawdzają się wyśmienicie. Jeśli zaś idzie o restaurację, dostrzegłem (niestety dopiero przy wyjściu), że dysponuje ona również własnym rzemieślniczym browarem (sztuka piwowarska nie jest niestety w tym kraju szczególnie rozwinięta, nad czym bolałem przez cały wyjazd - im więcej zresztą podróżuję tym bardziej doceniam dokonania naszych rodzimych piwowarów). Przy Calle 30 (gdzieś w połowie drogi między Kinich, a "rynkiem") trafiliśmy za to z chłopakami (nasze Panie poszły w tym czasie oglądać jakieś bibeloty) na sklep/pracownię rzemieślniczą, gdzie można było kupić wyrabiane na naszych oczach pamiątki, jak również kulinarne specjały regionu. W tym to miejscu ugoszczeni zostaliśmy przez życzliwą obsługę jedną z najlepszych nalewek, jakie piłem w życiu. Nazwy nie pamiętam, ale jest ona sprzedawana w tym sklepie (niestety tylko w butelkach 0,7, a potrzebowałem małych małpek do bagażu podręcznego) jako ich produkt firmowy. Jeśli lubicie alkohole ziołowe (ja np. bardzo lubię Jagera czy Becherovkę), warto wejść do tego sklepu, choćby po to, aby popatrzeć na szyjące czy dłubiące w drewnie rzemieślniczki no i załapać się na darmowego kielona ;) My, zachęceni w ten sposób, wróciliśmy do Meridy, gdzie, wraz z naszymi "opiekunami" oddaliśmy objęciom Dionizosa (choć widok piwa z sokiem pomidorowym, tzw. Michelady, będzie mnie prześladowały chyba do końca życia). Wcześniej jeszcze zahaczając u ulicznych sprzedawców przy klasztorze o marquesity na deser (polecam banana z Nutellą, tylko nie dajcie sobie wcisnąć tak lubianego przez sprzedawców żółtego sera, bo a). prawie zawsze wyglądał na nieświeży b). no błagam, żółty ser z Nutellą?!).
gigaa1 17 sierpnia 2016 13:13 Odpowiedz
Świetna relacja kontynuuj ja dalej prosze, lece wraz z mezem w styczniu do meksyku na 15dni planujemy wynajac auto i objechac Jukatant oraz stan chiapas wiec zbieram wszelkie informacje aby jak najlepiej wykorzystać pobyt :) pozdrawiam
voitaz 24 października 2016 08:36 Odpowiedz
27.03, Dzień XI, Palenque & Misol-Ha & Agua AzulZ El Panchan wyruszamy do ruin w Palenque spóźnieni, zaspawszy dość znacząco. Po ok. 2,5 kilometrach wędrówki (lekko pod górę) dochodzimy do Zona Arqueologica. Tutaj ważna uwaga - im dalej na południe i bliżej gór, tym większe różnice temperatur między nocą a dniem. Z chatek wychodziliśmy nieco zmarznięci, w bluzach i długich spodniach, by po półgodzinnej wędrówce już tych długich spodni bardzo żałować. Trwający cały czas po trasie maraton sprzyja nam za to w jednej kwestii - w ruinach jest prawie pusto, dopiero, gdy już wychodzimy, po zakończeniu biegu, ruch turystyczny zaczyna się zagęszczać. Już przy wejściu do strefy archeologicznej daje się odczuć różnicę względem tego do czego zdążył nas przyzwyczaić Jukatan. Sprzedaż pamiątek nabiera charakteru "żebraczego" - co i rusz zaczepiają nas dzieci, próbując wcisnąć "magiczne" amulety na wszelkie życiowe troski - od finansowych (patrząc na te biedne dzieciaki, można by z dozą czarnego humoru stwierdzić, że te na pewno nie działają) po miłosne i erotyczne. Same ruiny są za to położone na terenie niezwykle malowniczym - pokrytych dżunglą wzniesieniach. Prawie na wszystko można tu legalnie wleźć, co i rusz za kolejnym wzniesieniem wyłaniają się resztki następnych budowli - otoczenie przypomina nieco najlepsze poziomy z Tomb Raidera ;) Żal tylko, że na zwiedzanie, przez własną niezborność (o dziwo dziewczyny wypadły tego poranka dużo lepiej), mieliśmy jedynie jakieś 1,5 h. Co ciekawe - czekając przy wejściu na umówionego dzień wcześniej busa (Misol-Ha - Agua Azul - San Cristobal de las Casas) spotkaliśmy małżeństwo Polaków z ok. półrocznym dzidziusiem. Państwo byli w miesięcznej, całkowicie spontanicznej podróży i rozważali jeszcze zahaczenie o Gwatemalę, z której my, po części z braku czasu, po części z obaw o bezpieczeństwo, zrezygnowaliśmy. Poczułem się przy ich podejściu trochę jak wapniak, przyznaję.Stłoczeni w ciasnym busiku, razem z bagażami, coraz bardziej krętymi drogami zbliżamy się w stronę gór. Żołądki niektórych naszych współpasażerów nie znoszą zresztą tej podróży najlepiej. Patrząc na to z perspektywy czasu