+6
sztukapodrozowania 31 marca 2015 18:48
Jest na świecie kilka takich miejsc, które przewijają się za każdym razem w publikacjach z serii 'Co trzeba zobaczyć przed śmiercią?'. I mimo tego, że każdy podróżnik ustala własną listę, to żaden nie oprze się mistycznym świątyniom Angkor jeśli tylko będzie miał okazję je odwiedzić. Największa na świecie koncentracja architekturalnych pereł, gdzie w czasach świetności Imperiów Khmerów mieszkało ponad milion ludzi. Lecz to co pozostało z Imperium do dziś to nie domy ludzi, lecz siedziby ich władców i bogów. Ich budowę zawdzięczamy głównie dwóm królom Suryavarmanowi II (1113-1145) i Jayavarmanowi VII (1125-1218). Nie chcę jednak skupiać się w większości na historii i znaczeniu tego miejsca. To zostawiam każdemu, kto do świątyń dotrze, bo odkrywanie ich indywidualnie to niezwykła frajda. Chce się skupić na tym, jak ugryźć ten ogrom w zaledwie 3 dni.



Bazą wypadową do świątyń jest zrelaksowane miasto Siem Reap. Bez problemu znajdziemy tu zakwaterowanie w każdej kategorii cenowej. Polecamy hostel Sweet Dream Guesthouse, który za przystępną cenę oferuję czyste pokoje, dobrą atmosferę i pyszne jedzenie przyrządzane przez co najmniej piątkę rodzeństwa, które zarządza tym obiektem. W centrum znajduje się market i szereg przyjemnych restauracji serwujących dania kuchni khmerskiej. Za dnia przyjezdni zwiedzają świątynie, wieczorem zaś kierują się w stronę Pub Street, by ostudzić rozpalone ciała kuflem piwa Angkor (0,5$).



By swobodnie poruszać się po terenie Angkor potrzebujemy najpierw kupić bilet. Kasy biletowe (05:00-17:30) zlokalizowane są w połowie głownej drogi do świątyń, około trzy kilometry od Siem Reap. Do wyboru mamy trzy opcje biletowe: na 1 dzień (20$), na 3 dni (40$) i na tydzień (60$). Zapewniam każdego, że w jeden dzień świątyń zwiedzić się nie da. Z kolei nie każdy ma tydzień do zagospodarowania. Z uwagi na to, wybieramy bilet 3-dniowy. Obsługa robi nam zdjęcie i drukuje bilet. Jest on sprawdzany przy wejściu do każdej ze świątyń wchodzących w skład kompleksu.

Pierwszego dnia decydujemy się na tzw. Little Circuit, czyli liczącą sobie 17 km trasę, która przebiega przez najpopularniejsze świątynie: Angkor Wat, Bajon, Ta Prohm. Tego dnia jako środek transportu wybieramy wypożyczony w naszym hostelu rower (1.5$/dzień). Nie trzeba być w niesamowitej kondycji żeby sprostać tej trasie, wystarczy odrobina zapału. Co więcej, po świątyniach poruszamy się piechotą w temperaturach często przekraczających 35 stopni, zatem wiatr we włosach przy przemieszczaniu się pomiędzy nimi jest wręcz zbawienny.



Angkor Wat to najbardziej rozpoznawalna ze świątyń Angkor. Wyglądem przypomina nieco statek kosmiczny gotowy do startu. Jest pierwszą świątynią jaką napotykamy po minięciu kas biletowych. Niektórzy zostawiają ją sobie na koniec zwiedzania kumulując napięcie odkrywając resztę świątyń. My nie mogliśmy się oprzeć pokusie. No bo jak to tak patrzeć na loda i go nie polizać. Ten 'lód' co prawda nie roztopił by się do końca dnia, ale to na Angkor Wat tak bardzo czekaliśmy i tak bardzo chcieliśmy dostać się do środka.

Parkujemy rowery przypinając je do drzewa na starą, zardzewiałą zapinkę. Przechodzimy przez most, przez bramę i jest. Stoi na sam wprost, podziwiana przez tłumy. Kwinkunks wież reprezentujących znaną z hinduskiej mitologi Górę Meru. Zabytek ikona. Symbol Kambodży. Angkor Wat.