Palenque mogę uznać za taką symboliczną bramę do tego "dzikszego", indiańskiego Meksyku. Meksyku, który niewątpliwie ma swój urok, ale też i swoje przypadłości. Naczelną zdaje się być nagminne wyłudzactwo (jeśli nie było takiego słowa, to już jest). Zaczyna się już na zjeździe do Misol-Ha, gdzie czterech darmozjadów ze sznurkiem, w trosce oczywiście o ochronę przyrody, pobiera opłatę za wjazd na teren rezerwatu (zostaliśmy o tym wcześniej uprzedzeni i było to wliczone w koszt przejazdu). Wodospad robi wrażenie niewątpliwie imponujące. Istnieje również możliwość przejścia za nim do jaskini, gdzie, brodząc w wodzie, obejrzeć można kolonię nietoperzy (oczywiście przed wejściem obowiązkowa opłata za wypożyczenie latarki). Z tymi nietoperzami jest zresztą podobno tak, że w miejscach ich największych skupisk na czas wieczornego wylotu na żer zamykane są drogi, ażeby nie stwarzać zagrożenia dla kierowców. Co do Misol-Ha i Agua Azul pamiętać warto o odpowiednim obuwiu, gdyż, zwłaszcza w tym pierwszym miejscu, spaceruje się momentami nurtem strumienia spływającego po maksymalnie wyszlifowanych przez wodę kamieniach.Kolejne kilkadziesiąt kilometrów i coraz liczniejsze dzieci handlujące przy drogach czy wręcz blokujące przejazd, by sprzedać pasażerom banany (polecam suszone chipsy) i trzcinę cukrową (rodzice za to sprzedają benzynę w baniaczkach). Samo Agua Azul to już poważna, lecz do bólu powtarzalna infrastruktura turystyczna. Znalezienie pamiątki bez graweru "Made in China" jest niestety nie lada wyczynem. Wiele wzorów suwenirów identycznych jest jak np. w Cancun czy Chichen Itza - różnią się jedynie nazwą stanu, który mają reprezentować. I tak zamiast chińskiej, obleczonej materiałem zapalniczki z napisem "Quintana Roo", mogę kupić tu identyczną, obleczoną materiałem zapalniczkę z napisem "Chiapas". Na szczęście "kompleks" jest na tyle duży, a większość turystów na tyle leniwa, że idąc kawałek w górę wodospadów znaleźć można dla siebie spokojniejszy zakątek, gdzie z dala od zgiełku popluskać się można w lazurowej, niesamowicie przejrzystej wodzie. Pływać i wchodzić oczywiście można praktycznie wszędzie, BHP jest dla słabych.Późnym popołudniem wyjeżdżamy z Agua Azul, by, z przesiadką w Ocosingo (skoordynowaną w ramach jednego kursu), dotrzeć po godz. 22. do San Cristobal de las Casas. Droga ostro pnie się pod górę i co chwila gwałtownie zakręca, całości dopełniają jeszcze wszechobecne i wrednie skonstruowane progi zwalniające (które powinny zamiast orzełka we fladze Meksyku jako symbol narodowy), instalowane tak licznie chyba w trosce o jaguary, bo na pewno nie ludzi, których po drodze nie ma. Szkoda tylko trochę, że całą trasę do i potem z San Cristobal przebywaliśmy nocą, gdyż zapewne byłaby to przejażdżka, przy wszystkich wadach, niezwykle malownicza. A tak to refleksja po wojażu jest taka, że Amerykanie mają słabe żołądki, a ja słaby kręgosłup (nie zamieniłbym się).Mimo stosunkowo późnej pory, poganiani przejmującym chłodem, szybko i bez problemu znajdujemy nocleg. Dworzec autobusowy w San Cristobal mieści się przy wjeździe w staromiejską Av. Insurgentes, gdzie w zasadzie każdy budynek jest hostelem. Nie pomnę w tej chwili nazwy hostelu, w którym spędziliśmy pierwszą noc (o ile miał on jakąś nazwę) - było to lokum vis a vis wyjścia z dworca, prowadzone przez starsze małżeństwo i stado papug (jedna porwała mi jeansy). Świadczy ono również, za niewielką opłatą, usługę przechowywania bagażu. Drugiej nocy zmieniliśmy jednak lokum - w tym pierwszym obok wejścia do naszego pokoju mieściły się schody na niczym nieodgrodzony taras, z którego przenikał do nas przejmujący ziąb. Ceny w tej okolicach są, na tyle na ile się zorientowałem, dość podobne - w granicach 600-650 MXN za sześć osób (pokoje 2 + 4, w drugim przypadku w jednym segmencie). Przebrawszy się w kurtki (temperatura w granicach kilku st.) ruszyliśmy na poszukiwanie czynnego (była północ) lokalu, co by zjeść po tym całym niezwykle męczącym dniu jakąś kolację. Stanęło na restauracji hotelu Ciudad przy samym rynku. Nienajtańsza, ale dość elegancka, z dobrym jedzeniem i obsługą, i nienajgorzej grającą orkiestrą. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Oxxo, gdzie okazało się, że po godz. 23 w sklepach w historycznym centrum miasta nie można kupić alkoholu (w hostelach w tej strefie też jest zresztą formalny zakaz spożywania). Następnego dnia jednak, niemal naprzeciwko, Oxxo znaleźliśmy jednak sklep, gdzie do tego zakazu nie podchodzi się tak serio ;)
voitaz 27 października 2016 02:48 Odpowiedz
28.02, Dzień XII, Canon del Sumidero & Chiapa de Corzo & San Cristobal de las CasasPo porannych przenosinach z hostelu mroźnego do ledwie zimnego wyruszamy za pośrednictwem miejscowego biura do Kanionu Sumidero. Biuro organizujące lokalne wycieczki mieści się po wschodniej stronie Av. Insurgentes, mniej więcej w jednej trzeciej drogi między przecinającą miasto Carr. Internacional a Rynkiem. Pan w biurze twierdził nawet, że był kiedyś w Polsce jako członek ekipy kręcącej jakiś film. W każdym razie na wyjazd udaje nam się załapać niemalże w ostatniej chwili. Wycieczki lokalne ruszają z San Cristobal ok. 9:00-9:30, warto mieć to na uwadze. Decydujemy się na, polecany przez naszych gospodarzy w Campeche, Kanion Sumidero. Warto w tym miejscu wspomnieć o stacjonujących przy rogu Av. Insurgentes i Dr. Ramona Corony ulicznych sprzedawcach świeżo wyciskanych soków i tortill (bodaj 10 MXN za tortillę z kurczakiem!). Jako że czasu do odjazdu niewiele, posilamy się w pośpiechu. Żarcie, a zwłaszcza soki, przepyszne, żadne zatrucie nas po nich nie dopadlo.Sam Kanion jest malowniczy absolutnie, niestety w połowie wyprawy pada mi niedoładowany aparat. Brzegi kanionu roją się od dzikiego ptactwa, nie brakuje też małp i... krokodyli. Jednego nawet udaje nam się uchwycić na zdjęciu. No w każdym razie organizatorzy zdecydowanie odradzają moczenie kończyn w rzece. Dopływając do tamy (połowa wyprawy) natrafiamy na rzecz stosunkowo dla nas niezwykłą - "sklep na wodzie". Nasz prom zrównuje się burtami z łódką, z której kupić możemy zimne piwo, chipsy tudzież innego rodzaju zakąski i napoje.Połączona z przepływem kanionem wizyta w Chiapa de Corzo służy, nie oszukujmy się, pozostawieniu przez turystów jak największej ilości gotówki we wszechobecnych przy rynku sklepach i bazarach. Dalej jednak trudno znaleźć coś naprawdę oryginalnego, pozbawionego chińskiej etykietki. Niechętni zakupom mogą, po obejrzeniu resztek kolonialnej budowli na centralnym placu, zaszyć się w jakiejś kawiarni nad brzegiem rzeki. Czasu wolnego jest dość dużo.Do San Cristobal wróciliśmy stosunkowo wcześnie, po godzinie 15, przepiękną, poprowadzoną szczytami pasm górskich, autostradą. Wtedy to, korzystając ze siesty i chwilowej niezborności reszty grupy, udałem się na samotny spacer po mieście, sącząc powoli świeżo wyciśnięty sok i zagryzając zbyt słodką rurką z kremem (też od ulicznego sprzedawcy). Większość oznaczonych na mapie bazarów niczym nie odbiega niestety swoją zunifikowaną ofertą od tego co widziałem wcześniej w Chiapa, Agua Azul, Palenque... Trafiam jednak w końcu do miejsca zupełnie odmiennego. Na półdzikim targowisku pod Centro Cultural trafiam na "szamanów", gotowych powróżyć, jak również sprzedać wszelkiego rodzaju potrzebne amulety. Amulety o wiele bardziej niepokojące niż te od dzieciaków spod Palenque. Szczególnie nieprzyjemne wrażenie robią "trofea" czaszek o podejrzanie humanoidalnych kształtach. Żeby było śmieszniej, wśród tych szamanów mają też swoje stoisko sprzedający wegańskie kanapki hippisi. Ogólnie rzecz biorąc, klientela tutaj wydaje się być o wiele mniej przypadkowa, o wiele głębiej "przesiana" niż na bazarach typowo turystycznych. Czując się niezbyt proszonym gościem szybko jednak opuszczam to miejsce. Kontynuując spacer trafiam również do zabytkowego kościoła św. Mikołaja na tyłach katedry, który swą surowością i widoczną gołym okiem "zabytkowością" oraz półmrokiem we wnętrzu, również jest w stanie wywrzeć spore wrażenie.Na obiadokolację udajemy się do restauracji Kukulkan (zachodnia strona Av. Insurgentes). Restauracja reklamuje się niskimi cenami oraz szerokim wyborem typowo regionalnych zup (z uwagi na gęstość, ilość mięsa i innych dodatków, bardziej