Przedostajemy się coraz głębiej, ku sercu świątyni, gdzie za czasów imperiów zwykłym śmiertelnikom wchodzić nie było wolno. Chcąc zwiedzić tą część musimy pamiętać o zakryciu kolan, wszak do bóstw szacunek trzeba mieć. Za początków imperium czczono tu hinduiskiego boga Wisznu, zaś od XIIIw. wyznaje się tu therawadę, czyli najstrszą przetrwałą formę buddyzmu. Dla boga Wisznu oznaczało to przeprowadzkę na rzecz Buddy. Ponoć obyło się bez nakazu eksmisji.













Wracamy do naszych rowerów i kierujemy się do pozostałości po ostatniej stolicy Imperium Kmerów - Angkor Thom. Trasa wiedzie asfaltową drogą, której używają piesi, rowery, tuk-tuki i sporadycznie samochody. Na poboczu mijamy wredne makaki, które czyhają na turystów by zebrać łupy. Zaraz potem słonie, które mniej lub bardziej chętnie obwożą turystów po okolicy. Kiedy docieramy do geometrycznego środka tego ogromnego kwadratu jakim jest Angkor Thom, ukazuje się przed nami Bajon. O dziwo to nie Angkor Wat a Bajon zyskał u mnie miano światyni najbardziej interesującej. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w świątyni znajdziemy 37 kwadratowych wież, z których każda przedstawia na co najmniej dwóch bokach tę samą, chłodno uśmiechającą się twarz. Gdzie się nie obrócić, wszędzie czujemy się obserwowani. Po drugie, to wlasnie tutaj, na zewnętrznęj części murów zachowały się płaskożeźby przedstawiające życie codzienne mieszkańców imperium. Bajon bardzo działa na wyobraźnię.













Dosłownie minuta jazdy rowerem przybliża nas do kolejnej świątyni. Baphuon, bo o nim mowa, połączony jest z główną drogą długim, kamiennym mostem. Potrzeba trochę zaparcia żeby pokonać schody prowadzące przez trzy poziomy. Ale czego się nierobi w nadzieji na ładny widok.



Nie wracając do głownej drogi, a przechodząc na przełaj przez las, docieramy do świątyni Phimeanakas. Bardzo tu spokojnie i zacisznie. Słychać ptaki. Nie słychać ludzi. Znowu zdobywamy wierzchołek. Ale po co? Może dla faktu samego bycia na czubku świątyni a nie tylko u jej podnóża. Może żeby tak sprawdzić czy to, co jest tam na górze, nie jest tym czymś, czego tak bardzo nie chciałoby się ominąć. Nie tym razem. Nic nie odkryliśmy. Wychodząc warto spojrzeć na tzw. Taras Słoni.

Kawałek trzeba było wrócić do rowerów. Chwile później, pedałując w stronę Bramy Zwycięstwa, zostajemy zbombardowani zewsząd donośnym 'Hello Lady! Hello Mister! Kooookonat Łoooter Łandula! Za dolara nie pogardzimy zimnym kokosem, tym bardziej, że słupek rtęci dobijał już do czterdziestki.



Za wspomnianym mostem odbijamy w szutrową drogę prowadzącą ku świątyni Ta Keo. Dużo bardziej zniszczona od pozostałych, trochę jakby opustoszała. Poza nami nikogo. Atmosfera trochę jak z filmu Tomb Rider (który z resztą kręcono w Angkor) , jakby zaraz miało coś ożyć, coś runąć. Wychodzimy z Ta Keo cali. Warto tu zachaczyć i oderwać się od głównej drogi.









Dalej droga prowadzi nas do świątyni Ta Prohm, poświęconej matce króla Jayavarmana VII. Odwiedzana przez tłumy, choć nie ma się co temu dziwić. Jedno z niewielu miejsc w kompleksie Angkor, gdzie nie przeszkodzo naturze w wykonywaniu swojego dzieła. Świątynia ta została opanowana przez majestatyczne korzenie tutejszych drzew, co pomaga uświadomić sobie z jak bardzo odległymi czasami mamy do czynienia kontemplując dzieje Imperium.









Czas na zwiedzanie powoli się kończy. A właściwie to dopada nas powoli zmęczenie. Rezygnujemy z jednej z przydrożnych świątyń na rzecz noodli z kurczakiem, zimnego piwa Angkor i zachodu słońca nad wodami Sras Srang. Drogę powrotną do Siem Reap pokonujemy już po ciemku. Wieczorem, niezmordowani, wtapiamy się w tłum turystów, korzystając z Mojito Monday w okolicach Pub Street. Jutro planujemy rozpocząć dzień wschodem Słońca nad Angkor Wat.