przypominają one nasze potrawki). Niektóre z tych zup są wyborne, inne "wchodzą" z trudem. Zależy kto jak trafił. No i ważna uwaga - zupki potrafią pognać do toalety szybciej niż poranna kawa. Po obiadokolacji, niespiesznym krokiem udajemy się na wieczorną mszę do katedry. Duże wrażenie robi tak odmienna od polskiej służba liturgiczna, złożona niemal wyłącznie z ok. 12-letnich dziewczynek o typowo indiańskiej w dodatku urodzie. Uroda Majów nie jest może porywająca - krępe korpusiki z pulchnymi kończynami, króciutką szyją i mizernym wzrostem - ale te grube, ciemne warkocze robią jednak wrażenie. Po mszy, powolnym spacerem wzdłuż ulicy Miguela Hidalgo, udajemy się do namierzonej przeze mnie w trakcie wcześniejszego spaceru pijalni czekolady i kakao, Cacao Nativa (sieciówka). I choć samą czekoladą jestem rozczarowany (zamówiłem, mimo ostrzeżeń obsługi, najmocniejszą czekoladę, z zawartością kakao 90%, bez cukru i wcale nie wydała mi się mocna w porównaniu z tym co sam sobie przyrządzam w Warszawie), to kapela, która wpada do lokalu na żebry, gra rzeczywiście rewelacyjnie (z frontmanem o aparycji Marka Siudyma na czele). Szukając też toalety, trafiam przypadkiem na piętrze na nieczynną (ale było otwarte, więc uznajmy, że czynne), acz całkiem interesującą galerię sztuki współczesnej.Dalszy plan obejmował wejście na wzgórze el Cerrito. U progu długich schodach zostaliśmy jednak ostrzeżeni przez miejscową, abyśmy lepiej o tej porze nie wdrapywali się powyżej linii do której wejście na wzgórze jest oświetlone (ok. 1/3 wysokości). Tak też zrobiliśmy. Żałowaliśmy nieco, że nie udało nam się wybrać w to miejsce za dnia, ale panorama San Cristobal nawet z tej wysokości prezentowała się niezwykle. Tego jednak wieczora przeżyliśmy również pierwszą nieprzyjemność ze strony miejscowych, gdy na prowadzących na wzgórze schodach jacyś gówniarze zaczęli rzucać w naszym kierunku jakimiś odpadkami. Dobra rada - na el Cerrito wchodzić za widnia.Zniechęceni do zdobywania wzgórza, udajemy się na spacer drugim z tutejszych deptaków, Real de Guadelupe. I choć o tej porze (ok. 22) nie brakuje już w tej okolicy podejrzanych typów, czeka nas tu również jedno z sympatyczniejszych spotkań, z pasjonatem kolarstwa i fotografii, Julianem z Bogoty, który sprzedaje przy ulicy wykonane ze swoich zdjęć pocztówki (ma w ofercie m.in. zdjęcia z Warszawy... tej w amerykańskiej Indianie). Po dłuższej rozmowie i wspólnej sesji zdjęciowej kupujemy kilka zdjęć, polecam też zajrzeć na profil Juliana na Twitterze pod #acolombiaenbici. Na Real de Guadelupe, po północnej stronie, w niedalekiej odległości od rynku jest też punkt sprzedaży biletów ADO, gdzie kupujemy bilety na jutrzejszą podróż do Meridy i dalej do Cancun. Punkt mieści się przy restauracji, która oferuje paletę regionalnych, warzonych na miejscu piw. Będąc przelotem nie spróbowaliśmy ich niestety, ale może ktoś z Was zechce nadrobić to niedopatrzenie ;) Klucząc bocznymi uliczkami na wschód od rynku wracamy niespiesznie do hostelu, zahaczając po drodze o wspomniany w poprzednim poście sklep monopolowy, gdzie już bez problemu kupujemy piwo oraz przekąski na wieczór. Temperatura schodzi w dół dość gwałtownie. Kolację o północy na tarasie/dachu hostelu jemy w temperaturze max. 10 st. w zimowych kurtkach. 10 godzin później będziemy w tym samym miejscu jedli śniadanie przy ok. 30 st. 20 st. różnicy w temperaturze między nocą a dniem nie jest w tych stronach niczym nadzwyczajnym, bądźcie na to gotowi. Jak również na to, że w hostelach nie ma ogrzewania "bo to przecież Meksyk". Co ciekawe, gdy tak sobie siedzieliśmy na dachu i podziwialiśmy nocną panoramę San Cristobal (niezwykłe wrażenie tak w dzień jak i w nocy robi niebieski, wypełniony ambientową muzyką kościół pw. św. Łucji, który swoją drogą w dniach, gdy byliśmy akurat w Meksyku, pojawił się w klipie Quebonafide - #quebahombre), przyszedł do nas w końcu portier, prosząc grzecznie o zejście, gdyż "przebywanie w tym miejscu o tej porze nie jest bezpieczne". Cokolwiek miał na myśli, zeszliśmy do pokoju, bardziej jednak z powodu ziąbu niż jakiejkolwiek obawy o własne bezpieczeństwo.
voitaz 29 października 2016 03:06 Odpowiedz
29.02, Dzień XIII, San Juan ChamulaPo śniadaniu (obowiązkowo świeżo wyciskany sok od sprzedawcy na dole) na tym samym dachu/tarasie, gdzie 10 godzin i 20 st. wcześniej jedliśmy kolację, pozostawiamy nasze bagaże w przechowalni pierwszego z odwiedzonych przez nas hosteli vis a vis dworca. Do Chamuli jechać można podobną zorganizowaną wycieczką, jaką odbyliśmy do Sumidero i Chiapa de Corzo, jest to jednak kompletnie bezsensowne. Wyjazd taki to koszt kilkudziesięciu złotych, podczas gdy z dworca marszrutek (tu nazywanych colectivos) dojechać można do Chamuli za bodaj 10 MXN (2 PLN) od osoby. Dworzec mieści się w północnej części miasta, tuż obok wielkiego targowiska Jose Castillo Tielemansa, busiki odjeżdżają po załadowaniu do pełna, nie czeka się dłużej niż kilka minut. Na dworzec i targowisko można podjechać taksówką, koszta są groszowe.Targowisko samo w sobie też stanowi sporą atrakcję, będąc jakże innym od tego co spotykaliśmy do tej pory. Miejski targ w Campeche wydawał się być przy tym tutaj symbolem pruskiego porządku. Próżno szukać na Mercado Jose Castillo typowych turystycznych pamiątek - tutaj zaopatrują się miejscowi z miasta i okolicznych wiosek. A kupić można dosłownie wszystko - hamaki (stosunkowo niedrogie, a wcale nie tak popularne, nawet w miejscach bardziej turystycznych często nie można ich było dostać), świeże mięso, suszone świerszcze (w czosnku lub bez - taki meksykański popcorn, jak dla mnie równie niesmaczny), elektronikę, leki, a nawet... No właśnie... W pewnym momencie podszedł do nas uśmiechnięty od ucha do ucha rosły Meksykanin, witając nas niezwykle uprzejmym: "Hi guys! I've got sniff and weed!". Propozycją nie byliśmy zainteresowani i grzecznie podziękowaliśmy, tym niemniej ucieszyłem się, że w tym niemal 200-tysięcznym mieście jest jednak ktoś, kto potrafi powiedzieć pełne zdanie po angielsku. Serio, jest aż tak źle, w Chiapas angielski nie przydaje się zbytnio. Mało tego, w Chamuli, do której zmierzaliśmy, niektórzy sprzedawcy mieli problemy nawet z hiszpańskim, posługując się wciąż dialektami majańskimi.Spośród miejsc, które odwiedziliśmy w trakcie całej wyprawy, Chamula była zdecydowanie najbardziej dzika. Nie w sensie jednak braków cywilizacyjnych (choć tych też było sporo), ale w naszym subiektywnym poczuciu wyobcowania. Podczas, gdy sprzedawcy na bazarze w Campeche (o Cancun nawet nie wspominam), uśmiechali się przyjaźnie i czasem wręcz pozowali do zdjęć, Ci tutaj zasłaniali twarze i prosili byśmy zdjęć nie robili. Wywierali przy tym na ogół smutne wrażenie, wrażenie jakie robi człowiek zastraszony. Krępa (Meksykanie generalnie są niscy i bardzo często mają nadwagę) postura i swoista, "dzika" uroda niemal całkowicie wypierają tu znane nam z oper mydlanych, "gorące" piękno, stanowiące mieszankę najlepszych indiańskich i śródziemnomorskich genów. Szczególnie przygnębiające wrażenie robią żebrzące (nie jakoś tłumnie, ale jednak) dzieci. Dzieci o twarzach starców.Flagową atrakcją turystyczną miasteczka jest Kościół św. Jana przy głównym placu. Kościół w przypadku tej budowli to jednak określenie bardzo umowne. Na tyle na ile dowiedzieliśmy się jeszcze w Campeche, od czasu ludowego (czyt. indiańskiego) powstania w początkach XX w. (polecam zweryfikować te dane), dawna katolicka świątynia pozostaje w rękach szamanów, a miejscowi wieśniacy (w mojej intuicji częściowo ku uciesze