Tak to już bywa z tymi 'wielkimi' wschodami i zachodami słońca, że ma się w stosunku do nich wygórowane oczekiwania. Muszę przyznać, że żaden z tych 'wielkich' nie dorównał do tej pory tym, które doświadczyłem bedąc w środku niczego, będąc po prostu w drodze. W przypadku Angkor nie było inaczej. Plusem było to, że wcześnie byliśmy na nogach i mieliśmy przed sobą cały dzień kolejnych świątyń.



Tym razem rowery zostały w hostelu, z którego wypożyczyliśmy tuk tuka wraz z kierowcą. Tajni, bo tak wymawiało się jego imię, był jednym z rodzeństwa prowadzących nasz rodzinny hostel. Za dnia pracował jako kierowca tuk tuka, ale pomagał także w obsłudze gości. Udało mu się nawet znaleźć czas by rozwijać znajomość swojego angielskiego u mnichów z pobliskiego klasztoru. Dziwne to uczucie 'wypożyczyć' kierowcę i jego maszynę do dyspozycji na cały dzień za niecałe 50zl. Działało to mniej więcej tak. My mówimy gdzie chcemy jechać. Tajni nas zawozi i pokazuje wejście, po czym parkuje, rozkłada sobie hamak i drzemie do czasu naszego powrotu. My wracamy, budzimy Tajniego i jedziemy dalej.



Po wschodzie słońca ruszamy naszym tuk tukiem do oddalonej o około 30km od Angkor 'różowej' świątyni Banteay Srei. W czym jej wyjątkowość żeby nadkładać tyle drogi? Po pierwsze jest starsza od Angkor Wat o około 200 lat a zachowała się pomimo upływu czasu znakomicie. Po drugie wybudowana została ona przez kobiety, dzięki czemu podziwiać możemy subtelność kamieniarskiej roboty. Poza tym droga do świątyni wiedzie przez położone wśród strzelistych palm malownicze wioski, których mieszkańcy żyją prosto i w zgodzie z naturą.

















Wracając z Banteay Srei odwiedzamy świątynie, które obejmuje tzw. Big Circuit, a których nie udało nam się zobaczyć pierwszego dnia (obie trasy Small Circuit i Big Circuit po części się ze sobą pokrywają). Największe wrażenie robi na nas Preah Khan, czyli świątynia poświęcona ojcu króla Jayavarmana VII.









Docieramy także do gorzej zachowanych, ale równie okazałych świątyń. Trzeba sobie powiedzieć, że nie ma w Angkor dwóch takich samych obiektów. Z tego powodu ciężko sobie ograniczyć co zobaczyć, a co niestety ominąć.









Kolejny upalny dzień minął na zgłębianiu mistycznych świątyń. Tym razem wiatr we włosach zapewniał nam tuk tuk Tajniego. Umówiliśmy się z nim na dzień następny, by zawiózł nas do ostatniej części świątyń jakie zamierzaliśmy zobaczyć. Wieczorem, tradycyjnie udaliśmy się na Pub Street. Bo czemu nie.

Trzeciego dnia obudziliśmy się z ambitnym planem, który prawie w całości udało nam się zrealizować. Ponownie wypożyczyliśmy rowery, ale tym razem zmieniliśmy kierunek. Czas choć na chwilę odpocząć od tych wszystkich świątyń. Ceglaną drogą pomknęliśmy naszymi wiekowymi jednośladami ku jezioru Tonle Sap.



Jezioro Tonle Sap to skarb co najmniej dla dwóch grup ludzi. Dla hydrologów to prawdziwe kuriozum. W czasie pory deszczowej, rzeka o tej samej nazwie wpada do jeziora Tonle Sap powodując że rośnie one coraz większe i większe. Natomiast w czasie pory suchej ta sama rzeka zmienia kierunek, kiedy to jezioro Tonle Sap zaczyna się 'wypompowywać'. Dzięki temu druga grupa ludzi korzysta ze skarbu - rybacy, bowiem proces ten zapewnia regularną filtrację wody obfitej w ogromne ilości ryb.