turystów) składają tu ofiary z żywych (do pewnego momentu) kur, szepcząc przy tym magiczne formułki i wykonując niezrozumiałe dla nas rytuały z użyciem świec i różnokolorowych płynów (taksówkarz w San Cristobal tłumaczył nam znaczenie poszczególnych kolorów, ale szczerze mówiąc nic nie zapamiętałem). Wstęp do budynku to koszt 40 MXN, w środku obowiązuje zakaz fotografowania, który złamany poskutkować może doraźnym "sądem ludowym" i kilkusetdolarową grzywną (czyt. haraczem). Po 3 nocach używania jednej ładowarki na sześć osób pokusy wyciągania specjalnej nie było aparatów nie było. Nie bawiliśmy zresztą w tym miejscu szczególnie długo - poustawiane pomiędzy katolickimi świętymi świece i figurki Santa Muerte, popularnej w Chiapas Świętej Śmierci, mordowane kury, woń kadzideł, półmrok, siano na podłodze, a nade wszystko pomruki i "czary" miejscowych - wszystko to tworzyło atmosferę raczej nieprzyjemną, niezachęcającą do dłuższego pozostawania w tej, jak to wówczas określiłem "pięknej, satanistycznej świątyni".Drugą niewątpliwą atrakcją są ulokowane wzdłuż Primero Avenida Central stragany, gdzie wreszcie jest szansa kupienia pamiątek bez chińskiego graweru (choć chińszczyzny też jest ciągle dużo). Szczególnie zadowolone były dziewczyny, które w końcu mogły poprzebierać w indiańskich (albo raczej wystylizowanych na indiańskie) chustach, szalach i innych fatałaszkach. My (w sensie faceci) zadowoliliśmy się magnesami, cygarami (żaden nie pali, wszystko poszło na pamiątki) i nowym odkryciem - margaritą w puszkach (to już poszło na żołądki). Lecz choć margarita (żaden lokalny rarytas, koncernówka Anheusera-Buscha, tego od Budweisera, po prostu teraz dopiero odkryta) zaspokoiła nasze pragnienie, pozostało jeszcze nasycić narastający głód. I tu pojawił się problem, gdyż... Pamiętacie co mówiłem o brakach cywilizacyjnych? Żadna knajpa, nawet przy głównym placu, nie spełniała już na pierwszy rzut oka podstawowych norm sanitarnych. W obliczu nadchodzącej 15-godzinnej nocnej podróży do Meridy, postanowiliśmy nie ryzykować. Stanęło na pieczonych przez indiankę na bazarze całych kurczakach, zjedzonych w prowizorycznej jadłodajni w jej stodole - w tym wypadku mieliśmy przynajmniej ułudę tego, że wiemy i widzimy co jemy oraz cichą nadzieję, że ogień rożna wypalił jednak co bardziej złośliwe dla naszych żołądków mikroby. Finalnie obyło się na szczęście bez żołądkowych sensacji.Powrót do San Cristobal tym samym sposobem (busiki odjeżdżają z głównego placu), zakup zapasów na drogę, przepakowanie, wysłuchanie przekleństwa i krzyków dziewczynki, której nie chcieliśmy dać pieniążka i jedziemy. Autobus (ADO), który wyjechał z San Cristobal bodaj o 19, miał być w Meridzie o 10, finalnie dojechał o 11. Jedziemy nieco okrężną drogą przez Tuxtlę Gutierrez (wydała mi się najbardziej rozwiniętym, poza oczywiście Cancun, z zobaczonych miast - pierwszy raz dostrzegłem biurowce, czy szerzej - wysoką zabudowę miejską) i Villahermosę. Górska, kręta trasa przez Ocosingo, którą przyjechaliśmy, byłaby dla pełnowymiarowego autokaru nie do pokonania. W ADO jak to w ADO - zimno i za głośny telewizor, do tego w Tuxtli przed kolegą siada jakiś Meksykaniec, który rozkłada na maksa siedzenie, a wobec protestów kolegi pokazuje mu faka. No ciul po prostu, tacy jak widać wszędzie się zdarzają. O 11, po 16 ostatecznie godzinach jazdy, zdrętwiali i zziębnięci docieramy z powrotem do Meridy. Ale o tym już jutro.
voitaz 29 października 2016 15:23 Odpowiedz
Część IV Powrót01.03, Dzień XIV, Merida & ProgresoPowrót do goszczącej nas wcześniej w Meridzie rodziny na pace pick-upa (obowiązkowa atrakcja w Meksyku!). Omówienie spraw związanych z zepsutym autem, prysznic, obiad, w międzyczasie ładowanie całej padniętej elektroniki. Po obiedzie wraz z gospodarzami jedziemy do Progreso. Na miejscu widok znany nieco z polskiej prowincji, zwłaszcza na terenach postPGR-owskich. Pod każdą niemal knajpą i sklepem grupki mężczyzn po 50-tce - z piwem w dłoni i czerwonymi nosami na niedogolonych i niedomytych twarzach. Na pustym parkingu kloszardzi z chorągiewkami za parę pesiaków wskazują wolne miejsca parkingowe i kierują ruchem. Niektórzy próbują nam wcisnąć cygara. Smutny widok. Progreso jest zresztą miasteczkiem ogromnych kontrastów. Jak objaśnili nam gospodarze i co zresztą dało się zauważyć gospodarze - z jednej strony wybrzeża mają tu swe nadmorskie posiadłości najbogatsi mieszkańcy Meridy, z drugiej koczują w biednych chatach pozbawieni pracy, wystający pod sklepami rybacy. Ale Progreso to również miasteczko z najdłuższym ponoć na świecie molo (6,5 km) - nie liczcie jednak na romantyczne spacery. Jest to molo przeznaczone na użytek przemysłu - Zatoka Meksykańska jest po prostu w tym miejscu tak płytka, że największe transportowce nie byłyby w stanie przybijać bliżej brzegu. Turyści muszą zadowolić się krótkim drewnianym pomostem zlokalizowanym na zachód od betonowego kolosa. Na pływanie w tym miejscu też bym się nie nastawiał - woda jest tak samo brudna i śmierdząca jak w Campeche, tego dnia dodatkowo jeszcze zrobiło się chłodno. Można pokusić się za to o zbieranie kształtnych muszelek czy innego rodzaju plażowych skarbów. Do Meridy wracamy na pożegnalną kolację, uświetnioną sporymi ilościami tequili i wizytą-niespodzianką zaprzyjaźnionej ludowej kapeli. W tym miejscu ważna uwaga kulturowa - alkohol nalewasz sobie sam - jeśli stoi na stole, to znaczy że możesz. Gospodarz, w przeciwieństwie do Polski, nie będzie tu chodził z butelką od gościa do gościa i pytał czy chce ;) O północy wyruszamy ADO do Cancun, skąd następnego dnia wracamy już do Europy.02.03, Dzień XV, CancunDroga z Meridy do Cancun to 4,5 h godziny jazdy, które od początku do końca solidarnie przesypiamy. Na miejscu, z uwagi na zmianę strefy czasowej, jesteśmy o 5:30. Szybkie śniadanie w przydworcowej sklepokawiarni i, zaopatrzeni w tequilę, wyruszamy na najbliższą od strony centrum Plażę Merlinów, by pożegnać Meksyk wschodem słońca nad Morzem Karaibskim. Trudno chyba o lepsze zwieńczenie tego wyjazdu i nie będę silił się tu nawet na poetyckie opisy, które i tak nie oddałyby tego widoku.Po kilkugodzinnym lenistwie na plaży udajemy się niespiesznie w stronę dworca ADO. Po drodze ostatnie zakupy w Chedraui (hipermarket, acz nieco mniejszy od Wal-Martu, znajduje się centralnie przy wyjeździe z Zona Hotelara na Av. Tulum) - jeśli czegoś jeszcze Wam brakuje, można tu również, oprócz spożywki, kupić stosunkowo niedrogie pamiątki (pamiątki spożywcze typu przyprawy czy konserwowane papryczki też warto kupić w takim miejscu - będą nieco tańsze niż w normalnym sklepie i nawet kilkukrotnie tańsze niż te same produkty na targowiskach przy atrakcjach turystycznych). Zaopatrzeni i przepakowani ruszamy ADO w stronę lotniska. O 17:00 wylot. Warto w tym miejscu wspomnieć, że kierowca autobusu na lotnisko zaopatrzony jest w rozpiskę, co do tego, które linie lotnicze odlatują z którego terminala, o czym informuje wsiadających pasażerów (sam autobus objeżdża wszystkie terminalne). Jest to spore ułatwienie, które oszczędziło nam szukania na samym lotnisku. Z ważeniem bagażu, podobnie jak na Modlinie, i w przeciwieństwie do lotnisk londyńskich nie ma problemu - waży się po prostu przy nieużywanych okienkach odprawy. Pewnych problemów