Po godzinie jazdy w skwarze docieramy do brzegów jeziora. Jest jeszcze pora sucha, zatem do wód jeziora brakuje nam jeszcze parę kilometrów, dalej wjechać rowerami nie możemy. Z pobliskiej przystani odpływają łodzie do wiosek położonych na jeziorze, wybudowanych na drewnianych palach. Jednakże, słyszeliśmy zbyt wiele niepochlebnych informacji żeby zdecydować się tam popłynąć. Że to nie wioski a wioska, że skomercjalizowane i że tylko 'doją' pieniądze. Cóż, mieszkańcom nie ma się co dziwić skoro łatwiej o dochód z turystyki niż z rybołówstwa. Problem w tym, że mieszkańcy pieniędzy turystów nawet nie widzą. Inkasują je miejscowe 'mafie', i nawet jeśli kupimy mieszkańcowi tej wioski worek ryżu to on i tak będzie zmuszony go oddać na zbyt.







Było w tej przejażdżce jednak coś niezwykłego i bardzo autentycznego. Ten jeden moment kiedy pedałowaliśmy po ceglanej drodze, ani za nami ani przed nami nic nie jechało. Wokół były pola ryżowe i palmy. Nad nami wisiało słońce, które przyprawiało nas o słabość. I nagle, znikąd spadł deszcz. Rzęsisty i ciepły. A my po prostu jechaliśmy sobie dalej rozkoszując się chwilą.

Popołudniu wróciliśmy do naszego hostelu, gdzie mieliśmy spotkać się z Tajnim. Zamiast jego, zastaliśmy w tuk tuku jego brata. Lekkie rozczarowanie. Ciężko było się porozumieć, jako że brat po angielsku nie mówił. Zrozumiał za to kierunek: Roluos Temples.



Udostępnione do zwiedzania są trzy świątynie - Lolei, Preah Ko i Bakong. Są one znacznie starsze niż którakolwiek ze świątyń Angkor, pochadzą one bowiem najprawdopodobniej z końcówki IX w. Dostaniemy się do nich na ten sam bilet co do Angkor. Wiele przewodników zaleca rozpoczęcie zwiedzania od świątyń Roluos, gdyż pozwala nam to wtedy na zachowanie chronologicznego porządku. Według mnie, faktycznie lepiej byłoby zacząć właśnie tutaj z uwagi na to, że po ogromie i majestacie świątyń jakie widzieliśmy w Angkor, Roluos pozostaje trochę niedocenione.



Warto zobaczyć je w tej właśnie kolejności: Lolei, następnie położone po drugie stronie głównej drogi Preah Ko i Bakong. Lolei zachowała się najgorzej, Bakong jest najbardziej okazały. Plusem Roluos jest to, że nie przyciągają one takich tłumów jak Angkor, bez względu na porę dnia.





Trzy dni dobiegły końca. Podsumowując, świątynie Angkor są miejscem unikatowym. Nawet jeśli Kambodża nie jest celem Twojej podróży do Azji Południowo-Wschodniej (a szkoda!), to z pewnością warto i nie trudno tu zahaczyć będąc już w Tajlandii czy Wietnamie. Formalności wizowe nie są skomplikowane, a z transportem, choć żmudnym, nikt nie powinien mieć problemu. Perłą przyjazdu do tego kraju niewątpliwie są ludzie. Uśmiechnięci, prości i ceniący swoje wartości. Owszem, nieustanne bycie nagabywanym czy proszonym o dolara bywa męczące dla przyjezdnego. Należy jednak pamiętać, że jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów świata, którego obywatele naznaczeni zostali przez dramatyczne rządy Czerwonych Khmerów. Lecz o tym więcej w następnej relacji, ze stolicy Kambodży - Phnom Penh.

Dodaj Komentarz

Komentarze (2)

bluev 3 kwietnia 2015 20:44 Odpowiedz
Świetna relacja! Czekam na kolejną część. Cenne wskazówki, chcę tam wrócić:) Zdjęcie 38 WOW:) tu nie byłam. Pozdrawiam ciepło.
okiemserca 7 kwietnia 2015 23:12 Odpowiedz
Podoba mi się opis. Jezioro bym sobie jednak darował. Za to do tombraiderowej światyni wracałem 3 razy - w różnych porach dnia. Warto. miałem 5 dniowy bilet i było mi mało :-) Ta Phrom http://patrze.blogspot.com/2014/01/rajd-tomb-raidera-czyli-3-x-ta-prohm.html oraz inne: http://patrze.blogspot.com/2014/01/kambodza-angkor-big-circle.html http://patrze.blogspot.com/2014/01/miasto-angkor-czyli-miasto-miasto.html itd :-))))