przysporzyć może znalezienie w strefie wolnocłowej... sklepu monopolowego. W naszym terminalu był taki tylko jeden, na piętrze, na całą strefę (za to w kolejce do kasy od razu trafiłem na Polaków ;) ). Problem to może pierwszego świata, ale kupienie tequili w możliwych do przewiezienia i rozdania znajomym 100 ml butelkach jest wyzwaniem nawet w hipermarketach. Meksykanie jak widać nie bawią się w żadne małpeczki. Jak pić to konkretnie (swoją drogą dopuszczalne stężenie alkoholu dla kierowcy to u nich... 0,8 promila i dopiero przy trzecim jego przekroczeniu odbierane jest prawo jazdy). Dodatkową tequilę (w promocji) dokupowaliśmy potem... w wolnocłówce na Stansted. Z żalem żegnamy się z Meksykiem i wylatujemy.03.03, Dzień XVI, LondynO locie powrotnym nie napiszę raczej nic nowego względem tego, co napisałem o przelocie do Cancun. Z tą może różnicą, że tym razem ledwie wyrobiliśmy się z odprawą na odbiór bagażu, który ekspresowo pojawił się na taśmie. Wspomnę tu od razu o jednej dość istotnej kwestii, którą pominąłem pisząc o przylocie z Warszawy - nie wiem jak jest z innymi lotniskami, ale np. lecąc Ryanairem z Modlina na Stansted warto odprawić się nie przy pomocy dowodu, ale paszportu - pod warunkiem jednak, że masz już nowy paszport biometryczny. Ja co prawda odprawiłem się tak z konieczności (byłem w trakcie wymiany dowodu os.), ale zaprocentowało to tym, że mogłem skorzystać z automatycznej bramki skanującej, podczas gdy reszta ekipy, odprawiona na dowody osobiste, stać musiała w kolejce do okienka, gdzie każdy dowód jest "ręcznie" sprawdzany przez urzędnika.Korzystając ze sporej ilości wolnego czasu (wylądowaliśmy jakoś po 6 czasu miejscowego, wylot ze Stansted mieliśmy po 18), wybieramy tym razem przejazd z przesiadką (tak jest zresztą taniej) i spacer po reprezentacyjnych miejscach Londynu. Gatwick Expressem (bilet należy zarezerwować wcześniej, ważny jest bodaj przez 48 h, więc nie ma obaw w przypadku opóźnienia samolotu) docieramy w niecałe 40 minut do Victorii (bilety na GE są zdaje się honorowane również w normalnych osobowych Southernach z Gatwick na Victorię - w drugą stronę na pewno nie). Usytuowanie tego dworca na mapie Londynu pozwala na szybkie odhaczenie spacerowym tempem większości głównych londyńskich atrakcji - Katedry Westminster, Big Bena, London Eye, Downing Street i Pałacu Buckingham - trasa zajmuje nam niecałe dwie godziny.Nieco trudności nastręczać może za to odjazd Terravision (ten już trzeba rezerwować na konkretny kurs) z Victorii do Stansted. Poszczególne kursy odjeżdżają z różnych stanowisk po obu stronach dworca - warto upewnić się wcześniej, z którego będzie odjeżdżał nasz konkretny autobus. Co gorsza niektóre kursy realizowane są przez firmy trzecie na rzecz Terravision i pozbawione całkowicie ich oznaczeń, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę, a w dodatku na King's Cross konieczna jest (nie wiem po co) przesiadka. Cóż, oszczędność tych 5 funtów ma jak widać również swoje gorsze strony.I w tym miejscu w zasadzie mogę chyba zakończyć swoją, pisaną na raty, relację, bo i cóż odkrywczego napisać można o samym lotnisku Stansted? ;) W razie pytań służę pomocą, na tyle na ile moja wiedza pozwoli. Nie chcę też podsumowując wyjazd uderzać w jakieś wysokie tony, bo nawet jeżeli była to dla mnie póki co podróż życia, to nie powiedziałem przecież jeszcze ostatniego słowa ;) Pozdrawiam.
igore 29 października 2016 15:59 Odpowiedz
Ciekawa relacja. Zainteresowałes mnie San Juan Chamula - wpisuję zatem na listę miejsc do odwiedzenia podczas pobytu w Meksyku.
voitaz 29 października 2016 19:24 Odpowiedz
W San Cristobal nie ma niestety lotniska. Trzeba lecieć do Tuxtli, ale stamtąd to już godzinka, może 1,5 malowniczą autostradą przez góry ;)
wintermute 31 października 2016 12:39 Odpowiedz
fajna relacja choć trochę brakuje zdjęć